Jabłecki: In Goldman Sachs we Trust

1 października 2008 Komentarze komentarze: 0

Autor: Juliusz Jabłecki

Jedną z najlepszych i jednocześnie najbardziej niedocenianych prac Murraya N. Rothbarda jest opublikowana w 1984 r. broszura Wall Street, Banks, and American Foreign Policy, która łącząc dziennikarską pasję ze znakomitym rzemiosłem historycznym, ukazuje potężny wpływ wąskich kół finansowych na amerykańską politykę. Punktem wyjścia do analizy jest spostrzeżenie, że o ile zwykli przedsiębiorcy mają zazwyczaj wybór i zależnie od własnych preferencji mogą uzależnić się od państwa lub nie, o tyle bankierzy nie mogą w ogóle prowadzić działalności bez wsparcia instytucji państwowych i dlatego to właśnie oni bywają najzagorzalszymi etatystami.

Jeszcze niedawno uwagi takie można było zbywać lekceważącym machnięciem ręki, wykpiwając autora za manię prześladowczą i wietrzenie spisków, gdzie ich nie ma. Jednakże wydarzenia ostatnich dni i miesięcy skłaniają, jeśli nie do przyjęcia stanowiska Rothbarda, to przynajmniej do poważnego nad nim zastanowienia. Wszak już nawet amerykańscy politycy zaczynają się gubić i – jak np. kongresman Dennis Kucinich – zastanawiać publicznie, czy przypadkiem zgromadzenie Kongresu nie zamieniło się w posiedzenie zarządu banku Goldman Sachs.

Obawom Kucinicha przydają wagi rewelacje poniedziałkowego International Herald Tribune, który ujawnia, że w odbytej dwa tygodnie wcześniej naradzie najwyższych rangą przedstawicieli amerykańskiego ministerstwa skarbu (Treasury) i banku centralnego (Fed), poświęconej planowi ewentualnego uratowania kolosa ubezpieczeniowego AIG, uczestniczył Lloyd Blankfein – prezes Goldman Sachs. Blankfein miał być, według IHT, jedynym postronnym uczestnikiem spotkania. Dlaczego Blankfein pofatygował się na spotkanie? I dlaczego właściwie został zaproszony, skoro nie był formalnie związany z żadną ze stron?

Nadaktywność szefa jął tłumaczyć Lucas van Praag, rzecznik Goldmana, który oświadczył, że „byłoby błędem wnosić, że [Blankfein] był tam ze względu na nasze interesy. Zaangażowaliśmy się ponieważ chodziło o implikacje dla całego systemu finansowego”. Z pozoru więc Blankfein wykazał się wyjątkowo bezinteresowną i prospołeczną postawą. Rzecz w tym, że jak donosi dalej IHT, Goldman – jeden z pięciu wielkich banków inwestycyjnych, który wszystkim wydawał się dotąd zadziwiająco odporny na zamieszanie na rynkach finansowych – był największym partnerem AIG i upadek ubezpieczyciela oznaczałby dla banku straty rzędu 20 mld dolarów – i to ostrożnie licząc. Jak się okazuje, Goldman był nie tylko pośrednikiem pomiędzy AIG a innymi klientami, ale także wykupił ubezpieczenia na wypadek gdyby niektóre z jego aktywów miały stracić na wartości. Bankructwo AIG mogło więc poważnie zagrozić wielkiemu bankowi. Z tej perspektywy decyzja władz, aby zasilić AIG kwotą 85 mld dolarów wydaje się dość podejrzana, szczególnie że inny bank inwestycyjny, Lehman Brothers, który wcześniej zwrócił się do sekretarza skarbu Paulsona dokładnie w tej samej sprawie, został odprawiony z kwitkiem i zbankrutował. Ministerstwo skarbu nie skomentowało jak dotąd zarzutów IHT ani tego, czy Lloyd jako była prawa ręka sekretarza Paulsona, który był wcześniej szefem Goldmana i namaścił Lloyda na swojego zastępce, faktycznie uczestniczył w spotkaniu jako bezstronny obserwator zatroskany o los „całego systemu”.

Pikanterii całej historii dodaje fakt, że – jak poinformował w zeszłym tygodniu Financial Times – Goldman otrzymał zastrzyk finansowy w kwocie ok. 5 mld dolarów od legendarnego inwestora Warrena Buffetta, a kwotę tę planował przeznaczyć na zakup tzw. toksycznych aktywów, które od miesięcy paraliżują rynek międzybankowy. Dlaczego Goldman kupował coś, co wszyscy inni chcieli sprzedać? Po pierwsze – w przeciwieństwie do wielu innych instytucji finansowych – miał pieniądze, także dzięki pomocy Buffetta. Po drugie, jak można tylko domniemywać, bank liczył na to, że uda mu się kupić śmieciowe aktywa po rynkowej, czyli często bardzo niskiej, cenie i odsprzedać je później ministerstwu skarbu w ramach planu Paulsona, który – przypomnijmy – przewidywał przeznaczenie 700 mld dolarów na ściągnięcie z rynku toksycznych papierów (bez)wartościowych po ich tzw. fair value, czyli wartości, jaką teoretycznie powinny mieć. Goldman najprawdopodobniej zrobiłby na takiej operacji spore pieniądze, a wszystko odbyłoby się w dodatku całkowicie w majestacie prawa. Plan Paulsona wprawdzie nie przeszedł przy pierwszym głosowaniu, ale wszystko wskazuje na to, że jego przyjęcie jest tylko kwestią czasu. Wszak do pomocy Wall Street namawiał kongresmanów nie kto inny jak Warren Buffett, oczywiście w emploi znawcy rynków, a nie strategicznego inwestora Goldman Sachsa…

Podobał Ci się artykuł?

Wesprzyj nas
Avatar

O Autorze:

Juliusz Jabłecki

Pozostałe wpisy autora:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Nasi darczyńcy