Iwanik: Czasem rozwarstwienie jest dobre

20 czerwca 2008 Ekonomia sektora publicznego komentarze: 3

Autor: Jan Iwanik

W dyskusji publicznej funkcjonuje wiele błędnych lub półprawdziwych poglądów, nad którymi rzadko się zastanawiamy. Jednym z nich jest opinia o niebezpiecznym powiększaniu się przepaści pomiędzy bogatymi a biednymi. Zgodnie z tym poglądem, „zbyt duże” różnice pomiędzy statusem materialnym obywateli i społeczeństw są niedobre i należy je eliminować.

Przepaść pomiędzy bogatymi i biednymi mieszkańcami planety ma rzekomo stale rosnąć. Mimo że dzięki globalizacji miliony ludzi wydźwignęły się z nędzy, często przedstawia się ją jako główny motor narastających rzekomo globalnych nierówności.

Niedawno słuchałem programu BBC, w którym przedstawiciel brytyjskiej lewicy ubolewał nad największym, jego zdaniem, problemem Londynu – niewielką grupą niezwykle zamożnych finansistów, którzy przez sam fakt zamieszkiwania w stolicy podnoszą wskaźnik nierówności majątkowych w tym mieście. Gdyby nie ta grupa – argumentował działacz społeczny – sytuacja w mieście nie wyglądałaby tak źle. Dla działacza problemem było to, że bogacze psują statystyki „sprawiedliwości społecznej”.

W rzeczywistości obecność ludzi zamożnych pomaga mniej zamożnym sąsiadom. Jest tak dlatego, że bogaci potrzebują usług innych ludzi, by móc cieszyć się swoim majątkiem. Pieniądze, które bogacze wydają, trafiają ostatecznie do kieszeni osób mniej zamożnych. Fakt, że w Londynie mieszka wiele osób bardzo bogatych pomaga więc uboższym londyńczykom.

Przytoczona wypowiedź brytyjskiego działacza jest (posuniętym do skrajności) przykładem często popełnianego błędu. W dyskusji publicznej zwykle większą wagę przywiązuje się do różnic społecznych niż do bezwzględnego poziomu zamożności poszczególnych grup.

Rozwarstwienie majątkowe pomiędzy grupami społecznymi nie jest samo w sobie złe. Problem natomiast pojawia się, jeśli rozwarstwienie to utrzymywane i umacniane jest poprzez system ograniczeń politycznych, subsydiów, redystrybucji i innych przywilejów. Nawet z perspektywy miłosierdzia dużo rozsądniejsze wydaje się zatroskanie poziomem bezwzględnego ubóstwa, niż stopniem rozwarstwienia materialnego.

W pewnych sytuacjach zwiększanie się różnic majątkowych pomiędzy dwiema osobami nie powinno nas niepokoić. Jest tak na przykład, jeśli obie osoby skorzystają na zwiększeniu się rozwarstwienia w sensie bezwzględnym. Na przykład gorsza jest sytuacja, w której ja mam 4 jabłka, a Ty 2 jabłka, niż ta, w której ja mam 1000 jabłek, a Ty masz 3. Jest tak, pomimo że w drugim przypadku różnice pomiędzy nami są znacznie większe.

Częsty problem polega na tym, że ludzie zaślepieni zazdrością uznają tę pierwsza sytuację za lepszą. Próba zinstytucjonalizowania zazdrości, jaką był komunizm, skończyła się tym, że i mnie, i Tobie zostało po ogryzku. Niektóre propozycje socjaldemokracji mogą sprawić na przykład, że ja będę miał 50 jabłek, a Ty, powiedzmy, półtora.

Nie oznacza to oczywiście, że zawsze, gdy rośnie różnica w zamożności różnych grup obywateli, automatycznie rośnie też ich majątek. Często jednak tak jest. Dlatego, jeśli przeczytamy w prasie lub usłyszymy w radiu, że znowu rośnie jakaś przepaść, warto zadać sobie pytanie, jak zmieniają się wartości absolutne. Może przepaść rośnie i jednocześnie wszyscy się bogacą?

Na koniec ciekawy przykład, znów z Wielkiej Brytanii, o tym, jak w ostatnich 20 latach zmieniał się w tym kraju dostęp do szkolnictwa wyższego.[1] Spotkałem się z tą statystyką w publikacji London School of Economics, gdzie wyniki przedstawiono w tonie alarmistycznym. Spójrzmy na prosty wykres:

W ciągu 18 lat od 1981 do 1999 roku odsetek osób z rodzin ubogich (zdefiniowanych jako najuboższe 20% społeczeństwa), które uzyskały wyższe wykształcenie w wieku 23 lat, zmienił się z 6% do 9%, a więc wzrósł o 50%. W tym samym czasie wśród osób zamożnych odsetek ten wzrósł z 20% do 46%, a więc sytuacja poprawiła się o 130%.

W roku 1999 mamy więc do czynienia z większym rozwarstwieniem niż w roku 1981. Jednak obie grupy, choć w różnym stopniu, skorzystały na zmianach, które zaszły w latach 1981-1999. Oczywiście przyjmujemy tutaj wiele uproszczonych założeń, np. że edukacja jest ogólnie pożyteczna, że jakość edukacji nie pogorszyła się w ciągu tych 18 lat, że koszt edukacji dla poszczególnych grup się znacznie nie zmienił, itd.

Zwolennikom zasypywania przepaści za wszelką cenę polecam następujący eksperyment myślowy. Gdyby do wyboru były tylko dwie możliwości: ta z roku 1981 i ta z roku 1999, to którą byś wybrał (wybrała)? Czy zmiana, która zaszła w latach 1981-1999, powiększając edukacyjną przepaść pomiędzy bogatymi a biednymi, jest zmianą na lepsze, czy na gorsze?

Moim zadaniem sytuacja z roku 1999 jest lepsza. Ciekawe jest jednak, że wiele osób, którym zadałem to pytanie, miało trudności z udzieleniem jednoznacznej odpowiedzi.

Ktoś mógłby powiedzieć, że pytanie to jest źle postawione, bo optymalne jest jakieś trzecie, pośrednie rozwiązanie. Być może faktycznie istnieje jakaś trzecia droga. Myślę jednak, że pytanie to pomaga uświadomić sobie, do jak bardzo absurdalnych wniosków można dojść, gdy przywiązuje się nadmierną wagę do zmniejszania różnic pomiędzy bogatymi a biednymi, a nie do bezwzględnych korzyści obu grup.


[1] Jo Blanden, Stephen Machin, Educational Inequality and the Expansion of UK Higher Education, „Scottish Journal of Political Economy” 2004, vol. 51, no. 2.

Podobał Ci się artykuł?

Wesprzyj nas
Avatar

O Autorze:

Jan Iwanik

Pozostałe wpisy autora:

3 Komentarze “Iwanik: Czasem rozwarstwienie jest dobre

  1. Bardzo często w tekstach zamieszczonych na tym portalu odwołuje się do prakseologii. Tym razem zabrakło prakseologii – zwyciężyła ideologia. Może trochę ekonomii.

    Policzmy krańcowe przychody z edukacji w tych dwóch grupach:

    A) Jeżeli krańcowy przychód z edukacji w grupie osób bogatych jest większy niż w grupie biednych, to tendencja ta zwiększa dobrobyt społeczny – uczą się ci, który powinni – jest wszystko OK

    B) Jeżeli krańcowy przychód z edukacji w grupie osób biednych jest większy niż w biednych, to tendencja ta jest bardzo niekorzystna.

    Dlaczego B jest prawdą – poznieważa nie zakładamy teorii z pogranicza eugeniki: w tych populacjach statystycznie powinien być ten sam odsetek ludzi zdolnych

    Możemy założyć, że przy tak dużych dysproporcjach działa prawo malejącej krańcowej produktywności z edukacji.

    Wniosek. Za pieniądze podatników zaczynamy kształcić bogatych kretynów, gdy w tym samym czasie zdolni i biedni stoją na zmywaku.

    Czy to jest społecznie opłacalne?

  2. Promując różnice społeczne autor zapomina o takim drobiazgu jak źródła bogactwa. O ile względnie do zaakceptowania jest sytuacja w której wszyscy się bogacą, choć niektórzy bardziej, to trudno zaakceptować sytuację w której statystycznie wszyscy się bogacą , jednak ci którzy zarabiają prawie tysiąc razy więcej od przeciętnej zawłaszczają cały wzrost dla siebie. Bogactwo narodów jest produktem społecznym. Jeśli dowolnego miliardera pozostawimy na bezludnej wyspie razem z całym jego bogactwem – to co najwyżej będzie sobie mógł podpalać dolarami cygara – dopóki mu się nie skończą! W rzeczywistości powiększanie się przepaści między najbiedniejszymi a najbogatszymi zawsze jest świadectwem wyzysku i korupcji a nie tego, że bogatsi będą chcieli się wypracowanym przez innych zyskiem podzielić i przyczynić do dobrobytu wszystkich. Jeśli biednych autor pomawia o to że z zawiści obmawiają bogatych to powinien poczytać badania dotyczące szans awansu społecznego w zależności od środowiska społecznego. Jeśli uznamy za wartość hasła Rewolucji Francuskiej to powinniśmy się zastanowić dla czego braterstwo jest jak do tej pory najrzadziej przywoływanym i w dalszym ciągu niezrealizowanym!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Nasi darczyńcy