Machaj: Liberalizm Sadurskiego i utopia socjaldemokracji

21 stycznia 2008 Filozofia polityki komentarze: 1

Autor: Mateusz Machaj

Znany publicysta polskiej blogosfery Wojciech Sadurski zaproponował trafny podział liberalizmu na na dwa rodzaje. Zauważył niezgodność między Hayekiem a Rawlsem, dwoma myślicielami, których uznaje się za przedstawicieli myśli „liberalnej”. Rawls, mimo że jest doskonałym architektem systemu politycznego, to jednak pozostaje zwolennikiem swego rodzaju sprawiedliwości „dystrybutywnej”, która przewiduje jakąś formę redystrybucji dochodu w celu zwiększenia „równości szans”. Hayek zaś, którego nie można nazwać doskonałym architektem systemu społecznego, słusznie kojarzony jest z opozycją w stosunku do tego rodzaju lewicowych nurtów liberalnych.

Samo rozróżnienie dokonane przez autora jest jak najbardziej poprawne. Niemniej jednak jego stanowisko wymaga komentarza. Szczególnie ważne wydają mi się tu trzy zagadnienia.

Pierwsze to owa „niesprawiedliwość”, która istnieje w świecie i którą zwolennicy Rawlsa chcieliby skorygować za pomocą interwencji państwa. Kiedy stronnicy Rawlsa mówią o „niesprawiedliwości”, nie zauważają paru istotnych problemów. Przede wszystkim nie dostrzegają tego, że różnice między ludźmi (dotyczące uzdolnień, urody, miejsca urodzenia) są czymś naturalnym i nie da się ich wyeliminować bez zastosowania skrajnej dyktatury, która objęłaby swoim działaniem wszystkie dziedziny życia. Ciężko zmienić fakt, że Michael Jordan to świetny koszykarz, Wojciech Sadurski dobry publicysta, David Hilbert wybitnie uzdolniony matematyk, a Salma Hayek piękna kobieta – szczególnie, że często w tej kwestii wiele do powiedzenia mają geny. Faktyczna eliminacja tych różnic wymagałaby rządu niezwykle zawziętego i wrednego w swoich dyktatorskich zapędach. (Zresztą nawet gdyby powstał taki dyktatorski rząd, to też zapewne opierałby się na jakimś podziale pracy).

Z tego powodu zwolennicy Rawlsa proponują, by – zamiast znosić różnice – zabierać owoce pracy ludzi utalentowanych, czyli ich dochód. Lekceważą tu nierozerwalny związek procesu produkcji z tak zwaną dystrybucją. Tak się bowiem składa, że wysoki dochód Michaela Jordana i innych wybitnie uzdolnionych jednostek wynika z tego, że sprzedają swoje usługi na rynku i oferują je innym, tym, którzy z nich korzystają. To jednak zdaniem socjaldemokratów nie wystarczy, potrzebne jest przymuszenie ich do większej hojności i skonsumowanie owoców ich pracy.

Do tego potrzebny jest niestety przymus i wprowadzenie machiny państwowej spełniającej te zadania. I tu kolejna rzecz pomijana przez kontynuatorów Rawlsa – oto okazuje się, że pewna grupka ludzi zyskuje specjalny przywilej, mimo że nie jest to poparte żadnym głębszym uzasadnieniem. Otóż nie każdy może założyć państwo dobrobytu – o nie, ten przywilej jest zarezerwowany tylko dla tej grupy ludzi, do której wstęp wymaga nie lada wysiłku. Jak pogodzić ten arbitralny i skrajnie niesprawiedliwy podział ludzi na tych, którzy mogą zabierać, i tych, którym tego robić nie wolno, z egalitaryzmem i hasłami powszechnej równości? Na ten temat liberalni socjaldemokraci solidarnie się nie wypowiadają, choć można by oczekiwać, że głośno zaprotestują przeciw sankcjonowaniu takiej nierówności. Zapewne dostrzegają nierówność polegającą na tym, że minister finansów dekretuje swój zarobek poprzez zabranie dochodu innym, a reszta społeczeństwa nie ma możliwości tak łatwego zarobku. Udają jednak ślepych.

Zwolennicy Rawlsa ignorują również to, że nakładanie kontrybucji fiskalnych i obciążanie podatkami uderza w inwestycje, a więc w masową produkcję; tę produkcję, której rozwój w ciągu ostatnich 250 latach sprawił, że w krajach zachodnich praktycznie nie da się umrzeć z głodu.

Socjaldemokraci rozumieją ponadto, że przyjąwszy określone założenia, muszą domagać się stworzenia światowego rządu redystrybucyjnego. Jeśli bowiem różnice genetyczne należy korygować, to przecież to samo dotyczy także innych czynników produkcji, ziemi i dóbr kapitałowych. Jak można mówić o „równych szansach” polskiego, afrykańskiego i amerykańskiego robotnika? Robotnik amerykański czerpie korzyści z tego, że przez lata w Stanach akumulowano kapitał i zwiększano przez to produktywność pracy. „Wyrównanie szans” musi być równoznaczne ze stworzeniem globalnego systemu masowej redystrybucji i powołaniem światowego dyktatorskiego rządu, który by ten projekt realizował. Nie byłby to rząd działający podobnie do OECD, UE i USA, które narzucają dziś swoją wolę biedniejszym krajom, lecz jeszcze jeden rząd czerwonych Khmerów Pol Pota, który „wyrównywałby szanse” (amerykańskiego intelektualistę wyganiałby na wietnamską wieś, a rybaka z Czadu umieszczał na Manhattanie). Każdy socjaldemokrata, który opowiada się za istnieniem kilku państw dobrobytu, pozostaje niekonsekwentny.

Należy też pamiętać, że redystrybucja dochodów nie znosi podziału na bardziej i mniej uzdolnionych. Nadal niektórzy będą mądrzejsi i ładniejsi od innych, co umożliwi im czerpanie większych korzyści z życia w systemie światowej redystrybucji. Właśnie dlatego najskuteczniejsi politycy to bystrzy i przebiegli manipulatorzy, a nie przypadkowi przedstawiciele „klasy robotniczej” wyniesieni przez rewolucję do władzy.

Drugie zagadnienie wymagające komentarza to rzekomo „nietrafna prognoza Hayeka”, o której Wojciech Sadurski pisze:

„Na koniec, moją niechęć do afirmacji filozofii Hayeka wzmaga to, że jest on – w moim przekonaniu – autorem jednej z najbardziej fałszywych (w sensie niespełnienia) prognoz XX wieku, a mianowicie, że reformy typu „welfare state” muszą nieuchronnie prowadzić do państwa totalitarnego i gwałcącego ludzkie wolności i swobody polityczne. Wszystko, co wiemy o tendencjach rozwoju państw w wieku XX wskazuje na dokładnie odwrotną prawidłowość. Można nie lubić reform amerykańskiego New Dealu, brytyjskiego państwa dobrobytu po drugiej wojnie światowej czy powojennych reform w państwach skandynawskich – ale zarzucić im wzrastającego trendu w kierunku łamania praw obywatelskich i osobistych raczej nie można”.

Przyjrzyjmy się przez chwilę tym stwierdzeniom. Czy rzeczywiście nie widać wyraźnej tendencji w państwach zachodnich do budowania swoistego „totalitaryzmu liberalno-demokratycznego”? Przytoczmy kilka przykładów z rzeczywistości Zachodu: zakaz palenia papierosów w prywatnych lokalach, prohibicja alkoholowa czy zakaz noszenia symboli religijnych – to tylko mała próbka tego, z czym mamy do czynienia we współczesnej liberalno-demokratycznej Europie. Do tego ograniczanie wolności słowa i zakaz podważania „oficjalnej wersji historii”. Cóż to za liberalizm, który odżegnuje się od znanej maksymy Woltera „nie zgadzam się z tym, co mówisz, lecz będę bronił na śmierć Twojego prawa byś mógł to powiedzieć”?

Do tego dochodzi rozbijanie dobrowolnych stowarzyszeń, czy to społecznych czy religijnych. W Europie Zachodniej w imię nowej filozofii próbuje się ograniczać prawo własności poprzez zakaz „dyskryminacji” innych. Proboszcz parafii katolickiej może znaleźć się w tarapatach, gdy odmówi homoseksualnej parze wynajęcia salki na ich wesele. I chociaż może to się odbywać pod szczytnymi hasłami szerzenia wolności, to w istocie podkopuje fundamenty instytucji społecznych. Tak jak istnieją kluby tylko dla pań, panów, tak jak federacje piłkarskie mają prawo zezwalać na grę tylko mężczyznom, tak samo związki wyznaniowe mają prawo dobrowolnie określić w „statucie”, komu udostępnią swoją własność. Tymczasem w Unii Europejskiej czyni się kroki mające na celu zmianę tego stanu rzeczy.

Podsumujmy. Zakaz palenia tytoniu, picia alkoholu, dyskryminacji opartej na pokojowym wykluczeniu, ekspresji poglądów religijnych i wyrażania własnych sądów (choćby najdziwniejszych) pod groźbą kary grzywny lub pozbawienia wolności to efekty niedawnego dynamicznego rozwoju państwa dobrobytu. Czy przypadkiem nie jest to atak na „wolności obywatelskie”?

Widzimy, że nie możemy spać zupełnie spokojnie, jeżeli tylko w pełni uświadomimy sobie znane fakty z otaczającej nas rzeczywistości. Mam jednak jeszcze istotniejsze zastrzeżenie do uwagi Wojciecha Sadurskiego o Hayeku. Twierdzenie Austriaka, że państwo dobrobytu będzie prowadzić do zniewolenia, ma głębokie podstawy ekonomiczne, o których nie wolno zapominać. Hayekowi chodziło o to, że podważanie prawa własności będzie z konieczności pociągało za sobą poważne problemy gospodarcze, które z kolei stworzą polityczny klimat dla dyktatorów tak jak Wielki Kryzys przyczynił się do politycznego sukcesu Adolfa Hitlera.

Jeśli popatrzymy na dzisiejszą Europę i Stany Zjednoczone, to faktycznie sytuacja może nie jest aż tak tragiczna. Nie oznacza to jednak, że przeszliśmy już całą drogę do zniewolenia. Wojciech Sadurski powinien zwrócić uwagę na to, że możemy być na przykład dopiero w połowie drogi do zniewolenia. I tu kluczowa jest moim zdaniem argumentacja ekonomiczna – prawie wszyscy socjaldemokraci beztrosko pomijają problematykę architektury finansowej państwa dobrobytu; architektury, która jest skazana na klęskę. Nie chodzi tutaj o to, że z wydawaniem pieniędzy na „potrzebujących” wiążą się jakieś niebezpieczeństwa. W przeciwieństwie do stronników Rawlsa nie koncentruję się na tej stronie budżetu, lecz na tym skąd owe pieniądze się biorą. Nieunikniona gospodarcza klęska państwa dobrobytu nie wynika z tego na co pieniądze są wydawane, lecz jak są pozyskiwane.

Państwo dobrobytu, takie, jakie znamy, musi się opierać na trzech filarach: wysokiej stopie redystrybucji, długu publicznym i druku pustego pieniądza. Te trzy filary są absolutnie niezbędne. Same podatki nie wystarczą na finansowanie wydatków budżetowych (żaden poważny polityk nie zająknie się nawet na temat zakazania deficytu budżetowego), dług publiczny wymaga wysokich podatków i druku pieniądza (aby go spłacać), a druk pustego pieniądza wymaga długu i wysokich podatków, ponieważ bez nich doprowadziłby do krachu walutowego.

Powtórzmy: w problemie teorii „państwa dobrobytu” nie chodzi o samo słowo „dobrobyt”, lecz o „państwo”. Uzyskane pieniądze można by wydawać na zasiłki, polityków, wojnę, cokolwiek. Nie zmienia to zasadniczej natury badanego przez nas obiektu, którego niewydolność wynika z samej jego konstrukcji, a nie z tego, na co konkretnie idą pieniądze.

I tu dochodzimy do sedna problemu ignorowanego przez socjaldemokratów. Po pierwsze, wysoki stopień redystrybucji sprzyja temu, aby uderzać w produkcję przeznaczoną dla masowego konsumenta, i prowadzi do powstawania fortun, zdobytych na państwowym systemie redystrybucyjnym. Po drugie, system emisji długu publicznego wymaga tego, aby państwowe struktury stały się niewolnikami oligarchii finansowej, powiązanej z systemem bankowym. I tak właśnie niestety jest i żaden socjaldemokrata nie będzie w stanie przed tym uciec – finansowanie wydatków wymaga długu publicznego. Dług publiczny wymaga wierzycieli. A wierzyciele wymagają posłuszeństwa i wprowadzania rozwiązań dla nich korzystnych – bo w przeciwnym razie nie zgodzą się być wierzycielami. Owszem, można by ich oszukać, lecz byłaby to sztuczka jednorazowa, która nie sprawdziłaby się w kolejnej emisji obligacji.

Po trzecie, system zbudowany na inflacji i druku pieniądza jest z istoty skazany na upadek. Jeśli bowiem konstruuje się system bankowy, z jakim mamy do czynienia współcześnie, a więc oparty na ciągłej ekspansji kredytowej (co ułatwia państwu spłatę jego długów), to końcowym etapem tego systemu jest upadek waluty, a wraz z nią państwa dobrobytu. I to jest proces, który dziś obserwujemy w Stanach Zjednoczonych i Europie Zachodniej. Wydaje się, że dopiero się zaczyna, lecz wkrótce zostanie pogłębiony przez rosnące zadłużenie systemów emerytalnych i zdrowotnych. Historia nie zna ani jednego przypadku gospodarki, która byłaby w stanie przetrwać ciągły wzrost długu publicznego i prywatnego oraz stałą inflację papierowego pieniądza. Jestem przekonany, że nasza cywilizacja też tego nie przetrwa. Przeciwnicy Fukuyamy mogą już zacierać ręce.

Jedynym wyjściem z tej pułapki musiałaby być rezygnacja z niedobrowolnego systemu finansowania wydatków. Ale chwileczkę… czy aby przypadkiem nie musiałoby to oznaczać porzucenia projektu socjaldemokratycznego liberalizmu? W rzeczy samej – a zatem dochodzimy do szokującej konkluzji, bardzo przykrej dla fanów Rawlsa: socjaldemokracja jest systemem, który musi upaść nie dlatego, że jest socjaldemokracją per se, lecz dlatego, że musi być zbudowana na inflacji, długu i zaawansowanej redystrybucji. A te z kolei muszą wywołać negatywne konsekwencje i fiasko całego planu.

Kiedy plan poniesie fiasko, przyjdzie kolejny demagog, populista i grając na niskich instynktach zdesperowanych mas, które głód i zimno zmuszą do palenia w piecu zielonymi banknotami, zaproponuje im wprowadzenie prawdziwego jednolitego „planu gospodarczego”, obiecując, że ów plan rozwiąże wszystkie problemy wynikające z anarchistycznego systemu produkcji. A przy okazji każdy, kto zaprotestuje przeciw takiemu planowi, zostanie uznany za wroga, zwłaszcza jeśli zostaną mu resztki majątku potrzebne na „szczytny” cel (dlatego Żydzi w Niemczech byli obiektem ataków – ideologia nazizmu odwoływała się do motywów finansowych).

Aby to wszystko dostrzec, trzeba zwrócić uwagę na argumenty ekonomiczne Hayeka. A jak sam Wojciech Sadurski napisał: „Wchodzimy tu na grunt rozważań ekonomicznych, które są dla mnie kłopotliwe bo na nich się nie znam”. Chylę czoła przed autorem, bo dzisiaj rzadko można spotkać się z taką szczerością ze strony wybitnych jednostek. I stąd też pełen uznania postanowiłem pospieszyć ze swoimi uwagami na ten temat i wyjaśnieniem tej kwestii.

Na koniec pozostaje jeszcze trzecia uwaga. W swoim poście Wojciech Sadurski wspomniał o „libertarianizmie”, wskazując na Hayeka i Friedmana. Warto jednak pamiętać o tym, że czas Friedmana i Hayeka przeminął. Nadchodzi czas dużo radykalniejszej myśli, kojarzonej z liberałem wcześniejszego pokolenia, Ludwigiem von Misesem. Przede wszystkim dlatego, że potrafił on wyjaśnić nieuchronność bankructwa państwa dobrobytu jeszcze lepiej niż jego genialny uczeń Hayek. Friedman nie dorównywał żadnemu z nich. Dla niego analiza makroekonomiczna sprowadzała się do dwóch wielkości: podaży pieniądza i ogólnego poziomu cen.

Podobał Ci się artykuł?

Wesprzyj nas
Mateusz Machaj

O Autorze:

Mateusz Machaj

dr hab. Mateusz Machaj - Instytut Nauk Ekonomicznych Uniwersytetu Wrocławskiego, założyciel oraz główny ekonomista Instytutu Misesa.

Pozostałe wpisy autora:

Komentarz “Machaj: Liberalizm Sadurskiego i utopia socjaldemokracji

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *