Machaj: Nobel z ekonomii 2006 dla Hayeka

12 października 2006 Historia myśli ekonomicznej komentarze: 2

Jednakże przy odpowiednio niskich poziomach bezrobocia, równowaga jest niemożliwa, a zgodnie z teorią adaptacyjnych oczekiwań rezultatem tego będzie hiperinflacja.

Edmund S. Phelps, 1967

Tytuł artykułu to oczywiście żart (choćby dlatego, że Nagroda Nobla nie jest przyznawana pośmiertnie). Tegorocznym laureatem został Edmund Phelps za „analizę międzyokresowej wymienności w polityce makroekonomicznej”. Z punktu widzenia głównego nurtu jest to nagroda jak najbardziej zasłużona: w każdym podręczniku makroekonomii znajdziemy potwierdzenie, że Phelps wiele wniósł do tej dziedziny wiedzy. Mowa o tak zwanym rozróżnieniu na krótko- i długookresową krzywą Phillipsa.

Nazwa samej krzywej pochodzi od nazwiska znanego ekonomisty, który przeprowadził empiryczne badania, pokazujące korelację między poziomem płac i stopą zatrudnienia. Niespodzianka była doprawdy ogromna: wyższe płace wiążą się z większym zatrudnieniem, niższe płace wiążą się z zatrudnieniem niższym. Niemniej jednak na podstawie tej – jak się zdaje – oczywistej konstatacji, która nie wymaga badań empirycznych, wyprowadzono krzywą Philipsa, obrazującą odwrotną wymienność stopy wzrostu cen (już nie tylko płac) i poziomu bezrobocia. W ten sposób obserwacja empiryczna (i to wyraźnie nagięta) otworzyła fantastyczną drogę do rozrostu władzy państwa. Jeśli inflacja rośnie, to spada bezrobocie – czy można wyobrazić sobie rząd, który nie przyklasnąłby takiej tezie? Okazało się, że państwo może prowadzić stałą ekspansję pieniądza, by pochłaniać więcej funduszy społeczeństwa, utrzymując jednocześnie, że jest to działanie korzystne, ponieważ skutkuje zmniejszeniem bezrobocia (szkoda tylko, że tego rodzaju magiczny przywilej był zarezerwowany wyłącznie dla oficjalnego drukarza pieniądza, a prywatni, działający w podziemiu fałszerze nie mogli z niego korzystać).

Teoretyczne uzasadnienie w analizie Phillipsa opierało się na jednej z mętnych tez Johna Maynarda Keynesa, (z powodu niejasności owych tez mamy dzisiaj post-, neo- i nowych keynesistów, którzy nie mogą się ze sobą dogadać), jakoby bezrobocie można było zlikwidować przez „potajemne” obniżanie płac. Klasyczna teza rynku pracy i bezrobocia opierała się na prostej uniwersalnej analizie dowolnego rynku. Jeśli rynek taki kuleje i pojawia się na nim nadwyżka, to konieczne jest obniżenie cen, które stymulowałoby zwiększenie wydatków. Jeśli nie można sprzedać komputerów, to czas obniżyć ich ceny, by znaleźli się na nie klienci. Podobny mechanizm działa w sytuacji depresji i bezrobocia. W celu zmniejszenia bezrobocia i spowodowania wzrostu wydatków inwestycyjnych, trzeba obniżyć cenę, w tym wypadku cenę pracy, czyli płace.

A jednak Keynes nie mówił o tego rodzaju nominalnej obniżce płac. Proponował realną obniżkę płac, tj. zwiększenie ilości drukowanego pieniądza i wzrost inflacji. W ten sposób można było obniżyć płace realne, utrzymując pracowników w przekonaniu, że się je podwyższa. Załóżmy na przykład, że w depresji płaca wynosi 1000 dolarów (zarobek nominalny), a bochenek chleba kosztuje 1 dolar (realna płaca wynosi tysiąc bochenków). Przyjmijmy ponadto, że państwo zwiększa podaż pieniądza dwukrotnie, co odbija się podwójnym wzrostem cen (chleb za 2 dolary), ale płace pozostają na poprzednim poziomie (czyli spadają realnie, co stymuluje wydatki inwestycyjne). W wyniku tego pracownicy nie zauważają spadku swoich płac (można kupić 500 bochenków, co oznacza dwukrotny realny spadek płacy). Płace spadają za sprawą sztuczki, leżącej u podstaw manipulacyjnej polityki monetarnej. Krzywa Philipsa opisuje właśnie to zjawisko, opierając się na prostym założeniu, jakoby ludzie dawali się potajemnie wprowadzać w błąd i nie dostrzec faktycznej obniżki płac. Inflacja rośnie, a bezrobocie spada, ponieważ płace pozostają na nominalnie stałym poziomie, ale realnie stymulują zwiększony popyt na pracę. Bank centralny potrafi zdziałać cuda, ponieważ ludzie dają się rolować.

Jednak w pewnych warunkach sztuczka zacznie zawodzić, na przykład wtedy, gdy związki zawodowe zatrudnią keynesistowskich ekonomistów. Otóż wystarczy zadać bardzo proste pytanie: co się stanie, jeśli ludzie zaczną zwracać uwagę na wielkości realne? Inaczej mówiąc, co się zdarzy, gdy inflacja okaże się wielkością zauważalną i uwzględnianą na rynku pracy? Odpowiedź wydaje się naturalna, jak w analizie jakiekolwiek rynku – tego rodzaju zmiana zaczyna być na danym rynku uwzględniania. Wyobraźmy sobie prosty przypadek produkcji komputerów. Załóżmy, że ich ceny podlegają przewidywalnym spadkom. Jaka będzie reakcja producentów? Oczywiście zaczną oni przeprowadzać proces adaptacji i dostosowania się do zmian, tak jakby nie były czymś zaskakującym ani zaburzającym rynek. Dokładnie to samo stanie się w przypadku inflacji. Stały wzrost cen zaczyna być uwzględniany na rynku pracy, co powoduje, że przedstawiona krzywa Phillipsa przestaje być teorią opisującą dynamiczną rzeczywistość (profesor Jeffrey Herbener udowadniał nawet, że krzywa Phillipsa była błędem statystycznym, nie tylko teoretycznym, który opierał się na odpowiednich manipulacjach).

Moment dostosowania się rynku do pojawiającej się inflacji jest momentem przejścia krótkookresowej krzywej Phillipsa (przedstawionej przez samego Phillipsa) w długookresową krzywą Phillipsa, przedstawioną przez Edmunda Phelpsa (a także i Miltona Friedmana). Dzisiaj obydwie krzywe są omawiane w każdym podręczniku makroekonomii. Pod wpływem tej rewolucji keynesizm, jaki znano za czasów samego mistrza, rozpadł się na drobne kawałeczki, ponieważ jego standardowa struktura została w pełni zaburzona.

Pierwotna wersja teorii nie przewidywała bowiem możliwości, by inflacja i bezrobocie wystąpiły jednocześnie. Teoria Keynesa w pełni współgra z krótkookresową krzywą Phillipsa. Możemy mieć albo depresję i deflację (spadek cen), albo boom, inflację (wzrosty cen) i wysokie zatrudnienie. Jeszcze dziś spotykam wykładowców, którzy zalecają zawsze utożsamiać kryzys gospodarczy ze spadkiem cen. Państwo pełni w tym wypadku rolę magicznego zbawiciela, którego wydatki posiadają przyrodzone zdolności uzdrowicielskie. Złotówka w ręku prywatnego przedsiębiorcy staje się „paradoksem zapobiegliwości”, który wprowadza gospodarkę w stan „pułapki płynności”, podczas gdy ta sama złotówka w ręku tej samej osoby zatrudnionej na stanowisku urzędnika państwowego, wykorzystywana dokładnie w ten sam sposób potrafi zdziałać cuda i przywrócić stan „pełnego zatrudnienia” (nie ma w tym miejscu ani odrobiny przesady – teoria keynesistowska nie opiera się tutaj na żadnym, podkreślmy to wyraźnie, żadnym dowodzie, lecz zwykłym założeniu).

I stąd konieczna wymienność inflacji i bezrobocia. Albo państwo wydaje pieniądze i wpuszcza je do obiegu, co powoduje zwiększenie zatrudnienia, produkcji i cen, albo państwo wysysa pieniądze z globalnego popytu, doprowadzając do zmniejszenia wydatków, zatrudnienia, produkcji i cen. Jeśli występuje problem bezrobocia, państwo powinno je zwalczać, wtłaczając do obiegu pieniądze. Jeśli występuje problem inflacji, nadmiernego popytu globalnego, państwo powinno wycofywać pieniądze z obiegu.

Oczywiście psikus pojawia się w momencie, gdy inflacja i bezrobocie pojawiają się jednocześnie, tj. gdy występuje inflacyjna recesja. Wtedy teoria Keynesa wali się niczym kostki domina. Murray Rothbard wspomina, jak w latach pięćdziesiątych zapytał jednego z wykładowców, co się stanie, jeśli wbrew scenariuszowi Keynesa inflacja i bezrobocie pojawią się jednocześnie? Odpowiedź wykładowcy była zaskakująca: wtedy wszyscy będziemy musieli podać się do dymisji.

Od lat sześćdziesiątych, a zwłaszcza od pierwszej połowy lat siedemdziesiątych i kryzysu naftowego, inflacyjne recesje stały się czymś normalnym. I zgadnij, koteczku, czy keynesiści podali się do dymisji?

Wraz z widoczną zmianą sytuacji gospodarczej w makroekonomii zaczął się pojawiać alternatywny paradygmat, do pewnego stopnia kojarzony z monetaryzmem (niezbyt trafnie, ponieważ na przykład Phelps raczej nie jest przedstawicielem monetarystów). Zgodnie z nim makroekonomia ma „mikropodstawy”. Chodziło o to, by nasze wydumane teorie na poziomie makroekonomicznym powiązać jakoś z indywidualnymi zachowaniami podmiotów rynkowych, takich jak pracownicy i firmy. W efekcie powstała analiza zachowań indywidualnych podmiotów i ich oczekiwań, przez co paradygmat krzywej Phillipsa można było odrzucić. Na jego miejsce przyszła analiza Phelpsa-Friedmana, która pokazywała, że bezrobocie w długim okresie nie będzie wymienne z inflacją. Wprost przeciwnie, bezrobocie będzie dążyło do pewnej „naturalnej stopy”, która w długim okresie nie będzie zależała od poziomu inflacji, gdyż podmioty rynkowe dostosują się do jej poziomu. Inaczej mówiąc, aktywna polityka makroekonomiczna, polegająca na ciągłym wtłaczaniu pieniądza w gospodarkę, staje się w długim okresie nieskuteczna w walce z bezrobociem. Jedynie początkowe jej etapy, w trakcie których podmioty nie są jeszcze w stanie w pełni dostosować się do zachowań banku centralnego, można opisać krótkookresową krzywą Phillipsa (dlatego też dzisiaj nowi keynesiści bardziej przypominają monetarystów niż samego starego dobrego wuja Maynarda).

Wszystko to pięknie wygląda, ale ciśnie się na usta pytanie, dlaczego w tytule artykułu pojawił się Hayek. Czyż autorami przedstawionych tu koncepcji długookresowej krzywej Phillipsa nie są Friedman i Phelps?

Otóż nie. Friedman i Phelps rozpoczęli swoją analizę wymienności inflacji i bezrobocia pod koniec lat sześćdziesiątych. Doszli do wniosku, że obowiązujący paradygmat jest niekompletny. Przede wszystkim chodziło o dwa brakujące elementy. Po pierwsze, powszechna wtedy keynesistowska analiza nie opierała się na metodologicznym indywidualizmie i teorii mikroekonomicznej (mimo nieudanych prób „syntezy neoklasycznej”). Po drugie zaś, brakowało uzależnienia reakcji podmiotów od bieżącej polityki (na ten brak zaczynał też narzekać inny wybitny ekonomista, Robert Lucas).

Te dwa elementy zawierała w pewnym stopniu analiza Friedmana i Phelpsa, ale ich dokładniejszej i o wiele bardziej systematycznej analizy dokonał Friedrich August von Hayek, co umknęło uwadze większości. Austriacka analiza makro od zawsze opierała się na metodologicznym indywidualizmie i powiązaniu teorii mikroekonomicznej z ogólnymi zjawiskami ekonomicznymi, takimi jak bezrobocie czy inflacja. Ponadto austriacka teoria cyklu koniunkturalnego (mimo pewnych nierozwiązanych dotąd problemów) przeprowadzała wyraźne rozróżnienie na długi i krótki okres w prowadzonej polityce.

W krótkim okresie ekspansja pieniądza prowadzi do wzrostu aktywności gospodarczej. W dłuższym jednak ekspansja ta przestaje przynosić efekty, ponieważ zostaje uwzględniona przez podmioty rynkowe. Ponieważ wzrost inflacji i ilości pieniądza jest czymś oczekiwanym, uwzględnia się go w scenariuszach inwestycyjnych, a zatem nie może już przynieść takich skutków, jak za pierwszym razem. Dokładnie o to samo chodziło Phelpsowi, którego zacytowałem na wstępie.

Konstatacja, że w długim okresie poziom inflacji przestaje zwiększać zatrudnienie, nieuchronnie prowadzi do kolejnej implikacji. Jeśli bank centralny chce faktycznie ciągle stymulować wydatki inwestycyjne, musi prowadzi politykę zwiększania przyrostów podaży pieniądza. Przykładowo, jeśli bank centralny zwiększył w pierwszym okresie podaż pieniądza, stymulując aktywność gospodarczą, o 5 procent, to w kolejnym okresie musi zwiększyć podaż pieniądza jeszcze bardziej, jeśli chce utrzymać tę zwiększoną aktywność. Jeśli przyrost nie będzie zwiększany, nie da się utrzymać wyższego zatrudnienia, ponieważ podmioty rynkowe dostosują się do przewidywalnej polityki (dlatego na przykład tak zwana „reguła Friedmana”, mówiąca o stałym zwiększaniu podaży pieniądza, nie może być mechanizmem zwiększania inwestycji i zmniejszania bezrobocia).

Stąd wywodzi się zasada dotycząca akceleracji inflacji, jeśli stopa bezrobocia ma być stale zmniejszana poprzez aktywną politykę monetarną. Na końcu tego łańcucha znajduje się hiperinflacja i całkowity rozpad systemu walutowego. Ten kluczowy element jest uwzględniony w austriackiej teorii cyklu koniunkturalnego, którą w latach dwudziestych przedstawili Ludwig von Mises i Friedrich August von Hayek.

Co więcej, analiza Hayeka i Misesa znacznie przewyższa to, co trzydzieści lat później powtarzali Phelps i Friedman. Dlaczego? Ponieważ analiza Phelpsa i Friedmana opiera się w zasadzie wyłącznie na badaniu rynku pracy, podczas gdy Hayek koncentrował się nie tylko na rynku pracy, lecz także na rynku dóbr produkcyjnych („strukturze kapitałowej”) i, podobnie jak Mises, zwracał uwagę na kluczowe znaczenie stopy procentowej w zachowaniu podmiotów gospodarczych.

Zauważmy, że analiza z lat sześćdziesiątych nie uwzględnia tych dwóch kluczowych elementów, koncentrując się wyłącznie na poziomie wzrostu cen i zatrudnienia. Tymczasem stopa procentowa to absolutna podstawa analizy, gdyż właśnie przez nią dokonuje się mechanizm transmisji monetarnej i późniejszego odwrócenia ekspansji pieniężnej. O co w tym chodzi?

Zwiększenie podaży pieniądza przez bank centralny prowadzi to do spadku stopy procentowej. Nazywane jest to efektem Wicksella. Nowe pieniądze zostają wydrukowane i aby zostały na rynku rozdysponowane, dochodzi do zmniejszenia stopy procentowej. Stopa procentowa jest niższa niż byłaby w sytuacji, w której banki miałyby do rozdysponowania mniej pieniędzy, gdyż pieniądze pochodziłyby tylko z dobrowolnych oszczędności (klientów). Mówi się, że stopa procentowa spada poniżej „stopy naturalnej”.

Pojawia się jednakże problem, ponieważ zwiększenie ilości pieniądza powoduje nie tylko spadek stopy procentowej, lecz także ogólny wzrost wydatków (na rynku jest więcej pieniędzy). Pojawia się presja na wzrost cen i występują przyczyny tak zwanego efektu Fishera. Jeśli ceny zaczynają rosnąć, oznacza to, że pieniądze tracą siłę nabywczą. Jeśli tak, to pojawia się także presja na wzrost stopy procentowej tak, aby nie tylko uwzględniała ona oczekiwanie zwrotu pieniędzy, lecz także rekompensowała straty wynikające z inflacji. Załóżmy, że stopa procentowa wynosi 5 procent. Większość z nas gotowa jest pożyczyć komuś swoje pieniądze po tej cenie, jeśli inflacja jest wyraźnie mniejsza niż 5 procent. Jeśli na przykład inflacja wynosi 100 procent, to tylko osoba, która chce skonsumować swój kapitał, pożyczy go po cenie nominalnej 5 procent. Dlatego występuje efekt Fishera – zwiększona podaż pieniądza prowadzi do wzrostu cen, przez co w długim okresie zaczyna też rosnąć stopa procentowa.

Dokładnie o to chodzi w rozróżnieniu na długo- i krótkookresowe efekty zwiększania podaży pieniądza. W krótkim okresie następuje zmniejszenie stopy procentowej. Jednakże w dłuższym okresie stopa procentowa musi wzrosnąć ze względu na rekompensatę wynikającą ze wzrostu inflacji. I stąd wynika właśnie mechanizm akceleracji, który został opisany przez Hayeka wiele lat przed Phelpsem. Wyobraźmy sobie pierwszą rundę zwiększania podaży pieniądza. Następuje natychmiastowy spadek stopy procentowej. Pieniądze pojawiają się na rynku, ludzie zaczynają je wydawać, a ceny rosną. W efekcie pojawia się presja na wzrost stopy procentowej. Przychodzi czas na drugą rundę i kolejne zwiększanie podaży pieniądza. Teraz bank centralny nie tylko zwiększa podaż pieniądza, aby wywołać efekt podobny jak w pierwszym przypadku, lecz musi także zrównoważyć występujący efekt Fishera (wzrostu cen). Aby wzrost podaży pieniądza wywołał takie same efekty jak w poprzedniej rundzie, musi być większy niż w poprzedniej rundzie.

Właśnie to znakomicie pokazał Hayek, koncentrując się w swojej analizie na strukturze kapitałowej i teorii stopy procentowej. Mniej więcej to samo miał na myśli Knut Wicksell, kiedy stwierdził, że jeśli bank centralny chce obniżyć trwale rynkową stopę procentową chociażby o jeden procent poniżej stopy naturalnej, to… ceny będą rosły w nieskończoność. Istotnie, w długim okresie polityka banku centralnego zaczyna przynosić skutki sprzeczne z oczekiwaniami, wywołując wzrost stopy procentowej ponad poziom stopy rynkowej, przez co podaż pieniądza musi rosnąć coraz bardziej i bardziej. Na samym końcu tego mechanizmu czeka hiperinflacja.

Hayek otrzymał Nagrodę Nobla za przedstawienie teorii cyklu koniunkturalnego, której autorem był Mises. W swojej analizie precyzyjniej pokazał, o co chodziło jego nauczycielowi. Oprócz tego przedstawił (także idąc śladami mistrza) „międzyokresową wymienność w polityce makroekonomicznej”. Pokazał, jak w krótkim okresie polityka monetarna jest impulsem dla aktywności gospodarczej i jak wpływa to na rynek dóbr kapitałowych i stopy procentowej. Pokazał następnie, że w dłuższym okresie musi pojawić się efekt sprzężenia i rynek dóbr oraz stopy procentowe zaczynają przeciwdziałać politycznym interwencjom, przez co na koniec władza będzie musiała odpowiedzieć za „trzymanie tygrysa za ogon”. Albo go puści i szybko ucieknie, albo w końcu tygrys się odwróci i weźmie odwet. Podobnie rzecz wygląda z polityką inflacji: można ją albo zarzucić – a wtedy przychodzi czas kryzysu – albo kontynuować, doprowadzając do hiperinflacji.

Analiza Hayeka przewyższa teorię Phelpsa pod dwoma względami. Po pierwsze, jego odkrycia zostały przedstawione kilkadziesiąt lat wcześniej. Po drugie, mają charakter bardziej ogólny, gdyż dotyczą nie tylko rynku pracy. Zgodnie z naukami głównego nurtu Phelpsowi nagroda się jak najbardziej należy. Gdy jednakże zajrzymy pod powierzchnię i dokładniej przestudiujemy historię myśli ekonomicznej, przekonamy się, że tezy Phelpsa to częściowa powtórka Hayeka. Przedstawiają one tylko pewien istotny fragment, który został już wcześniej zaprezentowany. Ale trudno – taka jest natura Nagrody Nobla z ekonomii, której zniesienia domagał się sam Hayek. Ten, kto chce ją otrzymać, musi przeprowadzić coś w rodzaju kampanii wyborczej i z kilkuletnim wyprzedzeniem rozpocząć intensywną propagandę, reklamując swój dorobek w odpowiednich instytucjach.

Podobał Ci się artykuł?

Wesprzyj nas
Mateusz Machaj

O Autorze:

Mateusz Machaj

dr hab. Mateusz Machaj - Instytut Nauk Ekonomicznych Uniwersytetu Wrocławskiego, założyciel oraz główny ekonomista Instytutu Misesa.

Pozostałe wpisy autora:

2 Komentarze “Machaj: Nobel z ekonomii 2006 dla Hayeka

  1. świetny artykuł, który w klarowny sposób tłumaczy naturę makroekonomii!

    ps. parę literówek do poprawy się nadaje.

  2. @Autor
    W tej analizie popełnia Pan dwa błędy.
    Pierwszy jest taki, że wprowadzenie nowego pieniądza na rynek w postaci kredytu nie może powodować ogólnego wzrostu cen. Kredytobiorca który wziął kredyt w wysokości 1mln PLN nie jest szczęśliwym posiadaczem 1mln który może sobie dowolnie wydać lecz jest desperatem któremu brakuje 200 000 na spłatę odsetek. Co to oznacza? Kredytobiorca ma dwa wyjścia albo zwiększa swoją produktywność czyli po prostu zaczyna zarabiać więcej pieniędzy przez co rozwija gospodarkę albo ogranicza swoją konsumpcję.
    Proszę porozmawiać z ludźmi którzy zarabiając 3000 PLN muszą spłacać miesięcznie 1500 raty za kredyt mieszkaniowy, czy są skłonni do wyjątkowej konsumpcji.

    Drugi błąd jaki Pan popełnia to nie uwzględnienie wpływu podatków na wzrost bezrobocia. To wysokie opodatkowanie powoduje wzrost kosztów pracy i tym samym fakt, że nie stać nas na usługi innych ludzi więc ludzie przestają się na wzajem zatrudniać. No ale Pan nie uznaje, że podatki są przerzucane na konsumenta.
    Oczywiście dodruk pieniądza to forma opodatkowania, ale wcale nie taka zła, przynajmniej koszty jego poboru są niskie. Jednak to co jest kluczowe w tej analizie to poziom wydatków rządowych czyli ogólny poziom opodatkowania. Jeżeli jest wysoki to i wysokie jest bezrobocie. Samo psucie pieniądza ma tu znaczenie drugoplanowe.
    I tu zresztą Keynes ma rację bo on to mówił odwrotnie. Przedstawił bowiem inflację jako narzędzie do walki ze wzrastającymi żądaniami związków zawodowych by w ten sposób ich oszukać.
    Co oczywiście jest prawdą i działa.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *