Jan M. Fijor – człowiek instytucja; wywiad dla www.mises.pl

20 lipca 2009 Teksty komentarze: 8

Witold Falkowski: Opłaca się wydawać książki?

Jan M. Fijor: W sensie misji, opłaca się, zwłaszcza, gdy mowa o takich książkach jak nasze. Wydawanie wartościowych książek, których nikt – poza garstką ludzi ogarniętych pasją wolności – nie lubi, daje wielką satysfakcję. Mimo to nie zadowalam się wyłącznie misją czy filantropią. Jestem wolnorynkowcem i wiem, że nawet misja ma swoją cenę. Gdyby moja działalność wydawnicza przynosiła nieustanne straty, to bym jej zaniechał. Uznałbym bowiem, że albo źle zaspokajam potrzeby odbiorców, albo takich potrzeb nie ma. Przez pierwsze pięć lat było różnie, od dwóch lat, a zwłaszcza od momentu wybuchu tzw. kryzysu zainteresowanie, a wraz z nim sprzedaż rosną. Słowem, kryzys nam pomaga.

WF: Ile wydałeś książek?

JMF: Łącznie ok. 70 tytułów, 10 nowych tytułów jest na tapecie.

WF: Jak to się stało, że zacząłeś wydawać książki i co Cię naprowadziło na trop „austriacki”?

JMF: Od 1989 roku wydawaliśmy z żoną w Stanach Zjednoczonych miesięcznik „Kobieta”, konserwatywne pismo dla kobiet. To było naprawdę coś. Nasz rekordowy nakład wynosił 14,5 tysięcy egzemplarzy sprzedanych, a więc mniej więcej 8 procent polonijnego rynku czytelniczego. Po upadku komuny zaczęła nas jednak gnębić lekka, łatwa i znacznie bardziej kolorowa konkurencja kilkudziesięciu polskich pism kobiecych sprzedawanych na rynku polonijnym USA, Kanady i Australii, czyli tam, gdzie do tej pory królowaliśmy my. Chcieliśmy w rewanżu wejść na rynek krajowy, ale nie umieliśmy tego zrobić. Ostatecznie, w 1997 roku uznaliśmy, że konkurencja jest zbyt silna, aby z nią walczyć i „Kobietę” sprzedaliśmy. Pozostało jednak wydawnictwo. I wtedy wpadł mi w ręce bestseller Rusha Limbaugh, The Way Things Ought To Be. Przełożyłem tę książkę, kupiłem prawa autorskie i wydałem ją po polsku w USA. Poszła jak ciepłe bułeczki; sprzedaliśmy tam 3 tysiące egzemplarzy. Potem w kraju ponad 5000 egz. Książką zainteresował się Janusz Korwin – Mikke, szła w odcinkach w „Najwyższym Czasie”. Jak na debiut całkiem nieźle. Czułem, że pójdziemy drogą ku liberalizmowi i wolności, ale o szkole austriackiej jeszcze nawet nie słyszałem. Dowiedziałem się o niej przypadkowo podczas konferencji w firmie, w której pracowałem. Zacząłem czytać www.mises.org i wciągnęło mnie po uszy.

WF: Muszę powiedzieć, że z książek, które wydałeś, przetłumaczyłeś lub sam napisałeś, najbardziej lubię Jak zostałem milionerem?, czyli Twoją autobiografię. Czyta się ją trochę jak powieść o Johnie Galcie – z tym że to jest historia prawdziwa.

JMF: Cieszę się. Trudno jest zajmująco pisać o samym sobie.

WF: Niektórzy zarzucają Ci różne brzydkie rzeczy w życiorysie. Czy rzeczywiście masz sobie coś poważnego do zarzucenia?

JMF: Należę do ludzi generalnie niezadowolonych z siebie, ale brzydkich rzeczy, raczej w życiu nie robię. Mimo to z jakiegoś powodu, domyślam się tylko, że chodzi o zemstę za którąś z moich publikacji prasowych, „ktoś” z IPN (a kto, to pokaże sąd) oskarżył mnie o kolaborację z SB. Na początku stanu wojennego, dwa dni po tym, jak w styczniu 1982 roku nawiązałem kontakt z dwoma agentami CIA, zostałem wezwany na bezpiekę. Ujawnienie współpracy z CIA groziło katastrofą. Przerażony, podpisałem lojalkę, ale nie tę, jaką chcieli ode mnie oficerowie SB, tylko swoją prywatną. Szybko zorientowałem się jednak, że im nie chodzi wcale o moje kontakty z zagranicznym wywiadem i odmówiłem spotkań. Kilka razy mnie wzywali, molestowali, jednakże bezskutecznie. Grożono mi procesem sądowym, usunięciem z pracy, wstrzymano mi powtórnie paszport (w latach 1970 – 1978 miałem całkowity zakaz wyjazdów zagranicę), ale podstępem go otrzymałem i w 1983 roku z Polski wyjechałem. Wpadłem na krótko po blisko roku, by zabrać rodzinę, i od 1985 roku przez 18 lat mieszkałem w USA. Mogę powiedzieć, że niedługo po tym, jak wylądowałem na ziemi Lincolna, Amerykanie weryfikowali te informacje, w przeciwnym razie nie otrzymałbym „zielonej karty”, a później obywatelstwa amerykańskiego. Z SB nigdy nie współpracowałem i dlatego pozwałem do sądu autora szkalującego mnie artykułu w biuletynie IPN. Nie spocznę, dopóki sąd nie oczyści mnie z tych brudów. To są te brzydkie i bolesne rzeczy w moim życiorysie.

WF: Jesteś chemikiem, biznesmenem, dziennikarzem, podróżnikiem, filantropem, wykładowcą. Czy nie kusiło Cię, żeby zostać politykiem?

JMF: Nie! Chociaż i tak uprawiam swoją małą politykę. Szerzę edukację libertariańską, szkołę austriacką, anarchokapitalizm i to jest znacznie skuteczniejsze niż udział w istniejących gremiach politycznych RP. Polityka i politycy mnie nudzą, a ponieważ mam już swoje lata, nie chcę tej skromnej resztki życia, jaka mi pozostała, w ich towarzystwie zmarnować.

WF: Jaki los czeka twoim zdaniem gospodarkę światową w ciągu najbliższych 5 lat?

JMF: Jeśli świat nie zejdzie z drogi socliberalizmu i towarzyszącego mu interwencjonizmu, to kryzys potrwa długo. Jak długo? Aż nie zaprzestaniemy socjalu i nagradzania nierobów kosztem ludzi pracy, aż nie przypomnimy ludziom, że muszą brać odpowiedzialność za to, co robią. Liczę w tym zakresie na Stany Zjednoczone, które nie mając innego wyboru, powrócą na drogę wolnej bankowości, standardu złota, demonopolizacji pieniądza i wolności. Tylko Amerykanie są w stanie takiej zamiany dokonać. Europa o wolności już dawno zapomniała. Amerykanie pamiętają o swoich naturalnych korzeniach libertariańskich. Oni umiłowanie wolności mają we krwi. Polacy też je mają, ale w naszej krwi za dużo jest cwaniactwa i alkoholu.

WF: Jaką radę byś dał Instytutowi Misesa? Co możemy zdziałać?

JMF: Powinniście z czasem przekształcić się w libertariański ruch polityczny. Bo bez konkretnego ruchu nie wyrwiemy się z tyranii państwa. Receptę na strategię takiego ruchu podaje Rothbard w swojej „Etyce wolności”, którą wydajemy pod koniec lata. Na razie przypominajcie młodym o ideałach libertariańskich i uczcie podstaw „szkoły austriackiej”. To kiedyś zaowocuje.

WF: Gratuluję sukcesów i dziękuję za rozmowę.

Jan Fijor należy do Elitarnego Klubu Austriaków, czyli do grupy osób szczególnie zasłużonych dla Instytutu Misesa.

Podobał Ci się artykuł?

Wesprzyj nas
Avatar

O Autorze:

Jan M. Fijor

Pozostałe wpisy autora:

8 Komentarze “Jan M. Fijor – człowiek instytucja; wywiad dla www.mises.pl

  1. Ale bullshit.
    -kontakt z CIA przed stanem wojennym;
    -„podstępnie” otrzymany paszport;
    -„Wpadłem na krótko po blisko roku, by zabrać rodzinę, i od 1985 roku przez 18 lat mieszkałem w USA”;
    -„Amerykanie weryfikowali te informacje”.

    PYTAM SIĘ, PANIE DOMNIEMANY TW BERETA, JAK AMERYKANIE WERYFIKOWALI ‚TE INFORMACJE’?

    jedna wielka ściema ten wywiad. Szkoda Instytutu Misesa…

  2. Dobrze, że Pan Fijor działa (wiele ciekawych książek wydał) ale na ekonomi to się zna jak koń na pietruszce. Instytut musi promować wiedzę a nie pospolite mniemanie. Promowanie ludzi pracujących efektywnie to są truizmy. Amerykańskie działania ekonomiczne mają trochę plusów ale i mają nie jedno na sumieniu (chociaż lubię ten kraj i chętnie do niego wracam). Trudno obecne działania odnosić do historycznych teorii. Sytuacja jest całkiem inna. Sądzę, że trzon ekonomii austriackiej jest najbardziej sensowny w porównaniu do innych teorii.

  3. Efektywna praca nie jest i nigdy nie będzie truizmem. Ziemię zasiedlają tłumy mocnych w gębie. Wolę aktywnych popularyzatorów niż kanapowych gawędziarzy. Każdemu wolno wątpić, hamletyzować i żałować biednego Instytutu Misesa. Uważam jednak, że warto działać, a nie ględzić. Na razie Instytut wychodzi raczej dobrze na tej polityce, więc wyrazy współczucia (od Wątpiącego) nie należą nam się.

  4. Odpowiadam „Wątpiącemu”:

    1. kontakt z agentami CIA mial miejsce 1 i 2 stycznia 1982, a wiec juz w stanie wojennym;
    2. paszport otrzymalem dzieki wstawiennictwu gen. Kiszczaka, którego zwyczajnie oszukałem;
    3. z Argentyny wróciłem do Polski na 8 miesiecy, właśnie po rodzinę, w końcu maja 1984;
    4. po aplikacji o zieloną kartę byłem wielokrotnie przesłuchiwany przez FBI. Myślę, że sprawdzali to co im zeznałem. W przeciwnym razie nie dostałbym obywatelstwa.

    Pozdrawiam
    Jan M Fijor

  5. wies says:
    „Dobrze, że Pan Fijor działa (wiele ciekawych książek wydał) ale na ekonomi to się zna jak koń na pietruszce.”

    Paradoksalnie każdy sympatyk szkoły austriackiej zna się na ekonomii lepiej od niejednego profesora keynesisty, ponieważ takowi nie rozumieją poprawnie różnicy pomiędzy pracą produktywną i bezproduktywną czy genezy stopy procentowej.

    ” Instytut musi promować wiedzę a nie pospolite mniemanie. Promowanie ludzi pracujących efektywnie to są truizmy.”

    Instytut Misesa promuje wiedzę, a wywiad z właścicielem wydawnictwa dzięki któremu możemy poczytać np. Rothbarda jest częścią tej promocji. Wywiad z osobą przedsiębiorczą ożywia serwis, a ty jesteś typowym polskim narzekaczem 😛

  6. Popieram pomysł powstania partii libertariańskiej.
    Uważam, że takiej partii w Polsce brakuje.

    ps. UPR-owi niestety doprawiono gębę a także JKM przyczynił się do tego, iż wielu osobom UPR kojarzy się jako partia groteskowo-kabaretowa.

  7. PArtia libertariańska , o tak. Inny sposób rządzenia, jak najmniej Państwa i polityków w gospodarce – to mi się podoba

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *