Chodorov: Ekonomia kontra polityka

27 marca 2010 Filozofia polityki komentarze: 4

Autor: Frank Chodorov
Źródło: mises.org
Tłumaczenie: Tomasz Jetka

[Artykuł pochodzi z pierwszego rozdziału książki The Rise and Fall of Society z 1959 r.]

 

Każde przezorne stworzenie leśne prawdopodobnie uznaje pułapki myśliwych za nieodzowny element środowiska, w którym przyszło mu poszukiwać jedzenia. Tym bardziej człowiek — jako istota racjonalna — na tyle przyzwyczaił się do ingerencji polityków w jego życie, że nie potrafi już myśleć o swoich działaniach bez wzięcia pod uwagę ich poczynań. Rozważając dowolną decyzję ekonomiczną, najpierw zastanawia się, jakie prawo obwiązuje w tej kwestii albo, co może bardziej prawdopodobne, rozważa w jaki sposób wykorzystać prawo, by poprawić swoją sytuację życiową. To nic innego jak w pełni wykształcony odruch warunkowy. Nie potrafimy nawet wyobrazić sobie sytuacji, w której bylibyśmy ograniczani jedynie przez naturę, bez kontroli i wsparcia ze strony rządu. Nie przyszłoby nam do głowy, że ingerencje państwa w nasze życie są swoistymi pułapkami i ich głównym celem wcale nie jest spełnianie naszych potrzeb. Zamiast tego przyjmujemy, że są one niezbędne dla szczęśliwego trwania naszego społeczeństwa.

W podobny sposób przyjęło się, że ci którzy piszą o ekonomii, rozpoczynają od założenia, że jest to część nauk politycznych. Współczesne podręczniki, prawie bez żadnego wyjątku, rozpatrują wszystkie zagadnienia z punktu widzenia obecnego prawa: w jaki sposób człowiek zarabia na swoje utrzymanie w ramach obowiązujących regulacji. Wynika z tego, co jasno przyznają niektórzy autorzy, że jeżeli prawo się zmienia, to samo powinna uczynić ekonomia. To właśnie z tego powodu nasze uczelnie proponują tak wiele kursów ekonomicznych, które bardzo dużą rolę przypisują ustanowionym prawom, sankcjonującym działania ludzi. Możemy więc spotkać: ekonomię handlu, nieruchomości, bankowości, rolnictwa i wiele podobnych zajęć. To, że istnieje nauka w ekonomii, która opisuje najbardziej podstawowe motywacje naszych działań, niezależnie od obowiązującego systemu prawnego, nie jest w ogóle brane pod uwagę. Posługując się taką logiką, nic nie stałoby na przeszkodzie, by — jeżeli tylko takie praktyki byłyby zgodne z prawem — wprowadzić przedmiot: ekonomia niewolnictwa.

Ekonomia to nie polityka. Pierwsza zajmuje się niezmiennymi prawami natury, które określają zasady produkcji i podziału dochodu, druga natomiast to sztuka rządzenia. Pierwsza to nauka pozytywna, druga normatywna. Prawa ekonomiczne działają samoistnie i podobnie jak wszystkie inne prawa natury, podlegają tylko swoim własnym ograniczeniom. Polityka zaś bada konwencje, tworzone i manipulowane przez człowieka. Jako nauka, ekonomia szuka zrozumienia niezmiennych zasad; polityka zaś jest efemeryczna, analizuje zmieniające się z dnia na dzień relacje pomiędzy powiązanymi ze sobą ludźmi. Ekonomia, podobnie jak chemia, nie ma nic wspólnego z polityką.

Wtargnięcie polityki w obszar ekonomii jest dowodem ludzkiej ignorancji i arogancji i jest równie bezmyślne jak próba okiełznania wzburzonego morza. Od początków istnienia instytucji politycznych pojawiały się pomysły kontroli płac, cen i kreacji kapitału — wszystkie jednak zakończyły się porażką. Takie przedsięwzięcia są z góry skazane na niepowodzenie, gdyż w polu zainteresowania polityki znajduje się wyłącznie to, w jaki sposób zmusić ludzi do rzeczy, których nie chcą zrobić lub też jak powstrzymać ich od działań, które są chętni podejmować. Z kolei prawa ekonomii obejmują swoim zasięgiem zupełnie inne procesy. Przede wszystkim, są niewrażliwe na próby stosowania przymusu. Kształtowanie się płac, cen i kapitału rządzi się swoim własnym prawem, które jednak wykracza już poza pole widzenia funkcjonariusza państwowego.

Założenie, że ekonomia ma służyć polityce wypływa z błędnej logiki. Ponieważ Państwo (ucieleśnienie polityki) jest w stanie i faktycznie kontroluje zachowania ludzi, a ci ludzie są nieodzownie zaangażowani w działalność gospodarczą, wydaje się, że podporządkowując sobie społeczeństwo, Państwo może kształtować prawa ekonomii zależnie od swojej woli. Rozumowanie to jest fałszywe, bo zupełnie pomija konsekwencje, jakie niosą ze sobą te działania. Człowiek pracuje, aby zaspokoić swoje potrzeby — jest to niezmienna zasada, podobnie jak ta, że motywacją do produkcji jest perspektywa przyszłej konsumpcji. Dlatego też, kiedy Państwo interweniuje, co musi być uczynione na drodze konfiskaty, hamuje konsumpcję, a więc także produkcję. To, ile dany producent wytwarza, znajduje się w pewnej proporcji do tego, ile spożywa. Taki rezultat nie wynika z tego, że zostało to zamierzone, lecz działają tutaj niezmienne i naturalne prawa. Podobnie niewolnik, który zaniedbuje swoją pracę nie musi czynić tego świadomie – jest marnym producentem, gdyż jego konsumpcja jest niska.

Wszystko wskazuje na to, że to ekonomia wpływa na charakter polityki, a nie na odwrót. Komunistyczne państwa (które ignorują prawa ekonomii, tak jakby w ogóle nie istniały) charakteryzują się zamiłowaniem do używania siły; można je nazwać państwami strachu. Arystokratyczne greckie poleis przybrały kształt, który odpowiadał istnieniu niewolnictwa. W XIX w., gdy rządy, aby osiągnąć swoje własne cele, wchodziły w porozumienie z powstającą klasą przemysłowców, narodziło się państwo merkantylistyczne. Zaś państwo opiekuńcze jest tak naprawdę oligarchią biurokratów, którzy zdobywając przywileje i prestiż, podejmują się konfiskaty i redystrybucji produkcji na podstawie własnych wyobrażeń. Lekceważą tym samym podstawową zasadę, iż produkcja musi spaść w podobnej wysokości, w jakiej zagarnięto majątek. Warto zauważyć, że wszystkie tego typu rządy zaczynają od programów dystrybucji — kontrolując rynek za pomocą cen — kończą natomiast próbą zarządzania całością produkcji. Dzieje się tak dlatego, iż w przeciwieństwie do tego, czego oczekuje rząd, prawa ekonomii wcale nie poddają się jego wpływowi, ceny nie zachowują się tak, jak zostało to zamierzone. Zatem, aby założenia zostały wykonane, nieodzowne są odpowiednie regulacje produkcji, które jednak również kończą się fiaskiem.

Niewrażliwość praw ekonomii na prawa polityki, widoczna jest w następującym historycznym fakcie: w długim okresie każde Państwo upada, często przestaje istnieć i staje się jedynie ciekawostką dla archeologa. Każdy upadek, o którym posiadamy wystarczająco dużo informacji, był poprzedzony podobnym przebiegiem zdarzeń. Państwo, w swoim niezaspokojonym pragnieniu władzy, coraz bardziej podporządkowywało sobie gospodarkę kraju, powodując coraz mniejsze zaangażowanie jednostek w życie ekonomiczne. Proces ten postępował do czasu, gdy produkcja spadła do poziom minimum socjalnego, przy którym naród produkował zbyt mało, by utrzymać Państwo w warunkach, do których przywykło. Jeżeli tylko pojawiły się nagłe potrzeby, takie jak prowadzenie wojny, nie było ekonomicznie możliwe sprostać wszystkim wydatkom. Państwo musiało ulec wszystkim przeciwnościom, jakie nadchodziły. Wcześniej jednak, gospodarka społeczeństwa, na której opierała się władza rządu, zdążyła podupaść, co prowadziło do zatracenia wartości moralnych i kulturowych. Ludzie stawali się obojętni, nie troszczyli się o to, co ich spotka. Społeczeństwo załamywało się, a w raz z nim całe Państwo. Nie istnieje żaden sposób, dzięki któremu rząd mógłby uniknąć tych konsekwencji (oczywiście poza porzuceniem wszelkich interwencji w gospodarkę, co jednak z wrodzonej żądzy władzy jest nieprawdopodobne). Nie widać drogi, która pozwoliłaby polityce ochronić się przed sobą samą.

Pouczający w tym miejscu jest przykład Stanów Zjednoczonych. Ich powstaniu towarzyszyły bardzo pomyślne okoliczności. Kształtowanie nowego Państwa przypadło w udziale grupie nadspodziewanie mądrych ludzi (jak na instytucję polityczną), którzy postarali się, aby ochronić ich „dziecko” przed błędami przodków. Udało się nie skalać go błędami tradycji, uwolnić od „dorobku” systemu feudalnego i kastowego. Pionierzy USA nie musieli wymazywać z pamięci doktryny „boskiego prawa”, nie byli naznaczeni grzechami podbojów, które często utrudniały początki Państw. Co więcej, Stany Zjednoczone wyrosły na silnych podstawach: doktrynie umowy społecznej Rousseau, Wolterowskich wartościach wolności słowa i myśli, teorii Locke’a usprawiedliwiającej rewolucję, a przede wszystkim doktrynie niezbywalnych praw. Co więcej, nie powstał żaden reżim władzy, który mógłby tłumić jego rozwój. To wszystko jawiło się jako zupełna nowość.

Rodzące się Stany Zjednoczone przyjęły wszystkie znane naukom politycznym sposoby zapobiegnięcia tym praktykom rządzących, które dotychczas zawsze doprowadzały do upadku Państwa a polegały na mieszaniu się polityki w dążenie jednostki do szczęścia. Ludzie powinni zostać pozostawieni w spokoju, aby sami mogli wypracować sobie swój własny los, w granicach, na jakie pozwoliłaby im natura. Aby to osiągnąć nałożono na rząd szereg zakazów i barier. Nie tylko granice jego funkcjonowania zostały jasno sformułowane, wprowadzony trójpodział władzy miał być gwarancją, że każda próba przekroczenia kompetencji zostanie powstrzymana. Co więcej, większość decyzji wykonawczych była powierzona urzędnikom lokalnym, którzy byli bliżsi obywatelom i ich potrzebom, a przyjęcie zasady imperium im imperio [zasada w ramach której wypełnia się polecenie wyłącznie bezpośredniego przełożonego, polecenia od wyższych szczebli władzy są niewiążące — przyp. tłum.], miało nigdy nie dopuścić do przejęcia monopolu na władzę w całym kraju. Ponadto, dzięki znaczącym ograniczeniom możliwości zbierania podatków, rząd centralny został skazany na bardzo skromny budżet. W 1789 r. nie wydawało się możliwe, by w tak skonstruowanym systemie i z tak nielicznymi przywilejami Państwo było w stanie znacząco ingerować w gospodarkę kraju.

Jeszcze jednak dobrze nie wysechł atrament, którym spisano Konstytucję, a już jej autorzy, teraz jednak z perspektywy stanowiska w rządzie, starali się interpretować ją na tyle dowolnie, na ile było to możliwe. Władza w rękach organów państwowych zaczęła się tym samym rozrastać. Proces ten, trwający do dzisiaj, został uzupełniony o Poprawki do Konstytucji. Przeważająca większość z nich, z wyjątkiem pierwszych dziesięciu (które zostały wpisane do Konstytucji pod społecznym naciskiem), prowadziła do osłabiania rządów stanowych na rzecz rządu centralnego. Ponieważ siła Państwa może się powiększać jedynie za cenę siły społeczeństwa, postępująca centralizacja władzy, z którą mamy do czynienia od 1789r., sprawia, iż Amerykanie coraz bardziej stają się poddanymi własnego Państwa, mimo że Konstytucja miała ich właśnie przed tym chronić.

Poprawka z 1913 roku [dotycząca możliwości wprowadzenie podatku dochodowego – przyp. tłum.] uwolniła aparat państwowy od jakichkolwiek ograniczeń. Bowiem, skoro rząd był uprawniony do pobierania podatku dochodowego w dowolnej wysokości, mógł odtąd bez żadnego skrępowania wtargnąć w życie ekonomiczne jednostki. Szesnasta Poprawka nie tylko naruszała prawo do własności wytworu swojej pracy, istotnej części wolności, ale również przekazała państwu amerykańskiemu środki, dzięki którym już wkrótce miało stać się największym krajowym konsumentem, pracodawcą, finansistą, producentem i właścicielem kapitału. Obecnie nie istnieje żaden przejaw ekonomicznej działalności, w której Państwo nie odgrywałoby żadnej roli, nie warto też szukać przedsiębiorstwa czy zawodu, które byłoby niezależne od interwencji rządu.

Metamorfoza Państwa Amerykańskiego z całkowicie niegroźnego porozumienia elit władzy do interwencjonistycznej maszyny, tak potężnej jak niegdyś Rzym, odbyła się w niecałe 150 lat. Historycy natomiast szacują, że rozkwit tej największej antycznej cywilizacji trwał cztery wieki, obecnie jednak wszystko dzieje się znacznie szybciej. Gdy Rzym osiągnął szczyt swojej potęgi, głównym zajęciem władzy była konfiskata bogactwa tworzonego przez obywateli i ich poddanych. Była ona oczywiście, podobnie jak to jest teraz, całkowicie zalegalizowana i nawet jeżeli nie starano się jej upiększać moralizmem i ideologicznie uzasadniać, to i tak posiadała pewne cechy współczesnego państwa opiekuńczego: Rzym również posiadał program publicznych zatrudnień, zasiłki dla bezrobotnych czy dotacje dla przemysłu. Te rzeczy są niezbędne, aby działania rządu zostały w ogóle zaakceptowane.

Dla ówczesnych Rzymian taki porządek rzeczy wydawał się, podobnie zresztą jak dla dzisiejszych obywateli, normalny i odpowiedni. Człowiek jest skazany na życie w czasach, w których się urodził. Nastawienie ludzi do otaczającej ich rzeczywistości sprawia, że wyważona ocena historycznego trendu wydaje się bardzo trudna i czysto teoretyczna. Trudno powiedzieć, by Rzymianie w ogóle wiedzieli o obniżaniu się swojego poziomu życia, a jeżeli nawet, to w ogóle ich to nie interesowało. Nie obawiali się także upadku, do którego podążał ich świat. Jest to jednak tylko punkt widzenia historii, jeżeli udałoby się dokładnie zbadać ciąg przyczynowo-skutkowy zachodzących procesów, byłoby możliwe stworzenie sensownego wyjaśnienia tego, co się działo w tamtym czasie.

Możemy na pewno stwierdzić, że poza arogancją państwa rzymskiego, działały również ekonomiczne siły, które wpływały na zachowania społeczne. Produkcja bogactwa, a także ilość przedmiotów posiadanych przez człowieka zmniejszyła się proporcjonalnie do stopnia wymuszeń i ingerencji aparatu państwowego w gospodarkę. Pogarszająca się sytuacja całkowicie stłumiła i tak już nikłą troskę o moralność i kulturę, aż w końcu cywilizowane niegdyś społeczeństwo Rzymian zatraciło swój ludzki charakter. W ciągu kilku wieków, postępujący upadek społeczeństwa rzymskiego szedł w parze z dezintegracją Państwa, które utraciło zarówno możliwości jak i chęć, by oprzeć się próbie czasu. Trzeba zauważyć, że społeczeństwo — które rozkwitało jedynie w czasach wolności — upadło jako pierwsze, a wtedy już nikt nie był skłonny odpierać atakujących hord barbarzyńców.

Nie użyłem tej analogii by prorokować przyszłe wydarzenia — jest to poza zakresem tego eseju. Moja hipoteza jest taka, że społeczeństwo, rząd, jak i całe Państwo są tak naprawdę zjawiskami ekonomicznymi i ich odpowiedniego zrozumienia należy szukać nie w polityce, ale właśnie w ekonomii. Nie twierdzę też, że ekonomia może wyjaśnić wszystkie aspekty tych instytucji, podobnie jak anatomia nie odkrywa wszystkich tajemnic ludzkiego ciała. Jednak tak samo jak człowiek nie może funkcjonować bez szkieletu, tak próby badania procesów społecznych nie mogą pomijać praw ekonomii.

Podobał Ci się artykuł?

Wesprzyj nas
Avatar

O Autorze:

Frank Chodorov

Pozostałe wpisy autora:

4 Komentarze “Chodorov: Ekonomia kontra polityka

  1. Jak dla mnie – totalnego laika z ekonomii i pasjonata historii bardzo dobry i jasny artykuł.
    Z chęcią poczytałbym więcej analogii odnośnie ekonomii i ingerencji w gospodarke rządów na przestrzeni historii ludzkości i tego efektów.

    Niestety wnioski z tego artykułu obserwując to co się obecnie dzieje są bardzo katastroficzne 🙂

  2. „Każde przezorne stworzenie leśne prawdopodobnie uznaje pułapki myśliwych za nieodzowny element środowiska, w którym przyszło mu poszukiwać jedzenia.”

    Dychotomia „stworzenie leśne” (człowiek) – myśliwi (państwo) jest nietrafna. Aparat państwowy tworzony jest z jednostek ludzkich i ma swoje określone umocowanie. Poza tym argument z przezornością jest absurdalny – co to za racjonalność i przezorność, skoro ludzie sami tworzą państwa?

    Lepsza byłaby analiza państwa jako narzędzia, które często jest wykorzystywane do celów sprzecznych ze swoim przeznaczeniem. Zamiast tego mamy odwołanie do mitu „szczęśliwego dzikusa”.

    „Prawa ekonomiczne działają samoistnie i podobnie jak wszystkie inne prawa natury”.

    Słusznie, ale zasada dotrzymywania umów wymaga sankcji (abstrahując od egzekutora). I tutaj żadna bajka o „idealnym stanie natury” nie odpowie nam na podstawowe pytania.

  3. Thome ma rację w kwestii analizy państwa jako narzędzia.. Zresztą równie ciekawy jest temat, który granczy z ideologicznymi podstawami działań rządów. Chyba podstawowe kwestie to sprawa wizji natury człowieka. No bo współczesne rządy na coś się powołują, no nie? Nie rozwodząc się zbytnio polecam „Tabula rasa. Spory o naturę ludzką” Stevena Pinkera oraz „Oni wiedzą lepiej” Thomasa Sowella. Jako uzpełnienie polecam „Zgubną pychę rozumu” Hayeka. Świetnym wprowadzeniem do polityki jest „Polityka” Kennetha Minogue’a, a jeszcze ciekawszym rozwinięciem zagadnenia, choć już nie tak łatwym – „O postępowaniu człowieka” Michaela Oakeshotta. Sam temat wolności i rządów prawa znakomicie przedstawił F. von Hayek w „Konstytucji wolności”. To czy jest Zachód i jak powstał przystepnie przedsatwił francuski hayekanista P. Nemo w „Co to jest Zachód?”. Warto też siegnąć po „Własność a wolność” Richarda Pipesa. Temat jest ciekawy i szeroki. Jak widać literatury w języku polskim nie brakuje. Pozdrawiam

  4. Mogę również polecić „O pochodzeniu cnoty” Matta Ridley’a (jak ludzie między sobą współpracowali i konkurowali na przestrzeni dziejów i analogie do świata zwierząt). Co się tyczy państwa to warto sięgnąć do różnych źródeł od prof. Rothbarda po Nozicka i Wittfogel’a. Szkoda, że nie ma w j. polskim prac de Jasay’a. Chyba wśród austriaków to najlepszą robotę w tej dziedzinie wykonał F. von Hayek. Prof. Hoppe, jakkolwiek ciekawie pisze, jakoś do mnie nie przemawia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Nasi darczyńcy