Horwitz: List otwarty do moich przyjaciół z lewicy

6 listopada 2008 Bańki i kryzysy finansowe komentarze: 6

Autor: Steven Horwitz

Tytuł oryginału: An Open Letter to My Friends on the Left

Tłumaczenie: Bartosz Prokop

28 września 2008

Przyjaciele,

W waszych wypowiedziach pojawia się ostatnio stwierdzenie, że obecny chaos sektora finansowego to wynik niewydolności wolnych rynków oraz zniesienia kontroli nad nimi. Według was główną przyczyną naszych problemów jest żądza zysku, która odgrywa istotną rolę w funkcjonowaniu rynku. Uważacie również, że tylko znacząca ingerencja rządu na rynkach finansowych jest w stanie te problemy rozwiązać – być może raz na zawsze. Proszę was: przez kilka następnych minut pomyślcie, jak mówił Oliwer Cromwell, że możecie się mylić. Weźcie pod uwagę to, że wasza diagnoza może błędna, a proponowane lekarstwo nieskuteczne.

Pomyślcie raczej, że zaistniały chaos i problemy z nim związane powstały w wyniku takich regulacji rządowych, jakie teraz proponujecie. Zwróćcie uwagę, że skutki dążenia do zysku, które tak potępiacie, są uzależnione od bodźców tworzonych przez instytucje, regulacje i politykę, i to one skłoniły ludzi kierujących się motywem zysku do wyrządzenia szkód. Zauważcie, że regulacje, które najprawdopodobniej przyczyniły się do kryzysu, znalazły poparcie – jak to często bywało w historii USA – tylko u niektórych przedsiębiorców, tych samych, których owe regulacje dotyczyły. Stało się tak głównie dlatego, że przyniosły im korzyść, choć dla takich jak my oznaczały stratę. Zastanówcie się nad tym, bo wasze propozycje rozwiązania problemu zawierają jeszcze więcej takich rozwiązań, które  były już stosowane. Odpowiedzcie sobie na pytanie, czy bogaci i wpływowi nie będą chcieli manipulować procesem legislacyjnym dla własnej korzyści.

Jednym z największych nieporozumień dotyczących obecnego bałaganu finansowego jest podejrzenie, że spowodowała go chciwość. Przecież chciwość od zawsze była cechą relacji międzyludzkich. Dlaczego ni z tego, ni z owego wyrządziła tyle szkody? Dlaczego tylko w jednym sektorze gospodarki? Czy gdzie indziej nie ma wystarczająco dużo chciwości? To prawda, że przedsiębiorstwa kierują się zyskiem. I nic nie powstrzyma ich przed szukaniem go tam, gdzie bodźce instytucjonalne na to pozwolą. Na wolnym rynku przedsiębiorstwa zarabiają, dostarczając po umiarkowanych cenach towary poszukiwane przez klientów. (Moi drodzy, nie przerywajcie lektury w tym miejscu, nawet jeśli się ze mną nie zgadzacie. Teraz wiecie jak się czuję, kiedy mówicie, że nasze problemy wzięły się z błędów rynku. Doczytajcie do końca przynajmniej ten akapit.) Jednakże regulacje, polityka, a nawet retoryka wpływowych działaczy politycznych mogą zmienić bodźce zysku. Regulacje mogą utrudniać przedsiębiorstwom minimalizację ryzyka przez to, że wymagają od nich udzielania kredytów pożyczkobiorcom o niskich dochodach. Instytucje rządowe mogą zachęcać banki do podjęcia dodatkowego ryzyka przez oferowanie bezwarunkowej gwarancji rządowej na wypadek niepowodzenia. Strategie mogą być nastawione na działania, które sprzyjają zyskom spółek, a nie społeczeństwu.

Wielu z was słusznie krytykowało przepis nakazujący dodawać etanol do paliwa. Sprawił on, że rolnikom uprawiającym kukurydzę bardziej opłacało się przeznaczyć ją na biopaliwo niż do celów spożywczych, co doprowadziło do wzrostu cen żywności na całym świecie. Co ciekawe, w tym wypadku słusznie krytykowaliście regulację, a nie chciwość i motyw zysku! A przecież zamieszanie na rynku finansowym to przypadek analogiczny do tej sytuacji.

Żaden ekonomista wolnorynkowy nie uważa, że „chciwość zawsze popłaca”. Według nas dobre są instytucje, które działają w imię interesu przedsiębiorców poprzez nagradzanie ich za pracę na rzecz społeczeństwa, a nie tylko dla własnej korzyści. Sądzimy, że tak właśnie działają wolne rynki. Wymiany rynkowe są korzystne dla obu stron. Kiedy prawo przysparza kłopotów, albo mętnie zakreślając reguły gry, albo w ogóle dążąc do ich zastąpienia regulacjami, wówczas kierowanie się własnym dobrem przestaje przynosić obopólne korzyści. Sektor prywatny czerpie wtedy zyski, służąc partykularnym celom politycznym, a nie społeczeństwu. W takich przypadkach chciwość jest szkodliwa. Ale sektor prywatny nie jest zły z powodu egoizmu, lecz ze względu na uwarunkowania instytucjonalne, które nagradzają osiąganie korzyści metodami szkodliwymi dla społeczeństwa.

Właśnie te uwarunkowania, moi drodzy, zaprowadziły nas w ślepą uliczkę.

Jeśli ktoś nazywa kryzys mieszkaniowy i kredytowy upadkiem wolnego rynku, czy produktem niekontrolowanej chciwości, to nie zauważa niezliczonych regulacji, nie uwzględnia polityki i oświadczeń rządu. Nie tylko ograniczyły one „wolność” tego rynku, ale doprowadziły do tego, że osiąganie własnej korzyści przyniosło tragiczne skutki, zarówno zamierzone, jak i niezamierzone. Pozwólcie mi pokrótce podsumować rolę rządu w naszym małym dramacie.

Po pierwsze – wyjaśnijmy sobie – Fannie Mae i Freddie Mac są „przedsiębiorstwami wspieranymi przez rząd”. Mimo że technicznie są prywatne, to korzystają z przywilejów nadanych przez rząd, są nadzorowane przez Kongres, a co najważniejsze funkcjonowały w przekonaniu, że w przypadku bankructwa będą dofinansowane. Nie ma tu „wolnego rynku”. Wszyscy uczestnicy rynku nieruchomości wiedzieli o tym od samego początku. W pierwszej połowie lat 90. Kongres zmniejszył wymagania kredytowe dla Fannie i Freddie (do ¼ kapitału wymaganego przez normalne banki komercyjne), aby ułatwić im udzielanie pożyczek ubogim. Kongres ustanowił agencję do ich nadzorowania, ale musiała ona co roku składać wniosek do Kongresu o nowy budżet (żadna inna instytucja nadzoru finansowego nie musi tego robić), co dawało gwarancję, że w jej raportach znajdzie się to, co Kongres chce usłyszeć: „wszystko jest w porządku”. W 1995 roku Fannie i Freddie otrzymały pozwolenie na wejście na rynek ryzykownych kredytów (subprime market), a instytucje nadzorujące zaczęły rozprawiać się z bankami, które nie przyznawały wystarczająco dużych pożyczek mieszkańcom biedniejszych obszarów. Podjęto kroki, aby wziąć w ryzy Fannie and Freddie, ale Kongres tego pomysłu nie przegłosował. Stało się tak głównie dlatego, że organizacje te miały znaczący wkład w kampanie wyborcze członków obu partii. New York Times już w 1999 roku przewidywał, co może wyniknąć z tego zniewolenia rynku, i przestrzegał przed tym, że w razie kryzysu na rynku mieszkaniowym Fannie i Freddie będą musiały zostać wykupione.

Dokonana w 1994 roku zmiana w ustawie o reinwestowaniu w społeczność lokalną z 1977 roku (Community Reinvestment Act – przyp. red.) jeszcze bardziej skomplikowała sprawę. Ustawa ta nakazuje, by banki przeznaczały część środków na kredyt dla społeczności lokalnych, które znajdują się w trudnej sytuacji ekonomicznej. Co więcej, Kongres zażądał, by Fannie i Freddie rozszerzyły swoją działalność kredytową na pożyczkobiorców bez wiarygodności kredytowej. Był to sposób na zwiększenie liczby właścicieli domów. W ten sposób udzielono bankom oraz duetowi F&F zachęt ekonomicznych i politycznych do udzielania większych kredytów mało wiarygodnym pożyczkobiorcom o niskich zarobkach. Choć próby zwiększenia liczby Amerykanów posiadających mieszkania poprzez zmuszanie banków do obniżania kosztów kredytów podjęto w dobrej wierze, to w dużym stopniu przyczyniło się to do dzisiejszego kryzysu.

Jednocześnie ceny mieszkań rosły, umożliwiając powstanie całej gamy nowych instrumentów hipotecznych. Ponadto ludzie, którzy zaciągnęli duże kredyty hipoteczne z niewielkim wkładem własnym, byli przeświadczeni, że są w stanie je spłacić. Warto zauważyć, że wzrost cen najmocniej dotknął miasta z bardziej zaostrzonymi przepisami dotyczącymi zagospodarowania terenu. Z tego powodu nie wszędzie skutki tych wzrostów były tak samo dotkliwe. Rzecz w tym, że regulacje ograniczające wykorzystanie ziemi dla celów mieszkaniowych spowodowały zderzenie się rosnącego popytu na te nieruchomości (którego źródła wskazałem wyżej) ze zmniejszoną podażą budynków mieszkalnych. W rezultacie ceny mieszkań gwałtownie wzrosły. Tam, gdzie przepisy nie były tak surowe, wzrost cen mieszkań był łagodniejszy. I znów to nie wolne rynki, a przepisy pokierowały dążeniem do zysku i stały się główną przyczyną wzrostu cen nieruchomości, który podsycał gorączkę kredytową.

W tym czasie System Rezerwy Federalnej – instytucja teoretycznie prywatna, ale korzystająca z wyjątkowych przywilejów monopolowych zagwarantowanych przez rząd – zwiększał akcję kredytową i ciągle obniżał stopy procentowe. Ten zastrzyk kredytu jeszcze bardziej podsycał pożyczkową gorączkę. Dzięki jak zawsze pomocnemu monopolowi banku centralnego i dostępności funduszy banki mogły udzielać coraz bardziej ryzykownych kredytów.

Ostatni rozdział tej historii mówi o tym, jak w latach 2004–2005, tuż po skandalach księgowych we Freddie, zarówno Freddie, jak i Fannie odprawiły pokutę, którą nakazał im Kongres. Zgodziły się mianowicie na objęcie swoją akcją kredytową klientów o niskich dochodach i przyznawanie ryzykownych kredytów (subprime) oraz „poniżej standardu” (Alt-A). Tym samym dały zielone światło bankom, które chciałyby takie kredyty umieścić w swojej ofercie. W latach 2003–2006 liczba ryzykownych kredytów udzielanych przez banki wzrosła z 8% do 20% wszystkich pożyczek hipotecznych. Jednocześnie spadła jakość tych zobowiązań: udział własny kredytobiorców stopniowo malał i coraz częściej zdarzało się, że początkowo niskie oprocentowanie kredytu szybko wzrastało. Banki udzielały ich mniej wiarygodnym kredytobiorcom, wiedziały jednak, że mają zagwarantowane odkupienie pożyczek w Fannie i Freddie przez nas – podatników. Oczywiście bankami, gdy szukały one nowych klientów i ryzykownych kredytów, kierowała „chciwość”, lecz reagowały na zachęty stworzone przez nieprzemyślane ingerencje rządu, który był pełen dobrych intencji. To nie „wolny rynek”, lecz ingerencje rządu spowodowały, że kredyty ryzykowne przekształciły się w niespłacalne, przyczyniając się do obecnego kryzysu.

Widać wyraźnie, że u źródeł naszych problemów stanowczo zbyt często pojawia się rząd i jego manipulowanie rynkiem. W katalogu przewin interwencjonizmu znajdują się takie błędy jak kredytowanie sektora finansowego przez Fed, ustawa o reinwestowaniu w społeczność lokalną, przepisy regulujące sposoby wykorzystania ziemi, czy bodźce umożliwiające zakup domów przez rodziny o niskich dochodach. Tylko dla tego ostatniego celu Fannie i Freddie nadmuchały bańkę sztucznego rynku ryzykownych kredytów mieszkaniowych. Z powodu tej ingerencji wiele rodzin straciło nie tylko domy, ale i oszczędności, dzięki którym za kilka lat mogłyby wziąć mniej ryzykowny kredyt hipoteczny na tańsze lokum. Wszystkie te manipulacje dały bankom bodźce i możliwość osiągania zysku przez tworzenie kredytów, które nigdy by się nie pojawiły na prawdziwie wolnym rynku.

Należy zauważyć, że te wszystkie przepisy, polityka i ingerencje znalazły poparcie prywatnych przedsiębiorców. Fannie i Freddie oraz ich dyrektorzy generalni zarobili miliardy na wzroście cen mieszkań. Tak samo zarobiły zajmujące się pożyczkami hipotecznymi banki i inne instytucji kredytowe, które pomagały w analizie i wycenie ryzyka, oraz twórcy różnych skomplikowanych nowych instrumentów finansowych, które wykorzystano do zarządzania wywołanym przez interwencję rządu podwyższonym ryzykiem niewypłacalności. Wszyscy się cieszyli, że mają na podorędziu nienasyconych nabywców ryzykownych kredytów, czyli Fannie i Freddie – firmy, które zawsze będą mogły, sięgnąć po pieniądze amerykańskich podatników. Nie oszukujmy się – historia regulacji biznesu w Stanach Zjednoczonych to historia przedsiębiorstw wykorzystujących przepisy do własnych celów, bez względu na fasadę interesu publicznego. Ten sam mechanizm zadziałał w wypadku rynku nieruchomości. Wprowadzanie nowych przepisów i podejmowanie kolejnych ingerencji było i będzie nieskuteczne, ponieważ tylko najbogatsi są w stanie wpływać na decyzje władzy i ustalać korzystne dla siebie reguły gry.

Wiem, że niepokoi was potęga korporacji. Mnie też ona niepokoi. Moi wolnorynkowi koledzy ekonomiści również się jej obawiają. Po prostu wierzymy – i sądzę, że historia jest po naszej stronie – iż korporacyjną władzę najlepiej utrzymuje w ryzach konkurowanie na rynku i siła konsumenckich dolarów (przy legislacji ograniczającej użycie przemocy i zakazującej oszustw). Konkurencja napuszcza przeciw sobie wredne, złośliwe korporacje, które muszą walczyć między sobą o zdobycie naszych serc jak najlepszymi usługami. Nadal dysponują znaczną siłą, lecz jej negatywny wpływ jest ograniczony. To wtedy, kiedy korporacje wykorzystują państwo, aby manipulować przepisami na swoją korzyść, wzrasta negatywny wpływ ich władzy – tylko dlatego, że mają państwo po swojej stronie. Rolę państwa w wywoływaniu kryzysów pokazały dobitnie zawirowania, których jesteśmy świadkami. Jeśli rzeczywiście chcecie ograniczyć władzę korporacji, nie pozwólcie im na manipulowanie państwem przez mnożenie przepisów. Koncerny właśnie na to czekają i znakomicie uwidacznia to obecna walka o łup wart 700 miliardów dolarów.

Dlatego właśnie tak wielu z nas, działaczy wolnorynkowych, sprzeciwia się ratowaniu firm przez rząd. Nie po raz pierwszy sektor prywatny stara się wzbogacić z pomocą państwa. Kiedy mu się to udaje, inni nie odnoszą żadnych korzyści – w przeciwieństwie do sytuacji na konkurencyjnym rynku. Te same firmy znacznie wzbogaciły się – ze szkodą dla wielu ludzi – na wspieraniu interwencji regulacyjnych państwa. Nieuchronne pęknięcie bańki, wskutek którego instytucje te poniosły znaczne straty, są według wielu z nas sprawiedliwą karą za tę nieuczciwą grę. Ponowne nagradzanie ich za nieuczciwość jest nie tylko niemoralne, lecz stanowi sygnał dla potencjalnych mataczy, że będą nagrodzeni za szkody gospodarcze, za które ponoszą odpowiedzialność. Jeśli nie dofinansujemy tych przedsiębiorstw, odczujemy krótkotrwały ból, ale taka jest cena trwającej ponad 15 lat gorączki kredytowej. Proponowana subwencja nie zapobiegnie temu bólowi; może go jedynie stłumić poprzez rozłożenie go na podatników i gospodarkę osłabioną udzielaniem pożyczek, podatkami i inflacją, które umożliwią spłatę owych 700 miliardów dolarów. Powinniśmy dzielnie znieść przejściowe niedogodności i naprawić błędy, jakie wywołał nasz wcześniejszy brak pohamowania. Potem wróćmy do wspólnej pracy na wolnym rynku. Do rozwiązania problemów nie potrzebujemy samowolnych działań rządu „ratującego” tych, którzy najbardziej skorzystali na nadmuchiwaniu baniek finansowych, i krzywdzącego zarazem niewinnych podatników.

Proszę was, przyjaciele z lewicy, abyście wraz z nami sprzeciwili się takim metodom „pomocy”, oraz abyście dobrze się zastanowili nad tym, czy naprawdę chcecie pozwolić ponownie ingerować tym instytucjom, które odpowiadają za kryzys. Może się wydawać, że nowe regulacje rozwiążą problem. To samo jednak mówiono przy uchwalaniu ustawy o reinwestowaniu w społeczność lokalną, albo wtedy, kiedy poszerzono uprawnienia Fannie i Freddie. Co więcej, te same firmy, które mają zostać poddane kontroli, jako pierwsze mają decydować o jej kształcie i sposobie jej wprowadzenia. Już teraz możecie się zacząć zastanawiać się, gdzie poukrywane zostaną furtki służące bogatym firmom z koneksjami.

Zapewne jesteście skłonni myśleć, że problemy wywołane tymi przepisami to wina osób zajmujących się ich ustalaniem. Być może sądzicie, że jeśli Obama wygra, to będzie można usunąć skorumpowanych Republikanów, a na ich miejsce mianować uczciwych idealistów. Jeśli tak – zastanówcie się jeszcze raz. Po pierwsze, prawie wszystkich ingerencji, które wywołały kryzys, dokonano za rządów demokratycznego prezydenta i Kongresu zdominowanego przez Demokratów. Nawet gdy Republikanie kontrolowali Kongres, prezydent Clinton ominął tradycyjną ścieżkę legislacyjną, aby pozwolić Fannie i Freddie na udzielanie ryzykownych kredytów. Nie chodzi mi jednak o to, by winę za obecny kryzys zrzucić na Demokratów, bo wszyscy są winni w równym stopniu. Rzecz w tym, że nadzieja na uniknięcie tych problemów dzięki wyborowi „odpowiednich ludzi” na stanowiska w rządzie jest nie tylko naiwna, lecz kłóci się z historycznym doświadczeniem. Nieczystym interesom korporacji sprzyjały dotąd podejmowane nawet nieświadomie i w dobrej woli działania z gruntu przyzwoitych ludzi. Problem w tym, że ich decyzje niosły za sobą niezamierzone, ale możliwe do przewidzenia skutki, które nie były korzystne dla społeczeństwa, lecz jedynie wybranych grup. Bez względu na to, która partia znajduje się u steru; takie regulacje pociągają za sobą niezamierzone skutki, które zawsze zostaną wykorzystane w celach partykularnych. Historia jest pełna politycznych sojuszy zawieranych przez ideowych obrońców moralności z cynicznymi materialistami, nawet jeśli zazwyczaj stoją oni po przeciwnych stronach barykady. Na tym polega znane zjawisko „przemytników i baptystów” (patrz też krótki artykuł J. Jabłeckiego pt. Przemytnicy i baptyści – przyp. red.).

Jestem bardzo wdzięczny, że wytrwaliście w lekturze do tego miejsca. Bez względu na to, czy zgadzacie się z moją argumentacją, bardzo proszę was o jedną rzecz: zrozumcie, że moja opowieść o roli ingerencji rządowej w obecnym bałaganie jest prawdziwa, niezależnie od tego, jak patrzycie na cały problem. Nawet jeśli nie przemawia do was mój argument, że wprowadzenie większej ilości przepisów nie jest rozwiązaniem, to zrzucanie winy za nasze kłopoty na „wolny” rynek powinno już być dla was w tej chwili zwykłym nieporozumieniem. Mam też nadzieję, że działając w duchu fair play przestaniecie w mowie i na piśmie rozpowszechniać taką opinię o wydarzeniach ostatnich tygodni. Możemy w dobrej wierze spierać się o to, co zrobić, i w jakim stopniu interwencjonizm przyczynił się do tych problemów. Jednak obwinianie nieistniejącego wolnego rynku za kryzys, który do pewnego stopnia był wynikiem szeroko zakrojonych ingerencji rządu, jest niesprawiedliwe. Jeśli więc nie przekonałem was do pozostałych tez, to mam głęboką nadzieję, że przekonałem was do tej jednej.

Na koniec mogę was tylko prosić, byście nadal analizowali rozwój wypadków. Upatrywanie przyczyny kryzysu w chciwości nie zaprowadzi was daleko, gdyż chciwość, podobnie jak grawitacja, jest czymś stałym w naszym życiu. Wyjaśnianie, że kryzys jest spowodowany niewydolnością wolnego rynku, nie może być prawdziwe, skoro z wolnością miał on niewiele wspólnego. Pomyślcie, że możecie się mylić. Zamiast od razu obwiniać wolny rynek, spróbujcie rozważyć, czy choć w części ingerencje rządu nie stanowią przyczyny szkodliwych dla gospodarki zachowań ludzi szukających zysku. Weźcie pod uwagę, że ingerencja rządu mogła skłonić banki i inne organizacje do podejmowania ryzyka, którego nigdy nie powinny podejmować. Spójrzcie na banki centralne jako na jedyne organizacje będące w stanie dolać oliwy do ognia przez zbyt rozrzutne udzielanie kredytów. Nie zapominajcie o przepisach, które zmusiły banki do udzielania złych kredytów i przyczyniły się do wzrostu cen mieszkań. Wreszcie zauważcie, że część sektora prywatnego cieszy się z interwencjonizmu, przynoszącego mu spory dochód.

My, którzy wspieramy wolność rynku, nie jesteśmy teraz waszymi wrogami. Prawdziwie palącym problemem jest sojusz władzy korporacyjnej i państwowej – korporacjonizm, któremu razem się sprzeciwiamy. Proszę was tylko, byście zastanowili się, czy w istocie to nie on wywołał dzisiejsze problemy. Jeśli przyczyną kryzysu nie jest wolny rynek, to mnożenie przepisów może nam tylko zaszkodzić.

Dziękuję za lekturę.

Steve

Podobał Ci się artykuł?

Wesprzyj nas

O Autorze:

Steven Horwitz

Pozostałe wpisy autora:

6 Komentarze “Horwitz: List otwarty do moich przyjaciół z lewicy

  1. ten list to najrozsadniejszy i najrozumniejszy dokument, ktory jak
    dotad napisano na temat realnych i ideologicznych powodow recesji
    kredytowej na rynku amerykanskim. nalezy go linkowac i
    rozpowszechniac, by choc w czesci pomoc przecietnemu odbiorcy w
    zrozumieniu podstaw, rzadzacych dzisiaj swiatowa gospodarka.

  2. Dzisiaj wszyscy wiedza, ze polityka Fed i rzadu USA byla
    ZLA.
    Pytanie jest: dlaczego ludzie rzadzacy USA nie zauwazali
    tego przez 8 lat?
    Przeciez to kadencja PRAWICOWEJ administracji, FBI i CIA.
    A PRAWICOWI ekonomisci zachwycali sie ta polityka:
    kredyt i drukowanie pieniedzy bez pokrycia
    lekarstwem na wszystko.
    Odpowiedz jest taka: Przyznanie sie do problemow
    gospodarczych jest/bylo nie na reke PRAWICOWEJ
    wizji swiata, w ktorej USA jest naja, naj, naj.

  3. Bo ekonomistów nie należy dzielić na lewicowych i prawicowych, tylko na rozumiejących znaczenie własności prywatnej i nierozumiejących. „Prawicowcy” też nie rozumieli.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *