Kubisz: Euro 2011

25 września 2008 Komentarze komentarze: 1

W ostatnich miesiącach polscy ekonomiści głównego nurtu jakby mniej energicznie pomstują na „niekorzystną dla eksportu” silną złotówkę. Można też usłyszeć opinie o dobroczynnej „sile” złotówki – trzymającej w ryzach ceny ropy. Zauważalny jest spadek cen niektórych towarów, np. samochodów. W takim oto klimacie na Forum Ekonomicznym w Krynicy premier Donald Tusk ogłasza, że wejście do strefy euro w 2011 r. jest jednym z celów jego rządu. Z wykazem korzyści ze zmiany waluty spieszy pan Krzysztof Szczepaniak w artykule Euro za złotówkę w „Przekroju”. Wylicza reformy, które rząd powinien przeprowadzić, aby sprostać wymogom stawianym przez unię monetarną. Są to na przykład reforma KRUS czy zmniejszenie liczby uprawnionych do wcześniejszych emerytur, a być może także przyspieszenie prywatyzacji.

Tymczasem celowość reform to jedno, a ich związek ze zmianą pieniądza to drugie. Te same reformy można przeprowadzić bez wprowadzania euro. Można też tych reform nie wprowadzać, a „naprawić” finanse państwa przez podwyżkę podatków lub wprowadzenie nowych (np. katastralnego). Samo wejście do strefy euro nie gwarantuje wprowadzenia powyższych zmian.

W argumentacji autora jest też pewna niekonsekwencja. Z jednej strony pisze o wielu polskich eksporterach, którzy zbankrutowali po lipcowym umocnieniu się złotówki, gdyż ponieśli straty związane z różnicami kursowymi (nie podaje jednak ich liczby, ani źródła danych). Z drugiej strony pisze o tym, że wiele polskich firm nie sprostałoby zwiększonej konkurencji firm z rynku UE, które po wprowadzeniu euro szturmowałyby polski rynek. Autor spieszy jednak z wyjaśnieniem, że z pewnością w ich miejsce powstaną nowe z lepszą jakościowo ofertą. Tu pojawia się pytanie: dlaczego ta sama logika nie stosuje się do zbankrutowanych eksporterów? Dlaczego polski sektor eksportu miałby pozostać w stagnacji, a sektor wewnętrzny ulec „magicznemu” przeobrażeniu w branżę konkurencyjną i lepszą jakościowo? Dlaczego bankructwa „zaskoczonych” eksporterów nie stają się okazją do wejścia w ich miejsce przedsiębiorców lepiej radzących sobie z różnicami kursowymi, jeśli podobny mechanizm ma zadziałać po wprowadzeniu euro?

Pan Szczepaniak przytacza również jako argument za nowym pieniądzem spadek cen, który miałby nastąpić w wyniku zwiększonej konkurencji. Zauważa, że w strefie euro tańsze są kredyty udzielane przez banki. Należy się jednak zastanowić, czy nie jest to „miecz obosieczny”. Nie możemy być pewni, czy tańszy kredyt w euro nie jest spowodowany ekspansją kredytową i „ratowaniem” dolara przez EBC, co w dłuższym okresie może się odbić spadkiem wartości euro i inflacją – to drugie zjawisko możemy zresztą zaobserwować w krajach, które przyjęły ERM 2 (proces przygotowawczy do przyjęcia euro). Czy więc na pewno opłacałaby się Polakom taka zamiana – drożyzna w przyszłości za tani kredyt dzisiaj? Póki co mamy płynny kurs wymiany, który chroni nas przed wzrostami cen spowodowanymi inflacyjną polityką EBC. Po przyjęciu ERM 2, a następnie euro, nie byłoby już tej bariery.

Co do kosztów wymiany walut autor ma niewątpliwie rację, choć należałoby dodać, że na różnicach kursowych można nie tylko stracić, ale i zarobić. Abstrahując jednak od niuansów inżynierii finansowej i jej instrumentów, postawmy pytanie: czy nie należałoby zezwolić na używanie rynkowego pieniądza towarowego zamiast narzucać kolejny pieniądz papierowy? Przyjęcie takiego rozwiązania wydaje się dziś mało realne, ale „cuda” na amerykańskim rynku finansowym każą nam się zastanowić nad przyszłością papierowych środków płatniczych.

Jacek Kubisz

Podobał Ci się artykuł?

Wesprzyj nas
Avatar

O Autorze:

Jacek Kubisz

Doktorant na Wydziale Prawa, Administracji i Ekonomii Uniwersytetu Wrocławskiego, ekspert Instytutu Misesa. Interesuje się ekonomią praw własności i teorią kapitału.

Pozostałe wpisy autora:

Komentarz “Kubisz: Euro 2011

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Nasi darczyńcy