Tucker: Radykalny liberalizm Marka Twaina

19 marca 2010 Biografie komentarze: 8

Autor: Jeffrey A. Tucker
Źródło: mises.org
Tłumaczenie: Marcin Pasikowski
Wersja PDF

Po części trudności w zrozumieniu politycznych zapatrywań Marka Twaina wynikają z terminologii oraz z panującej wśród polityków tendencji do przekręcenia znaczeń. Często słyszymy, że Twain był liberałem, równie często, że konserwatystą, a czasami oba określenia pojawiają się obok siebie. Krytycy łamią sobie głowy, jakim cudem ten sam człowiek mógł być obrońcą robotników, posiadaczy, bogatych kapitalistów, i równocześnie wyrażać poglądy antyrządowe w sprawach wewnętrznych oraz sprzeciwiać się niewolnictwu i wojnie. Często stwierdzają więc, że jego poglądy były niespójne.

Marka Twain

Częściowo powodem tego zamieszania jest zmiana znaczenia pojęcia liberalizmu jako ideologii oraz kłopoty współczesnych krytyków w zrozumieniu jego dziewiętnastowiecznych implikacji.

Twain urodził się jako Samuel Langhorne Clemens w 1835 r. Znaczenie liberalizmu było wtedy bardziej jednoznaczne. Oznaczał on poparcie dla przedsiębiorczości, praw własności, sprzeciw wobec niewolnictwa, odrzucenie systemów kastowych starego świata, nienawiść do wojny, ogólne poparcie wolnego handlu i kosmopolityzmu, awansu społecznego kobiet, postępu technicznego, oraz dużą dawkę sceptycyzmu dla rządowej kontroli nad czymkolwiek.

Ta tradycja światopoglądowa rozciąga się od myślicieli epoki oświecenia takich jak Jefferson, do zwolenników Misesa i Hayeka w XX w. Taki nurt myślenia może i zniknął niemal całkowicie z dzisiejszej sceny politycznej (opanowanej przez dwie odmiany etatyzmu), ale właśnie jego zwolennikiem był Clemens.

Kiedy Clemens umierał w 1910 r., liberalizm był na krawędzi swej transformacji. Złota era akumulacji kapitalistycznej minęła, wzbudzając wszędzie zazdrość oraz ideologiczny fanatyzm. Zbyt postępowy wydźwięk liberalizmu doprowadził do sympatii względem socjalizmu i rządowej kontroli, a potem do gospodarki wojennej jako sposobu narzucania dyscypliny gospodarczej wobec braku demokratycznego konsensusu. Pół wieku później liberalizm znalazł się na przeciwnym biegunie w stosunku do swego dziewiętnastowiecznego znaczenia, podczas gdy przeciwnicy rządowej kontroli i zwolennicy wolnej przedsiębiorczości byli od tamtej pory nazywani konserwatystami.

To właśnie dlatego poglądy polityczne Twaina są tak często opacznie rozumiane, co możemy też wywnioskować z obszernej literatury na temat jego życia i twórczości. Kochał amerykańskie przywiązanie do własności i handlu, ale jawił się jako najbardziej zagorzały krytyk wojny (powiedział, że Stany Zjednoczone powinny zrobić dla Filipin specjalną flagę: „białe pasy pomalowane na czarno i gwiazdy zastąpione czaszkami ze skrzyżowanymi kośćmi”).

Pionierska praca Louisa J. Budda: Mark Twain: Social Philosopher [Mark Twain: Filozof społeczny][1] niemal jako jedyna wśród książek poświęconych Twainowi opisywała jego światopogląd jako jednoznacznie liberalny w duchu szkoły Manchesterskiej Cobdena i Brighta. „Dobry rząd nie istnieje i nie jest możliwy” — cytuje on w podsumowaniu credo Clemensa[2].

Z książki Budda dowiadujemy się, że Clemens był wielkim zwolennikiem postępu technologicznego i handlu, nigdy nie przejawiał entuzjazmu dla państwa dobrobytu, ponieważ społeczeństwo w „erze biznesu” rządzi się „stałymi i precyzyjnymi” prawami, które nie powinny być „zakłócane z powodu zachcianek jakiejkolwiek jednostki, lub politycznej, bądź religijnej grupy”[3].

Autor tego opracowania nie używa określenia klasyczny liberalizm. Zamiast tego poglądy Clemensa nazywa dziewiętnastowiecznym, miejskim liberalizmem klasy średniej. Ba, jemu samemu jest przykro z powodu politycznych i gospodarczych zapatrywań Twaina. Autor jest przerażony zachowaniem Marka Twaina, które sprawiało wrażenie jakby „prawo podaży i popytu było czymś oczywistym, a nie podlegającą dyskusjom teorią…”[4].

W recenzji tej książki w „Nineteenth-Century Fiction”[5], Guy A. Cardwell napisał:

Wedle dzisiejszych standardów Mark Twain był bardziej konserwatystą niż liberałem. Mocno wierzył w laissez faire, stawiał prawa własności nad politycznymi prawami jednostki, podziwiał plutokratów, którzy sami zapracowali na swój status oraz bronił poglądu, że rządy powinny składać się z ludzi o odpowiednio wysokim statusie majątkowym i inteligencji. Jego poglądy bardziej odpowiadające dzisiejszym standardom liberalizmu to: wiara w postęp technologiczny i wrogość w stosunku do monarchii, arystokracji dziedzicznej, Rzymskiego Kościoła Katolickiego, a w późniejszych latach także do imperializmu.

Recenzja ta została napisana wiele dekad temu, gdy jeszcze liberałowie pokładali nadzieje w postępie technologicznym. To także uległo zmianie, więc dziś jego wiara w technologię prawdopodobnie także nie zaliczałaby go do tej grupy. Podobnie można by powiedzieć o jego sprzeciwie w stosunku do wojny, biorąc pod uwagę jak nieprzewidywalne są dzisiejsze antywojenne nastroje wśród liberałów i konserwatystów.

Dzisiaj nie ma miejsca na liberalizm z czasów Clemensa. Ten problem jest przyczyną ogólnego zamieszania co do jego poglądów na ekonomię polityczną i dlatego też jego przekonania są często uważane za niejasne i zagmatwane.

Najlepszym sposobem by rozwiać to wrażenie jest czytanie prac napisanych przez samego Twaina. Spojrzenie na jego popularne książki przekonuje nas, że Budd trafił w dziesiątkę: Twain był Manchesterystą, liberałem starej szkoły, który wedle dzisiejszych standardów prawdopodobnie zostałby zaklasyfikowany jako radykalny zwolennik laissez faire lub libertarianin. Pozostawał przy tradycyjnym w jego rodzinie wiggizmie. Czuł się bliższy Jeffersonowi Davisowi niż Lincolnowi (niemniej słusznie i z rozgłosem zdezerterował ze zorganizowanej centralnie Armii Konfederatów) oraz bronił pieniądza o trwałej wartości. W późniejszym czasie poparł Clevelanda w wyborach prezydenckich 1884 r., po części z powodu jego poparcia dla standardu złota.

W parze z klasycznym liberalizmem u Twaina przejawiał się silny sprzeciw wobec wojny, który był oparty na miłości do wolności i opozycji do rządu w stylu Johna Locke’a, a nie na analizie kapitalistycznego imperializmu w stylu Lenina.

„Patriotyzm, cóż to za humbug, to słowo, które zawsze upamiętnia jakąś grabież”.

Dalej czytamy: „Patriotyzm jest doprowadzany poza granice absurdu. Znam człowieka, który nie kocha Boga, ponieważ jest cudzoziemcem”[6].

Był przeciwnikiem wojny amerykańsko–hiszpańskiej, wierzył, że Filipińczycy nękający wojska Stanów Zjednoczonych walczyli jedynie o swą niepodległość, oraz możliwe że był jedynym Amerykaninem publicznie broniącym chińskich Bokserów jako dobrych patriotów[7].

Jego ogólny stosunek do władzy politycznej może być podsumowany opisem transformacji Toma Canty’ego w Królewiczu i żebraku (1881). Tom był biedakiem, który z powodu pomieszania tożsamości będącej wynikiem niewinnej zabawy w zamianę ubrań, musiał zachowywać się niczym następca tronu. Cała historia ma na celu zobrazowanie sztuczności systemu kastowego, który oddzielał szlachciców od chłopów. Powieść jest pełna jadowitej krytyki państwowego systemu sądownictwa oraz nieograniczonej władzy policyjnej w Anglii.

Kiedy Tom Canty dowiaduje się o nadużyciach władzy, jest oburzony i postanawia przeprowadzić humanitarne reformy. Ten aspekt zachowania Toma jest zazwyczaj uwydatniany w wersjach filmowych. Jednak książka w oryginale dodaje pewien stopień skomplikowania, by zobrazować powszechne zepsucie, które idzie w parze z władzą. Tom Canty — dawniej niewinny, czarujący i ludzki — wraz z uzyskaniem władzy przechodzi radykalną zmianę:

Kiedy widzieliśmy go po raz ostatni, władza monarsza zaczynała właśnie mieć dlań dobre strony. Otóż te dobre strony jaśniały z dnia na dzień i wkrótce zapłonęły czarującym światłem iście słonecznych blasków. Tom przestał się obawiać. Smutne jego myśli rozwiały się i odpłynęły, zakłopotanie minęło, aby ustąpić miejsca swobodnej pewności siebie. „Miłościwy pan” coraz większe ciągnął zyski z kopalni, którą był dlań Chłopiec do Bicia.

Z miną osoby powołanej do tego rodzaju poczynań wzywał przed swe oblicze lady Elżbietę i lady Jane Grey, ilekroć przyszła mu ochota na zabawę lub rozmowę, albo odprawiał księżniczki, gdy miał dosyć ich towarzystwa. Nie krępował go już wcale fakt, iż tak dostojne damy całują jego dłoń przy pożegnaniu.

Przyjemną rozrywką był dlań teraz pochód, który każdego wieczoru odprowadzał go do łoża, oraz uroczysty a zawiły ceremoniał towarzyszący zawsze porannej toalecie. Udawanie się na obiad w asyście strojnego orszaku urzędników dworskich i panów gwardii przybocznej nader mile łechtało dumę Toma, prawdę zaś rzekłszy łechtało ją tak mile, że „król” podwoił liczbę gwardii przybocznej i stan jej podniósł do pełnej setki panów. Polubił również rozbrzmiewające w długich korytarzach dźwięki trąb i odległe głosy, które raz po raz powtarzały: — Miejsce dla króla!

Tom nauczył się nawet bawić nie najgorzej, gdy w majestacie zasiadał na tronie przewodnicząc Wielkiej Radzie udawał, że jest czymś więcej niż tubą Lorda Protektora. Lubił przyjmować jaśnie wielmożnych ambasadorów i ich wspaniałe świty oraz słuchać serdecznych listów przysyłanych mu tą drogą przez wielkich monarchów, którzy nazywali go „bratem”. Ach, szczęśliwy Tom Canty, do niedawna mieszkaniec Offal Court!

„Król” radował się swymi wspaniałymi szatami i kazał zamawiać ich coraz więcej. Przekonał się niebawem, iż czterystu służby nie wystarcza do należnego mu splendoru, potroił więc ich liczbę. Pochlebstwa bijących czołem dworaków dźwięczały w jego uszach niby słodka melodia[8].

W późniejszym fragmencie czytamy opis parady koronacyjnej gdzie autor pisze „Tom Canty zmierzył spojrzeniem wezbrane morze rozradowanych twarzy. Serce bijące triumfalnym uniesieniem powiedziało mu, że warto żyć na świecie po to jedynie, aby być królem i bożyszczem ludu”[9].

Widzimy więc żywą ilustrację głównej tezy klasycznego liberalizmu — że władza psuje. Psuje nawet reformatorów i tych, którzy zamierzali używać jej w imię wolności, co było szczerą intencją Toma Canty’ego podczas początkowych stadiów jego rządów. Urząd i instytucja władzy mogą zmienić nawet najlepszych ludzi, a władza w rękach złych ludzi może wyzwolić wszelkie zło i nazwać je dobrem.

Inną ważną tezą starej klasycznej szkoły liberalnej była pewność, że społeczeństwo może same zarządzać sobą, i że wszelkie próby ingerencji w wybory jednostki za pomocą aparatu państwowego spełzną na niczym. Ta pewność co do zdolności jednostek do rządzenia sobą wywodziła się ze zrozumienia twórczej siły wzajemnej wymiany bez udziału państwa, oraz że udział ten jest powodem przemocy przeciwko osobom i własności.

Do tezy tej autor wraca wielokrotnie w Przygodach Tomka Sawyera i w Przygodach Hucka Fina, dwóch wspaniałych amerykańskich powieściach, w których państwo wyróżnia się głównie tym, że jest po prostu nieobecne. To jest właśnie po części powodem wielkiego wdzięku i nieprzemijającej siły tych dwóch książek: opisują one sprawy społeczeństwa ewoluującego z dala od państwa. Państwo ma w tych powieściach tylko jedna rolę i to całkowicie negatywną: tworzy i egzekwuje prawo dotyczące zbiegłych niewolników. Dlatego właśnie Huck i Jim są wyjęci spod prawa i uciekają wzdłuż Missisipi w poszukiwaniu wolności.

To co krytycy nazwali prostym sentymentalizmem w bliskich relacjach pomiędzy niewolnikiem Jimem, Tomkiem i Huckiem, może być równie dobrze zrozumiane jako archetyp takiego rodzaju społecznych relacji, które pojawiają się w warunkach wolności. Ich relacje nie charakteryzują się wrogością, jak mogą odebrać to ludzie o poglądach prawicowych bądź lewicowych, ale raczej ludzkim i wzajemnym szacunkiem do siebie jako ludzkich istot. W ten sposób Clemens przedstawił swą głęboko liberalną wizję zdolności ludzkiej do rozwijania przyjaźni z dala od przemocy państwowej.

Pogląd Twaina jest zobrazowany w jednej z początkowych scen Przygód Tomka Sawyera. Dochodzi w niej do wzajemnie korzystnej wymiany, w której największą rolę odgrywa subiektywnie widziana wartość.

Tom i Huck przekomarzają się na temat wartości swych przedmiotów:

– Co to jest?

– Nic, kleszcz.

– Skąd go masz?

– Z lasu.

– Co chcesz za niego?

– Nie wiem. Nie chcę go sprzedawać.

– No dobra. Tak czy owak, coś on dziwnie malutki…

– Nie sztuka czepiać się cudzego kleszcza. Mnie on wystarcza. Dla mnie jest całkiem dobry.

– E tam, pełno ich w lesie. Mógłbym mieć tysiące, gdybym chciał.

– To czemu nie chcesz? Bo dobrze wiesz, że nie możesz. To wczesny kleszcz, pierwszy, jakiego widzę w tym roku.

– Słuchaj, Huck, dam ci za niego mojego zęba.

– Pokaż.

Tomek wyciągnął zwinięty papierek i ostrożnie go rozwinął. Huck oglądał zęba tęsknym wzrokiem. Pokusa była wielka. Wreszcie zapytał:

– Prawdziwy?

Tomek otworzył usta i pokazał szczerbę.

– Niech będzie — rzekł Huck — załatwione!

Tomek schował kleszcza w pudełko od kapiszonów, które do niedawna było więzieniem „szczypawki”, i chłopcy rozeszli się, obaj w poczuciu, że się wzbogacili[10].

To jest właśnie przykład zasady wzajemnie korzystnej wymiany, zaprezentowany w maksymalnie skróconej formie za pomocą bezwartościowych, z punktu wiedzenia innych ludzi, przedmiotów, które nie mają ceny rynkowej. Tylko dzięki subtelnej zmianie w zapatrywaniu każdego chłopca, oboje uświadamiają sobie, że w jakiś sposób skorzystają na wymianie.

Wymiana kleszcza za ząb może wydawać się nieistotna z punktu widzenia makroekonomii, ale zasady które doprowadzają do jej finalizacji są tymi samymi, które tworzą społeczeństwo. „Stosunki wymiany są fundamentalnymi stosunkami społecznymi — pisze Mises — Interpersonalna wymiana dóbr i usług tworzy więzi, które jednoczą ludzi w społeczeństwo”[11].

Ten sam subiektywizm i uznanie korzyści wynikających z handlu jest podłożem historii o pracy malowania płotu, którą także znajdziemy na początku powieści. Tomek wrabia inne dzieci, by zrobiły prace za niego, przekonując ich, że tak naprawdę to nie praca, ale wspaniałe wyzwanie, które on sam z dumą podjął. Gdy przyjaciele zauważają, że Tomek czerpie przyjemność z malowania, decydują, że także chcieliby malować. Jednak on pozwala im na to, tylko pod warunkiem zapłaty. Tomek wymienia możliwość malowania parkanu za różne dobra: jabłko, kotka, zdechłego szczura, „sznurek na którym można go bujać” i inne. Te przedmioty mogą wydawać się bezwartościowe z naszego punktu widzenia, ale dla ich właścicieli mają wysoką wartość.

Co jeszcze bardziej frapujące, praca, którą kupują od Tomka przyjaciele, jest subiektywnie oceniana jako bardziej wartościowa niż przedmioty za nią oddawane. Wydaje się to naruszać neoklasyczne twierdzenia dotyczące ujemnej użyteczności pracy. Tomek przekonuje kolegów, że jest przeciwnie, że radość płynąca z natychmiastowego wykonania pracy wynagradza z nawiązką ujemną użyteczność związaną z zadaniem.

Jak pisze Rothbard:

Człowiek będzie zwiększał wysiłek dopóki użyteczność krańcowa korzyści dzięki temu osiągniętych przewyższa krańcową przykrość wysiłku związanego z pracą. Człowiek przestanie pracować, gdy krańcowa uciążliwość pracy stanie się większa niż krańcowa użyteczność wzrostu ilości dóbr uzyskanego dzięki wysiłkowi[12].

Chłopcy doświadczali użyteczności ujemnej wykonując pracę za ujemne wynagrodzenie, ale prestiż wykonywania pracy przeważał, co było czysto subiektywnym wrażeniem. Jak czytamy dalej w powieści, gdy kolejny chłopiec męczył się ciężką pracą, natychmiast zastępował go inny.

Twain pisze:

Tomek stwierdził, że świat właściwie wcale nie jest taki zły. Sam o tym nie wiedząc, odkrył wielkie prawo działań ludzkich, a mianowicie: jeżeli chcemy obudzić w mężczyźnie lub chłopaku pragnienie jakiejś rzeczy, powinniśmy ją przedstawić jako trudną do zdobycia. Gdyby był wielkim filozofem, takim jak autor tej książki, to zrozumiałby, że pracą jest to, co musimy, a przyjemnością to, czego nie musimy robić. Pojąłby wówczas, że wyrób sztucznych kwiatów czy chodzenie w kieracie jest ciężką pracą, zaś granie w kręgle albo wspinanie się na Mont Blanc to tylko zabawa[13].

Rothbard także wspomina o „zabawie” jako dobrze konsumpcyjnym:

Czynności wykonywane wyłącznie dla nich samych nie są pracą, ale zabawą i stanowią dobro konsumpcyjne. Zabawa, jako dobro konsumpcyjne, podlega prawu użyteczności krańcowej podobnie jak wszystkie inne dobra. Korzyści wynikające z czasu spędzonego na zabawie będą przez człowieka porównane z użytecznością oferowaną przez inne dobra[14].

Oto przykład jak ekonomia Przygód Tomka Sawyera jest przesiąknięta czynnikiem subiektywnym przy podejmowaniu decyzji handlowych jak również tych o pracy czy zabawie. Subiektywizm ten znajduje się u podstaw teorii ekonomicznej, którą wpleciono w powieść.

Podstawowym problemem, jaki napotykały dzieci podczas swego handlu, było to, że wymiany musiały odbywać się w formie barteru. Potrzebny był jakiś środek wymiany, coś co byłoby powszechnie pożądane, podzielne, trwałe oraz wymienne na dobra konsumpcyjne. Szybko rozwinęła się gospodarka monetarna, która spełniła tę potrzebę. Finalnym dobrem konsumpcyjnym była Biblia, warta w tamtych czasach około czterdziestu centów, która była dawana uczniowi, wykazującemu się najlepszymi zdolnościami w zapamiętywaniu biblijnych wersów.

Za zapamiętywanie wersów uczeń dostawał karteczki. Biblię można było dostać za dziesięć żółtych karteczek. Jedna żółta karteczka stanowiła równowartość dziesięciu czerwonych. Jedną czerwona była warta dziesięć niebieskich. Uczeń dostawał jedną niebieską za zapamiętanie dwóch wersów. Tak więc końcowym dobrem konsumenckim była Biblia wyceniona na dwa tysiące zapamiętanych wersów. Wadą tego systemu było to, że był planowany: jedynym i niezmiennym sposobem nabycia karteczek było opanowanie czynności zapamiętywania wersów biblijnych.

Tomek i przyjaciele szybko znaleźli drogę by ominąć tę niedogodność. Jednak nawet największe dobro konsumpcyjne nie wystarczało. Jak mówi narrator: „Najprawdopodobniej Tomek nigdy nie łaknął samej nagrody, ale nie ulega wątpliwości, że serce jego rwało się do sławy i blasku zwycięzcy”.

Tomek zagadnął kolegę:

–    Słuchaj, Bill, masz żółtą karteczkę?

–    Tak.

–    Co za nią chcesz?

–    A co dasz?

–    Cukierka i haczyk do wędki.

–    To pokaż.

Tomek pokazał. Oba wymienione towary były w dobrym stanie, przeprowadzono więc transakcję. Potem Tomek zamienił dwie białe kule do gry na trzy czerwone kartki i inne drobiazgi na dwie niebieskie. Czatował na innych chłopców wchodzących do kościoła i przez dziesięć czy piętnaście minut skupywał kartki w różnych kolorach[15].

Ostatecznie Tomek po wejściu do kościoła występuje do przodu z dziewięcioma żółtymi karteczkami, dziewięcioma czerwonymi, i dziesięcioma niebieskimi — czyli zestawem uprawniającym go do odebrania Biblii oraz wszystkich honorów z tym związanych. Reszta chłopców natychmiast zdała sobie sprawę z faktu, że u podstaw fortuny Tomka leżał jego handel przywilejem do pobielana płotu, co sprawiło, że zapałała gniewem i zazdrością. Były to jednak uczucia ex post, które nie zmieniały poczucia ex ante korzyści wynikającej z wymiany.

Koniec końców, Tomek został przyłapany na niewiedzy, gdy nie był w stanie odpowiedzieć na proste pytanie z Biblii. Ta kłopotliwa wpadka nie unieważniła jednak jego karteczek, nawet jeśli troszkę je zdewaluowała. Kilka scen dalej czytelnik może przeczytać o kolejnej wzajemnie korzystnej wymianie:

Tomek zawołał do tego romantycznego kloszarda:

–    Czołem Huckleberry!

–    Cześć, co słychać?

–    Co to jest?

–    Zdechły kot.

–    Pokaż mi, Huck! Jejku, zupełnie sztywny. Skąd go wziąłeś?

–    Kupiłem od jednego takiego.

–    Coś za niego dał?

–    Niebieską kartkę i pęcherz z rzeźni.

–    A skąd wziąłeś kartkę?

–    Kupiłem od Bena Rogersa. Dwa tygodnie temu. Dałem mu kij.

–    Słuchaj, Huck, po co komu zdechły kot?

–    Jak to? Usuwa się nim brodawki.

–    Nie mów! Naprawdę? Znam lepszy sposób.

–    Już ci uwierzę! A co to jest?

–    Zgniła woda.

–    Zgniła woda? Nic nie warta.

–    Naprawdę? A próbowałeś kiedyś[16]?

Potem następuje długa dyskusja na temat metod leczenia brodawek, która kończy się przekonaniem Hucka o zaletach zgniłej wody. To co jest jednak tutaj istotne, to fakt, że karteczki wciąż służą jako środek wymiany. Ta gospodarka pieniężna rozwinęła się pomiędzy chłopcami pomimo braku jakiegokolwiek formalnego układu społecznego lub zaangażowania państwa. Była ona wynikiem działania ludzkiego mającego podłoże w subiektywnych ocenach prowadzących do systemu wymiany — mikroskala tego samego procesu, który ma miejsce w większej gospodarce, gdzie przedsiębiorcy dochodzą do najbardziej cenionego dobra, posiadającego właściwości pieniądza dzięki którym może służyć jako środek wymiany.

To doświadczenie Tomka próbującego zgromadzić bogactwo zostaje przesłonięte przez wyprawę po skarby, która prowadzi do wstrząsającego wątku kryminalnego. Poszukiwanie skarbu oraz doświadczenie, w którym Tomek ociera się o śmierć, sprawiają, że Tomek i Huck stają się bardzo bogaci w młodym wieku.

Jednak nawet po zdobyciu bogactwa chłopcy nie zmieniają się ani na jotę. Nie wydają tych pieniędzy ani nawet nie mają świadomości, jak taka suma mogłaby podnieść ich status materialny. Huck nawet oddaje swe pieniądze. Huckleberry: „Nie chcę ich wcale — żadnych sześciu tysięcy. Chcę byś je wziął, oddaję ci je — sześć tysięcy i wszystko” .

Tym czynem Huck wykazuje cechy amerykańskiego przedsiębiorczego myślenia, tak jak rozumiał je Twain. Ludzie mający odpowiednią mieszankę pasji, kreatywności i motywacji mogą stać się niesamowicie bogaci, ale samo bogactwo nie jest celem ostatecznym, a raczej środkiem służącym dalszym osiągnięciom, czy to w dziedzinie handlu, czy w pracy charytatywnej. Tomek i Huck zdobyli swój skarb, ale także przekonali się, że posiadanie go było daleko mniej interesujące niż dreszcz zdobywców.

Do poszukiwania skarbu nie pcha ich materializm, ale pogoń za ideałami, przedsiębiorczy pęd ku odkryciom, przygodzie i osobistej satysfakcji. Układając tę historię w ten sposób, Twain oferuje spojrzenie z perspektywy komercyjnej kultury społeczeństwa, które cieszy się wolnością gospodarczą. Motywacją tego społeczeństwa nie jest materialne wynagrodzenie, ale popęd do odkrywania i zdobywania. Pieniądze służą tutaj bardziej jako miara sukcesu niż cel sam w sobie.

To niezwykłe traktowanie bogactwa w Przygodach Tomka Sawyera jest zapowiedzią nowej złotej ery, kiedy kapitalistyczne przedsiębiorstwa wielkiego formatu tworzyły wielkie fortuny i dawały początek przedsiębiorcom, mającym wkrótce zdać sobie sprawę, że dysponują większymi środkami niż europejska arystokracja starej ery. Jednocześnie powstawały wielkoformatowe profesjonalne przedsięwzięcia filantropijne, co stało się możliwe dzięki ogromnym datkom nowych bogaczy. Tak zwani baronowie-złodzieje, podobnie jak Huck Finn, szybko znaleźli się w posiadaniu fortuny, ale równie szybko ją rozdawali.

W książce Tomek Sawyer za granicą pojawia się okazja do innego zyskownego przedsięwzięcia, ale w tym przypadku interwencja państwa uniemożliwia Tomkowi, Huckowi i Jimowi spełnienie swych marzeń. Tomek, Huck i Jim podróżują w balonie powietrznym nad Saharą. Po burzy piaskowej zastanawiają się co zrobić z piaskiem, który zgromadził się w koszu balona.

Jako pierwszy na pomysł wpadł Jim: „Może weźmiemy go z powrotem do domu i sprzedamy?”.

Tomek odpowiada:

Jeśli tylko ludzie będą przekonani, że jest to prawdziwy piasek z prawdziwej pustyni Sahara, na pewno będą chcieli trochę, by móc postawić go na etażerce we fiolce z napisem. Tak dla ciekawości. Wszystko co musimy zrobić to napełnić nim szklane fiolki, latać nad Stanami Zjednoczonymi i handlować nimi po dziesięć centów za sztukę. W tej chwili mamy w koszu piasek o wartości dziesięciu tysięcy dolarów… a możemy przecież wracać, nabierać go i sprzedawać dalej — aż nie przehandlujemy całego piasku z tej pustyni. Nie musimy też martwić się konkurencją — opatentujemy to.

Tutaj entuzjazm Tomka nagle się skończył.

– To nie zadziała chłopaki, musimy odpuścić.

– Dlaczego?

Z powodu cła.

Jim i Huck spytali co to takiego. Tomek wyjaśnił, że cło „to podatek”:

– Za każdym razem gdy przekraczasz granicę — granicę państwa rozumie się — natykasz się na izbę celną. Tam urzędnicy rządowi szperają w twoich rzeczach i nakładają duży podatek, który nazywają opłatą celną — a to dlatego, że celują w tym, by cię przydybać, a jeśli nie zapłacisz cła, zagarną twój piasek dla siebie. Oni nazywają to konfiskatą, ale nikogo nie oszukają, jest to zwykły zabór. Jeśli spróbujemy przewieźć ten piasek do domu, tak jak to planowaliśmy, będziemy musieli przekraczać granice za granicą — Egipt, Arabia, Hindustan, i tak dalej. Każde z tych państw dorzuci swoje cło, więc jak łatwo zauważyć NIE MOŻEMY tego zrobić TĄ DROGĄ. Drugą drogę też mamy zamkniętą. Jeśli wrócimy drogą, którą przylecieliśmy, natkniemy się na Izbę Celną Nowego Yorku, a ta jest gorsza niż tamte wszystkie zebrane razem, biorąc pod uwagę rodzaj ładunku jaki wieziemy.

– Dlaczego?

– Cóż, w Ameryce nie da się uzyskać piasków Sahary, a kiedy nie można czegoś uzyskać w Ameryce, cło wynosi czternaście tysięcy procent na wszystko, co spróbujesz przywieźć z kraju, gdzie można to uzyskać.

– Tomek, przecież w tym nie ma sensu — powiedział Huck.

– Czyli nakładają to cło na wszystko, czego nie ma w Ameryce bez różnicy? — spytał Jim.

– Tak to właśnie wygląda.

– Tomku, czyż błogosławieństwa boże nie są najbardziej wartościową rzeczą ze wszystkich?

– W rzeczy samej.

Potem Jim mówi, że błogosławieństwa pańskie można uważać za nieopodatkowany import z nieba. Jeśli rząd nakłada cło na wszystko bez różnicy, czy nie powinien opodatkować także błogosławieństw? A jeśli tego nie robi i istnieje nierówność wobec prawa, czy państwo nie powinno zrezygnować w ogóle z cła? Na to Tomek nie miał już odpowiedzi.

Narrator stwierdza:

(Tomek) próbował się wykręcić mówiąc, że ZAPOMNIELI obłożyć błogosławieństwa podatkiem, ale zapewniał, że sobie przypomną i zrobią to w ciągu następnej sesji Kongresu, ale była to tylko niezręczna próba wytłumaczenia na odczepnego i dobrze o tym wiedział. Powiedział, że wszystko co pochodzi z zagranicy jest opodatkowane, oprócz tej jednej rzeczy i państwo nie może być konsekwentne nie opodatkowując jej, a bycie konsekwentnym jest podstawową regułą polityki. Dlatego obstawał przy tym, że było to niecelowe pominięcie, i był pewien, że zrobią wszystko by to naprawić zanim ktoś się spostrzeże i ich wyśmieje.

Ten fragment jest wtrąceniem bezpośredniej dyskusji o państwie, które rzadko pojawiają się w książkach tak cenionych i fascynujących. A fascynują one właśnie dlatego, że traktują o nieskrępowanym ludzkim działaniu na małą skalę, a czytelników zaprasza się do dzielenia tajemnicy i piękna mikroświata, wyłaniającego się ze zwykłych, codziennych poczynań ludzkich. Twain jest uważany za wielkiego powieściopisarza, ponieważ skupiał się na tym społecznym fenomenie i dobrze rozumiał napędzającą go dynamikę. Wysławiał on ludzką zdolność do wzajemnej wymiany i rozumiał, że porządek pochodzi od  wolności, a władza oparta na przemocy może stworzyć tylko zniekształcenia.

Twain w swoich książkach nie ukazywał utopii, które mogłyby istnieć bez władzy. Istnieją tam takie zjawiska jak przestępstwa, przemoc, okrucieństwa i bigoteria — są to cechy ludzkiej natury, których państwo nie potrafi wykorzenić, a jedynie centralizuje je, organizuje i legitymizuje.

Jednak w jego twórczości znajdziemy sugestie, że podstawowy trud rozwijania cywilizacji w kierunku ideału powinien być udziałem prywatnych jednostek w toku ich społecznego i gospodarczego funkcjonowania, a nie jakiejś mitycznej instytucji zwanej państwem lub też ideologii, która stoi w sprzeczności z praktycznym doświadczeniem społeczności ludzkich. Dobrym tego przykładem jest wyjaśnienie jak Missisipi została odkryta w pełnym tego słowa znaczeniu. Nie tylko zaobserwowana, ale odkryta jako coś gospodarczo użyteczne.

Jak pisze Twain w Życiu na Mississippi:

Po tym, jak rzekę zauważył De Soto, minęło ćwierćwiecze. Potem czas płynął dalej, wystarczająco dużo czasu na całe burzliwe życie Shakespeare’a, i jeszcze raz tyle, co razem daje ponad stulecie. Dopiero po tym czasie drugi biały człowiek ujrzał Missisipi… Sama tajemniczość tej sprawy powinna była wyzwolić ciekawość niezbędną do dalszych badań, ale tak się nie stało. Najwyraźniej nikt nie chciał takiej rzeki, nikt jej nie potrzebował, nikt nie był jej ciekaw. Tak więc po półtorej wieku Missisipi pozostawała poza zainteresowaniem rynku, nieniepokojona. De Soto nie szukał rzeki, gdy się na nią natknął. Nie miał dla niej zastosowania więc i nie uważał jej za godną zauważenia. Jednak wreszcie pewien Francuz — La Salle — wpadł na pomysł odszukania tej rzeki i zbadania jej. Zazwyczaj tak się dzieje, że gdy jakiś człowiek decyduje się zbadać jakąś zaniedbaną, a ważną sprawę, wokół gromadzą się ludzie z tym samym zamiarem. Tak też stało się tym razem. Pytanie nasuwa się samo — dlaczego ludzie nagle chcieli tej rzeki, skoro dotychczas nikt jej nie potrzebował przez pięć poprzednich pokoleń? Najwyraźniej dlatego, że dopiero tak późno stwierdzili, że znaleźli sposób by ją wykorzystać…[17]

Oto i samo sedno austriackiego pojmowania przedsiębiorczości: nie wystarczy odkryć technologię lub zasób. Potrzeba jeszcze wyobrazić sobie możliwe ekonomiczne wykorzystanie tego zasobu w istniejących realiach gospodarczych oraz oszacować jego przyszłe zastosowanie do spełniania ludzkich potrzeb. W tej dziedzinie prym wiedzie wolny rynek, państwo zaś całkowicie zawodzi.

Jak Clemens napisał:

To szaleństwo cedowania na rząd władzy mieszania się do prywatnych spraw miast lub obywateli, najprawdopodobniej będzie przyczyną niekończących się kłopotów… Istnieje niebezpieczeństwo, że nasi obywatele stracą niezawisłość sądów i działań, które są powodem naszej wielkości i popadną w beznadzieję podobną do tej Francuzów i Niemców, którzy oczekują, aż rząd nakarmi ich, gdy są głodni i odzieje, gdy są nadzy… a z czasem także ureguluje każdy czyn człowieka od kołyski po grób, włączając w to sposób w jaki będzie zabiegał o swe miejsce w niebiesiech[18].


[1] Bloomington: Indiana University Press, 1962.

[2] Budd, s. 160.

[3] Budd, s. 160, list z Aix-Les-Bains.

[4] Budd, s. 39.

[5] Vol. 18, No. 2 (Sep., 1963), s. 197–200.

[6] Cytowane w: Budd, 182–83.

[7] Budd, 1983.

[8] Mark Twain, Królewicz i Żebrak, tłum. Tadeusz Jan Dehnel (wyd. Iskry, 1977), s. 240. (przyp. tłum.)

[9] Królewicz i Żebrak, s. 246. (przyp. tłum.)

[10] Mark Twain, Przygody Tomka Sawyera, tłum. Paweł Łopatka (wyd. Zielona Sowa, Kraków 2002), s. 44. (przyp. tłum.)

[11] Ludwig von Mises, Human Action (Mises Institute, 2000), s. 194.

[12] Ekonomia wolnego rynku, t. I, tłum. Rafał Rudowski (wyd. Fijorr Publishing, Chicago-Warszawa 2007). s. 164-165.

[13] Przygody Tomka Sawyera, s. 16. (przyp. tłum.)

[14] Ekonomia wolnego rynku, t. I, s. 164.

[15] Przygody Tomka Sawyera, s. 25. (przyp. tłum.)

[16] Przygody Tomka Sawyera, s. 41. (przyp. tłum.)

[17] Life on the Mississippi (Boston: James Osgood and Company, 1883), s. 30–31.

[18] List Twaina do „Enterprise” z 24. stycznia 1866 r. Cyt. za: Budd, s. 38–39.

Podobał Ci się artykuł?

Wesprzyj nas
Avatar

O Autorze:

Jeffrey Tucker

Pozostałe wpisy autora:

8 Komentarze “Tucker: Radykalny liberalizm Marka Twaina

  1. „Ta gospodarka pieniężna rozwinęła się pomiędzy chłopcami pomimo braku jakiegokolwiek formalnego układu społecznego lub zaangażowania państwa.”

    Za zapamiętane wersy uczeń dostawał karteczki. Od kogo?

  2. ad Thome
    Chodzi raczej o to, że karteczki nie powstały w celach pieniężnych, że to ich specyficzne zastosowanie jako środka wymiany było spontaniczne.

  3. Temat ciekawy, ale wykonanie fatalne. Tucker jest zupełnie nieprzekonywujący. W ten sposób, to każdy jest anarcho-kapitalistą. Kto z nas nie wymieniał się karteczkami do segregatorów?

  4. A ja uważam że teksty tego typu są świetnym materiałem edukacyjnym dla początkujących. Tucker mówi o rzeczach oczywistych i fundamentalnych (na przykład czym jest cena). Według mnie trafnie wyłuskuje z życia codziennego przykłady korzyści płynących z dobrowolnej wymiany. Co najważniejsze Tucker zawsze wyjaśnia czym kończy się ingerencja rządu w rynek.

  5. „Co najważniejsze Tucker zawsze wyjaśnia czym kończy się ingerencja rządu w rynek”

    I zaprawdę powiadam wam….. liturgia skończona.

    Nie, żebym był zwolennikiem rządowych interwencji, ale Tucker pisze na poziomie ‚przedszkolaka’, tak to zawsze jakoś brzmi po tłumaczeniu..

    @MB

    Karteczki jak najbardziej powstały w celach płatniczych, ale ich wiarygodność i łątwość obrotu wyszła poza transakcje „biblijne”. Pytanie, dlaczego stały się/były wiarygodne?

  6. @5. Thome

    Osobiście zrozumiałem ten fragment tak, że mamy tu stuprocentową rezerwę karteczek wyrażoną w ułamkach wartej 40 centów biblii.

    Czyli towar, na który jest popyt z przyczyn poza-monetarnych – biblia – zyskał dzięki karteczkom kilka dodatkowych cech – podzielność, łatwość transportu – i tym samym wyewoluował pieniądz.

    Czyli jeżeli od początku towar, na który jest pozamonetarny popyt miałby te cechy, mógłby zyskać na płynności i stać się pieniądzem.

    Analogia do Mengerowskiej ewolucji pieniądza wydaje się oczywista.

  7. @Stanisław Kwiatkowski

    Biblia nie stała się „podzielna”. Wydaje się raczej, że jej cena została określona (dobrowolnie i rynkowo) pewną ilością karteczek, którymi z kolei można było obracać/wymieniać się, a w końcu dokonywać transakcji określając cenę innych przedmiotów. Co ciekawe, punktem odniesienia była…..Biblia warta 40 centów:)

    Nie to było zresztą przedmiotem mojej uwagi. Chodziło mi o efekt, że tak powiem, „pierwotnej sankcji”, gwarancji i wiarygodności dla tej ciekawej karteczkowej waluty. Krótko mówiąc – kto wyemitował pierwszy i dlaczego większość podmiotów rynkowych zaakceptowała właśnie karteczki? Nie byli to uczniowie, nie byli to uczestnicy późniejszych transakcji.

  8. ” Nie, żebym był zwolennikiem rządowych interwencji, ale Tucker pisze na poziomie ‚przedszkolaka’, tak to zawsze jakoś brzmi po tłumaczeniu..”

    Myślę, że dopóki liberałowie w szerszym gronie nie nauczą pisać się w ten sposób, ich idee nigdy nie wygrają. W moje opinii właśnie przejrzyste, ciekawe, odwołujące się do życiowych przykładów teksty najlepiej w trafiają do przeciętnego odbiorcy. Sam bardzo dziękuję Instytutowi za ciekawy artykuł i czekam na podobne w przyszłości. 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *