Jabłecki: Decyzje i marzenia Zyty Gilowskiej

8 czerwca 2006 Ekonomia sektora publicznego komentarze: 0

Decyzje i marzenia Zyty Gilowskiej

I stało się. Rząd przyjął projekt reformy podatkowej opracowanej przez panią premier Zytę Gilowską. Rychło w czas, bo przecież toczona przez PiS na całego wojna z „układem” kosztuje; nowe posady, resorty i biura też same na siebie nie zarobią, a na dodatek podwyżek w tej czy innej formie zaczęły się także ostatnio domagać różne grupy tzw. budżetówki. Na takie rządowe kłopoty najlepsza jest reforma podatkowa – najlepiej taka, która pozwoli „dopiąć budżet” i jednocześnie nie da największym społecznym krzykaczom powodu do niezadowolenia. Niestety jednak, wbrew zapewnieniom premiera i żelaznej damy finansów, ktoś będzie musiał stracić, żeby ktoś inny zyskał, bo – jak mawiał Murray Rothbard – podatki to jedyna faktycznie istniejąca gra o sumie zerowej.

Według prof. Gilowskiej, autorki projektu reformy, proponowane zmiany podatkowe mają ulżyć obywatelom. Warto jednak w tym miejscu przywołać starą zasadę ocenienia wypowiedzi polityków głoszącą, że im więcej w danym stwierdzeniu kolektywizmu, tym mniej prawdy. Ilekroć ktoś deklamuje pompatyczne frazesy o dobru ogółu, słusznie na ogół podejrzewamy, że na myśli ma tak naprawdę dobro swoje własne, a w najlepszym wypadku jeszcze najbliższego otoczenia. Zapewne tak jest i w tym konkretnym przypadku, w którym rząd liczy po prostu na większe wpływy do państwowej kasy.

Fakt jednak – i tu muszę się z panią premier Gilowską zgodzić – że niektórym obywatelom (szczególnie przedstawicielom wolnych zawodów czy właścicielom nieruchomości) reforma ulży naprawdę, w sensie jak najbardziej dosłownym. Tacy np. „twórcy” (artyści, naukowcy, dziennikarze), zamiast nosić w kieszeni 3620 zł miesięcznej pensji netto (4000 brutto) po wprowadzeniu zmian oddadzą fiskusowi dodatkowo 228 zł, będzie im więc zdecydowanie lżej. Ogólnie, miesięczne zarobki wszystkich zatrudnionych na umowę o dzieło (z prawami autorskimi), którzy do tej pory mogli wpisywać w zeznaniach podatkowych duże koszty uzyskania przychodu, spadną średnio o kilkaset złotych[1].

Usprawiedliwiając swoją propozycję, pani premier powiedziała, że nie widzi żadnego powodu, aby uprzywilejowywać jedynie ludzi posiadających prawa autorskie do własnych dzieł, ponieważ „każdy z nas jest twórcą, a niejeden wręcz prawdziwym artystą”. Zatem w imię sprawiedliwości już od stycznia wszyscy – jako prawdziwi artyści – będziemy płacić więcej. Doprawdy, argumentacja pani profesor, choć zapewne naturalna z punktu widzenia urzędnika państwowego, normalnemu podatnikowi (politycy de facto nie płacą podatków!) musi się wydać nieco przewrotna. Przywodzi bowiem na myśl złodzieja, który chodzi w tę i z powrotem po ulicy i mamrocze sam do siebie pod nosem spoglądając na kolejne domy: „Tu byłem, tu byłem, tu też… O, a tu jeszcze nie byłem, ale muszę przecież i tych skroić, bo inaczej byłoby to rażąco niesprawiedliwe”. Najwyraźniej nie jest wcale niesprawiedliwe to, że większość podatników płaci za dużo. Prawdziwa niegodziwość według pani minister polega na tym, że inni płacą za mało!

Zresztą, przytoczone wyżej argumenty to nie jedyny przykład na to, jak bardzo logika przyjmowanych rozwiązań zależy od tego, po której stronie barykady się stoi. Pani prof. Gilowska, jeszcze będąc w PO, ale także już później, jako minister w rządzie premiera Marcinkiewicza, wielokrotnie podkreślała, że zależy jej na uproszczeniu przepisów podatkowych. Choć taki postulat brzmi nad wyraz przyjemnie – wszelkie ułatwienia, a już szczególnie te w sferze biurokracji, kojarzą się przecież bardzo dobrze – to jednak w podatkach nie chodzi o to, czy są skomplikowane, czy nie, ale czy są wysokie, czy niskie.

Podatek dochodowy w wysokości 100% byłby na przykład z wielu względów bardzo prosty, bo nie trzeba by nawet nic wyliczać ani wypełniać (jaka oszczędność na druczkach!), a każdy oddawałby tylko w stosownym urzędzie dokładnie to, co zarobił. Ale co z tego? Dla podatnika prostota przepisów oznacza ni mniej ni więcej tylko brak rozmaitych „furtek”, które sprawiały, że przy odrobinie sprytu mógł większą część zarobionych pieniędzy zatrzymać dla siebie. Sama w sobie nie jest więc ona niczym szczególnie korzystnym. Za to dla urzędu skarbowego wszelkie możliwości odpisów oraz ulgi podatkowe są prawdziwą zmorą, bo nie tylko sprawiają, że wpływa doń mniej pieniędzy, ale także zmuszają do niełatwego przecież kontrolowania podatników, którzy robią co tylko w ich mocy, żeby zapłacić mniej niż teoretycznie powinni. No ale tak to już widać musi być, że – jak mawiał Jacek Kuroń – „punkt widzenia zależy od punktu siedzenia”.

Reforma proponowana przez rząd, choć ogłaszana jako niezwykle korzystna dla obywateli, nie wprowadza żadnych fundamentalnych zmian, a tylko kosmetyczne poprawki w schemacie redystrybucji. Zanim jednak jeszcze zrobiło się wokół niej głośno, pojawiły się plotki, jakoby żelazna dama polskich finansów faktycznie optowała za poważną reorientacją dotychczasowej polityki fiskalnej i zniesieniem podatku dochodowego. To byłaby bez wątpienia prawdziwa rewolucja, ale niestety entuzjazm wydaje się przedwczesny.

Oto w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” z dnia 23. maja, zapytana o marzenia dotyczące finansów publicznych, pani premier Gilowska sugeruje, by „może rzeczywiście pomyśleć o likwidacji podatków dochodowych”, które „są uciążliwe dla podatników i dla aparatu skarbowego”, po czym – jakby tłumacząc się – dodaje: „tworzą one pola do gier, utarczek, a nawet wojen podatników z fiskusem”. Do tej pory wszystko brzmi nader optymistycznie, niestety jednak dalsza lektura pokazuje, że pani minister Gilowskiej nie chodzi tak po prostu o skasowanie podatku dochodowego, lecz o zastąpienie go podatkiem majątkowym!

Abstrahując już nawet od tego, że rozróżnienie między jednym a drugim jest cokolwiek nieprecyzyjne, to propozycja ta w dwóch kluczowych dla analizy podatków aspektach – etyce i sferze bodźców instytucjonalnych – na lepsze nie zmieniłaby tak naprawdę nic. Jeśli bowiem chodzi o etykę, to wystarczy zadać sobie proste pytanie: czy złodziej, który zamiast dochodu zabiera komuś „majątek”, jest moralnie bardziej usprawiedliwiony niż taki, który postępuje na odwrót? Odpowiedź nie powinna nastręczać problemów. Atrakcyjność propozycji na niwie ekonomicznej jest podobnie wątpliwa, gdyż tak jak podatek dochodowy sprawia, że relatywnie zmniejsza się motywacja do pracy, tak podatek „majątkowy” sprawia, iż relatywnie maleje motywacja do posiadania majątku. Jeden karze tych, którzy dużo zarabiają, a drugi tych, którzy dużo posiadają. Różnica jest znikoma lub wręcz żadna.

Po cóż więc tyle zachodu wokół prób reformowania skostniałych struktur biurokratycznych, skoro w rezultacie nic tak naprawdę nie miałoby się zmienić? Być może odpowiedzi należy szukać w prostym spostrzeżeniu, że większość ludzi wysoko zarabiających ma jakiś majątek, ale nie każdy posiadacz majątku wykazuje dochody. Zatem odpowiednio dobrawszy „automatyczne stabilizatory” można cichcem wyciągnąć od społeczeństwa jeszcze więcej niż poprzednio. Kasyno zawsze wygrywa!

Szkoda trochę, że pani minister Gilowska, zarówno w sferze marzeń, jak i realnych decyzji, nie zdobywa się na odważniejsze i prawdziwie liberalne rozwiązania, wciskając nam zamiast tego tzw. „głodne kawałki” – opowiastki o „dobru ogółu”, „sprawiedliwości” czy „prostocie systemu podatkowego”, za którymi kryje się brutalna prawda zręcznie wyrażona przez znakomitego słoweńskiego aforystę i reżysera teatralnego, Żarko Petana: „Ładne czasy nastały! Najpiękniejszym prezentem jest już, kiedy człowiekowi nic nie zabiorą”. Pomysły minister Gilowskiej niektórych pozbawią niestety i tego prezentu.

Juliusz Jabłecki


[1] Wyliczenia za: „Dziennik”, środa, 7.06, s. 4-7.

Podobał Ci się artykuł?

Wesprzyj nas
Avatar

O Autorze:

Juliusz Jabłecki

Pozostałe wpisy autora:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Nasi darczyńcy