Etatyzm po polsku: Gospodarcze granice liberalizmu i etatyzmu[1]

Adam Heydel

Broszura pt. „Etatyzm po polsku” do ściągnięcia w formacie PDF.

Wydawca: Officyna Liberałów, Warszawa 1981

Transkrypcja do postaci elektronicznej: Tomasz Maślanka, Karolina Maślanka

Korekta: Anna Gruhn, Jan Lewiński

„Die antiliberale Politik ist Kapitalaufzehrungspolitik” (Ludwig von Mises, Liberalismus).

Podkreślam raz jeszcze tytuł: nie będę mówił w niniejszej pracy o etycznych, politycznych, narodowych i kulturalnych względach, które w wielu punktach ścieśniać mogą – ścieśniać niekiedy muszą – pole liberalnej polityki ekonomicznej[2]. Chcę mówić o zakresie, w którym uważam za uzasadniony liberalizm, względnie uznaje potrzebę interwencji państwa, ze względów wyłącznie gospodarczych. Przez względy gospodarcze rozumiem dążenie do powiększenia ogółu bogactwa danego społeczeństwa[3].

*

Wyobraźmy sobie dwa warsztaty produkcji, np. dwa folwarki lub dwie fabryki sukna, w zupełnie równych warunkach ekonomicznych. Oba produkują w wolnym współzawodnictwie. Jeden z nich (A) daje większe zyski netto przy mniejszej produkcji, drugi (B) wykazuje większą produkcję, a mniejsze zyski netto.

Dla większej jasności przedstawmy sobie cyfrowo bilans ich gospodarki:

Nikt nie będzie miał wątpliwości, jak odpowiedzieć na pytanie, który z tych dwóch warsztatów gospodarowany jest lepiej z punktu widzenia prywatno-gospodarczego. Warsztat B – (biorąc pod uwagę równe warunki obu) – gospodarowany jest widocznie zbyt kosztownie. Oczywiste jest, że lepiej wyjdzie na swojej gospodarce właściciel warsztatu A, t.j. tego, którego rentowność jest większa.

Które jednak z gospodarstw pomnaża w wyższym stopniu bogactwo społeczeństwa? Które odpowiada tem samem lepiej naczelnemu postulatowi polityki ekonomicznej? Większość zapytanych odpowie bez wahania, że społecznie korzystniejszy jest warsztat B. Wszakże – powiedzą – „społecznie” chodzi o maksimum produkcji, a nie o zyski jednostki. Warsztat B daje o 10.000 zł więcej produktów, a przez to w wyższym stopniu aniżeli A, wzbogaca społeczeństwo. Prawda, że właściciel rentowniejszego przedsiębiorstwa bardziej wzbogaca siebie, ale ten egoistyczny punkt widzenia nas nie interesuje. Ten, kto produkuje więcej zboża czy sukna, dostarcza konsumentom więcej środków do zaspakajania ich potrzeb. Zatrudnia on także w swojem gospodarstwie więcej pracy, kupuje więcej węgla, nawozów sztucznych, maszyn, narzędzi – w sumie przewyższa w tej pozycji warsztat B swojego konkurenta. O tę sumę – wywodzić będą społecznicy – wzbogaca bardziej aniżeli przedsiębiorca A, robotników, dostawców środków produkcji.

Ta odpowiedź jest w oczach fachowca-ekonomisty zasadniczo błędna, a jej uzasadnienie nie wytrzymuje najlżejszej krytyki. Ekonomista musi uznać, że ponad wszelkie wątpliwości więcej bogactwa dostarczy społeczeństwu producent A, to jest ten, który wytwarza mniej, ale osiąga większe zyski.

Na jakiej drodze dochodzi ekonomista do tego, na pierwszy rzut oka, niezgodnego ze zdrowym rozsądkiem twierdzenia? Jak to może być, by mniej produkując, dawać więcej bogactwa?

W zrozumieniu tego poglądu niema żadnych trudności – prócz jednej. Należy zdobyć się na rozpatrzenie zagadnienia właśnie z punktu widzenia ekonomisty, a nie żadnego innego. Nie zdanie inżyniera (który za najkorzystniejsze uzna wyprodukowanie maksymalnej ilości ton żelaza, metrów sukna, cystern nafty), nie zdanie przedstawiciela pracy (dla którego najkorzystniejsze będzie gospodarstwo zatrudniające możliwie największą ilość robotników), nie zdanie dostawcy surowców czy narzędzi, ani wreszcie nie zdanie konsumenta ma tu decydujące znaczenie. Trzeba się wznieść ponad nie wszystkie. Ekonomista nie może się ograniczyć do rachunku poszczególnych pozycji, bezpośrednich korzyści konsumentów, robotników, dostawców, związanych z tem właśnie przedsiębiorstwem. Musi objąć swoim rachunkiem ogół potrzeb społeczeństwa, ogół możliwych zastosowań pracy i kapitału i ogół możliwych do osiągnięcia korzyści przy danym nakładzie.

Jakiż będzie bilans takiego zestawienia?

Jeżeli, jak to przyjęliśmy w naszych założeniach, oba rozpatrywane warsztaty produkują w wolnej konkurencji, to znaczy że zysk netto osiągnięty przez A równy jest zyskowi, jaki przy tym samym nakładzie kosztów można osiągnąć w każdym innym podobnym warsztacie.

Producent A wyłożywszy 80.000 zł w koszta produkcji, wytwarzał wartość 100.000 zł. Licząc przeciętnie, każde włożone 1.000 zł dawało 1.250 zł. Tę samą wartość można było wygospodarować na innym kawałku ziemi, czy w innej fabryce.

Producent B włożył w swoją produkcję 95.000 zł, czyli o 15.000 zł więcej aniżeli A. Te 15.000 zł umieszczone tam, gdzie dałyby normalny dla danych warunków przyrost wartości, powinny były „dorobić” piętnaście razy 1.250 zł, t.j. 18.750. Jednakowoż warsztat B wykazuje produkcję o wartości 110.000 zł, to jest zaledwie o 10.000 wyższą od warsztatu A. W ten sposób nadwyżka nakładów nie została wyrównana i przyniosła przedsiębiorcy deficyt 5.000 zł. Strata społeczna, jaka jest wynikiem tego niegospodarczego ulokowania nakładów, jest jednak większa. Wynosi ona całą różnicę pomiędzy możliwym do osiągnięcia przyrostem wartości przy innem zastosowaniu tej samej sumy, a przyrostem istotnie osiągniętym. Przy zastosowaniu 15.000 zł przyrost możliwy do osiągnięcia był na poziomie 18.750 zł, a istotnie uzyskany wynosił zaledwie 10.000 zł. Strata społeczna wynosi 8.750 złotych. Bardziej przejrzyste będzie to rozumowanie, jeśli wyobrazimy sobie, że przedsiębiorca B rozporządzał początkowo tą samą sumą nakładów, jaką wkłada w produkcję przedsiębiorca A, i mógł osiągnąć ten sam zysk netto, do tego zysku byłby też dążył, gdyby się był kierował wyłącznie gospodarczymi kryterjami. Chcąc jednak jako człowiek „uspołeczniony” podnieść swoją produkcję i przypuszczając, że nawet, jeżeli przez to zmniejszy rentowność swojego warsztatu, przysłuży się jednak społeczeństwu, dopożyczył sumę 15.000 zł, którą użył w produkcji. Gdyby był tego nie robił, ta sama suma byłaby się znalazła w gospodarce innego jakiegoś, egoistycznego i wyrachowanego gospodarza (X), gdzie odegrałaby swoją rolę, przysporzyłaby mu zysków, a społeczeństwu dałaby możliwy w danych warunkach największy, przyrost bogactwa.

Uspołeczniony producent B zmniejszył swoje zyski absolutnie o 5.000 zł, relatywnie (w stosunku do sumy nakładów o 5.937 zł), a bogactwo o 8.750 zł.

Większy natomiast zysk netto pierwszego, dobrze kalkulującego egoistycznego przedsiębiorcy oczywiście społecznie nie przepadnie. Przedsiębiorca A nie spali, ani nie wyrzuci do wody tych wartości. Wyda je na dalszą produkcję (nie w swoim warsztacie, który osiągnął już możliwie największą rentowność), ale na innym polu: złoży może do banku, kupi akcje, czy nawet po prostu najegoistyczniej skonsumuje.

Niezależnie od tego, który z tych sposobów zostanie obrany, suma ta uruchomi pośrednio, jeśli nie w tej, to w innych gałęziach produkcji niemniejszą ilość pracy, surowców, narzędzi. Konsumentom zaś da większą ilość dóbr, lub dobra więcej w danej chwili pożądane, lub potrzebne.

Prawda, on sam (przedsiębiorca A – przyp. A. G.) wyprodukował o 10.000 zł mniej w postaci zboża czy sukna. Prawda także, że o 15.000 zł mniej w swoim warsztacie wydał na pracę, surowce i narzędzia, ale nie wycofał ich z innego miejsca, gdzieby najwydatniej pracowały. Już w trakcie produkcji w danym okresie dały one konsumentom 18.750 zł, a zatrudniły pracy za 15.000 zł. Przedsiębiorca A wyda jeszcze o 5.000 zł więcej na prace robocze, surowce i narzędzia, zużytkowując swój czysty zysk. Jeżeli konsumcję z zysków netto, która uruchomiła nowe ilości pracy i kapitału, wstawimy w rachunek, to ostateczny bilans społeczny gospodarki przedsiębiorcy A w porównaniu z producentem B wyglądać będzie następująco:

1) w okresie produkcji:

2) po skończonej produkcji:

Różnica społeczna, która wynosiła w trakcie produkcji 8.750 zł podniesie się zatem do sumy 17.500 zł, jeżeli weźmiemy pod uwagę pośrednie konsekwencje gospodarczego lub niegospodarczego zastosowania tej samej sumy kapitału, i jeżeli, wzorując się na naszych przeciwnikach, liczyć będziemy jako pozycję „uruchomienie pewnych ilości pracy i kapitału”.

Ten cały rachunek ulegnie zmianom zależnie od cyfr, które weń wstawimy. Jedno pozostanie zawsze niewątpliwie. Każda jednostka kapitału umieszczona nie najrentowniej przynosi stratę społeczną.

Każdy egoistycznie i racjonalnie kalkulujący gospodarz pomnaża najwydatniej ilość przedmiotów zaspakajających potrzeby. Więcej będzie dóbr ogółem, choć w innej proporcji poszczególne rodzaje dóbr na rynku wystąpią.

Zboża czy sukna będzie może na skutek egoistycznej kalkulacji producenta A mniej w społeczeństwie, ale dóbr najbardziej potrzebnych, więcej w danej chwili pożądanych aniżeli zboże czy sukno, będzie niewątpliwie więcej.

Konkluzja: dobry gospodarz dąży do maksymalnego zysku netto. Swój kapitał i pracę lokuje w tych działach produkcji, gdzie je można osiągnąć. Tem samem zaś najwydatniej zwiększa bogactwo społeczne.

Ten rachunek jest niezbity. Wykazuje on najlepiej całą dobroczynną rolę swobody i wolnej konkurencji w życiu gospodarczem. One właśnie każdą cząsteczkę sił produktywnych tam kierują, gdzie jest społecznie najpotrzebniejsza.

W powyższych kilku zdaniach da się streścić cała filozofja i ewangelja liberalizmu.

*

W tem świetle jasno uwydatnia się, jak zasadniczo błędne jest szeroko rozpowszechnione mniemanie, że zachodzi sprzeczność między produktywnością (wzbogaceniem społeczeństwa) a rentownością (wzbogaceniem jednostki)[4]. Niedorzecznością też okazuje się postulat socjalizmu, by produkcja skierowana była nie do osiągania zysków, ale do zaspakajania potrzeb. Każda produkcja, nie dążąca do zysków, gorzej zaopatrzy społeczeństwo, a właśnie dążenie do zysków jest zaspakajaniem potrzeb. Nie można bowiem osiągnąć zysków, nie zaspakajając potrzeb, a największe zyski osiąga się, zaspakajając najpilniejsze potrzeby konsumentów.

Z przeprowadzonej analizy fikcyjnego przykładu wynika też z żelazną konsekwencją jasny sąd o tych wypadkach, w których organizacje przymusowe, wyciągając kapitały z rąk prywatnych, lokują je w swoich przedsiębiorstwach nie według rachunku zysku, ale według kryterjów „wyższych” – „dobra społecznego”. Każde 1.000 złotych wyrwane z tego miejsca, do którego zdąża, przyciągane obietnicą najwyższego oprocentowania i umieszczone w produkcji nierentującej lub mniej rentującej jest czystą stratą społeczną, dającą się cyfrowo obliczyć.

Przedsiębiorstwa prowadzone przez organizacje przymusowe (państwo, gminy) nie pod kątem widzenia materjalnego zysku są, z punktu widzenia bogactwa społecznego, trwonieniem bezpowrotnem jego zasobów; są przeto gospodarczo szkodliwe.

Przedsiębiorstwa państwowe, czy gminne, prowadzone celem osiągania zysków (komercjalizowane) są zbędne, skoro do tego samego celu dążą egoistycznie zorjentowane jednostki.

Te twierdzenia uważam za udowodnione i pewne z punktu widzenia wzbogacenia społeczeństwa. Innych punktów – powtarzam – nie chcę poruszać.

*

Tak jest zawsze i wszędzie, gdzie z dostateczną swobodą działa wolna konkurencja. Ona jest siłą, która organizuje najsprawniej życie gospodarcze. Spotykamy często z teoretycznej literatury socjalizmu, lub z praktyki bolszewickiej żywcem przejęte twierdzenia, że gospodarka taka przedstawia chaos, zamęt, żywioł nieokiełzany, który trzeba ujmować w planowość (Planwirtschaft) by nakierować go ku dobru ogółu.

W rzeczywistości jest wręcz przeciwnie. Wolna konkurencja sama wyznacza plan ogólny i proporcje, w których potrzebne są w danym ustroju różne działy produkcji. Każda gałąź wytwórczości, która daje zyski wyższe aniżeli przeciętny zysk, osiągany w innych działach, jest zbyt szczupło rozwinięta. Powinno się ją rozwinąć i przy zasadzie wolnej konkurencji sama ona rozkwitnie, napłyną do niej bowiem, za wskazówką wyższych zysków jak za igiełką kompasu, kapitały i praca.

Każdy dział produkcji, który przestaje się opłacać, względnie procentuje się niżej jak przeciętnie, jest w hipertrofji. Wolna konkurencja sama, poprzez odpływ kapitałów i pracy, ścieśni go do właściwych rozmiarów.

Niema i logicznie być nie może żadnego teoretycznego sposobu, któryby nam umożliwiał obliczenie a priori, w jakich rozmiarach należy te lub inne działy, rozwijać. Jedyną wagę i miarę nosi w sobie każda jednostka, porównując bezustannie w życiu użyteczności krańcowe różnych dóbr i wybierając te, których użyteczność dla danej chwili jest wyższa. W tym kierunku rzuca jednostka swą siłę kupna – a owa siła kupna pobudza produkcję i każe jej się rozwijać w proporcji do natężenia potrzeb.

Prawda: zmiany techniki, warunków przyrodniczych, ilości ludności i jej potrzeb, mody it.p. bezustannie przesuwają te proporcje. Ale konsekwencją każdego takiego przesunięcia są bezustannie wytwarzające się różnice rentowności. Wywołują one reakcję ze strony istotnie gospodarczo kalkulujących jednostek, którą opisałem przed chwilą. Gdyby ten proces mógł się do końca rozwinąć, dostosowanie rozmiarów poszczególnych gałęzi produkcji do rozmiarów potrzeb byłoby możliwie, w danych warunkach najdoskonalsze. Następujące wciąż dalsze zmiany warunków przyrodniczych i socjalnych nie pozwalają nigdy na doprowadzanie tej autoregulacji do końca; nie należy jednak zapominać, że każda czynność oparta na rachunku gospodarczym ku temu punktowi równowagi całość układu zbliża, każda zaś kierowana innemi motywami od owego punktu ją oddala.

To właśnie robi wszelkie wprowadzanie „planu”, o ile idzie w poprzek naturalnym dążnościom życia gospodarczego.

Słyszę już zarzut przeciwko moim dotychczasowym. wywodom: wychodzi pan z założenia. że jednostka, w gospodarce prywatnej dobrze kalkuluje, że zna swoje interesy, że wie gdzie i jak lokować swoją pracę i kapitały. To jest fikcja niezgodna z rzeczywistością. Czy nie większą utopją jest jednak przypuszczać, że urzędnik wie lepiej, gdzie jest korzyść jednostki?

Zarzut jest mimo to częściowo słuszny, a wniosek stąd płynie oczywisty. Państwo ma obowiązek kształcenia gospodarczego swych obywateli. Nie myślę o tem, by ich kształciło w teorji ekonomji. To potrzebne byłoby i pożyteczne dla ministrów. Przeciętna jednostka powinna mieć możność orjentacji w konjunkturze swojego zawodu. To jej wystarczy, a „brudny egoizm” powie jej wówczas, co robić, by siebie i społeczeństwo wzbogacić.

Badania konjunktury, takie, jakie za wzorem Niemiec, Anglji, czy zwłaszcza Stanów Zjednoczonych prowadzi Instytut Badania Konjunktur w Warszawie, popularyzacja wykształcenia technicznego, udostępnianie techniczne kredytu – oto racjonalizacja życia gospodarczego w dobrym stylu.

Oto zadania, na które państwo powinno poświęcać środki, trwonione bezużytecznie na wysiłki krępowania i regulacji gospodarki prywatnej w myśl urojonych „planów”.

To powinno być zrobione. Nie należy natomiast zbytnio wątpić o mądrości gospodarczej jednostek. Są narody gospodarczo bardziej i mniej uzdolnione. Polacy należą z pewnością do drugiej grupy. Zdolność dorabiania się jest u nas mniejsza, jak we Francji, u Niemców, czy Anglo-Sasów, ale mimo wszystko trzeba sobie zdać sprawę z tego, że utrzymanie majątku (tekst nieczytelny – przyp. T. M.) naruszonego jest i u nas pewną normą, naogół przestrzeganą. Wypadki marnotrawstwa to wypadki wyjątkowe i patologiczne. Będę o nich mówił dalej, tymczasem zaś zwrócę uwagę na jedno: najgorszą niewątpliwie szkołą gospodarczą społeczeństwa jest przerost gospodarki publicznej. Psychologja urzędnicza jest antytezą psychologji dobrego gospodarza.

I z tego więc o punktu widzenia lepiej gospodaruje społeczeństwo niedosyć uświadomionych nawet, samodzielnych jednostek, aniżeli społeczeństwo przesycone etatyzmem.

Ktoś złośliwy powiedział: być gospodarzem kawałka kraju, jako wojewoda lub starosta, to znaczy przeszkadzać gospodarować innym.

*

Inny zarzut, który niechybnie nasunie się na myśl czytelnikowi, obeznanemu z nowoczesną literaturą ekonomiczną, brzmieć będzie jak następuje: podstawą dotychczasowych rozumowań jest gospodarka wolno-konkurencyjna. Taka gospodarka zanika. Jej miejsce zajmują coraz to liczniej mnożące się monopole. Gospodarkę monopoliczną należy traktować zupełnie inaczej. Zyski monopolisty nie są równoznaczne z korzyścią społeczną. Osiąga on je raczej kosztem społeczeństwa.

Rozpatrzmy najpierw drugie twierdzenie (ujemny sąd o monopolu). Jakie są jego podstawy?

Producent wolnokonkurencyjny nie może dowolnie wpływać na cenę, jedynym jego sposobem powiększenia zysku jest, utrzymane w granicach rentowności, rozszerzanie produkcji. Sprzedawać musi po cenie, która pokrywa, maksymalne dla danej gałęzi wytwórczości, koszta, plus normalny zysk. Gdyby cenę próbował podnieść, pojawi się konkurencyjna podaż, która ją znów do poziomu kosztów obniży. Inaczej monopolista. Ten nie może wprawdzie również dowolnie wyznaczać ceny (bo nie pozwala mu na to kurczenie się popytu na jego wytwory), ale może wybrać cenę, która obiecuje mu największy zysk ogólny. Ta cena może znacznie przewyższać koszta produkcji i różnica między ceną monopoliczną, a kosztami da mu nadwyżkę (rentę monopolisty), którą monopolista schowa do kieszeni, wyciągając ją niejako z kieszeni swoim odbiorcom.

Takie podwyższenie ceny aż do punktu, w którym zysk ogólny będzie największy, osiąga monopolista (monopol państwowy, właściciel patentu, trust) przez zmniejszenie produkcji poniżej tych rozmiarów, na których utrzymałaby się, gdyby w danej dziedzinie panowała wolna konkurencja.

Oddawna i naogół zgodnie potępiają ekonomiści tę praktykę monopolisty: z punktu widzenia społecznego. Niezawsze jednak prawidłowo motywują swoją krytykę. Uderza ona najczęściej w trzy punkty:

1. Zmniejszenie sumy wyprodukowanych dóbr. Wiemy już z poprzednich rozważań, że ten argument sam przez się nie jest ekonomicznie decydujący. Wymowny społecznie, gdy chodzi o dobra zaspakajające potrzeby warstw szerokich, przestaje działać równie przekonywująco, gdy go zastosujemy do dóbr luksusowych. Zmniejszenie np. produkcji djamentów, dzięki ograniczeniom monopolicznym nie wyda się zapewne żadnemu „przyjacielowi ludu” tak bardzo karygodne.

2. Straty konsumentów wskutek podwyższenia ceny. Tym stratom odpowiada ściśle równy pieniężnie przyrost zysku monopolisty. Nie mamy sposobu obliczyć, czy strata konsumentów przeważa społecznie zysk monopolisty[5]. Wystarczy wyobrazić sobie ubogiego monopolistę (np. artystę, wysoko kwalifikowanego rzemieślnika, lub wynalazcę – posiadacza patentu), wytwarzającego dobra, konsumowane przez warstwy zamożne, by także i tu odpadł argument sprawiedliwości społecznej.

3. Niewłaściwe, rozmieszczenie kapitału i pracy. Ten zarzut jest słuszny. Monopolista ograniczając produkcję, ogranicza także zużycie pracy i kapitału w danej gałęzi wytwórczości. Przy wolnej konkurencji pewne ilości pracy i kapitału znalazłyby jeszcze zatrudnienie w tej samej gałęzi produkcji. Przy monopolu muszą poszukiwać innego pola pracy, a tem samem przerzucają się do działów mniej rentownych. Ostatecznie musi to przynieść zmniejszenie ogólnego przyrostu wartości, którego wielkość uznaliśmy za kryterium społecznej korzystności gospodarki prywatnej. Monopol jest w tych razach niejako odwrotnością przypadku, który rozpatrywałem wyżej, gdy produkcja rozszerza się poza granice wskazane rentownością. Jest też równie szkodliwy.

Nie należy przeoczyć jednak, że szereg względów sprawia, iż zarzut ten w całej jego doniosłości można stosować w niektórych tylko przypadkach. Monopolista może regulować cenę i zmniejszać swoją produkcję istotnie w wysokim stopniu dowolnie, wtedy tylko, gdy jego monopol ma charakter absolutnego monopolu. Daleko częstsze w życiu gospodarczem jest zjawisko położenia nie czysto monopolicznego, ale monopoloidalnego (niejako pół-monopolu). Dane przedsiębiorstwo ma na przykład znaczną przewagę nad innymi, ale niema wyłączności. Jego przewaga płynie z trudności transportu tych samych towarów z dalszych okolic, z renomy firmy, z tajemnicy wyrobu. We wszystkich tych przypadkach wykluczona jest konkurencja, ale tylko częściowo. Jeżeli cena danego towaru zostanie przez monopoloidalne przedsiębiorstwo wyśrubowana zbyt wysoko – wystąpi konkurencja. Zacieśnia się amplituda, w której cena może dowolnie być regulowana. Rozwój techniki z innej strony zaszachowuje monopolistę: ułatwia substytucję, t.j. zastąpienie jednego towaru innym, mogącym w podobny sposób zaspokoić potrzeby. W tej roli konkurują ze sobą miedź i nikiel, nafta może być zagrożona przez upłynniony węgiel it.p.

Produkt zastępczy zaspakaja nieco gorzej, lub nieco drożej te same potrzeby, ale wejdzie na miejsce dobra zmonopolizowanego, jeżeli cena tego ostatniego pójdzie tak w górę, że przeważy te różnice.

Wszystkie te względy krępują monopolistę w jego akcji podnoszenia cen na drodze ograniczania produkcji.

Inne względy mogą doprowadzić do obniżenia ceny produktu zmonopolizowanego. Taki wpływ może mieć koncentracja kapitałów. Koncentracja kapitałów prowadzi, jak wiadomo, do obniżenia kosztów produkcji jednostkowych t.j. kosztów przypadających na sztukę towaru. Jest to skutkiem ulepszeń technicznych, oszczędności na administracji, na przestrzeni – na ogóle tych czynników, które stanowią w kosztach pewną wielkość stałą w cyfrach absolutnych, której nie można obniżyć. Najjaskrawiej występuje to w masowej, produkcji przemysłowej, o której mówimy, że w szerokich granicach jest produkcją zwiększającą się po kosztach spadających.

Monopol (trust, monopol państwowy; monopol oparty na tajemnicy wynalazku) do takiej koncentracji, a przez to do obniżania kosztów prowadzi. W tych wypadkach, udostępniając lepsze wyzyskanie możliwości technicznych, może być niewątpliwie społecznie korzystny.

„Potencjalna konkurencja outsider’a; lub przemysłu pokrewnego zmusza monopolistę do wysiłków w kierunku obniżania kosztów, podobnie jak to się dzieje przy wolnej konkurencji; monopoliście łatwiej to jednak, przy wysokim stopniu skoncentrowania produkcji osiągnąć.

Inaczej jest w wypadku kartelów. Kartel, nie mogąc zamykać gorzej pracujących przedsiębiorstw, nie wprowadzając koncentracji kierownictwa, zwraca uwagę na zdobywanie zysków przez podbijanie ceny na drodze ograniczania produkcji. Jest najczęściej społecznie szkodliwy.

W ogólnym bilansie monopol, o ile nie musi się liczyć z „konkurencją potencjalną” – przynosi straty społeczne.

Czy to jest argumentem przeciw polityce ekonomicznej liberalistycznej?

By sobie z tego zdać sprawę, trzeba zanalizować warunki, które umożliwiają powstanie takiego, nie potrzebującego się liczyć z konkurencją monopolu.

Są one następujące: monopol musi, jeżeli chce uniemożliwić konkurencję, zawładnąć w całości surowcem, co najczęściej ze względu na rozmieszczenie surowca na kuli ziemskiej, nie jest łatwe. Monopol musi dalej położyć rękę, lub wejść w porozumienie z wszystkiemi gałęziami produkcji, które mogą wytwarzać towary nadające się do substytucji (zastępcze).

Spełnienie obu tych warunków ułatwia w wysokim stopniu polityka interwencji w formie protekcjonizmu. Chronione murem celnym, dochodzą poszczególne gałęzie produkcji w poszczególnych krajach z łatwością do porozumienia. Krajowe kartele i trusty wyrastają jak grzyby po deszczu. Zniesienie ceł a – zatem dopuszczenie konkurencji zagranicznej – podcięłoby rozwój większości z pośród nich.

Monopoliczne ustroje na rynku międzynarodowym nie są liczne i, jak dotychczas, nie bywały trwałe. Próby monopolicznego kierowania produkcji i ustalania cen, to tych, to innych gałęzi produkcji (Anglja, kauczuk – konkurencja Holandji; trust miedziany – konkurencja niklu) natrafiają tu na duże przeszkody. Różnice warunków naturalnych, ustosunkowania pracy, kapitału i surowców, przeciwieństwa polityczne it.p. ułatwiają w wysokim stopniu potencjalną przynajmniej konkurencję na rynku międzynarodowym. To stępiać musi szkodliwe ostrze monopolizacji. Niekiedy zupełnie ją uniemożliwia. Rozwój techniki bezustannie ułatwia substytucję, taksamo działa rozwój komunikacji.

Możemy więc ustalić zasadę, że im liberalniejsza polityka, tem mniej monopolu. Dlatego nie można stawiać zarzutu, jakoby liberalna polityka ekonomiczna była nieaktualna w dobie rozszerzającej się monopolizacji.

Im bardziej ją rozszerzymy, tem bardziej rozszerzy się pole wolnej konkurencji, która zmusza do zdobywania bogactw nie od ludzi, ale od przyrody, mówiąc lapidarnemi słowami Effertza.

*

Potrzeby jednostek wyrażają się w ich popycie, to jest gotowości zapłacenia za dobra, które te potrzeby zaspokoją. Im potrzeby są silniej odczuwane, tem większą cenę gotowi są zapłacić konsumenci. Cena, którą może osiągnąć producent, budzi do życia odpowiednią produkcję. Gdyby wszystkie potrzeby wyrażały się w gotowości zapłaty za dobra należałoby zamknąć kramiki gospodarki przymusowej (państwowej lub samorządowej). Inicjatywa prywatna zabezpieczałaby maksymalnie zaspokojenie potrzeb, nie w tych oczywiście granicach, w jakich je ludzie odczuwają, bo nie żyjemy w świecie z bajki czarodziejskiej, ale w granicach siły kupna konsumentów, to jest w granicach ich własnej siły produkcyjnej.

Nie wszystkie jednak potrzeby wyrażają się w gotowości płacenia za dobra. Płacić zgadza się człowiek tylko za takie dobra, których inaczej posiąść nie może – jeżeli więc wie, że w przeciwnym razie byłby wykluczony z pośród tych, którzy pewną potrzebę mogą zaspokoić. Są jednak dobra (lub usługi), z których korzystać może każdy, nie płacąc za nie. Klasycznym przykładem może być oświetlenie ulic w mieście. Niepodobna wykluczyć przechodnia od korzystania z tej użyteczności. Podobnie jest z brukiem ulic, lub z drogami bitemi. Walka z epidemią wychodzi na korzyść wszystkich, niezależnie od tego czy za nią płacą, czy nie; to samo odnosi się do wojskowej obrony granic, ochrony porządku prawnego. Orkiestra grająca na placu publicznym dostarcza darmo przyjemności, od której w tym wypadku wykluczyć nikogo nie można. Inaczej jest, jeżeli gra w zamkniętym parku.

Te wszystkie przykłady ilustrują w sposób dostateczny odrębną grupę potrzeb, którą Gustaw Cassel nazwał potrzebami kolektywnemi. Różne jest ich znaczenie gospodarcze. Łączy je to, że nawet wówczas, gdy są żywo odczuwane przez jednostki, nie wywołują popytu. Skoro zaś tak jest, nie budzą także do życia produkcji prywatnej, któraby je mogła zaspokoić. Gospodarka prywatna w tym punkcie zawodzi. Napotykamy na pierwsze ograniczenie liberalizmu.

Jedynym sposobem dostarczenia dóbr, któreby te potrzeby zaspokoiły, jest pociągnięcie jednostek do świadczeń przymusowych – do podatków. Zakres tych potrzeb, to dziedzina gospodarki publicznej. Pozostaje oczywiście kwestją dyskusji, które z nich uznamy za tak ważne, że będą musiały być dostarczone środki dla ich zaspokojenia – jasne jest natomiast określenie negatywne: potrzeby, które powodują popyt, za których zaspokojenie ludzie gotowi są płacić, nie powinny być zaspakajane w drodze przymusowej gospodarki publicznej. Przy przyjęciu tego założenia gospodarka skarbowa, jak słusznie mówi Cassel, zyskuje mocną i wyraziście zarysowaną podstawę. Jest jeszcze inna kategorja potrzeb, które najczęściej zaspakaja gospodarka publiczna. Są to potrzeby, za zaspokojenie których ludzie gotowi są płacić, nie dosyć jednak by pokryć ich koszta produkcji. Jeżeli zaspokojenie tych potrzeb uznaje państwo za szczególnie ważne z pewnych względów – to dostarcza odnośnych dóbr i usług po cenach niższych od kosztów wytwarzania. Różnicę pokrywa z podatków. Przykładami typowemi są: oświata, higjena ludowa, tanie kuchnie it.p. Objektywnego kryterjum, któreby nam wskazywało: 1) ile z tych potrzeb winno być zaspokojone, 2) po jakiej cenie należy te dobra ludności dostarczyć – niestety nie posiadamy. Nie wolno jednakowoż zapominać, że podatki, które: 1) zostają skierowane na dostarczenie tych dóbr, nietylko przesuwają kapitały z jednej kieszeni do drugiej, ale eo ipso uszczuplają w zasadzie ogół bogactwa społecznego, 2) prowadzą do obniżenia dochodów także tych warstw, których potrzeby państwo chce lepiej zaspokoić (np. płac robotniczych). Można zapewne stanąć na stanowisku, że np. oświata jest tak ważnem dobrem, że należy je dawać darmo lub półdarmo nawet kosztem zmniejszenia płac robotniczych, a więc także ograniczenia konsumcji tej warstwy w innym kierunku. Należy jednak o tem zmniejszeniu pamiętać.

Powyższe rozważania pozwalają na zarysowanie podstawy gospodarki publicznej: jest ona niestety zarysowana tylko teoretycznie. Można ją zwężać lub rozszerzać, zależnie od tego, jak szeroko pojmie się krąg potrzeb kolektywnych lub półkolektywnych, które powinny być zaspokojone. By bliżej sprecyzować mój pogląd na właściwe jej rozmiary, sięgnę do kryterjum zastosowanego w innej okazji przez prof. Władysława. Zawadzkiego. Kryterjum to, to odróżnienie istotnych żywych potrzeb, od postulatów przejmowanych z innych społeczeństw.

Polska powinna mieć ustawodawstwo społeczne tak a tak rozwinięte, polskie ambasady powinny mieć takie a takie pałace, polskie szkolnictwo powszechne, średnie, czy uniwersyteckie powinno być tak a tak uposażone, polskie miasta powinny być tak a tak wybrukowane – wszystko to dlatego, że na tym poziomie stoją kraje zachodnioeuropejskie. Oto przykłady stosowania nierealnych postulatów. Prowadzi ono niejednokrotnie do rozbudowy gospodarki publicznej w wielu gałęziach powyżej potrzeb kolektywnych społeczeństwa: buduje się szkoły stojące napół pustkami lub takie zwłaszcza, których absolwenci nie znajdują zatrudnienia w życiu gospodarczem, gmachy, których utrzymanie obciąża niepotrzebnie całe społeczeństwo it.p. Nie zachowano w tych wypadkach właściwej kolejności, w której potrzeby muszą być zaspakajane. Jest to gospodarka postawiona na głowie: sobolowy kołnierz przy delji z podartą podszewką, o którym pisał w Życiu polskiem w dawnych wiekach Łoziński.

Kryterjów kolejności w zaspakajaniu potrzeb kolektywnych niestety niema. Wynika stąd jedna wskazówka: należy je pojmować możliwie wąsko, inaczej ich zaspakajanie, odbywać się będzie kosztem ważniejszych potrzeb indywidualnych, będzie zatem karygodnem marnotrawstwem. Bernard Shaw[6] obrazowo przedstawia położenie jednostki, które mutatis mutandis nie wyda nam się obce: „Rada hrabstwa Londynu zwraca się do nieszczęśnika walczącego zaciekle z biedą w małym sklepiku, niedożywionego, źle ubranego, nędznie mieszkającego, więc rozpaczliwie potrzebującego więcej pieniędzy dla siebie i swojej rodziny. Biorąc go za kark, powiada mu: chodź; musisz przyczynić się do ogólnego rozkwitu tej wspaniałej stolicy, której masz zaszczyt być obywatelem. Niewolno ci przebywać Tamizy na nędznym promie: musisz zbudować kolosalny most z monumentalnym dojazdem (…). Musisz stworzyć nową i wspaniałą aleję z imponującemi budynkami (…), musisz się cieszyć z rozkosznych parków (…). Nic dziwnego, że nieszczęsna ofiara tego zarozumiałego patrjotyzmu lokalnego, zwraca się gwałtownie przeciw swoim postępowym dobroczyńcom i pyta ich, czy sobie wyobrażają, że jego imię jest Carnegie, Pierpont Morgan lub Rothschild, że zmuszają go do urzeczywistnienia planów miljonerów”.

*

Określiłem teoretycznie dopuszczalne granice gospodarki publicznej. Poza niemi powinien panować niepodzielnie w produkcji liberalizm. Czy jednak władza niema nic do powiedzenia na tym terenie, czy nie powinna interwenjować i nakierowywać gospodarki do wyznaczonych. celów? Okaże się to, gdy wnikniemy głębiej w pojęcie bogactwa.

Definjuje się je najczęściej jako możność najdoskonalszego zaspokojenia potrzeb. Definicja ta nie jest jednak zupełnie jednoznaczna. Pozostaje do ustalenia o jakie chodzi potrzeby, o potrzeby chwili, czy również o potrzeby przyszłe? Jasne jest, że zależnie od tego, które z nich zechce jednostka zaspokoić, musi inaczej skierować swoją działalność gospodarczą. Jeżeli celem jej jest możliwie szerokie zaspokojenie potrzeb teraźniejszych, to rozwinie swoją konsumcję, przyczem jedynym wskaźnikiem w jakim stosunku rozdzielić na poszczególne potrzeby zapas swych dóbr i sił, będzie dla niej zasada wyrównania użyteczności krańcowych. Jeżeli natomiast zechce zapewnić sobie zaspakajanie potrzeb przyszłych, to może to osiągnąć tylko kosztem: gorszego zaspokojenia potrzeb obecnych, odkładając część swoich zasobów na przyszłość. Nie posiadamy objektywnego kryterjum tego, kiedy bogactwo jednostki, pojęte jako zaspokojenie potrzeb, jest większe w pierwszym czy w drugim przypadku. Z punktu widzenia subjektywnego, korzystniejsze jest, poprostu to, co jednostka wybiera. Rozumując ściśle liberalistycznie, powinnibyśmy zatem pozostawić jednostce zupełną swobodę wyboru.

Nie ulega jednak wątpliwości, że polityk ekonomiczny musi dążyć nietylko do bogactwa w sensie maksimum zaspakajania potrzeb doraźnych ale i do jego trwałości, toteż nie może się w pewnych wyjątkowych wypadkach ograniczyć w tej kwestji do roli biernego widza. Już w granicach okresu życia jednostki zdarzają się fakty oczywistego marnotrawstwa zasobów i sił, które odbijają się na przyszłości jednostki w sposób ujemny. Jednostka, zaspakajając dowoli potrzeby chwili, naraża się niekiedy na nędzę w przyszłości. Są to oczywiście wypadki patologiczne i nienormalne. Władza wkracza wówczas z takiemi środkami jak kuratela. Nie sądzę, by powinna poza nie wychodzić.

Do tej samej kategorji z punktu widzenia gospodarczego należy marnotrawstwo sił dzięki konsumcji destrukcyjnej[7]: konsumcja opjum, kokainy, alkoholizm, pornografja, oto narkotyki, dające niejednemu najlepsze zaspokojenie potrzeb chwili, kosztem jego przyszłości. Państwo ma prawo i obowiązek nietylko ze względów moralnych, ale i gospodarczych interwenjować w tych kwestiach. Granice są tu oczywiście płynne. Krańcowy liberalizm[8] prowadzi do uznania, że między używaniem opjum a tytoniu, kokainy a czarnej kawy są tylko różnice stopnia. Jedne państwa dopuszczają alkohol, inne wprowadzają „prohibicję” – względność tych rozstrzygnięć jest oczywista. Używanie narkotyków może być dla pewnych jednostek warunkiem: wydajnej pracy (częsty alkoholizm, nadmierne używanie nikotyny i kofeiny przez artystów) – teoretycznie można się na to zgodzić, w praktyce, zdrowy rozsądek nakazuje w tej dziedzinie ograniczenie zbyt daleko posuniętej swobody.

Znacznie bardziej skomplikowaną kwestją jest problem konsumcji zbytkowej wogóle. W tych wypadkach, gdy nie jest wprost destruktywna, ale tylko obojętna, trudno wprowadzać tu jakiekolwiek ograniczenia. Jak wiadomo, ograniczenia takie stosowano na szeroką skalę w ubiegłych wiekach, bez pomyślnego rezultatu. Nie ulega wątpliwości, że te same siły gospodarcze, skierowane ku dalszej kapitalizacji i wytwarzaniu dóbr, zaspakajających potrzeby mniej zbytkowne, dałyby w wyniku większy przyrost bogactwa w przyszłości. Kryterja jednak, któreby pozwoliłby przeprowadzić rozgraniczenie potrzeb luksusowych i nieluksusowych, są już absolutnie zawodne, w przeciwstawieniu do kryterjów rozróżnienia konsumcji destrukcyjnej i obojętnej. Tam fizjologja, psychologja mogą nam, w pewnych granicach, poddać właściwe rozwiązania. Pojęcie zdrowia i choroby jest względnie objektywne. Pojęcie zbytku jest pojęciem historyczno – kulturalnem i zupełnie subjektywnem. Mises[9] opowiada o „szlachetnie urodzonej” Bizantyjce, która za czasów średniowiecza wyszła za mąż za dożę weneckiego i przywiozła do Wenecji srebrne narzędzie zbliżone do naszego widelca. Opinja publiczna Wenecji potępiła jako niesłychany zbytek posługiwanie się podobnem narzędziem przy jedzeniu. Toteż gdy Bizantyjka ciężko zachorowała, uważano to za karę Bożą za rozrzutność tak przeciwną naturze. Zbytek dnia dzisiejszego staje się potrzebą szerokich mas jutro – powiada Mises i ma w tem dużo racji.

Nie należy zarazem zapominać, że w miarę rozwoju cywilizacji, nasza konsumcja, nawet w jej części luksusowej, nabiera coraz to więcej cech celowych, a więc gospodarczo pośrednio wydajnych. Kosztowne złociste i wyszywane drogiemi kamieniami niegdyś stroje, nadmiernie obfite uczty, złote naczynia, rzeźbione i malowane karoce ustępują coraz bardziej miejsca przedmiotom i sposobom zaspakajania potrzeb, których luksusowość polega raczej na doskonałości technicznej, aniżeli na ozdobności. Przedmioty zaspakajające nasze potrzeby stają, się coraz bardziej narzędziami do dalszych celów, a tem samem, poza satysfakcją doraźną, ułatwiają zdobywanie zaspokojenia potrzeb przyszłości. Higjena, sport, podróże, oto typowa luksusowa konsumcja nowoczesnego człowieka, o ileż szlachetniejsza od wulgarnych form dawnego użycia. Daleko jeszcze oczywiście do tego, by każda jednostka ograniczała się do konsumcji, koniecznej ze względu na zachowanie i rozrośniecie się sił wytwórczych, całą resztę poświęcając na kapitalizację.

Do tego celu, który byłby najwyższem udoskonaleniem gospodarczości jednostki (nie wiem czy zarazem najwyższym rozkwitem kultury) – wiedzie jednak droga tylko przez powolne wychowywanie społeczeństwa, nie zaś przez doraźną interwencję. Jedno bowiem jest pewne: przezorność i kalkulacja na coraz to dalszą metę, wyrabia się tylko w warunkach zupełnej pewności, że jednostka będzie mogła bez przeszkód dysponować swoim zasobem dóbr.

W wypadkach nadmiernie wybujałej chęci użycia, jak np. w okresach inflacji i poinflacyjnych, opodatkowanie zbytku może mieć swoje znaczenie – nawet zakazy przywozu, zbyt wielkiej ilości różnorodnych przedmiotów zbytku mogą niekiedy oddziałać hamująco. Ten ostatni środek potępiany bywa przez liberałów, którzy rozumują jak następuje: zakaz przywozu jedwabiu, wina i perfum do Polski nie ograniczy konsumcji zbytkownej, ludzie zaczną np. uczęszczać częściej do kina. Rozumowanie to nie jest teoretycznie bez zarzutu. Konsumcja przerzuca się wszakże, po pewnem nasyceniu, od jednej potrzeby do drugiej. Jeżeli ktoś, mając do rozporządzenia jedwabie, wino, perfumy i kino, przeznaczał na tę zbytkowną konsumcję 20% swoich dochodów, to byłoby błędem przypuszczać, że gdy mu się uniemożliwi konsumcję jedwabiu, wina i perfum, całe te 20% poświęci na kino. Niewątpliwie będzie częściej chodzić do kina jak poprzednio, ale i tu przyjdzie pewien stopień nasycenia, który spowoduje, że część owych 20% przeznaczy na konsumcję mniej zbytkowną, lub na kapitalizację. W ten sposób cel, którym było zapewnienie większej trwałości jego bogactwa, byłby osiągnięty.

To wszystko, co powiedziałem dotychczas o interwencji władzy w dążeniu do zapewnienia trwałości bogactwa i rozwoju, bogactwa w przyszłości kosztem teraźniejszości, odnosi się do kalkulacji w granicach „zasięgu wzroku” jednostek. Polityka ekonomiczna musi jednak sięgać dalej w przyszłość i musi mieć na oku bogactwo nietylko bieżącego, ale i przyszłych pokoleń. Tu występuje niekiedy sprzeczność między interesem jednostek, względnie interesem żyjącego pokolenia, a interesem tej całości, jaką na setki lat stanowi społeczeństwo-naród. Wobec tego napotykamy raz jeszcze punkt, w którym liberalizm musi być ograniczony.

*

Przykładem takiej sprzeczności interesów na krótszą i na daleką metę jest fakt marnotrawstwa wytwórczych sił pracy ludzkiej w tych wypadkach, gdy zbyt niskie płace uniemożliwiają wychowanie zdrowego pokolenia przyszłych robotników. Przyjmując, że okres produkcyjnej pracy człowieka obejmuje około 30 lat, między 20. a 50. rokiem życia, zaś w latach dzieciństwa i młodości przed rokiem 20. konsumcja jednostki przewyższa jej dorobek, trzeba uznać, że śmierć człowieka przed rozwinięciem jego sił produkcyjnych, które pokryją uprzednią nadwyżkę konsumcji, jest netto stratą pewnej sumy bogactwa.

Jeżeli nawet dla danej chwili tak niski poziom płac byłby równoznaczny z maksimum rentowności, to jednak należy wstawić w rachubę także i te straty, jako pozycję obciążającą. Państwo, z gospodarczego także punktu widzenia, ma obowiązek wkroczyć z interwencją w tych wypadkach, jeżeli ten rachunek wykaże straty dla przyszłości. Niestety, możliwości państwa są w tym zakresie dosyć ograniczone. Ustalanie minimum płac, jak to niżej wyjaśnię, jest środkiem najbardziej zawodnym. Rozwinięcie robót publicznych może dopomóc, o ile przez to nie zmniejszy popytu na pracę na rynku gospodarki prywatnej. Granice wskazanej interwencji są kwestją rachunku. Nie należy się łudzić, by bez spełnienia dwóch zasadniczych warunków podniesienia płac robotniczych: przyrostu kapitału i podniesienia wydajności pracy, możnaby było wiele zrobić sztucznie w tej dziedzinie.

Innym przykładem rachunku na dalszą metę, aniżeli zasiąg gospodarczej kalkulacji jednostki, jest ogólnie przyjęta polityka leśna państwa.

Gospodarka leśna procentuje się, naogół biorąc, niżej aniżeli inne działy gospodarstwa rolnego. Stąd naturalną tendencją jednostek jest wyrąbywanie lasów i przechodzenie do innych systemów uprawy. Państwo, biorąc pod uwagę „dalsze” interesy społeczeństwa, stawia tej tendencji przeszkody w postaci ustaw o ochronie lasów. Liberał à outrance także i to wmieszanie się państwa uzna za niesłuszne i rozumować będzie w sposób następujący: prawda, że wyrąb lasów grozi krajowi brakiem drzewa. Ale większe zyski, osiągnięte na skutek wyprzedawania lasów i przechodzenia do bardziej rentownych systemów gospodarki, doprowadzą tymczasem do takiego wzrostu zamożności w danem społeczeństwie, że będzie nas stać na kupienie brakującego nam w przyszłości drzewa z zagranicy. Nawet jeżeli proces trzebienia lasów na całym świecie się rozwinie, a skutkiem tego ceny drzewa znacznie pójdą w górę, nawet w takim wypadku, zyski zebrane w międzyczasie z nadwyżką pokryją ten wzrost cen i brak drzewa nie da nam się odczuć. Ogólna zaś ilość lasów na świecie nie zmniejszy się bardziej, aniżeli do granic, w których zwyżka ceny drzewa wyrówna opłacalność lasów z opłacalnością rolnictwa.

To rozumowanie konsekwentne i logiczne, jest jednak nieco zbyt prostolinijne. Pomijam kwestję lasów wyraźnie ochronnych, których wycięcie mogłoby spowodować poważne zaburzenia wskutek obniżenia się poziomu wód, obsypywania się zboczy górskich, wyjałowienia zupełnego ziemi it.p. Nawet jednak w tych wypadkach, gdzie powyższe względy nie grają decydującej roli – i gdzie można wykorzystać ziemię z pod lasów w innej uprawie – rozumowanie posługujące się wyłącznie kalkulacją zysków musi tu częściowo zawodzić. Las istotnie można na nowo wyhodować i zwyżka ceny drzewa doprowadziłaby kiedyś do tego. Wobec jednak bardzo długiego terminu: 60-100 lat, w którym nadmiernie uszczuplona ilość lasów może się dostosować do najkorzystniejszych rozmiarów, mamy tu przypadek, gdzie autoregulacja życia gospodarczego działa szczególnie leniwo. Stąd to pojęcie gospodarki rabunkowej może być słusznie w stosunku do tych problemów zastosowane.

Podobnie, choć bardziej jaskrawo, wygląda kwestja torfów lub pokładów węgla kamiennego. Przyrodniczo rzecz biorąc, bezustannie się one na nowo odtwarzają. Niemniej jest jasne, że w granicach czasu dostrzegalnych dla człowieka wyczerpywanie tych zapasów na dziś jest rabunkową gospodarką wobec gospodarczego jutra. W tych wypadkach lub np. w wypadku wyczerpania benzyny niemamy możności strat przyszłych wyrównać. Prawda, że przyrost bogactwa, ułatwień technicznych it.p. może nam tymczasem ułatwić wynalezienie środków zastępczych (np. siła spadku wód, wiatru) i – trzeba to przyznać – dotychczas wynalazczość z nadwyżką te straty umiała nadrobić, ale gwarancji, że na czas owe zastępcze sposoby się znajdą, oczywiście niema. W praktyce nie ogranicza się dobycia węgła, ani rudy żelaznej. Wyczerpanie dosięgalnych technicznie pokładów jest bowiem tak odległe, że w granicach możliwych obliczeń nie wchodzi w rachubę. Ostatnie informacje o ropie naftowej są również raczej optymistyczne.

W wypadku lasów sprawa stoi nieco inaczej: zostaną one odtworzone, bo skłoni do tego kiedyś wysoka cena drzewa. Tymczasem jednak możemy przechodzić przez katastrofalny brak drzewa. Wahania jego ilości i cen mogą być tak ostre, te nabiorą wyraźnych cech kryzysu. W zakresie leśnictwa tedy ustawodawstwo ochronne ma charakter rozsądnej asekuracji potrzeb przyszłych pokoleń. Okres kalkulacji, wychodzący poza zasięg wzroku jednostki, usprawiedliwia tę asekurację. Zupełnie natomiast nieuzasadnione jest, przenoszenie tego samego sposobu myślenia, na te działy gospodarki, które obracają się w krótkich terminach.

Przykładem takiego błędnego rozumowania bywa polityka handlu zagranicznego. Rząd polski zakazując wywozu zboża w jesieni, w latach ubiegłych stał na stanowisku, że taki wywóz nie jest dopuszczalny, prowadzi bowiem do konieczności dowożenia zboża z zagranicy na wiosnę, po wyższych cenach. Wywieziemy jesienią, powiedzmy, 10 miljonów centnarów po 30 złotych – kraj zyska więc 300 miljonów, a przywieziemy na wiosnę 10 miljonów centnarów po 35 złotych, kraj straci 350 miljonów. Strata netto wyniesie 50 miljonów. Takie rozumowanie było symplicystyczne. Kapitał 300 miljonów osiągnięty z wywozu w jesieni i zatrudniony produktywnie pozwala wygospodarować na wiosnę sumę od 300 miljonów niewątpliwie wyższą. Jeżeli zboże nie zostaje wywiezione, to leży jako martwy kapitał w stertach i śpichrzach. Czy jednak nadwyżka, możliwa do osiągnięcia w postaci wygospodarowanych zysków, może dorównać różnicy cen? Czy może ją przewyższać? W tym ostatnim dopiero wypadku byłoby wskazane wypuszczenie zboża z kraju.

Odpowiedź leży w problemie stopy procentowej. Rozstrzygające znaczenie, ma tu stosunek wysokości stopy procentowej wewnątrz kraju i zagranicą. Różnica cen zboża w danym kraju w jesieni i na wiosnę nie może znacznie przekraczać stopy procentowej w tym kraju panującej. Gdyby ta różnica cen znacznie ją przewyższała, to okazałoby się korzystne lokować kapitały w zbożu, zakupywanem spekulacyjnie na jesieni, a rzucanem na targ na wiosnę. To właśnie działanie spekulacji musi rozpiętość cen jesiennych i wiosennych do poziomu stopy procentowej przybliżyć. W krajach zatem, gdzie stopa procentowa jest niższa, jak w Polsce, także i rozpiętość między cenami zboża po zbiorach i na przednówku musi być mniejsza niż polska stopa procentowa. Jeżeli, jak w naszym przykładzie, Polska eksportuje po 30, a importuje na wiosnę po 35, jeżeli przytem eksportuje do kraju o niższej stopie procentowej jak w Polsce, to znaczy to, że w Polsce można kapitałem otrzymanym za zboże w jesieni dorobić nie 50, ale 60, czy może 80 miljonów. W tym wypadku, po imporcie wynoszącym 350 miljonów, zostaje nam nadwyżka 10, 20, lub 30 miljonów zysku.

Jedna jeszcze rzecz może się wydawać niejasna. Dlaczego zboże nie wywiezione leży w Polsce u rolników zamiast przejść w ręce tych, którzy ulokują w nim spekulacyjnie kapitał, oczekując zwyżki. Nietrudno to wytłumaczyć: 1) Rząd przez swoją politykę zwęża rozpiętość cen jesiennych i wiosennych poniżej panującej stopy procentowej (boć nawet poniżej stopy procentowej zagranicy); 2) kapitałów wolnych brak w Polsce. W ten sposób polityka rządu, sztucznie zmieniająca naturalny bieg rzeczy, pozbawia kraj niewątpliwie pewnego przyrostu bogactwa. Gdybym to chciał wyrazić formułą, na którą w chwili obecnej opinja jest bardziej wrażliwa, powiedziałbym, że pozbawia kraj dopływu kapitału z zagranicy w najdogodniejszej możliwie formie. Tem samem zaś podbija stopę procentową i wywołuje ciasnotę na rynku kredytowym. Pozbawieni bowiem kapitału obrotowego rolnicy zjawiają się na rynku kapitałów, poszukując pożyczek, jako nowi i zupełnie niepotrzebni tam konkurenci. Kapitał zagraniczny na skutek tego popytu napłynie po wyższej stopie; ale zło się już stało. Polityka rządu pozbawiła kraj dopływu kapitału, który był w danej chwili potrzebniejszy jak zboże.

Co się zaś stanie w dalszym ciągu z produkcją tych zbóż, których ilość chcieli nasi ministrowie w kraju powiększyć, by się uniezależnić od importu z zagranicy? Zakaz wywozu i spowodowana nim zniżka cen zmniejszy ich opłacalność. Rolnicy będą robić wszelkie wysiłki, by się przerzucić do produkcji płodów, które się teraz lepiej będą kalkulować. Nawet więc ten fragmentaryczny gospodarczo, a przeto błędny cel, ale zacna intencja, jaką mogło być poprawienie bilansu handlowego lub zaopatrzenie konsumentów, nawet ten cel nie zostanie na przyszłość osiągnięty. Odwrotnie: zboża krajowego będzie coraz mniej.

Na drodze takich ograniczeń eksportu, na drodze wprowadzania cen maksymalnych it.p. dążą rządy do dostarczenia ludności pewnych dóbr po niskich cenach. Jeżeli przekroczą granicę rentowności danej produkcji, to skutek jest zawsze ten sam: skurczenie się podaży (magazynowanie w nadziei, że krępujące więzy będą cofnięte), zmniejszenie produkcji danego dobra (jeżeli ograniczenia cen trwają dłużej), rozszerzenie wreszcie ogólnej konsumcji tego dobra (nietylko konsumcji warstw uboższych), co prowadzić w końcu musi nietylko do ogólnego zmniejszenia się bogactwa społecznego, ale i do strat tych warstw konsumentów, któremi rząd chciał się zaopiekować.

Typowym przykładem jest tu „ochrona lokatorów”, która nietylko musiała zahamować ruch budowlany, ale pozwoliła również zajmować obszerne mieszkania wielu jednostkom, które byłyby musiały ograniczyć swoje potrzeby mieszkaniowe przy wyższych czynszach. Dzięki temu ograniczona została nietylko podaż nowych, domów, ale i podaż mieszkań nawet w granicach uprzednio już wybudowanych domów.

Odwrotnym sposobem działania jest ustalanie pewnych cen jako minimalne. W praktyce stosowane bywają takie normy najczęściej do płacy. Ich skuteczność gospodarcza będzie jednak jaśniejsza, jeżeli wyobrazimy sobie, że podobny przepis zastosowano do produkcji jakiegokolwiek innego towaru, chcąc przez to przyjść w pomoc danej gałęzi produkcji. Ustalono, powiedzmy, minimalne ceny na mleko. Skutki są oczywiste: zmniejszenie popytu, niesprzedana pewna ilość mleka, straty dla producentów mleka, o ile występują w wolnej konkurencji. Jeżeli są monopolistami, to ich zysk ogólny może być w ten sposób powiększony. Zależy to od stosunku, w jakim popyt skurczy się pod wpływem zwyżki ceny. To samo odnosi się do towaru – pracy. Na rynku wolnokonkurencyjnym musi wystąpić bezrobocie, jako bezpośredni skutek płacy minimalnej. Dla stowarzyszonych w związku zawodowym robotników (monopol), może to być z korzyścią. Cała warstwa robotnicza musi jednak ucierpieć.

Bezrobotnych utrzymuje lub zatrudnić musi państwo z podatków. Tak za jednem wkroczeniem w życie gospodarcze muszą przychodzić następne, coraz to bardziej oddalając życie gospodarcze od tego położenia równowagi, które zapewnia maksimum przyrostu wartości wymiennych, a tem samem (przy niezmienionym poziomie cen) maksimum bogactwa. Wielkość strat będzie różna, zależnie od stopnia reakcji poszczególnych sił ekonomicznych. Ekonomista-matematyk powiedziałby: zależnie od kształtu krzywych, które obrazują związki wszystkich wielkości: produkcji, konsumcji, cen it.p. Jedno jest pewne: im szersze są grupy, których interes ogólny rozpatrujemy, im dalsze terminy, na które rozmierzamy przyrost bogactwa, tem solidarność interesów jest bardziej ścisła. Tem większe też straty, które muszą być związane z wkraczaniem przymusu w życie gospodarcze. Drobne grupki, na krótki okres czasu mogą stąd czerpać efemeryczne korzyści. Linja rozwoju większej całości zostaje niewątpliwie załamana, postęp zahamowany.

Podnieść życie gospodarcze może tylko nawrót do liberalizmu w tych dziedzinach, gdzie, jak wykazało wiekowe doświadczenie, najsprawniej organizuje on życie gospodarcze.

Wykreśliłem granice, w których liberalizm powinien panować niepodzielnie. Przypominam te punkty życia gospodarczego, w których jego pole powinno być zacieśnione:

1. Potrzeby kolektywne: musi je zaspakajać gospodarka, oparta na świadczeniach przymusowych.

2. Potrzeby przyszłe: a) w wyjątkowych wypadkach dbać musi organizacja państwowa o potrzeby przyszłe jednostek niedostatecznie przezornych; b) czasami zapewniać musi zaspakajanie potrzeb następnych pokoleń, których nie umie wciągnąć w swoją kalkulację jednostka prywatna.

Do tych dwóch punktów dadzą się sprowadzić wszystkie uzasadnione gospodarczo ograniczenia liberalizmu.

Jakiemi sposobami może państwo w tych granicach działać? Państwo ma w ręku trzy przymusowe środki oddziaływania na życie gospodarcze w kierunku jego przebudowania:

a) samo występuje jako producent

b) zakazuje produkcji lub konsumcji pewnych dóbr;

c) oddziaływuje na rentowność poszczególnych gałęzi produkcji i w ten sposób przesuwa ich proporcje.

Quartum non datur

Pierwszy sposób, konieczny, gdy chodzi o potrzeby kolektywne, jest w tych wypadkach malum necessarium. Gospodarka państwowa nie kierowana zasadą maksymalnej rentowności, już dla tego samego musi być bardziej marnotrawna od gospodarki prywatnej. Drugi sposób może być skuteczny o ile zostanie istotnie przeprowadzony. Trudności związane z jego urzeczywistnieniem są znane. Trzeci sposób obejmuje sobą wszystkie przypadki oddziaływania na ceny i koszta, o których już wspominałem poprzednio. Wolno go stosować, przy wzięciu w rachubę, o ile możności wszystkich, a nietylko bezpośrednich jego konsekwencyj. Jest instrumentem szczególnie delikatnym i obosiecznym.

Poza temi zasadniczemi wadami, które wiążą się z wkraczaniem państwa w życie gospodarcze, najgłówniejszym szkopułem jest jeszcze jedno: Państwo ma „szlachetną ambicję” wyręczania swych obywateli, rządzenia, kierowania. W dziedzinie życia gospodarczego wyraża się to jako bezustanny „dodatni spór kompetencyj”. Granice gospodarki prywatnej są elastyczne i ustępliwe. Nacisk państwa jest twardy i zdobywczy.

„Rząd liberalny jest to contradictio in adjecto. Rządy muszą być przymuszone do liberalizmu siłą jednozgodnej opinji publicznej; niema co liczyć na to, by dobrowolnie mogły być liberalne”[10]. Jednozgodność opinji publicznej w Polsce powinna wzmocnić i obwarować granice racjonalnego liberalizmu.


[1] Wydanie elektroniczne pochodzi z broszury Etatyzm po polsku, 1981.

[2] W kwestjach etycznych związanych z tym zagadnieniem wypowiedziałem się w pracy p.t. Kapitalizm i socjalizm wobec etyki (Przegląd Współczesny z września 1927, s. 435-469).

[3] Przy niezmienionym poziomie cen przyrost bogactwa społecznego da się zmierzyć przyrostem wartości wymiennych.

[4] W wyjątkowych wypadkach, stanowiących dla praktyki życia „quantité négligéable”, może zachodzić rozbieżność. Nie dotyczy ona, naogół biorąc, gospodarki wolnokonkurencyjnej.

[5] Próba włoskiego teoretyka Barone wykazania, że strata konsumen­tów jest większa od zysku monopolisty, oparta na zastosowaniu pojęcia renty konsumenta, jest zasadniczo chybiona (Barone twierdzi, że większa jest strata renty konsumenta odbiorców, aniżeli przyrost zysku pieniężnego monopolisty. Zestawia w ten sposób niewspółmierne wielkości i zapomina, że monopolista osiąga ze swojej nadwyżki pieniężnej również pewną rentę konsumenta).

[6] Patrz: Bernard Shaw, The common sense of municipal trading.

[7] Terminologia Seligmana; używam jej według pracy Doc. F. Zweiga „Finansowanie konsumcji”.

[8] Por. Mises, Liberalizm. [Liberalism in the classical tradition, 3. wyd., Cobden Press i The Foundation for Economic Education, NY 1985, s. 37. Patrz również wyd. polskie: Idem, Liberalizm w tradycji klasycznej, Wydawnictwo Arcana, Kraków 2001 – przyp. A.G.]

[9] Idem, op.cit., s. 27.

[10] Mises, op.cit., str. 50.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Cytat:
  • Zysk jednego jest zyskiem drugiego. Frédéric Bastiat
Mecenasi
Wspieraj Nas>>
W czerwcu wsparli nas:
Pan Dominik Aromiński
Pan Michał Basiński
Pan Marek Bernaciak
Pan Wojciech Bielecki
Pan Bartosz Biernacki
Pan Kamil Bojdoł
Pan Rafał Boniecki
Pani Dominika Buczek
Pan Mirosław Cierpich
Pan Marcin Dabkus
Pan Michał Dębowski
Pan Paweł Drożniak
Pan Dariusz Dziadkowski
Pan Wiktor Gonczaronek
Pan Jarosław Grycz
Pan Adrian Grzemski
Pan Maciej Grzymkowski
Pan Karol Handzel
Pan Tomasz Hrycyna
Państwo Paulina i Przemysław Hys
Pan Łukasz Jasiński
Pan Dominik Jaskulski
Pan Paweł Jegor
Pan Tomasz Jetka
Pan Andrzej Jędruchniewicz
Pan Gustaw Jokiel
Pan Dominik Jureczko
Pan Paweł Jurewicz
Pan Jan Kłosiński
Pan Jan Kochman
Pan Sławomir Krawczyk
Pan Wojciech Kukla
Pan Stanisław Kwiatkowski
Pan Wojciech Langiewicz
Pan Kamil Ludwiczuk
Pan Tomasz Malinowski
Pan Miłosz Mazurkiewicz
Państwo Magdalena i Marcin Moroniowie
Pan Igor Mróz
Pan Maksym Mydłowski
Pan Tomasz Netczuk
Pan Łukasz Niedziałek
Pan Filip Nowicki
Pani Karolina Olszańska
Pan Łukasz Osileniec
Pan Zbigniew Ostrowski
Pan Mateusz Pigłowski
Pan Mikołaj Pisarski
Pan Dominik Pobereszko
Pan Bartłomiej Podolski
Pan Paweł Pokrywka
Pan Artur Puszkarczuk
Pan Michał Puszkarczuk
Pan Adam Skrodzki
Pan Michał Sobczak
Pan Radosław Sobieś
Pan Piotr Sowiński
Pan Łukasz Szostak
Pan Michał Szymanek
Pan Jan Tyszkiewicz
Pani Anna Wajs
Pan Adam Wasielewski
Pan Jakub Wołoszyn
Pani Mariola Zabielska-Romaszewska
Pan Karol Zdybel
Pan Marek Zemsta
Pracownik Santander Bank
Łącznie otrzymaliśmy 2 425,86 zł . Dziękujemy wszystkim Darczyńcom!
Znajdź się na liście>>
Lista mecenasów>>