Osterfeld: Klasy społeczne — marksizm a austriacka szkoła ekonomii

25 marca 2010 Filozofia polityki komentarze: 2

Autor: David Osterfeld
Źródło: mises.org
Tłumaczenie: Maciej Mrug
Wersja PDF

Ideologie socjalizmu i komunizmu zostały co prawda całkowicie zdyskredytowane, jednak wiele osób wciąż uważa, że teorie społeczne Karola Marksa pozostają co najmniej aktualne. Jego obrońcy niechętnie przyznają, że marksistowska myśl ekonomiczna — a w szczególności laborystyczna teoria wartości — była nieoryginalna i nieprawdziwa, twierdząc jednocześnie, że jego analizy społeczne, na czele z teorią walki klas, stanowią ważny wkład naukowy.

Słynne pierwsze zdania Manifestu Komunistycznego dumnie głoszą:

Historia wszystkich dotychczasowych społeczeństw jest historią walk klasowych. Wolny i niewolnik, patrycjusz i plebejusz, feudał i chłop poddany, majster cechowy i czeladnik, krótko mówiąc, ciemiężcy i uciemiężeni pozostawali w stałym do siebie przeciwieństwie, prowadzili nieustanną, już to ukrytą, już to jawną walkę (…)*

„Nieodzowną cechą” kapitalizmu, jak twierdzi Marks, jest kontrast względem „zupełnego rozczłonkowania społeczeństwa na różne stany*” oraz „wielostopniowej hierarchii stanowisk społecznych*”, które cechowały wszystkie „wcześniejsze epoki historyczne*”.

(…) epoka burżuazji (…) uprościła przeciwieństwa klasowe. Całe społeczeństwo rozszczepia się coraz bardziej na dwa wielkie wrogie obozy, na dwie wielkie, wręcz przeciwstawne sobie klasy: burżuazję i proletariat.*

 

Według komentarza Engelsa do wydania z roku 1888: „[p]rzez burżuazję należy rozumieć klasę nowoczesnych kapitalistów, właścicieli środków produkcji, korzystających z pracy najemnej*”. Proletariat to z kolei „klas[a] nowoczesnych robotników najemnych, którzy nie posiadając środków produkcji zmuszeni są, by istnieć, sprzedawać swą siłę roboczą*”.

Proces upraszczania antagonizmów klasowych w ustroju kapitalistycznym jest szczegółowo opisany w pierwszym tomie Kapitału. Burżuazja potrafi zmusić robotników do konkurowania ze sobą, dzięki czemu zarobki utrzymują się na głodowym poziomie.

Stany średnie — drobny przemysłowiec, drobny kupiec, rzemieślnik, chłop — wszystkie one zwalczają burżuazję po to, by uchronić od zagłady swoje istnienie jako stanów średnich.*

Ich wysiłki idą jednak na marne. Nie są w stanie konkurować z ogromnymi fabrykami zakładanymi przez kapitalistów. Bankrutują i „staczają się do szeregów proletariatu*”. Zatem, jak mówi Marks, „rozwój współczesnego przemysłu powoduje zanikanie pozostałych klas”. W końcu pozostaną jedynie dwie klasy: burżuazja, która „zyskuje przewagę na drodze monopolizacji i uzurpacji” oraz proletariat, który doświadcza coraz większej „opresji, niedoli, zniewolenia, degradacji i wyzysku”. W konsekwencji proletariat stanie się tak liczny, a jego niedola tak wielka, że klasa ta, na drodze powstania, „wywłaszczy tych, którzy wywłaszczali dotychczas”.

Na pierwszy rzut oka marksistowska definicja klasy społecznej jest jasna i prosta. Jednak płynące z niej wnioski, jak zresztą zauważył sam autor, zadają kłam jego analizom. Marks twierdził, że właściciele i nadzorcy środków produkcji to ludzie dysponujący władzą i bogactwem, a ci, którzy sprzedają swoją pracę, są słabi i biedni. Marks uznawał co prawda ten podział za „idealny”, ale wierzył, że w miarę rozwoju ustroju kapitalistycznego nieliczna grupa drobnych przedsiębiorców z klasy średniej zacznie zanikać, a podział klasowy stopniowo się wykrystalizuje.

W rzeczywistości, podział pomiędzy burżuazją a proletariatem nie jest ani klarowny, ani prosty. Po pierwsze, opisywanie proletariatu jako ludzi pracujących na własne utrzymanie oraz burżuazji jako zatrudniającej innych, by na nich pracowali, prowadzi do oczywistego wniosku: tylko jedna grupa społeczna (proletariat) wykonuje pracę wytwórczą, podczas gdy burżuazja żyje na koszt wyzyskiwanych robotników. Marks zawęża pojęcie pracy do pracy fizycznej, tuszując fakt, że  dochód zawsze uzyskuje się świadcząc usługi innym, oraz że praca fizyczna nie jest jedynym sposobem świadczenia tychże usług. Tak czy inaczej, marksistowski podział na robotników i właścicieli był mistrzowskim chwytem propagandy politycznej.

Co więcej, przyjęta przez Marksa taksonomia prowadzi do interesujących wniosków. Jako że burżuazja posiada środki wytwórcze i zatrudnia robotników najemnych, właściciel piekarni albo małego warsztatu samochodowego, który zatrudnia dwóch, trzech pomocników, może się równać z Donaldem Trumpem, Johnem D. Rockefellerem czy Andrew Carnegiem. Według definicji Marksa, każdy z nich jest przedstawicielem burżuazji lub klasy rządzącej. Raczej mało prawdopodobne, aby ci pierwsi obracali się w takich samych kręgach, co drudzy. Analogiczne, gwiazda sportu Michael Jordan, którego zarobki sięgają wielu milionów dolarów rocznie, będzie członkiem uciskanego proletariatu, ponieważ jest „zmuszony sprzedawać swoją pracę”.

Według klasyfikacji Marksa, Michael Jordan należy do tej samej klasy społecznej co woźny, który zarabia na życia sprzątając po nocach pomieszczenia biurowe i opróżniając kosze na śmieci. Natomiast lekarz, który prowadzi swoją własną, prywatną działalność i zatrudnia recepcjonistkę czy pielęgniarkę, jest członkiem burżuazji. Ale jeśli ten sam lekarz zdecyduje się sprzedawać swoje umiejętności i obejmie bardziej prestiżową posadę głównego chirurga w dużym szpitalu, staje się członkiem proletariatu.

Jak zatem zakwalifikować drobnego urzędnika państwowego?  Marks twierdzi, że „nowoczesna władza państwowa jest jedynie komitetem zarządzającym wspólnymi interesami całej klasy burżuazyjnej*”. Jako że urzędnik ani nie posiada narzędzi produkcji, ani nie zatrudnia pracowników najemnych, wydaje się, że pozostaje na usługach burżuazji, a co z tym idzie — należy do proletariatu. Ale skoro jego wynagrodzenie pochodzi z podatków nakładanych na robotników, można równie dobrze argumentować, że jest przedstawicielem klasy burżuazyjnych wyzyskiwaczy.

Marks opisuje burżuazję jedynie w kategoriach własności środków produkcji. Ale w takim razie stolarz, który dysponuje na własność młotkiem, staje się automatycznie członkiem klasy rządzącej.

Marks z całą pewnością wzbraniałby się przed tego typu krytyką, ale w świetle jego własnej kategoryzacji jest ona całkowicie uzasadniona. Absurdalność takiego podziału uwypukla błędy w przedstawionej charakterystyce klas ustroju kapitalistycznego.

Co więcej, Marks przewidywał, że kapitalizm uprości system klasowy poprzez eliminację klasy średniej, pozostawiając tylko „dwie, wielkie, skłócone ze sobą klasy”. Jednak on sam przyznał, że podział klasowy w kapitalizmie stał się nie tylko bardziej skomplikowany, ale także że klasa średnia rozrasta się zamiast zanikać. Marks jest nawet na tyle zuchwały, że w swojej pracy Teorie wartości dodanej bezpardonowo krytykuje Ricarda za zignorowanie tego trendu: „[Ricardo] nie wspomniał o ciągłym wzroście klasy średniej (…), która znajduje się pomiędzy robotnikami a kapitalistami”.

Komentując w tej samej pracy stanowisko Thomasa Malthusa, Marks pisze, że:

[Malthus] pokładał największą nadzieję w założeniu — choć on sam uważał je za mniej lub bardziej utopijne — iż klasa średnia będzie się wciąż rozrastać, natomiast proporcjonalna liczba przedstawicieli klasy pracującej będzie stopniowo maleć (nawet jeśli całkowita ich liczba wzrośnie). W społeczeństwie burżuazyjnym można faktycznie zaobserwować taki trend.

Te wnioski stoją w sprzeczności z własnymi ustaleniami Marksa, które wynikają z wcześniejszych analiz, ale jest to sytuacja całkowicie przewidywalna w warunkach wolnego rynku. W kapitalizmie przedsiębiorcy inwestują w obszary przemysłu, w których pracownicy zarabiają mało, podnosząc dzięki temu oferowane stawki do poziomu równego poziomowi w innych branżach oraz zachęcając  nisko opłacanych pracowników, aby podjęli zatrudnienie właśnie w tych dziedzinach. Jednocześnie inwestycje w obszary przynoszące duże zyski sprawiają, że zwiększa się produkcja, przez co spadają ceny i w konsekwencji także dochody. Wolny rynek nie prowadzi do eliminacji klasy średniej, ale powoduje jej rozwój i zmniejsza przepaść dzielącą bogatych i biednych.

Marks był świadomy niespójności swojej teorii klas społecznych. W końcowym rozdziale trzeciego i ostatniego tomu Kapitału powraca do omówienia tej kwestii. Rozdział zatytułowany „Klasy” jest bardzo krótki, ale zamysł autora jest jasny. „Należy przede wszystkim odpowiedzieć na takie pytanie” — pisze Marks — „[c]o tworzy klasę? Odpowiedź na nie będzie udzielona sama przez się z chwilą, gdy odpowiemy na inne pytanie: Co składa się na to, że robotnicy najemni, kapitaliści i właściciel ziemscy stanowią trzy wielkie klasy społeczne?*”.

 

Na pierwszy rzut oka — tożsamość dochodów i źródeł dochodów. Są to trzy wielkie grupy społeczne, których elementy składowe, czyli jednostki tworzące te grupy, żyją odpowiednio — z płacy roboczej, zysku i renty gruntowej, z użytkowania swej siły roboczej, swego kapitału i swej ziemi.*

Jednak to rozumowanie jest błędne, ponieważ istnieje „niekończąc[e] się rozdrobnienie[e] interesów i stanowisk, które stwarza wśród robotników podział pracy społecznej, podobnie zresztą wśród kapitalistów i właścicieli ziemskich*”.

Co w takim razie tworzy klasę? Marks nie udziela żadnej odpowiedzi. Zamiast tego Engels, który redagował trzeci tom zapisków Marksa, umieszcza na końcu rozdziału słowa: „Tu urywa się rękopis*”.

Zwolennicy Marksa są wyraźnie zażenowani faktem, że — jak to określił György Lukács — „najważniejsza praca Marksa kończy się w momencie, w którym miał on zdefiniować pojęcie klasy”. Tom Bottomore zauważył, że „teoria klas społecznych jest kluczowym elementem myśli marksistowskiej”, jednak przyznaje, że „teoria współczesnego podziału klasowego nie została wyczerpująco przeanalizowana przez Marksa”.

Stanisław Ossowski zauważył, że choć pojęcie „klasy” jest centralnym punktem rozważań Marksa, to jednak „zdumiewa fakt, że nie można odnaleźć definicji tego terminu (…) w żadnej z prac Marksa ani Engelsa”. Ossowski wykazuje, że obaj myśliciele podali nie tyle samą definicję, co warunek konieczny do jej sformułowania. Podobnie jak definiowanie konia jako zwierzęcia o czterech nogach jest niewystarczające (ponieważ każdy koń ma cztery nogi, ale nie każde czteronogie zwierzę jest koniem), tak samo mówienie o klasach w kategoriach wspólnego interesu gospodarczego lub określonego stosunku do środków produkcji jest konieczne, ale nie wyczerpuje znamion definicji. Ossowski wydaje się argumentować, że podczas gdy każdy członek burżuazji posiada narzędzia produkcji, nie każdy, kto je posiada, jest jej przedstawicielem. Podobnie każdy proletariusz sprzedaje swoją pracę, ale nie każdy, kto czyni podobnie, jest proletariuszem.

Co interesujące, Ossowski utrzymuje, że „Marks porzucił problem zdefiniowania pojęcia klasy społecznej na długi czas. Rękopis trzeciego tomu jego największego dzieła, Kapitału, urywa się dramatycznie w momencie, w którym Marks ma już odpowiedzieć na pytanie „Co w takim razie tworzy klasę?” Niestety, jak podsumowuje Ossowski, „nie wiemy, jakiej odpowiedzi udzieliłby, gdyby śmierć nie przerwała jego pracy”.

W istocie to nie śmierć przerwała pracę Marksa — fragment dotyczący klas został napisany jeszcze przed publikacją pierwszego wydania Kapitału w 1867 r. Marks umarł w roku 1883. Wydaje się, że nie powrócił do wspomnianego fragmentu, ponieważ nie udało mu się sformułować satysfakcjonującej definicji klasy. Jednak umieszczenie tego rozdziału na samym końcu tomu trzeciego miało ważne znaczenie strategiczne — sugerowało, że Marks znał odpowiedź, ale nie zdążył jej uwiecznić przed śmiercią. Taka, a nie inna redakcja dzieła Marksa przez Engelsa, może być postrzegana jako próba celowego ukrycia faktu, że Marks nie znalazł żadnej przekonywującej i spójnej definicji klasy.

Samo pojęcie klasy nie jest wynalazkiem Marksa, ale można doszukać się go już u Adama Smitha, jeśli nie wcześniej. W odróżnieniu od doktryny marksistowskiej, która zakłada, że mechanizmy rynkowe i rządowe są przyczyną opresji, Smith i jego zwolennicy utrzymywali, że rząd — biorąc pod uwagę jego monopol na użycie siły — jest co prawda instytucją przymusu, to rynek opiera się na dobrowolności. Na wolnym rynku jedyna „władza” to możność zaoferowania czegoś w zamian, a jako że każdą ofertę można odrzucić, wymiana musi być korzystna dla każdej ze stron.

Powyższy wniosek jest brzemienny w skutki. Na wolnym rynku można wzbogacić się jedynie produkując dobra, na które istnieje popyt. Im lepsze usługi przedsiębiorca świadczy swoim klientom, tym większy jest jego dochód, tak więc podstawą wolnego rynku jest wzajemna korzyść i zgodność interesów. Konflikt pojawia się wraz z ingerencją rządu. Jeśli biznesmen znajdzie sposób na wykorzystanie rządu, tak aby uniemożliwić powstanie konkurencji, klienci stracą możliwość wyboru. Jedynie wtedy i tylko wtedy firmy mogą zawyżać ceny i produkować bezwartościowe towary.

W ramach teorii, którą możemy nazwać libertariańską analizą klasową, pojęcie wyzysku również istnieje, ale wynika z różnicy pomiędzy cenami rynkowymi a cenami regulowanymi. Stąd też, wyzysk nie jest jedynie domeną kapitalistów, jak ma to miejsce w przypadku myśli marksistowskiej. Kapitaliści mogą wyzyskiwać konsumentów za pomocą ceł ochronnych, podczas gdy pracownicy mogą wyzyskiwać kapitalistów poprzez przepisy regulujące płacę minimalną. W drugim przypadku niektórzy pracownicy również wyzyskiwaliby swoich kolegów, ponieważ dochody uzyskiwane przez tych, którzy stracą  zatrudnienie z powodu przepisów ustalających stawki minimalne, wędrują do kieszeni pozostałych.

Podstawowe pytanie zatem brzmi, kto będzie najskuteczniej wpływał na działania rządu? Tak naprawdę, odpowiedź na nie musi opierać się na empirycznej analizie każdego konkretnego przypadku. Istnieje jednak prawidłowość, według której najpewniej będą to ludzie mający do władzy łatwy dostęp, jak zauważył Smith, „silni i bogaci”.

Celem napisania Bogactwa Nardów przez Smitha było obalenie doktryny merkantylizmu. Merkantylizm zakładał nadanie monopolistycznych przywilejów wybranym przedsiębiorstwom, które mogłyby następnie sprzedawać swoje produkty po zawyżonych cenach, podczas gdy wprowadzony system ceł wykluczałby udział zagranicznej konkurencji. Jeśli państwo zaprzestaje importu towarów, musi utworzyć swoje własne kolonie w celu uzyskania potrzebnych surowców. Władza państwowa zatem w naturalny sposób dąży do utworzenia systemu kolonialnego i sprawowania nad nim kontroli.

Smith przekonuje, że ustrój merkantylistyczny wyrządza szkody nie tylko koloniom, ale także rodzimym pracownikom. Jego jedynymi beneficjentami — dodaje Smith — są „silni i bogaci”. Osadnicy w koloniach są zmuszani handlować wyłącznie z producentami z ojczyzny, którzy mają monopol na ustalanie cen, natomiast robotnicy są opodatkowywani, tak aby możliwe było zarządzanie imperium.

Skutkiem merkantylizmu jest, według Smitha, promowanie „interesu drobnej części społeczeństwa w danym kraju” kosztem „interesów wszystkich pozostałych grup społecznych w tym oraz innych krajach”. Smith proponował zastąpienie merkantylizmu systemem wolnorynkowym. Logicznym następstwem tych propozycji było odrzucenie projektów budowania kolonialnych imperiów, a Smith nie zawahał się postawić takiego winsoku.

Podobne stanowisko można znaleźć w pismach innych wczesnych liberałów, takich jak J. B. Say, Charles Comte, Charles Donoyer, i Frederic Bastiat we Francji; John Trenchard, Thomas Gordon (autorzy bardzo wpływowego w przedrewolucyjnej Ameryce dzieła: Listy Katona), Richard Cobden, i John Bright w Anglii; John Calhoun i William Leggett w Ameryce. Dla przykładu, Leggett, opisując miasto Nowy York początku XIX stulecia, stwierdził, że „[ż]adna droga nie zostanie ubita, żaden most zbudowany, ani kanał wykopany, bez karty specjalnych przywilejów w tym celu zatwierdzonych. (…) Handlowanie i szafowanie przywilejami wydaje się być dla naszych prawodawców jedynym interesującym zajęciem”.

Rozdział rynku i państwa pozostaje kamieniem węgielnym myśli libertariańskiej. Dla przykładu, Ludwig von Mises pisał, że:

nasze czasy są przepełnione poważnymi konfliktami pomiędzy grupami (ekonomicznych) interesów. Jednak nie jest to naturalna cecha niczym nieskrępowanego kapitalizmu. Są one nieuchronnym wynikiem rządowych ingerencji w działanie rynku (…) Konflikty te powstają dlatego, że ludzkość powróciła do swego rodzaju systemu przywilejów grupowych, nowego systemu kastowego.

Choć myśl marksistowska konsekwentnie ignoruje podział pomiędzy harmonią a konfliktem, pomiędzy wzajemną korzyścią a korzyścią dla wybranych jednostek lub grup społecznych, oraz pomiędzy rynkiem a władzą, to te kwestie są kluczowe dla koncepcji libertariańskiej analizy klas. Niestety, pojęcie podziału klasowego jest najczęściej kojarzone z marksizmem, przez co teoria libertariańska pozostaje w dużej mierze marginalizowana. Wielka szkoda, gdyż jest to wszechstronne i skuteczne narzędzie pomagające zrozumieć funkcjonowanie społeczeństwa.

[* Uwaga tłumacza: oznaczone gwiazdką cytaty pochodzą z dwóch prac Karola Marksa:

  1. Manifest Partii Komunistycznej (wykorzystane wydanie dostępne w wersji elektronicznej: http://www.filozofia.uw.edu.pl/skfm/publikacje/marks-engels01.pdf)
  2. Kapitał, tom III. w: Karol Marks, Fryderyk Engels, Dzieła, tom 25, część druga. Wydawnictwo: Książka i wiedza, 1984.

Cytaty nie oznaczone gwiazdką są moimi własnymi tłumaczeniami. Nawet jeśli pochodzą z powyższych prac Marksa lub innych dzieł wydanych po polsku, zlokalizowanie odpowiednich fragmentów było niemożliwe.]

Podobał Ci się artykuł?

Wesprzyj nas
Avatar

O Autorze:

David Osterfeld

Pozostałe wpisy autora:

2 Komentarze “Osterfeld: Klasy społeczne — marksizm a austriacka szkoła ekonomii

  1. 1193 słowa wokół tego, że: „Na pierwszy rzut oka marksistowska definicja klasy społecznej jest jasna i prosta.”
    Po czym na drugi rzut oka „…to najważniejsza praca Marksa kończy się w momencie, w którym miał on zdefiniować pojęcie klasy” i „Wydaje się, że nie powrócił do wspomnianego fragmentu, ponieważ nie udało mu się sformułować satysfakcjonującej definicji klasy.” Za to Panu David’owi się nie wydaje i wydaje w jednym artykule.
    Pogratulować gratulować logiki, czy użalać się nad twórczą, jeśli nie kreacjonistyczną bo wręcz, retoryką bicia piany z nieistniejącej definicji?
    Swoją drogą to bardzo ciekawe jakby zareagował Smith, gdyby żył jakieś 60 lat dłużej, na wydarzenia w Irlandii. Bo o ile w 1845 r. interwencjonizm państwowy uchronił kraj przed głodem, to późniejsze działania „niewidzialnej ręki rynku” przyniosły śmierć ok. 1,5 mln. ludzi a 1 mln. musiał w skutek „wolnorynkowych” wywłaszczeń skorzystać ze swobody przepływu siły roboczej i udać się na emigrację.
    Czy wszyscy ideologiczni ekonomiści czytają tylko komentarze do Kapitału i Dziedzictwa Narodów, dlatego że przeraża ich rozmiar? Czy dlatego, że całość treści tylko: „Na pierwszy rzut oka (…) jest jasna i prosta”, a co za tym idzie przydatna do produkcji demagogii?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *