Wiśniewski: O blaskach i cieniach demokratycznego podejmowania decyzji gospodarczych

1 grudnia 2009 Filozofia polityki komentarze: 12

Autor: Jakub Bożydar Wiśniewski

Wersja PDF

Zdaniem ekonomisty i filozofa libertariańskiego Hansa-Hermanna Hoppego, demokracja – rozumiana jako ustrój polityczny – jest najbardziej hołubionym ze świeckich bożyszcz współczesności. Twierdzi on również, że jest to bożyszcze, które w spektakularny sposób zawiodło pokładane weń przez jego wyznawców nadzieje. Niezależnie jednak od tego, czy teza Hoppego jest prawdziwa, deklaratywne uwielbienie dla demokracji w świecie nie wydaje się słabnąć – nieczęsto słyszy się stwierdzenia, że świat stał się już zanadto demokratyczny; przeciwnie – bezustannie słyszy się głosy, że demokracji jest wciąż za mało, przy czym wypowiedzi takie zdają się padać coraz częściej w odniesieniu do kontekstu nie politycznego, a gospodarczego. Cóż dokładnie miałyby jednak oznaczać wspomniane nawoływania do „demokratyzacji gospodarki”? Przeszczepiając z gruntu politycznego definicję demokracji jako formy rządów, w której reprezentanci większości decydują o losach ogółu, można przypuścić, że na gruncie gospodarczym miałaby ona oznaczać prymat decyzji rzeczonych reprezentantów nad decyzjami indywidualnych właścicieli co do sposobu wykorzystania posiadanych przez tych drugich zasobów. Nakreśliwszy powyższą definicję, warto zastanowić się, czy możliwe jest moralne bądź ekonomiczne (efektywnościowe) uzasadnienie jej treści.

W pierwszej kolejności skupię się na kwestiach moralnych. Prawdopodobnie najważniejsze pytanie, jakie należy sobie zadać w tym kontekście, brzmi: jaka procedura jest w stanie uzasadnić objęcie danego zasobu w czyjekolwiek prywatne posiadanie? Najpowszechniejszą odpowiedzią na to pytanie jest odpowiedź lockowska, która, jak osobiście sądzę, ma silne, choć rzadko przywoływane źródła kartezjańskie. Otóż z „myślę” wynika nie tylko „jestem”, lecz również „posiadam” – posiadam swój umysł oraz kontrolowane przezeń ciało. A skoro tak, to posiadaniem swoim obejmuję także swoje czyny, czyli pracę swojego ciała i umysłu. Aby uniknąć arbitralności w przerwaniu powyższego łańcucha implikacji, trzeba też uznać, że naturalne prawo własności przenika z wyżej wzmiankowanej pracy na owoce tejże – poprzez powiązanie i „zmieszanie” swej pracy z bezpańskimi zasobami naturalnymi, stajemy się ich jedynymi prawowitymi właścicielami. Jako tacy uzyskujemy również możliwość przekazania swych praw własności dowolnie wybranym osobom na drodze wymiany, darowizny bądź spadku.

Niniejsza lockowsko-kartezjańska perspektywa wydaje się najbardziej obiecującą nie tylko ze względu na swój zdroworozsądkowy charakter i wewnętrzną spójność, ale też z uwagi na to, jak chwiejne i niezadowalające są wszelkie wobec niej alternatywy. Założenie na przykład, że naturalne prawo do użytkowania danej puli zasobów posiada ogół mieszkańców danego obszaru, nie jest w stanie wyzwolić się z pułapki arbitralności – bo też o jakim obszarze mówimy? Gdzie przebiegają jego granice i kto miałby je wyznaczyć? Na podstawie jakich nielosowych kryteriów możemy zdefiniować grupę rzekomo mającą przyrodzone prawo do kolektywnego użytkowania danego asortymentu dóbr naturalnych? Nie wydaje się, aby istniała jakakolwiek logicznie uzasadniona odpowiedź na powyższe pytania.

Inne podejście mogłoby sugerować, że ziemskie surowce należą do ogółu racjonalnych mieszkańców planety i w związku z tym w kwestii wykorzystania dowolnego z nich władzę decyzyjną powinien posiadać każdy człowiek. To stanowisko nie tylko wymaga jednak podparcia się wątpliwą i trudną do umotywowania kolektywistyczną metafizyką, ale jest też zupełnie nierealizowalne z praktycznego punktu widzenia – codziennie ludzie rodzą się i umierają, a wielu z nich ma bardzo chwiejne i labilne skale preferencji; jaki kształt i jaki skład miałoby więc przyjąć walne zgromadzenie decydujące o takim bądź innym wykorzystaniu globalnych zasobów? Ponadto, czy w zatwierdzaniu danego wyboru obowiązywałaby rzeczone zgromadzenie zasada jednomyślności, czy może zasada większości? I co należałoby począć z przyszłymi pokoleniami – czyż każde orzeczenie podjęte przez ogół żyjących nie ograniczałaby praw decyzyjnych tych, którzy dopiero nadejdą? Jak wreszcie zebrać opinie wszystkich uprawnionych do ich wyrażania i wspólnego wprowadzania w życie? Ktoś mógłby zasugerować wykorzystanie w tym celu instytucji demokracji przedstawicielskiej, ale zgodnie z rozpatrywanym stanowiskiem tego rodzaju instytucje musiałyby być uprzednio stworzone na mocy globalnego postanowienia bezpośredniego, a wciąż nie wiadomo, w jaki sposób można by do takiego postanowienia doprowadzić. Podsumowując, alternatywy wobec lockowsko-kartezjańskiej analizy powstawania oraz propozycji uzasadnienia praw własności okazują się niedostateczne. Co więcej, jako że analiza lockowsko-kartezjańska sama w sobie nie budzi zastrzeżeń natury logicznej, tym bardziej powinniśmy uznać ją za prawdziwą.

Kolejne pytanie brzmi więc teraz: czy istnieją jakiegokolwiek inne powody, niezwiązane z teorią własności, które mogłyby umotywować twierdzenie, iż większa grupa jednostek, które nie wniosły żadnego uzgodnionego wkładu w produktywne przekształcenie danej puli zasobów, może w imię swoich interesów wykorzystać rzeczone zasoby, znosząc tym samym wyłączność decyzyjną ich pierwotnego posiadacza? Naturalnie nie wystarczy tu powołać się na liczby – jak błyskotliwie wyraził to filozof moralny John Taurek, same w sobie „liczby się nie liczą”. Z kolei ekonomista Walter Block często posługuje się następującym eksperymentem myślowym: wyobraź sobie, że do twojego domu wpada tuzin nieznajomych jegomościów i bierze się za wynoszenie twoich sprzętów domowych. Kiedy protestujesz, grożąc wezwaniem służb ochronnych, jeden z nieproszonych gości odpowiada: „Chwileczkę, jesteśmy przecież wszyscy dobrymi demokratami. Rozsądźmy ten spór na drodze głosowania”. Nie sądzę, aby jakikolwiek szanujący logikę czytelnik był w stanie wyciągnąć z powyższego scenariusza jakikolwiek wniosek inny niż ten, że pojawiający się w nim rabusie postanowili nie tylko ograbić swą ofiarę, ale też w szyderczy sposób ubliżyć jej inteligencji. Skoro zaś „liczby się nie liczą”, w zasadniczej ocenie moralnej danego zjawiska (tzn. wyrażającej wobec niego aprobatę bądź dezaprobatę, bez wnikania w jej głębię) nie liczy się też jego skala. Jako że ustrój demokratyczny można porównać z upośrednionym, wielkoskalowym odpowiednikiem scenariusza przedstawionego przez Blocka, jak najbardziej zasadnym staje się pytanie, czy i narzucona odgórnie demokracja nie jest formą rabunku powiązanego z potwarzą dla inteligencji rabowanego.

Alternatywą dla teorii prawno-naturalnej jest teoria utylitarystyczna. Obrońca „demokratyzacji gospodarki” mógłby więc argumentować, że każdy prywatny właściciel powinien liczyć się z ewentualnością bycia wywłaszczonym, jako że podobne wywłaszczenie służyć może maksymalizacji społecznej użyteczności, pożądanej tak ze względów moralnych jak i ekonomicznych. Niestety, piętą achillesową utylitaryzmu jest jego uderzające podobieństwo do występujących w ekonomii neoklasycznej modeli równowagowych, polegające na zaniżaniu, upraszczaniu bądź ignorowaniu w analizowanych scenariuszach wymiaru czasowego oraz kwestii niepewności przyszłości. Nie odnoszę się tu już nawet do zarzutu głoszącego, że użyteczność jest wielkością psychologiczną, mierzalną jedynie na skali porządkowej i jedynie przez odczuwający jej wzrost lub spadek podmiot. Wynika z tego, iż niemożliwe jest dokonywanie międzyosobowych porównań użyteczności (czego wymagałoby ekonomiczne uzasadnienie jakiegokolwiek przymusowego zaboru bądź redystrybucji prywatnego mienia). Mam tu raczej na myśli negatywne pokłosie utylitaryzmu wynikające ze stwarzania niebezpiecznych precedensów, których szkodliwość objawia się w pełnej krasie dopiero z upływem czasu.

Innymi słowy, nawet jeśli można by było obiektywnie zawyrokować, że dany akt demokratycznie zatwierdzonej redystrybucji znacznie zwiększył całkowitą społeczną użyteczność, prawdopodobnym następstwem akceptacji tego rodzaju działań byłaby znaczna erozja szacunku dla praw własności, a co za tym idzie pogorszenie się klimatu dla przedsiębiorczości, akumulacji kapitału, inwestycji i ogólnie myślenia długofalowego. W zamian upowszechnieniu uległyby krótkowzroczność, roszczeniowość i ochota na pasożytnicze bogacenie się cudzym kosztem. W świetle powyższych obserwacji nie wydaje się nierozsądnym przypuszczenie, że przyjęcie podejścia utylitarystycznego w odniesieniu do kwestii praw własności doprowadzi w dłuższej perspektywie do obniżenia się całkowitej społecznej użyteczności. Biorąc pod uwagę miejsce intencji w piekielnym planie budowlanym, nie jest to wcale przypuszczenie paradoksalne.

Póki co nie znajdujemy więc uzasadnienia dla demokratycznego dysponowania tym, co niegdyś będąc bezpańskie, zostało następnie w sposób produktywny przekształcone przez indywidualnych przedsiębiorców. Istnieje jednak osobliwy argument głoszący, iż jako że pracownicy dowolnej firmy w sposób produktywny użytkują kapitał zgromadzony przez jej właściciela, stają się tym samym tejże firmy współwłaścicielami i otrzymują prawo współdecydowania o kierunku jej rozwoju. Argument ten, posiłkujący się wspomnianą wcześniej lockowską zasadą uzyskiwania praw własności na drodze zagospodarowywania zasobów niczyich, pomija fakt, iż zasada ta nie odnosi się do zasobów, które weszły już w czyjeś posiadanie. To, jakie kompetencje decyzyjne uzyskuje użytkownik nieposiadanego przez siebie mienia, wynika wyłącznie z umowy zawartej uprzednio pomiędzy właścicielem a użytkownikiem. Jeśli w umowie takiej nie znalazła się żadna wzmianka dotycząca ewentualnego współdecydowania o losie użytkowanego mienia, wówczas całość kompetencji w tym zakresie pozostaje w ręku właściciela.

Słabą stronę wyżej opisywanego argumentu można też ukazać za pomocą następującego reductio ad absurdum. Załóżmy, że w pierwszym scenariuszu firma produkująca dany towar płaci właścicielowi pojazdu ciężarowego za przewóz ładunku do punktu docelowego. Załóżmy dalej, że drugi scenariusz różni się od pierwszego tylko tym, że to firma jest właścicielem pojazdu ciężarowego, wynajmującym kierowcę do jego obsługi. Wedle zwolennika tezy, iż zasada lockowska obowiązuje nawet po produktywnym przekształceniu danego dobra przez jego pierwszego użytkownika, kierowca powinien uzyskać udziały w firmie w drugim, ale nie w pierwszym scenariuszu, choć to w drugim scenariuszu firma ponosi dodatkowe koszty związane z konserwacją pojazdu, a wkład kierowcy w operację przewozu jest dużo mniejszy.

Patrząc natomiast na czysto efektywnościową stronę omawianej tezy, należy zauważyć, że stoi ona w całkowitej opozycji do korzyści płynących z zastosowania zasady podziału pracy. Skuteczny przedsiębiorca nieprzypadkowo staje się głównym decydentem w założonej lub nabytej przez siebie firmie. Jego pozycja jest rezultatem ewolucyjnego procesu oddolnej selekcji osób najlepiej spełniających funkcje składające się na dziedzinę przedsiębiorczości: pozyskiwanie informacji rynkowej, zdobywanie funduszy na zakup środków produkcji, przewidywanie niepewnej przeszłości, dokonywanie rachunku ekonomicznego i budowanie sprawnej struktury organizacyjnej. Są to funkcje kluczowe dla zaistnienia i prawidłowego działania firmy, dla której przedsiębiorca jest tym, czym dla organizmu ludzkiego jest mózg. Wyobraźmy sobie teraz (odrobinę personifikując), co mogłoby się zdarzyć, gdyby pozostałe części ciała, użytkujące przecież ten sam „organiczny kapitał” co mózg, poczęły rościć sobie prawo do współdecydowania o przebiegu procesów kognitywnych. Wyobraźmy sobie, co mogłoby się stać, gdyby majtkowie zażądali od kapitana prawa do gremialnego kierowania kursem okrętu. Wyobraźmy sobie, co mogłoby nastąpić, gdyby wszystkie osoby, które dobrowolnie zatrudniły się w danej firmie na konkretnych stanowiskach – inżynierów, technologów, robotników, sekretarzy, księgowych, menedżerów – zadeklarowały nagle, że wszystkim im należy się część kompetencji kierowniczych. Nietrudno przewidzieć, iż we wszystkich powyżej naszkicowanych scenariuszach skutkiem byłby chaos, rozpad dotychczas działającej struktury organizacyjnej i w najlepszym razie bardzo znaczne straty wydajności, a w najgorszym bankructwo przedsiębiorstwa.

Trzeba też zauważyć, że tak naprawdę każdemu zainteresowanemu przysługuje możliwość współdecydowania o losach wybranego podmiotu gospodarczego poprzez zainwestowanie weń własnego kapitału i zostanie udziałowcem. Demokracja obowiązuje zatem wśród tych, którzy gotowi są podjąć obowiązki i brzemiona przedsiębiorcy, ale nie wśród tych, którzy dobrowolnie przyjęli powinności innego rodzaju, również bardzo istotne, lecz skupiające się wokół wypełniania poleceń, a nie ich wydawania. Podsumowując, sukces gospodarczy możliwy jest tylko wtedy, gdy każdy wykonuje ten rodzaj pracy, na którym zna się najlepiej, i gdy nie usiłuje ingerować w wybory tych, którzy wykonują swoje, odmienne zadania.

Na koniec należy wspomnieć, że istnieją oczywiście niepolityczne, oparte na dobrowolności, a więc nie budzące moralnych wątpliwości formy demokratycznego zarządzania podmiotami ekonomicznymi – w wolnym społeczeństwie, w którym nikomu nie przysługują polityczne fawory, każdy ma możliwość swobodnego działania w organizacji o dowolnym kształcie, pod warunkiem, że organizacja ta nie inicjuje wobec nikogo agresji. Każdy więc, kto wierzy, iż w osobie wykonującej dowolny zawód drzemią umiejętności przedsiębiorcy i biznesowego decydenta, może w wolnym społeczeństwie założyć kooperatyw pracowniczy bądź wstąpić do podobnej organizacji, a następnie konkurować na równych zasadach z firmami o wertykalnej strukturze. Demokratyczny sposób podejmowania decyzji gospodarczych jest więc dopuszczalny (a dla osób o określonych preferencjach może być wręcz korzystny), ale jest też wtórny wobec poszanowania dla praw własności i nie może ingerować w ich rynkowe rozłożenie.

Inną niepolityczną i nieposiłkującą się przemocą formą demokracji jest także to, co Ludwig von Mises określił mianem „demokracji rynkowej”, gdzie każdy ma możliwość wyrażenia swojego głosu poprzez korzystanie lub wstrzymanie się od korzystania z usług dowolnego oferenta. Co niezmiernie istotne, w makroskali demokratyczny charakter rynku opiera się na zasadzie większości (w największej obfitości wytwarzane będą te dobra i usługi, na które popyt wyraża większość), ale w mikroskali opiera się na zasadzie jednomyślności (pomyślne przeprowadzenie każdej transakcji rynkowej wymaga zgody wszystkich uczestniczących stron). Demokracja rynkowa jest zatem jedną wielką grą o sumie pozytywnej; dobrowolność partycypacji w jej strukturach świadczy o tym, że wszyscy zainteresowani – tak wśród kupujących, jak i sprzedających – preferują stan potransakcyjny od stanu przedtransakcyjnego, co jednoznacznie znamionuje wzrost całkowitej społecznej użyteczności.

Konkludując, wydaje się, że rację mają ci, którzy wyrażają wątpliwości względem politycznych metod zarządzania gospodarką, choćby były to i metody demokratyczne. Z drugiej jednak strony, z finalnych uwag zawartych w niniejszym artykule wynika, że wszystkie użyteczne, odpolitycznione rodzaje demokracji rozkwitają tam, gdzie ekonomia opiera się w pełni na dobrowolności, kontraktowości i szacunku dla praw własności prywatnej. Każdy zatem, kto pragnie współuczestniczyć w nadawaniu gospodarce kierunku i kształtu, winien czynić jak najszerszy użytek ze swej roli nie wyborczej, lecz konsumenckiej.

30 października 2009

Podobał Ci się artykuł?

Wesprzyj nas
Jakub Bożydar Wiśniewski

O Autorze:

Jakub Bożydar Wiśniewski

Pracownik naukowo-dydaktyczny Instytutu Nauk Ekonomicznych na Wydziale Prawa, Administracji i Ekonomii Uniwersytetu Wrocławskiego oraz członek rady powierniczej Instytutu Misesa. Czterokrotny stypendysta amerykańskiego Ludwig von Mises Institute i trzykrotny stypendysta Institute for Humane Studies. Ukończył filozofię na Uniwersytecie Cambridge, doktorat z ekonomii politycznej obronił na King’s College London. Autor książek „The Economics of Law, Order, and Action: The Logic of Public Goods”, “Libertarian Quandaries” i “The Pith of Life: Aphorisms in Honor of Liberty”, a także licznych artykułów naukowych z zakresu ekonomii i filozofii.

Pozostałe wpisy autora:

12 Komentarze “Wiśniewski: O blaskach i cieniach demokratycznego podejmowania decyzji gospodarczych

  1. Powtórzę moje zastrzeżenie z komentarza do artykułu p. Wozińskiego. Nie widzę bezpośredniego przejścia między „myślę” a „posiadam moje ciało”.
    Co więcej, niektórzy kompletnie negują pogląd Kartezjusza, twierdząc, iż „Pojęcie istnienia jest bezpośrednio dane jednostce” (Witkiewicz), więc nie trzeba odwoływać się do myślenia.
    Pozdrawiam.
    Arkazy.

  2. Ja widzę takie przejście: myślę, a więc kontroluję (posiadam) swoje myśli (przynajmniej tak długo, jak panuję nad sobą), a umysł kontroluje ciało, więc również kontroluję (posiadam) swoje ciało. Nie ma w tym kontekście rozróżnienia między własnością a kontrolą, ponieważ, w przeciwieństwie do wszystkich innych zasobów świata, ciało ani umysł nie muszą zostać „produktywnie przekształcone”, aby stać się czyjąś własnością – one są narzędziami umożliwiającymi produktywne przekształcanie innych zasobów. Poza tym nie sposób ich sobie wyobrazić istniejących w stanie bezpańskim (chyba że po śmierci danego człowieka, ale i tu można sobie zadać pytanie, czy np. wolno nam bez jego uprzedniej zgody wykorzystać jego organy – czy więc zmarły zachowuje własność swojego ciała? Może to być ciekawe pytanie na osobny artykuł).

    Co do drugiej kwestii to szczerze mówiąc nie bardzo rozumiem stwierdzenie, że „pojęcie istnienia jest bezpośrednio dane jednostce”. Jeśli czyjś umysł zostanie uszkodzony w stopniu uniemożliwiającym myślenie, to czy taki ktoś będzie świadomy swojego istnienia? Ja mam wątpliwości.

    Pozdrowienia,
    Jakub

  3. Panie Arkazy,
    jestem kompletnym laikiem, więc proszę o wyrozumiałość, lecz ośmielę się zapytać: czy to musi być ze sobą sprzeczne? „Pojęcie istnienia jest bezpośrednio dane jednostce” – dziecko (niemowlę) istnieje, ale nie posiada rozwiniętej świadomości własnego istnienia. Nie może całkiem kontrolować swojego ciała, ale i instynktów, emocji, i tym samym być za siebie odpowiedzialnym. Człowiek dorosły kontroluje, posiada, wydaje polecenia swojemu ciału, panuje nad emocjami, instynktami i jest przez to za siebie odpowiedzialny. „Myśli” i tym samym „posiada swoje ciało”. Proszę o chociaż krótką odpowiedź, czy link do tekstu który by to szerzej objaśniał, bo niestety „Pojęcia i twierdzenia implikowane przez pojęcie Istnienia” nie posiadam.
    Pozdrawiam.
    Han

  4. Mnie też metafizyka praw własności zupełnie nie przekonuje. Nie mam nic do praw własności, ale ekwilibrystyka z dowodzeniem ich słuszności na mocy wątpliwych aksjomatów jest zupełnie niewiarygodna.

  5. to i ja powtórzę, co pisałem pod tym artykułem na Liberalis.pl:

    Cóż dokładnie miałyby jednak oznaczać wspomniane nawoływania do „demokratyzacji gospodarki”? Przeszczepiając z gruntu politycznego definicję demokracji jako formy rządów, w której reprezentanci większości decydują o losach ogółu, można przypuścić, że na gruncie gospodarczym miałaby ona oznaczać prymat decyzji rzeczonych reprezentantów nad decyzjami indywidualnych właścicieli co do sposobu wykorzystania posiadanych przez tych drugich zasobów.

    Podstawowy problem jest ten, że autor wrzuca polityczną definicję demokracji, jako formy sprawowania władzy do “radykalnej” definicji demokracji, która oznacza wypracowywanie wspólnych rozwiązań, dotyczących określonej, wspólnej strefy. W tym kontekście demokracja nie oznacza decydowanie grupki wybrańców za resztę, a podejmowanie decyzji na zasadzie konsensusu, przy współudziale wszystkich zainteresowanych. Jeszcze nie przeczytałem reszty, ale jeśli dalej są zmieszane te dwa porządki, to chyba nie ma o czym gadać.

    Najpowszechniejszą odpowiedzią na to pytanie jest odpowiedź lockowska, która, jak osobiście sądzę, ma silne, choć rzadko przywoływane źródła kartezjańskie – otóż z „myślę” wynika nie tylko „jestem”, lecz również „posiadam”, posiadam swój umysł oraz kontrolowane przezeń ciało.

    a tutaj sobie zagram. Na jakiej podstawie moje “posiadanie” ma być naturalne? To, że w ciele, którym akurat dysponuję, uaktywniły się określone cechy i talenty jest arbitralne (natura rozdysponowała je arbitralnie), ew. pochodzą od moich rodziców genetycznie (co było równie arbitralne, lub też uwarunkowane społecznie). Dlaczego za naturalne mam uznać dysponowanie “moimi” talentami, na które nijak nie zasłużyłem (co nie znaczy, że inni zasłużyli)?
    Ps. Inna sprawa, że przecież Locke dosyć hm…, sceptycznie odnosił się do własności na przykład ziemi (czy sytuacji, gdzie po zawłaszczeniu nie “pozostają jeszcze inne dla innych nie gorsze dobra wspólne”).

    Założenie na przykład, że naturalne prawo do użytkowania danej puli zasobów posiada ogół mieszkańców danego obszaru, nie jest w stanie wyzwolić się z pułapki arbitralności – bo też o jakim obszarze mówimy? Gdzie przebiegają jego granice i kto miałby je wyznaczyć? Na podstawie jakich niedowolnych kryteriów możemy zdefiniować grupę rzekomo mającą przyrodzone prawo do kolektywnego użytkowania danego asortymentu dóbr naturalnych?

    (Hehe, od razu przypomniał mi się Rawls:)
    Akcja jest taka, że jeśli uznajemy, że przyznanie społeczności “naturalnego” prawa do użytkowania danych dóbr jest arbitralne, to równie arbitralne jest uznanie jednostce prawa do tegoż. Innymi słowy, jeśli uznajemy, że społeczność nie ma naturalnego prawa do użytkowania danego dobra, to nie jest to jeszcze żaden powód po temu, by uznać za dowiedzione, że jednostka takie prawa posiada. Naprawdę Rawls w tym kontekście (jak w mało którym) wykonał kawał dobrej roboty:))

    Nie wydaje mi się, by istniała jakakolwiek logicznie uzasadniona odpowiedź na pytanie, dlaczego to jednostkowa jaźń miałaby być właścicielem:) Libertarianizm, przynajmniej po mojemu, oznacza, że dobrowolność działań ludzi jest podstawowym aspektem, który powoduje ich prawomocność (nie wnikajmy na razie głębiej). Jeśli tak, to musimy również założyć, że każde “społeczne” (ponadjednostkowe) interakcje, które opierają się na dobrowolności muszą zostać uznane za prawomocne. Skoro tak, to równie prawomocne jest uznanie, że w danej społeczności to ogół jest właścicielem danych zasobów, jak i, że to jednostki są właścicielami na określonych przez nie same zasadach. Mamy więc kolejną opcję, którą autor pominął (wg mnie zerżnąwszy swoje uzasadnienie od Rothbarda:).

    To stanowisko nie tylko wymaga jednak podparcia się wątpliwą i trudną do umotywowania kolektywistyczną metafizyką,

    a w czym lepsza/gorsza jest kolektywistyczna metafizyka od indywidualistycznej metafizyki przy konstruowaniu konstytutywnych zasad?

    Walter Block często posługuje się następującym eksperymentem myślowym: wyobraź sobie, że do twojego domu wpada tuzin nieznajomych jegomościów i bierze się za wynoszenie twoich sprzętów domowych. Kiedy protestujesz, grożąc wezwaniem służb ochronnych, jeden z nieproszonych gości odpowiada: „Chwileczkę, jesteśmy przecież wszyscy dobrymi demokratami. Rozsądźmy ten spór na drodze głosowania

    Patrz: pierwsza część mojej wypowiedzi:)

    Alternatywą dla teorii prawno-naturalnej jest teoria utylitarystyczna, obrońca „demokratyzacji gospodarki” mógłby więc argumentować, że każdy prywatny właściciel powinien liczyć się z ewentualnością bycia wywłaszczonym, jako że podobne wywłaszczenie służyć może maksymalizacji społecznej użyteczności, pożądanej tak ze względów moralnych jak i ekonomicznych.

    Znaczy się chodzi o to, jak rozumiem, że utylitaryzm przenosi nacisk z jednostki na konkretną społeczność i tu jest problem, tak? Tj., przenosi prawa z jednostki na organizmy ponadjednostkowe, co jest, a przynajmniej wydaje się być, sprzeczne z duchem libertarianizmu. Jeśli o to chodzi, to, powiedzmy, mogę się zgodzić, niemniej przywoływany przeze mnie motyw ucierania stanowisk i prawa „uzgadnianego” bynajmniej utylitarystyczny nie jest.

    Argument ten, posiłkujący się wspomnianą wcześniej lockowską zasadą uzyskiwania praw własności na drodze zagospodarowywania zasobów niczyich, pomija fakt, iż zasada ta nie odnosi się do zasobów, które weszły już w czyjeś posiadanie.

    Autor chyba nie zwrócił uwagi, że locke’ańska teoria sprawiedliwości polega właśnie na użytkowaniu. Zasada jest prosta: użytkujesz, masz; nie użytkujesz – pracisz prawo do posiadania (mam nadzieję, że w najbliższym Nieregularniku pojawi się tłumaczenie pewnego tekstu, który szerzej omówi tę kwestię).

    Na temat podniesiony na początku mojego komentarza również będziecie mogli przeczytać w nieregularniku, już w (daj Bóg, czy matka natura:) styczniu.

  6. @ HAN
    Niestety również nie posiadam „główniaka” Witkiewicza. Dlatego wyjaśnienie nie będzie doskonałe. Dla Witkacego “fakt samego istnienia i funkcjonowania “materii żywej zindywidualizowanej” jest faktem pierwotnym, nie wymagającym, w przeciwieństwie do materiału fizyki, żadnej najlżejszej hipotezy ogólnej i hipotezy pracy: jest czymś, jakby w swej absolutnej pierwotności doskonałym”.
    Zdaje się, że to wynika z jego „ontologii życiowej”: “powstanie życia w ogóle nie istnieje, ponieważ nic prócz życia właśnie w całym Istnieniu, nie ma”. Więc nie może coś istnieć przed życiem, życie (istnienie) jest pierwotnie dane.
    Dla Witkacego IP (istnienie poszczególne) jest indywiduum psychofizycznym, czyli oprócz myślenia ważne jest także czucie.
    Zresztą Kartezjusza krytykowali i inni, np. Whitehead, twierdząc, iż: „że myślenie nie jest wystarczającą właściwością do opisu istoty człowieka, powinna się ona dopełniać o cechy “emocjonalne, wolitywne, i biologiczne”” oraz że: “nie ma nigdy samej myśli lu b samej egzystencji, której moglibyśmy być świadomi, jako takiej z oddzielenia””

    Stąd, trudno mi zgodzić się, aby z myślenia wynikało posiadanie. Bo skoro myślenie nie konstytuuje nawet istnienia, to tym bardziej posiadania. (Aby posiadać, należy wpierw istnieć.)

    Pozdrawiam.
    Arkazy.

  7. Kamyczek do do cytatu: „Nie wydaje mi się, by istniała jakakolwiek logicznie uzasadniona odpowiedź na pytanie, dlaczego to jednostkowa jaźń miałaby być właścicielem”

    Otóż istnieje logiczne uzasadnienie tego stwierdzenia, ale jest ono błędne w samym Kartezjańskim założeniu: „myślę, więc jestem”. Stwierdzenie to zawiera i tym samym zakłada nieodłączne od reszty (choć nie wyartykułowane) istnienie „Ja”. Czym jest owe „Ja”, „ego” (pierwsza osoba w liczbie pojedynczej)? Najprościej mówiąc, deklaracją (aktem wiary) własnej odrębności od reszty natury (ogólniej; Rzeczywistości). Prawda, jakie to wydaje się „oczywiste” (w naszej kulturze, a ściślej w naszym paradygmacie)?
    „Ja” jestem „czymś innym” niż to, co postrzegam w pewnej odległości od „siebie”. Owa „świadomość“, (która w gruncie rzeczy, jest tylko aktem wiary) „własnej” odrębności, musi definiować, co jest „mną” (moje) a co jest „zewnętrzne” (co „mną” nie jest). Wiele osób skłonnych jest lokować swoją tożsamość w granicach własnego ciała mówiąc: to „moje” ciało, lecz takie myślenie nie ma swojej „naturalnej” granicy, ponieważ większość znanych mi osób, pojęcie „moje” rozciąga również na efekty „swojej” pracy lub działalności (w tym również takiej jak myślenie). Stąd wprost wynika podwójny błąd Kartezjańskiego „myślenia”: bezkrytyczna akceptacja tożsamości, poprzez poczucie cielesności (bólu, smaku, węchu, zapachu, słuchu i widzenia) prowadzi wprost do pojęcia własności(ciała), zaś myślenie oparte na takim akcie wiary, bezkrytycznie rozciągane jest na „efekty” „własnej” działalności i jej pochodne.

    Pozdrawiam HenryK

  8. Przy ciągle wzrastającym moim szacunku do idei libertariańskiej widzę w niej jedno zagrozenie nie do uniknięcia. Jeżeli jako poprawne w mysl idei libertariańskiej jest wolność działania jednostki taka aby nie wchodzić na nazwijmy to asertywnie czyjeś „terytorium życiowe” to zauważmy, że już skupianie się ludzi o podobnych poglądach niesie zagrożenie wejścia na czyjeś terytorium i to równiez prawne. Zatem idea libertariańska może nieść zagrożenie szowinizmu, doktryny nieomylności, braku solidaryzmu społecznego, egoizmu, braku odpowiedzialności społecznej w myśl idei zrównoważonego rozwoju.
    Z innej beczki, czy parytet złota jest jedyny , nieomylny? Czy nie spowoduje sytuacji i możliwości bogacenia się jedynie właścicieli kopalń tego kruszcu, co tam właścicieli – Państw gdzie te złoża sie znajdują? Jak będą bogacić się Państwa które będą tylko redystrybuowały wytworzona przez właścicieli kopalń wartość dodaną. Uważam bowiem, że tak jak Banki Centralne tak producenci złota mogliby zwiększać podaż pieniadza na rynku? Co o tym sądzicie?

  9. Co do złota – nie wiadomo czy to najlepszy pieniądz. Tak bywało w historii, że najczęściej srebro i złoto były przez rynek wybierane jako powszechny środek wymiany. Jeśli byłby wolny rynek pieniądza, to może złoto by zostało znowu pieniądzem a może nie. Jeśli złoto, to posiadacze złota zapewne by zyskali – większy popyt na złoto skutkowałby wyższą jego ceną. Nie ma powodów, dla których w biznesie szukania złóż i wydobywania złota miałyby utrzymywać się wyższe stopy zwrotu niż w innych branżach. Konkurencja powinna sprowadzić je do normalnego poziomu. Wzrost podaży złota spowoduje także większą jego dostępność do celów niemonetarnych (przemysłowych, jubilerskich). Tym samym prowadzi do wzrostu dobrobytu.

  10. A co z wolnością wyborów. Może się zdażyć , że to co mi odpowiada nie będzie odpowiadać komuś innemu. I tu jako przykład dam kontrowersyjną sprawę małżeństw homoseksualnych. Moim zdaniem obecnie próbuje sie je usankcjonować jako normę. Mi to nie odpowiada (nie samo małżeństwo homoseksualne – jeśli ktoś lubi np. owłosioną pupę męską to jego sprawa, ale nie pasuje mi żeby sankcjonować normy na tej podstawie). Rysuję tu groźny wizerunek modnej ostatnio poprawności politycznej, tu już tylko krok do anarchii uważam, że na tej doktrynie można również pokusić się o próbę zbudowania teorii nazistowskich (mam przecież jako libertarianin wolność własnego wyboru). Widać jak na bazie tolerancji, wolności wyboru dochodzi do zniewolenia (narzucania woli) innym. Aby tego uniknąć, moim zdaniem powinna zostać podjęta próba budowania autorytetu-wzorca, oczywiście z ograniczaniem władzy wąskiej grupy ludzi (polityków – ponieważ to ich partyjna wolność wyboru doprowadza do stawiania kolejnych hamulców i budowania bezpoduktywnego grona ludzi utrzymywanych ze zbyt wysokich podatków.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Podnieśmy stopę wsparcia!
KRS: 0000174572
 
KRS: 0000174572