Machaj: Sierakowski i Marks

18 lipca 2009 Komentarze komentarze: 11

Felieton został wyemitowany na antenie Radia Olsztyn.

Głośno się na chwilę zrobiło o pracy i tytule naukowym prezydenta Rzeczypospolitej. Za sprawą jednego z czołowych prowokatorów Rzeczypospolitej, pewnego posła, który się wsławił już wcześniej rozmaitymi kontrowersyjnymi występami. Nie jest dla mnie jakoś szczególnie istotne, co było w owej pracy, ani czy zasadne jest wyciąganie z niej poszczególnych fragmentów, czy cytatów, choć nie ukrywam, że zabawnie się ogląda stosowanie takiej broni retorycznej przeciwko osobie, która uwielbia sama stosować podobne zagrywki. Jeszcze ciekawiej ogląda się tak zwanych „prawicowych siepaczy”, żeby użyć słynnego początkowo pejoratywnego, ale obecnie raczej sympatycznego terminu ukutego przez świętej pamięci Aleksandra Małachowskiego. Prawicowych siepaczy, którzy stosowanie odwołań do Lenina tłumaczą konformistycznymi stwierdzeniami o „tym, jakie to wtedy były czasy”. Tymczasem nie powinno to specjalnie nikogo dziwić, skoro partia PiS, przynajmniej w sferze ideologicznej, nie kryła nigdy specjalnie, że nie chodzi ani o prawo, ani sprawiedliwość, tylko o podatki i socjalizm. A skoro się jest fanem rozbudowanego aparatu państwowego, ingerującego w życie obywateli, to również nie powinno zaskakiwać umilanie się do skrajnych zwolenników aparatu państwowego takich jak Lenin, czy Marks. Nie ma tu szokującej nieścisłości.

Ale to, co najbardziej mi utkwiło w głowie w tej z lekka absurdalnej sprawie to reakcja Sławomira Sierakowskiego, przedstawiciela środowiska „Krytyki politycznej”, który w stronę kontrowersyjnego posła, kpiącego z prezydenta, adresował słowa o tym, jakoby był, cytuję, „debilem”. Bynajmniej nie chodzi tutaj o przeciek z testów Mensy, ani jakieś obiektywne badanie naukowe przeprowadzone na panu pośle, ale o to, że pan poseł śmiał sobie zakpić z myśli socjalistycznej. Zdaniem redaktora „Krytyki” najwyraźniej trzeba być właśnie, znowu cytuję, „debilem”, żeby nie rozumieć, że takie terminy jak „walka klasowa”, czy „wyzysk” to poważne terminy naukowe. A Marks to wybitny naukowiec, który przecież analizował koncepcję „towaru” w teorii ekonomii.

„Krytyka polityczna” to ciekawe środowisko, któremu zależy na reanimacji Marksa. Póki co wydaje się to jednak zadanie dosyć karkołomne, ponieważ marksizm, nawet jeśli miłują się nim socjologowie i filozofowie z Francji i reszty świata, to jest bankrutem w zakresie teorii ekonomii. I takim bankrutem raczej pozostanie, ponieważ osoba, która trochę głebiej wchodzi w historię myśli ekonomicznej i teorię, przekonuje się szybko, że „wyzysk” w teorii marksistowskiej to żadna solidna koncepcja naukowa, a laborystyczna teoria wartości jest od pierwszych stron „Kapitału”, najważniejszego dzieła Marksa, nonsensowną jąkaniną, przeczącą zdrowemu rozsądkowi. Zaś samo pojecie towaru było analizowane i kilkaset lat przed Marksem, i przez wielu dużo lepszych ekonomistów, i na dodatek w poprawny sposób, czego nie można powiedzieć o analizie najsłynniejszego komunisty. No, ale w pewnym sensie to rozumiem jego fanów – jak się kocha, to się kocha irracjonalnie i na przekór wszystkiemu. Tylko, że to niestety nie nauka, lecz fanclub.

Podobał Ci się artykuł?

Wesprzyj nas
Mateusz Machaj

O Autorze:

Mateusz Machaj

dr hab. Mateusz Machaj - Instytut Nauk Ekonomicznych Uniwersytetu Wrocławskiego, założyciel oraz główny ekonomista Instytutu Misesa.

Pozostałe wpisy autora:

11 Komentarze “Machaj: Sierakowski i Marks

  1. >a laborystyczna teoria wartości jest od pierwszych stron „Kapitału”, najważniejszego dzieła Marksa, nonsensowną jąkaniną, przeczącą zdrowemu rozsądkowi.

    Może trochę pokory?

    Ja rozumiem i cenię sobie pańską działalność, ale takim impertynenckim stylem daleko pan nie zajedzie.

    Są towary, których cena zostaje wyznaczona przez pracę, choć ponoć należą one do mniejszości.

    Co więcej, laborystyczna teoria wartości wcale nie kłóci się z marginalistyczną, a wręcz obie koncepcje świetnie się uzupełniają w wyjaśnianiu rzeczywistości.

  2. Pokora jest zawsze wskazana. Prosze wybaczyc, ze w publicystycznym tekscie (nie naukowym) nakpiewam sie z czegos czego zaden powazny wspolczesnie ekonomista nie traktuje na serio.

    Natomiast laborystyczna teoria wartosci przeczy zdrowemu rozsadkowi. Zaczyna sie od fundamentalnego bledu w zdaniu „Wartość użytkowa, czyli dobro, ma więc tylko dlatego wartość, że jest w nim uprzedmiotowiona, czyli zmaterializowana, abstrakcyjnie ludzka praca.” Krotko mowiac Marx od samego poczatku zaczyna od blednego i absurdalnego zalozenia, ze chleb ma wartosc uzytkowa nie dlatego, ze ktos zaspokoi nim potrzebe glodu, tylko dlatego, ze ktos go upiekl. Trudno o bardziej fatalny punkt wyjscia dla teorii wartosci odwracajacy wszystko do gory nogami.

    Dlatego zaden powazny ekonomista wspolczesnie nie traktuje powaznie laborystycznej teorii. Jesli chodzi o marginalizm to jest on spojny i swietnie sie uzupelnia w wyjasnianiu rzeczywistosci ze szkola klasyczna, czyli kosztowa teoria produkcji. Ale nie z teoria laborystyczna, bo to jest bledna teoria, ktora z godzin pracy chciala uczynic FUNDAMENTALNA zmienna determinujaca porzadek gospodarczy (albo raczej nie z godzin pracy, tylko z godzin pracy „spolecznie uzytecznej” wyliczanej po stawkach cen rynkowych, co demonstruje dobrze niescislosci Marxa). Tymczasem od poczatku pierwszego tomu Kapitalu byla intelektualnym bankrutem nie do obrony, co ladnie wykazal Boehm-Bawerk (i paradoksalnie sam Marx wytykajac niescislosci, ktorych wbrew swojej obietnicy sam w III tomie nie rozwiazal).

  3. -> Mateusz

    Natomiast laborystyczna teoria wartosci przeczy zdrowemu rozsadkowi. Zaczyna sie od fundamentalnego bledu w zdaniu “Wartość użytkowa, czyli dobro, ma więc tylko dlatego wartość, że jest w nim uprzedmiotowiona, czyli zmaterializowana, abstrakcyjnie ludzka praca.” Krotko mowiac Marx od samego poczatku zaczyna od blednego i absurdalnego zalozenia, ze chleb ma wartosc uzytkowa nie dlatego, ze ktos zaspokoi nim potrzebe glodu, tylko dlatego, ze ktos go upiekl. Trudno o bardziej fatalny punkt wyjscia dla teorii wartosci odwracajacy wszystko do gory nogami.

    No nie do końca. Marks przede wszystkim dokonuje rozróżnienia na wartość użytkową i wymienną. Sam zresztą podaje przykład surduta i chleba (ich wartość użytkowa wynika z ich „właściwości”: chleb daje nam jeść, a ubranie chroni przed zimnem). To jest wartość użytkowa. Marks mówi jeszcze o wartości wymiennej, że wcale się ona nie równoważy z użytkową.

    Marks podaje zresztą taki przykład:

    Weźmy teraz dwa towary, np. pszenicę i żelazo. Jakikolwiek będzie ich stosunek wymienny, zawsze można go przedstawić za pomocą równania, którym daną ilość pszenicy przyrównuje się do pewnej ilości żelaza, np. 1 kwarter pszenicy = a centarom żelaza. Cóż mówi to równanie? Że w dwóch różnych rzeczach, w kwarterze pszenicy i w a centarów żelaza, tkwi coś wspólnego o tej samej wielkości. Obie rzeczy są więc równe trzeciej, która sama w sobie nie jest ani jedną, ani drugą. Każda z nich – jako wartość wymienna – musi więc dać się sprowadzić do trzeciej.

    I Marks konkluduje, że tym wspólnym „czymś” jest praca, którą włożono w wykonanie danych towarów.

    Żeby była jasność, nie mówię, że Marks miał słuszność. Mówię tylko, że Twoja argumentacja pt. dlaczego Marks był głupi jest nietrafiona.

    Warto natomiast zastanowić się (i wielu już to robiło), czy aby laborystyczna teoria wartości nie powinna się nazywać laborystyczną teorią pracy. Gdyby tak ją określić, to okazałoby się, że jest w niej wiele słuszności, a jedyne, co Marksowi można zarzucić jest mieszanie wartości i ceny.
    Zresztą, z tego, co pamiętam pisał o tym choćby Calhoun..

  4. Czy termin „Laborystyczna teoria pracy” nie jest aby pleonazmem? Na czym miałaby polegać ta teoria pracy opartej na pracy?

    Poza tym nawet jeśli uwzględnić to, że Marks rozróżniał wartość użytkową od zamiennej (nawiasem mówiąc nie on to rozróżnienie wymyślił), to teoria wartości zamiennej oparta na pracy jest po prostu fałszywa. Ceny nigdy nie odzwierciedlały ilości pracy zawartej w towarach.

  5. Jesli „laborystyczna teoria cen” ma oznaczac, ze praca ma byc FUNDAMENTALNA zmienna wyjasniajaca ksztaltowanie sie cen na rynku, to „laborystyczna teoria cen” jest z gruntu bledna, poniewaz ilosc pracy (rozumiana w sposob godzinowy) nie jest zmienna determinujaca ceny (zatem ani wartosc wymienna nie pochodzi z godzin pracy, ani contra Marks wartosc uzytkowa nie istnieje dzieki temu, ze praca stworzyla towar).

    Jedyny sposob na obrone tego dziwactwa „laborystycznej teorii cen” jest stosowanie szeregu zabiegow ochronnych tj. przeliczanie godzin wedlug obowiazujacych na rynku cen, aby wskazac na „spolecznie uzyteczny czas pracy”, ktorym Marks probowal sie wykrecic.

    Problem jednak polega na dwoch rzeczach. Po pierwsze, wtedy nie mamy „laborystycznej teorii cen”, tylko „cenowa teorie cen”, poniewaz to nie ilosc pracy decyduje o cenach, tylko ilosc pracy przeliczana po cenach rynkowych decyduje o cenach. Stad bledne kolo.

    To po pierwsze. Po drugie, wywraca to caly system Marksa, ktory mial na celu kilka rzeczy: (1) uczynic prace zmienna fundamentalna, ktora tlumaczy zaleznosci gospodarcze (2) przez to zbudowac teorie wartosci pokazujaca, ze tylko praca tworzy uzyteczne rzeczy, (3) a zatem kapital ma otrzymywac zarobki z wyzysku pracy, (4) progresywnie praca ma otrzymywac zarobki coraz mniejsze, ale (5) jednoczesnie sily produkcji maja w miare rozwoju prowadzic rowniez do spadku zyskow z kapitalu, w efekcie (6) ma nastapic rewolucja i upadek stosunkow kapitalistycznych.

    Stosowanie „zabiegow ochronnych” musi zniszczyc te 6 punktow, bez ktorych marksizm by sie rozsypal. W dodatku nawet jesli juz zastosujemy te zabiegi, to jak napisalem wyzej, pozostaje problem blednego kola. Ceny ma wyjasniac praca, ale nie byle jaka praca, tylko praca liczona po cenach. Wiec ceny wyjasniaja ceny.

    Wszystko to jest u Boehm-Bawerka. Goraco polecam.

  6. a, i jeszcze jedno. Co prawda tego Carsona nie czytałem, ale za to Callahan w Ekonomii dla normalnych ludzi pisze tak:

    To prawda, pisał uczeń Misesa, F. A. Hayek, że w dłuższym okresie czasu cena sprzedaży będzie korelować z kosztami ich produkcji. Dzieje się tak nie dlatego, że koszt wpływa na cenę, lecz dlatego, że jeśli koszt produkcji jest wyższy od ceny, wówczas przestaje się ona opłacać. […] Jeśli natomiast cena przekracza koszt produkcji, rynek przyciągnie do niej nowych chętnych, którzy w obliczu możliwości osiągnięcia zysku, obniżać będą ceny, zbliżając je do kosztów produkcji. Zmieni się więc subiektywna wartość danego dobra, powstaną nowe warunki, nowe okazje do osiągnięcia zysku, i zainteresowanie przesunie się tam, gdzie cena przekraczać będzie koszt produkcji. Mimo iż w długim przedziale czasu cena zbliży się do kosztu produkcji, nigdy nie będziemy dysponować tak „długim okresem”. Twierdzenie, jakoby ceny równały się kosztom produkcji jest wyrazem tendencji rynkowej, a nie opisem stanu, jaki ten rynek kiedykolwiek osiągnął

    [podkreślenie moje]

  7. Laborystyczna teoria ceny tez jest falszywa. Cena towaru, nawet jesli towar wytworzyl bezposrednio jego sprzedawca, jest cena wymiany, czyli spolecznie usredniona wartoscia uzytkowa. Jesli ktos jest „wyznawca pracy”, to rzeczywiscie moze wyceniac swoje towary wedle godzin pracy, jakie poswiecil na ich wykonanie, ale to mu raczej nie przysporzy klientow, chyba ze oni tez beda „wyznawcami pracy” (ale nawet w takim przypadku cena nie jest pochodna samej pracy, ale pochodna przypisywanej jej metafizycznej czy religijnej wartosc).

    Placa tez nie zalezy od ilosci pracy, tylko jej efektywnosci, tzn. stopnia w jakim wytwarza ona spolecznie pozadane dobra. Nie widze zadnego sposobu, zeby przemycic tu jakiegokolwiek czynniki oderwane od subiektywizmu wyceny konsumenckiej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Nasi darczyńcy