Machaj: Lekka sprzeczność

10 sierpnia 2009 Komentarze komentarze: 26

Felieton został wyemitowany na antenie Radia Olsztyn.

Jak już kiedyś wspominaliśmy kryzys jest rezultatem kombinacji wielu rozmaitych czynników, a specjaliści od niego, dzielą się na dwie zasadnicze grupy: zwolenników inspirowanej marksizmem tezy o nieuchronności zwierzęcych instynktów w kapitalizmie, oraz zwolenników analizy konkretnych państwowych instytucji w kapitalizmie, które swoim postępowaniem się przyczyniają do pojawiania takich załamań. Wśród tej drugiej grupy mamy wielu autorów tezy o tym, że za kryzys odpowiada kiepski nadzór. Ale też nie o tej grupie dzisiaj chciałbym powiedzieć, a o zwolennikach tezy, z którą się akurat zgadzam, o tym, że sedno kryzysu leży w niskich stopach procentowych ustalonych przez Alana Greenspana na początku dwudziestego pierwszego wieku.

Właśnie owe niskie stopy popchnęły do nieodpowiedzialnego inwestowania, do wysokiego lewara i nierozsądnej wyceny ryzyka. Obniżka Greenspana została skoordynowana z polityką innych światowych banków centralnych, co poprowadziło do światowego boomu gospodarczego. Niestety taka polityka nie przyniosła trwałego wzrostu, czego efektem było spowolnienie, a następnie poważny kryzys finansowy od 2007 roku.

Owa hipoteza ma dzisiaj bardzo wielu zwolenników, którzy całkiem dobrze odpowiadają zwolennikom tezy o słabym nadzorze i spekulantach. W końcu spekulanci spekulują zasobami, a tych dostarczył im bank centralny po niskiej cenie jednego procenta. Niemniej jednak zwolennicy teorii zbyt niskich stóp dzielą się w sumie na dwie podgrupy. Jedną, konsekwentną, w sumie mniejszą niż druga, która uważa, że obecne działania banków centralnych będą źródłem poważniejszych destrukcji w przyszłości. Oraz drugą, niekonsekwentną, która popiera obecne działania banków centralnych, aby wyjść z kryzysu. Wśród tych osób jest wielu bankierów i zwolenników bankowości centralnej.

Innymi słowy mamy tutaj do czynienia z dosyć widoczną sprzecznością. Osoby te zgadzają się, owszem, niskie stopy banków centralnych doprowadziły do kryzysu. A następnie dodają, że w celu zwalczenia tego kryzysu należy… znowu obniżać stopy procentowe. Tymczasem logika raczej wskazuje, że leczenie bakteriami, które powodują infekcje, jaką chcemy wyleczyć, to nie jest zbyt dobry pomysł.

Nie jest oczywiście wykluczone, że sytuacja się poprawi nawet na odrobinę dłużej w wyniku interwencji banków centralnych, ale nie miejmy wątpliwości, bo nie będzie to poprawa trwała. Dlaczego? Przypomnijmy, że mieliśmy już do czynienia z podobną sytuacją, recesją w 2001 roku. Wtedy też na prośby i błagania wielki guru rynków, Alan Greenspan, dzisiaj przez większość wyklęty i kompletnie zdemitologizowany, obniżył stopy do jednego procenta. I te obniżone do jednego procenta stopy stały się źródłem problemów i bałaganu, który się zaczął sypać w 2007 roku. Obecnie próba naprawy konsekwencji tego sypania poprzez znowu obniżanie stóp procentowych to bardzo kiepski pomysł. I to nawet nie tak samo kiepski, tylko jeszcze bardziej, gdyż stopy obniżono nawet poniżej jednego procenta, do prawie zera procent. To nie wróży niczego dobrego. Japonia jakiś czas temu próbowała iść tą drogą, a skutki były marne.

Podobał Ci się artykuł?

Wesprzyj nas
Mateusz Machaj

O Autorze:

Mateusz Machaj

dr hab. Mateusz Machaj - Instytut Nauk Ekonomicznych Uniwersytetu Wrocławskiego, założyciel oraz główny ekonomista Instytutu Misesa.

Pozostałe wpisy autora:

26 Komentarze “Machaj: Lekka sprzeczność

  1. Panie Mateuszu,

    Jest pewien problem natury, że tak powiem, epistemologicznej, z zarzutami przeciwników obniżania stóp procentowych. Otóż zupełnie nie jest jasne apriorycznie, że obniżenie stóp do aktualnego poziomu 0-0,25 nie jest właściwe, bo doprowadzi do dmuchania baniek i utrzymania nienaturalnych stosunków kapitałowych przez umożliwienie dłuższego i prostszego, niż to być powinno, refinansowania. Skąd właściwie wiadomo, że w trakcie tego typu recesji spadek stóp do tego poziomu nie nastąpiłby bez interwencji Fed (a dokładnie bez interwencji FOMC w rynek długu i pieniądza)? Przy szybkim spadku ogólnego poziomu rentowności w gospodarce do zera (i poniżej, hehe), jak też wzroście awersji do ryzyka i spadku efektywnego popytu na kredyt po stronie konsumentów (to 70% amerykańskiego PKB!), wcale nie jest oczywiste, że nie jest naturalną tendencją spadek stóp właśnie do poziomu 0% czy ciut powyżej. Że co, inflacja? Oj nie, 0% w aktualnej sytuacji to ciągle powyżej inflacji albo w jej okolicach – podobnie jak przez ostatnie 2 dekady w Japonii.

    Oczywiście sam w to do końca nie wierzę, bo przecież na drugiej stronie wagi jest credit crunch i spadek podaży kredytu (obawa o jego spłatę), która powinna utrzymywać stopy jednak na jakimś poziomie rozsądnie wyższym od zera, ale… kto to wie? Może tym razem, ZUPEŁNIE PRZYPADKIEM, Fed trafił w naturalny dla rynku poziom – i w ten sposób, z przyczyn oczywiście zupełnie innych, niż to widzą Keynesiści, przyczynia się właśnie do realnego wyjścia ichniej gospodarki z kryzysu?

    Nie jest to niemożliwe, prawda? 🙂

  2. 2 kontrargumenty:

    (1) Jest faktycznie możliwe (co nie znaczy, że prawdopodobne, o czym niżej), że FED utrafił z obniżką stóp w rynkową wartość stopy procentowej, ale jeśli ma to być jedyna zaleta polityki FED, to po co nam FED, skoro rynek równie skutecznie utrafiłby w rynkową stopę procentową?

    (2) Nawet gdyby na rynku zaistniała tendencja do drastycznej obniżki stóp procentowych, to rynek nie kontroluje bazy monetarnej, a ta w wyniku działań FED – musi Pan przyznać – ostatnio mocno poszybowała.

  3. ad 1: oczywiście nie śmiem sugerowac, że to argument za istnieniem Fedu, co najwyżej tyle, że nie każda krytyka skartelizowanego systemu bankowego jest poprawna na gruncie uproszczonego wywodu tego typu, co tu zaprezentowany. Kwestia teoretyczna.

    ad 2: nie kontroluje bazy, ale w praktyce kontroluje mające bezpośrednie przełożenie na ruchy realnych cen szersze agregaty – kredyt! Jest na ten temat znana zapewne Panu praca (tytuł i autorzy mi wylecieli z głowy) przedstawiająca niezbite dowody, że to zmiany na rynku kredytu poprzedzają zmiany bazy, a nie odwrotnie.

  4. co do pierwszego racja, co do drugiego to też wypada mi się zgodzić (praca magisterska Juliusza Jabłeckiego była temu poświęcona, cho chyba nie o tą Panu chodzi), ale z jednym zastrzeżeniem. Zmiany wielkości kredytu rzeczywiście poprzedzają zmiany bazy monetarnej, ale dzieje się tak przede wszystkim dlatego, że bank centralny gwarantuje bankom komercyjnym niemal nieograniczone możliwości kreacji kredytu. Przyzna Pan, że gdyby nie było „Pożyczkodawcy ostatniej szansy” wielkość kredytu nie zmieniałaby się tak łatwo i elastycznie sprowadzając stopę procentową w pobliże zera.

  5. Pełna zgoda, Panie Karolu. Dziekuje za odwołanie do pracy Jabłeckiego – jeszcze nie czytałem, a zapewne powinienem. Praca, którą miałem na myśli, jest po angielsku, dwojga autorów… za Chiny ludowe nie mogę sobie przypomnieć…

  6. Ach, przypomniałem sobie! Chodzi oczywiście o „The Rolling Cavaliers of Credit” Keen’a: http://www.debtdeflation.com/blogs/2009/01/31/therovingcavaliersofcredit/

    Przy okazji – wniosek taki, że inflacjoniści mogą spać spokojnie przez kolejne parę miesięcy/lat, o czym ja, Shedlock, Keen i parę innych osób z marginesu austriackiej teorii mówi od ponad roku. Schiff oczywiście jest w błędzie – no ale na robieniu show przez straszenie ludzi „scenariuszem Zimbabwe” widocznie zbija się lepszą kasę, niż na douczeniu się, jak działa współczesna gospodarka.

  7. @paweł-I: no to nie jest takie proste, że Fed podąża za preferencją rynku, z tego wykresu wynika tylko tyle, że stopa funduszy federalnych podąża za stopą zwrotu obligacji (co logiczne, w przeciwnym wypadku byłoby miejsce na dość banalny arbitraż), ale proszę zauważyć, że jednym z czynników decydujących o zwrocie z obligacji jest ich podaż – a ta zależy od rządu USA. Oczywiście jest gigantyczna ilość innych czynników – ogólna sytuacja płynnościowa na rynku, poziom zwrotu z bardziej ryzykownych instrumentów, ruchy na rynkach zagranicznych (strategiczny zakup/sprzedaż przez dużych właścicieli – głównie Azja), stopy procentowe za granicą (szczególnie w Japonii i eurostrefie) itd. Także summa summarum wydaje mi się, że Fed podąża za jakimś mirażem, który dość mgliście odzwierciedla preferencje rynku. Tak naprawdę to błądzi we mgle. Ale instytucje państwowe (czy też parapaństwowe) tak mają – fundamentalne problemy z efektywnym i dostosowanym do rynku działaniem opisywane już przez np. Misesa czy Hayeka.

  8. Moim skromnym zdaniem nie jest możliwe aby FED wstrzelił się ze swoją stopą procentową w stopę równowagi. Powód jest prosty. Każda próba dostosowania stopy procentowej wymaga użycia instrumentu polityki pieniężnej. Polega to głównie na dolaniu albo odlaniu pieniądza z gospodarki. Każdy taki manewr wywołuje realne przesunięcia w rozkładzie dochodu i majątku w gospodarce zmieniając naturalną stopę procentową. Innymi słowy cel zmienia swoje położenie przy każdej próbie oddania w jego kierunku strzału. To po pierwsze. Po drugie sam fakt ISTNIENIA banku centralnego wywołuje SYSTEMATYCZNE zaniżenie komponentu pieniężnej stopy procentowej pożyczek związanego z ryzykiem. Następuje jego eksternalizacja. To co zostaje w ten sposób obniżone, prędzej czy później musi być spłacone w podatku inflacyjnym. Cudów nie ma. Z uwagi na powyższe stwierdzam, że w systemie centralnej bankowości nie jest możliwe nawet przypadkowe i tymczasowe skoordynowanie na rynku pożyczkowym. Zakłócenia są gigantyczne.

  9. Panie Jarosławie, nie zgodzę się. Oczywiste jest, że bywają (rzadko) okresy przestrzelenia stopy BC powyżej preferencji rynku – np. za Volckera na początku lat 80. w USA czy za Balcerowicza u nas na początku lat 90. Skoro są okresy przestrzelenia, jak i (częstsze) zaniżenia stopy, to nie jest apriorycznie oczywiste, że nie mogą istnieć okresy (nawet bardzo krótkie), gdy BC trafi dokładnie w sensowną dla rynku wysokość stopy. Podejrzewam, że takie okresy owszem, istnieją, szczególnie biorąc pod uwagę to, że ostatnimi laty banki centralne działają z dużą ciągłością, zmieniając stopy nie skokowo, ale małymi kroczkami.

    Poza tym to, że stopy są utrzymywane przez OMO – czyli pompowanie lub odsysanie płynności, to nie jest coś immanentnie złego czy specyficznego dla konstrukcji współczesnego systemu bankowego. Za czasów standardu złota też przecież miały miejsce analogiczne wahania z powodu napływu lub odpływu kruszca do kraju…

  10. Wie Pan, socjalizm (rozumiany jako kolektywna własność czynników wytwórczych) też teoretycznie mógł „działać”. Apriorycznie nie dało się wykluczyć, że można ustalić takie ceny czynników wytwórczych aby.. bla, bla, bla. 🙂 A praktycznie wiemy jak było.
    Ponadto polityka BC opiera się na błędnym założeniu, że naturalna stopa, w którą próbują się wstrzelić to jednocześnie stopa procentowa zapewniająca stabilny poziom cen. A tak nie jest, co wykazał Hayek jakiś czas temu. Przy odpowiednio wysokim wzroście naturalna stopa procentowa może korespondować z deflacją. A do tego nie dopuszczą bo.. Keynesizm.. wiadomo. Stąd systematycznie za niska stopa procentowa banku przy dodatniej inflacji i rozjechanej strukturze kapitałowej gospodarki.
    Nie odniósł się Pan do argumentu z zakłóconą premią za ryzyko w przypadku istnienia BC. Czy tutaj nie można stwierdzić a priori, że samo istnienie BC, czyli określone instytucjonalne status quo systematycznie zaniża stopę procentową. I jedynie LIKWIDACJA BC umożliwi powrót pieniężnej stopy procentowej pożyczek do poziomu odzwierciedlającego rzeczywiste przeciętne ryzyko niewypłacalności podmiotów biorących kredyt.

  11. ” nie jest coś immanentnie złego”

    Moim zdaniem jest. Być może dlatego, że mam staroświeckie poglądy na temat przykazania „nie kradnij”. Proszę zwrócić uwagę na DRAMATYCZNĄ różnicę pomiędzy sytuacją, w której pieniądz jest całkowicie dobrowolną instytucją społeczną i jego dodatkowa podaż trafia na rynek za pośrednictwem kopalń, hut i mennic a sytuacją, w której ZMUSZA się ludzi do używania makulatury jako pieniądza pod groźbą kary a następnie drukuje się tę makulaturę przy minimalnym koszcie i wprowadza na rynek. Ble..ohyda.

  12. Pytanie, ktore nalezy postawic to: co byloby „rynkowa odpowiedzia” na aktualny kryzys? Jesli odpowiedz brzmi „bankructwo blednych inwestycji” (ktore nie jest tozsame ze „spadkiem rentownosci do zera”), to po prostu nie ma takiej mozliwosci, zeby takie bankructwo poskutkowalo OBNIZENIEM stop.

  13. Nie odnoszę się do argumentu o zakłóceniu premii za ryzyko, bo nie mam nic do dodania – zgadzam się 🙂

    Z resztą tego, co Pan, Panie Jarosławie, napisał, też się zgadzam, tyle że po raz wtóry zgłaszam mój sprzeciw wobec argumentacji, że BC jest zły, bo zaniża stopę. Na taką argumentację Mises by się w grobie przewrócił! Nie możemy powiedzieć że jest zły, bo zaniża – bo to jest nasz aprioryczny osąd, którego nie jesteśmy w stanie udowodnić. I jest to trywialna metoda, za pomocą której przeciwnik może w dyskusji taką argumentację zbić: „Pan uważa, że BC zaniża stopy? a ja uważam, że właśnie ustala na idealnym poziomie – i mam prawo do takie sądu w równym stopniu, co Pan do swojego!”

  14. Muszę chyba wziąć Panikę2008 w obronę. Dyskusja jest wprawdzie mocno akademicka, ale nie da się zaprzeczyć, że może się tak zdarzyć, iż Bank Centralny ustali poziom stopy procentowej na takim samym poziomie, na jakim ustaliłby ją rynek. Przecież na rynku stopa ta ileś musiałaby wynosić, zresztą pewnie byłaby to wartość zbliżona do średniej rentowności inwestycji. Załóżmy, że byłoby to 5 proc. Jest jak najbardziej możliwe, że Bank Centralny wstrzeli się w tę wartość. Tylko co z tego wynika?

  15. Nie wiem jakim cudem można zgadzać się, że samo istnienie BC systematycznie zaniża oprocentowanie pożyczek a jednocześnie uważać że BC może wstrzelić się w stopę równowagi. Panowie, przecież BC nie udziela pożyczek komercyjnych. To co jest na wyjściu BC jest na wejściu banków komercyjnych. Nie jest możliwe aby BC ustalił taką stopę procentową aby banki komercyjne na wyjściu miały stopę równowagi. Dzieje się tak gdyż banki komercyjne w wyniku istnienia BC, czyli spadochronu w razie czego, obniżają premię za ryzyko.
    Dam jeszcze jeden argument. Stopa procentowa tak de facto na wolnym rynku jest heterogeniczna. Rolę grają tutaj czynniki miejsca i czasu. BC poprzez swoją politykę sztucznie ją spłaszcza w przekroju całej gospodarki. W jednym „miejscu i czasie” czyniąc ją za wysoką i jednocześnie w tym samym czasie a w innym miejscu czyni ją za wysoką lub czynić taką może.
    Zgadzam się oczywiście z Mateuszem. Likwidacja błędnych inwestycji pogłębia proces podnoszenia stopy procentowej.
    Nawet gdybym miał być sam przeciwko światu zdania nie zmienię. 🙂 pozdrawiam.

  16. Błąd popełniłem oczywiście, zdanie powinno brzmieć:
    „W jednym “miejscu i czasie” czyniąc ją za niską i jednocześnie w tym samym czasie a w innym miejscu czyni ją za wysoką lub czynić taką może.”
    No właśnie Panowie, dobrze, że mi to na myśl przyszło. Problem ten podniósł zdaje się Firedman, krytykując pomysł unii monetarnej w Europie. Ustalenie jednej stopy procentowej może być jednocześnie za wysoka i za niska w zależności od obszaru. Nawet jeśli poszczególne obszary będą w miarę równomiernie rozwinięte to jakieś różnice zawsze będą. Więc ustalanie jednej stopy procentowej ZAWSZE będzie nietrafne.

  17. Mateusz,

    potrafię sobie wyobrazić taką reakcję, ale tylko na rynku na tyle idealnym, że nie istnieje nic poza nim – tzn. nie ma czegoś takiego, jak obligacje państwowe. Wtedy kapitał nie ma do czego uciekać, więc następuje selekcja dobrych inwestycji, a złe umierają (bo kapitał musi krążyć TYLKO między nimi), przy okazji stopa rzeczywiście wzrasta bo nie ma możliwości zabezpieczenia inwestycji.

    To tak jak z gazem idealnym – fajny model, ale mało praktyczny.

    Poza tym na tego typu rynku pieniądzem byłoby złoto (nie ma obligacji – nie ma pokrycia dla fiatu), pieniądz byłby „twardy”, prawdopodobnie nigdy nie doszłoby do tak dużych błędów w alokacji zasobów (bańka na nieruchomościach, MBSach, bankructwa banków z tego powodu) – więc cały ten kryzys by nie zaistniał.

    Ja jednak chciałem przyjrzeć się problemowi takiemu, jaki on realnie jest.

  18. Acha, jeszcze jedno. Bankructwa na dużą skalę, przy których dałoby się odzyskać bankom niebanalną ilość wydatkowanych kapitałów, poskutkowałyby najpierw ostrym wzrostem stóp (faza paniki) – a potem ich stopniowym spadkiem, do poziomu sprzed kryzysu – bo kapitał się konsoliduje i znów jest gotowy do krążenia, a inwestycji mniej niż wcześniej – większa podaż kapitału, mniejszy (przez jakiś czas) popyt. W sumie to tak było i teraz.

  19. Problem polega na tym, ze „rynkowa stopa procentowa” to nie tylko jej POZIOM (2%, 5%, 10%, wszystko jedno). To takze kwestia tego co rynkowa stopa „rownowazy”.

    Prosty eksperyment: rzad przejmuje calosc kapitalu, a bank centralny zaczyna ustalac stopy procentowe. Ustala je na poziomie „czasowej preferencji” biurokratow i zarzadzajacych kapitalem. Jest to stopa rownowagowa, ale co z tego?

    Analogicznie dzisiaj stopa procentowa to nie tylko kwestia jej poziomu, ale tego jak instytucjonalne otoczenie powoduje zaklocenia na rynku akcji i kapitalu, m.in. poprzez ignorowanie problemow plynnosci, czy zabezpieczenia majatku odpowiednim kapitalem. Tego nie widac w samym poziomie stopy i przez to bank centralny z definicji nie moze sie wstrzelic w „rynkowy poziom stopy”, poniewaz stopa ta nie jest rynkowa (nawet jesli odpowiada swoim „poziomem” hipotetycznej stopie rynkowej).

    Moze to niezrozumiale napisalem.

  20. Panie Jarosławie, pana teza, że BC nigdy stopy nie zawyża, jest błędna – i nie jest to moja opinia, tylko historia. No, chyba że uważa Pan, że np. ostatnio 15% stopa w Islandii nie była za wysoka, 12% na Łotwie czy stopa funduszy federalnych 20% w 1981 za Volckera.

  21. Panie Mateuszu, wygląda na to, że czepia się pan określenia „rynkowa” na gruncie tego, że nie ma wolnego rynku. Pełna zgoda – napisałem o tym w komentarzu z obligacjami.

    Natomiast wolnego rynku nigdy nie było, nie ma i pewnie nie będzie. A sytuację należy oceniać i komentować na bazie tego, jaka jest – tak mi się wydaje – i na tej też bazie można sugerować, wyrobiwszy sobie jakieś wartościujące poglądy, zmiany instytucjonalne.

    W jaki sposób powinniśmy przedefiniować terminy, aby dyskusja stała się sensowna? Może zamiast „stopa rynkowa” powinno być „stopa naturalna”?

    A może rzeczywiście dyskutowanie o stopach w aktualnym środowisku instytucjonalnym, przy oderwaniu od zawiłości tego środowiska, jest bez sensu.

    W każdym razie obstaję przy swoim – nie można krytykować BC na bazie tego, że zaniża stopę.

  22. Zadziwiająca jest Panie panika2008 pańska odporność na argumentację. Nie da się tak dyskutować. Więc nie będę.

  23. Nie można krytykować BC „na bazie tego, ze obniża stopę”? To chyba zbyt daleko idące stwierdzenie…

    Mi chodziło o to, że krytyka przebiega na kilku polach: np. obniżanie POZIOMU per se, ale nie tylko – oprócz tego, nawet jeśli poziom w jakimś sensie jest równowagowy, np. zostaje problem pożyczkodawcy ostatniej instancji, dostarczania płynności na zawołanie i licencjonowania bankowości.

    A obecna stopa jest sztucznie zaniżona tak jak błędne inwestycje powodują potem spadki cen. Nie znam przypadku żadnego kryzysu bankowego/finansowego, przy którym stopa nie szła wyraźnie w górę. Zresztą takie jest źródło powstania BC – aby obniżał stopy, gdy te w momentach paniki idą w górę. Jeśli taki kryzys finansowy w historii się zdarzył, gdzie stopa procentowa spadła, to chętnie się zapoznam.

  24. Panie Jarosławie, „bank centralny i monopol pieniądza są złe i nie powinno ich być” nie jest odpowiedzią na pytanie „czy Fed ustalił tym razem stopę na poziomie optymalnym [w domyśle – z punktu widzenia ogółu społeczeństwa/gospodarki]”. Poza tym do mnie Pana argumenty jak najbardziej trafiają, nawet jeśli są bardzo luźno związane z tematyką dyskusji.

    Panie Mateuszu, chodziło mi dokładnie o to- bo widzę, że lekko się nie rozumiemy – że stosowanie argumentu, że bank centralny ZANIŻYŁ stopę jest wcielaniem się w planistę centralnego (w tym przypadku z frakcji orłów) – i przeciwko temu, m.in. przeciwko tego typu tokami rozumowania przecież Mises pół życia protestował w debacie z keynesistami o możliwość centralnego wyznaczania cen.

    Btw, chętnie poznam Panów opinie na temat tego, co zrobili ze stopami Volcker w 1981 i Balcerowicz na początku lat 90. Z tego, co kojarzę, Pan, Panie Mateuszu, kiedyś się na ten temat wypowiadał bardzo cierpko.

    Z argumentami o zgubnej centralizacji stopy i instytucji pożyczkodawcy ostatniej instancji się oczywiście zgadzam.

    Acha, i to, że coś się nie zdarzyło, też nie jest właściwym argumentem per se, co najwyżem dobrą analogią. Bo JESZCZE się nie zdarzyło. A nie może? Może nie może, ale nie przekonaliście mnie panowie do tego na 100% (na razie na 80%).

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *