O’Neill: Społeczeństwo przestępców

1 kwietnia 2010 Filozofia polityki komentarze: 34

Autor: Ben O’Neill
Źródło: mises.org
Tłumaczenie: Maciej Mrug
Wersja PDF

Całkiem niedawno moja znajoma narzekała na serię włamań, które miały miejsce w pobliżu jej nowego miejsca zamieszkania. Kilka tygodni temu złodzieje wdarli się do domu stojącego na tej samej ulicy, a niedługo potem ofiarą kradzieży padł jej sąsiad. W drugim przypadku włamywaczom udało się ukraść duży, plazmowy telewizor i komputer przenośny, przy czym rabunku dokonali w biały dzień.

Moja znajoma była wyraźnie oburzona tak zuchwałą kradzieżą (oczywiście powinna być) i ciężko jej było zrozumieć, jak sprawcy mogli tak po prostu włamać się do cudzego mieszkania i przywłaszczyć sobie przedmioty, które do nich nie należały. Jak tak można! — mówiła — Czy im się wydaje, że mają do tego prawo?

Społeczeństwo przestępców

Sensowne pytanie. Dlaczego wydaje im się, że mają do tego prawo? Być może wiedzą, że wcale takiego prawa nie mają, ale robią to tak czy inaczej, ponieważ chęć pozyskania cudzej rzeczy jest większa niż szacunek dla prawa własności przysługującego innym osobom. Być może swoje zachowanie usprawiedliwiali rzekomą koniecznością, do której niewątpliwie przywiodła ich „marginalizacja” ze strony społeczeństwa.

Możemy tylko spekulować na temat motywów tych konkretnych złodziei, ale możemy też postawić bardziej ogólne pytanie: dlaczego złodzieje przywłaszczają sobie coś, na co nie zapracowali?

Po wysłuchaniu historii mojej znajomej zapewniłem ją, że przestępcy (musiało ich być więcej, skoro udało im się wynieść telewizor), którzy obrabowali jej sąsiadów, nie mieli prawa ukraść czyjejś rzeczy, w związku z czym jej frustracja jest jak najbardziej zrozumiała. A jako że zawsze szukam sposobności, aby głosić libertariańską myśl, stwierdziłem, że zachowanie włamywaczy nie różniło się zasadniczo od zachowania większości członków naszego społeczeństwa, którzy popierają proceder zaboru cudzego mienia lub też na niego przyzwalają.

Nie może być! Z całą pewnością jedynie najgorszy chuligan byłby zdolny uwierzyć, że wolno mu kraść! Żaden „praworządny” obywatel nie zaakceptowałby takiego zachowania. Prawda?

Powiedzmy jednak, iż pewna osoba doznaje olśnienia i zaczyna zauważać, że niektórzy ludzie mają mniej pieniędzy niż inni, i byłoby dobrze, gdyby mogli mieć więcej. Aby temu zaradzić, proponuje, żeby grupa dobrodusznych ofiarodawców założyła instytucję, której zadaniem będzie zabieranie pod przymusem pieniędzy jednym (tj. okradanie ich), a następnie przekazywanie ich drugim, będącym — według dobroczyńców — „w potrzebie”. Pozostałe fundusze owa instytucja przeznaczyłaby na rozbudzenie w beneficjentach poczucia, że skradzione pieniądze się im de facto należą, oraz finansowanie propagandy, która obwieszczałaby światu, jak wspaniałą pracę wykonują jej członkowie. Tym samym stopniowo powstawałoby całkiem dochodowe imperium biznesowe kontrolowane przez zarządców tej organizacji, którzy żyliby jak przestępcy — ich pensje byłyby o wiele wyższe niż wynagrodzenie oferowane na innych stanowiskach, a jednocześnie byliby wychwalani za „służbę społeczeństwu”.

Czy ktoś będzie oburzony? Czy ktoś zadzwoni na policję i doniesie o popełnionym przestępstwie? Czy biura demokratycznie wybranych reprezentantów społeczeństwa zaleje fala listownych i telefonicznych żądań, aby zlikwidować tę wstrętną instytucję? Wcale nie. W rzeczywistości stanie się coś zupełnie innego: ludzie będą prześcigać się w wyrażaniu swojego poparcia dla działań organizacji i będą ostrożnie ważyć wszelkie słowa krytyki wobec jej wypaczeń, zapewniając wszystkich wokół, że naprawdę „troszczą się o biednych” i nie mają nic wspólnego z „wolnorynkowymi ekstremistami”.

Zbyt wiele miejsca zajęłoby tutaj dokładne wyliczenie i analiza wszystkich przykładów szeroko zakrojonej przestępczości i równie szerokiego manifestowania poparcia dla niej, a przynajmniej przyzwalania na nią. Jednak wobec takiego stanu rzeczy nie może dziwić postawa włamywaczy, którzy bez skrupułów przywłaszczają sobie cudze mienie. Rozumują zapewne tak samo jak większość obywateli, którym wydaje się, że są uprawnieni do czyjejś własności: żyjemy w społeczeństwie przestępców.

Ale jak to możliwe? Czyż większość obywateli nie przestrzega prawa? Czyż nie wypełniają skrupulatnie swoich PIT-ów i nie stoją godzinami w urzędach, tak jak powinni to robić „praworządni” obywatele? Czyż nie przestrzegają przepisów prawa pracy, przepisów o ochronie środowiska, przepisów podatkowych i wszystkich innych, jak przykazują im ich demokratycznie wybrani przedstawiciele?

Tak, to prawda, większość ludzi przestrzega — o ile można mówić o przestrzeganiu stosów często mglistych i sprzecznych ze sobą regulacji. Ale to nie jest respektowanie prawa, tylko respektowanie aktów prawnych, czyli rozporządzeń woli aktualnej władzy.

W rzeczywistości jedyne zasady zasługujące na miano „praw” to zasady prawa naturalnego — obiektywne normy, które natura ludzka uznaje za moralnie właściwe[1]. Składają się na nie zasada nieagresji, niezbywalne prawo własności oraz zasada wolnej wymiany towarów, które leżą u podstaw libertariańskiej teorii sprawiedliwości. W swojej rozprawie na temat prawa naturalnego, sławny teoretyk-jurysta Lysander Spooner wymienia warunki konieczne do jego zaistnienia:

Owe warunki są następujące: po pierwsze każdy winien czynić drugiemu to, czego sprawiedliwość wymaga, to jest, spłacać swoje długi, zwracać rzecz pożyczoną lub skradzioną prawowitemu właścicielowi, oraz zadośćuczynić za każdą szkodę, jaka za jego przyczyną innemu człowiekowi lub jego własności zostanie wyrządzona. Drugi warunek stanowi, że każdy zaniecha wobec innych czynów, które sprawiedliwość potępia, to jest, powstrzyma się od kradzieży, rozboju, podpalenia, morderstwa, a także od wszelkich innych występków przeciw drugiej osobie lub jej własności[2].

Jak w takim razie wypadają przeciętni obywatele w świetle tego prawa — prawdziwego prawa? Nie za dobrze. Można powiedzieć, że większość społeczeństwa popiera działania przestępcze.

Ludzie bardzo często dziwią się mentalności „pospolitych przestępców” (tzn. przestępców, których wykroczenia klasyfikuje kodeks karny), ponieważ wydaje im się, że ich upodobanie cudzego mienia i brak szacunku dla praw przysługujących pozostałym ludziom to względnie marginalne zjawisko. Ale jest inaczej. Duża większość członków społeczeństwa czuje się w pełni uprawniona do czyjejś własności. Żądają, aby należące do innych dobra zostały im odebrane na drodze opodatkowania czy wspierania „przedsięwzięć publicznych”, albo też były zwyczajnie reglamentowane poprzez przymusowe „ograniczenia”.

Nawet jeśli nie są beneficjantami systemu, nawet jeśli płacą w podatkach więcej, niż kiedykolwiek uda im się odzyskać, wciąż będą skorzy do wspierania „publicznych przedsięwzięć”, które w rzeczywistości nie różnią się od rabunku czy podobnego wykroczenia przeciwko czyjejś osobie lub własności.

Co natomiast zwolennicy powyższych rozwiązań sądzą o tych, którzy nie zgadzają się z ich roszczeniową mentalnością, z ich pragnieniem wymuszania i ogólnie z całym tym procederem? No cóż, tacy są po prostu skończonymi skąpcami! Są całkowicie pozbawieni społecznych odruchów! To niebezpieczni ideologowie i bujający w obłokach ekstremiści.

Boże broń, żeby kiedykolwiek rozszerzyli swój minimalny wpływ na „publiczne przedsięwzięcia”. Oczywiście — ci ekstremiści mogą mieć rację tu i ówdzie, jeśli chodzi o wypaczenia państwa dobrobytu. Mogą przekonać nas do uderzenia pięścią w stół, kiedy politycy i biurokraci rzeczywiście zaczną wymykać się spod kontroli, ale w większości przypadków posuwają się za daleko! Żadnych podatków? Żadnych przepisów? Nienaruszalne prawo własności? Toć to czyste szaleństwo!

Jednak to nie jest żadne szaleństwo. Jedyna różnica pomiędzy przestępcą, na którego znajdzie się paragraf w kodeksie, a członkiem społeczeństwa, którego zachowanie jest w świetle obowiązującego prawa nienaganne, to fakt, że przestępca wykonuje swoją brudną robotę samemu. Nie pozyskuje na własność telewizorów, komputerów czy biżuterii na drodze rabunku pod płaszczykiem „przedsięwzięć publicznych”. Zamiast budować armię lokalnych polityków i urzędników, którzy pozbawią cię własności i oddadzą ją komuś innemu, oszczędza biurokracji wysiłków i okrada cię sam.

Tym samym przestępca nie może próbować umotywować swojego postępowania wskazując na proces demokratyczny, władzę polityków oraz inne etatystyczne pojęcia. Może oczywiście wymyślić własne usprawiedliwienia, ale nie będą one już tak przekonywujące jak nieznośne pragnienie przywłaszczenia sobie cudzej rzeczy, które w sferze polityki tak bardzo uwidaczniają lobbyści, etatystyczni dziennikarze i sami politycy. W każdym razie nie należy się dziwić, że włamywacz czuje się uprawniony do zaboru czyjegoś mienia. Nie różni się zatem wiele od „praworządnych” członków społeczeństwa.

Najbardziej popularnym usprawiedliwieniem dla tego rodzaju przestępstw popełnionych pod osłoną „przedsięwzięć publicznych” jest „wola społeczeństwa”, która wyraża się za pomocą demokratycznych instytucji. Ale nawet jeśli procedura demokratyczna byłaby w stanie wyrazić jakąś zsumowaną wolę społeczeństwa — co jest raczej wątpliwe — to nie usprawiedliwia to istnienia  grupy ludzi, którzy zmienią zapisy prawa lub na drodze głosowania pozbawią innych przywilejów. Możemy znów zacytować Spoonera, który stwierdza, że:

jeśli sprawiedliwość z natury powstaje, musi być niezmienna i zmienić jej nie zdołają moce niższe od tych, które ją ustanowiły, tak samo jak nie mogą być zmienione siły grawitacji, następstwo dnia i nocy, prawidła matematyki ani żadna inna zasada czy reguła z natury wynikająca; tak owoż wszelkie starania i wysiłki przez człowieka podejmowane, w pojedynkę lub wspólnie, i niechby pod sztandarem władzy lub jakimkolwiek innym, aby swe własne panowanie, własne zasady, zachcianki i wolę w miejsce sprawiedliwości zaprowadzić i wedle ich ludziom nakazywać, są śmiesznością, uzurpacją i tyranią, tak samo jak gdyby własne panowanie, własne zasady, zachcianki i wolę nad prawidłami fizyki, logiki i moralności wszechświata próbować ustanowić[3].

Co mam zatem na myśli, mówiąc, że żyjemy w społeczeństwie przestępców? Staram się jedynie wykazać, że zdecydowana większość osób popiera działania przestępcze wymierzone w innych. Ci tak zwani praworządni obywatele przyzwalają na napady, rabunki, naruszenia własności a czasem i morderstwa, jeśli te czyny nazywa się „pożytkiem publicznym”. Niechęć, jaką ci ludzie żywią do pospolitych przestępców, jest istotnie śmiechu warta, biorąc pod uwagę popierane przez nich działania kryminalne na szeroką skalę.

Oczywiście nie można zrównywać wszystkich członków społeczeństwa pod względem moralnym z włamywaczami i innymi kryminalistami. Przeciętni obywatele są do pewnego stopnia moralnie ubezwłasnowolnieni, ponieważ stale sączy im się do głów etatystyczną propagandę, według której powinni czuć się uprawnieni do „wyrażenia własnej opinii” w kwestii tego, jak inni rozporządzają swoją własnością.

Być może rzeczywiście nie wszyscy zdają sobie sprawę z istnienia elementów, które łączą wymuszenie z „pożytkiem publicznym”, a także są nieświadomi wielu podobieństw pomiędzy tymi przedsięwzięciami i czynami „pospolitych przestępców”. Jeśli taka postawa wynika z braku świadomości, to jest to ubytek w wiedzy, a nie w moralności. Nie można jednak powiedzieć, że ta nieświadomość jest szczególnie powszechna. W większości przypadków ludzie w pełni rozumieją przymusową istotę działań, za którymi się opowiadają. Co więcej, fakt, że nie włamali się do cudzego mieszkania i nie okradli go samodzielnie — jak uczyniłby to pospolity przestępca — a zostali jedynie obdarowani przez swoich dobrodusznych polityków, nie może służyć tutaj za okoliczność łagodzącą. To właśnie ta ogromna grupa ludzi popiera istniejący system „redystrybucji dóbr”[4].

Obserwując stosunek społeczeństwa do „pospolitych przestępców” aż ciśnie się na usta pytanie: jak możecie narzekać na postępowanie kryminalistów, skoro sami popieracie działania przestępcze na znacznie większą skalę lub do nich nawołujecie?

Wnioski powinni wyciągnąć również sami libertarianie. Jeśli mamy skutecznie reklamować nasze poglądy wśród dużej grupy ludzi, musimy wziąć poprawkę na fakt, że przeciętni obywatele rutynowo popierają rabunek i inne rodzaje przestępstw popełnianych przez władzę. Reagują natomiast z oburzeniem, jeśli te same czyny popełniają „pospolici przestępcy” (choć właściwie to oni zaliczają się do mniejszości). Zwolennicy państwa prawa muszą starać się zwracać uwagę ogółu na sprzeczność tkwiącą w tym rozumowaniu.

Musimy wskazywać na podobieństwa, które występują pomiędzy działaniami władz państwowych a zachowaniem „pospolitych kryminalistów”. Musimy nazywać etatystyczne przedsięwzięcia po imieniu i mówić, że to jedno wielkie przestępstwo. Musimy także przekonywać ludzi, że ich poparcie dla takich działań równa się popieraniu czynów kryminalnych.

Nie wystarczy jedynie mówić o jakichś tam wolnych rynkach i deregulacjach. Przedstawianie naszych rozwiązań w kategoriach konkurujących ze sobą pomysłów na realizację „publicznych przedsięwzięć” to walka prowadzona według reguł etatystów. Prawdziwa bitwa toczy się u samego podłoża politycznych sporów: nie chodzi o wybieranie pomiędzy jednym przedsięwzięciem a drugim, ale o wybór pomiędzy zgodą na popełnianie przestępstw a jej brakiem.

W istocie to, co nazywamy „wolnym rynkiem”, oznacza brak usankcjonowanych społecznie rabunków i napadów w kontekście danej dziedziny gospodarki. Pod nazwą „deregulacji” kryje się postulat usunięcia przepisów, które przyzwalają na te właśnie usankcjonowane społecznie działania wymierzone w cudzą osobę lub jej własność. „Decentralizacja władzy” to tak naprawdę próba rozczłonkowania jednej wielkiej organizacji przestępczej na szereg mniejszych, konkurencyjnych odłamów, co spowoduje ich skurczenie i pozwoli nam całkowicie uwolnić się od ich wpływów, gdy będą zajęte konkurowaniem między sobą.

Sedno libertariańskiej postawy jest bardzo proste i musi być w ten sposób prezentowane. Według libertarian, ludziom nie wolno popełniać przestępstw wymierzonych przeciwko sobie nawzajem. Cały ten spór wolnego rynku z interwencjonizmem, kapitalizmu z socjalizmem, polityki regulacji z polityką deregulacji itd. to tylko zamaskowany sposób uwypuklenia dychotomii pomiędzy społeczeństwem przestępców a społeczeństwem praworządnym. O to właśnie toczy się walka.

Bitwa pomiędzy wolnym rynkiem a jego antypodami, przedstawiona w kategoriach rozważań o filozofii politycznej, staje się ulotna. Jej znaczenie może zostać wypaczone i źle zinterpretowane. Bezpośredni konflikt pomiędzy przestępczością a prawem jest łatwiejszy do zrozumienia i zdecydowanie silniej przemawia do wyobraźni. Libertarianie nie powinni bać się mówienia o „sprawach publicznych” w sposób zdradzający ich prawdziwe implikacje — albo rządy prawa, albo rządy przestępców.

Wiele osób zrezygnowało z takiego podejścia, twierdząc, iż „ostre sformułowania” zniechęcą słuchaczy lub sprawią, że postulaty libertarian będą wydawać się nierealne. Ale to właśnie operowanie takimi podstawowymi kategoriami jak to, że libertarianizm popiera ideę społeczeństwa prawa, jest najskuteczniejszą bronią dla zwolenników tej idei. Nie ma nic złego w mówieniu ludziom, że opodatkowanie to rabunek, że prawo antynarkotykowe to w istocie kradzież rozbójnicza, że politycy to kryminaliści a państwo to jedna wielka organizacja przestępcza.


[1] Trafną definicję prawa naturalnego zaproponował także Edwin Patterson:

Zasady ludzkiego postępowania, które są poznawalne „rozumowo” na drodze obserwacji podstawowych skłonności ludzkiej natury, a które są absolutne, niezmienne oraz uniwersalne, bez względu na miejsce i czas. To pojęcie leży u podstaw scholastycznej filozofii prawa naturalnego (…) oraz większości systemów filozoficznych opartych na prawie naturalnym.

 

(Patterson, E.W. (1953) Jurisprudence: Men and Ideas of the Law. Foundation Press: Brooklyn, s. 333.)

Autor niniejszego artykułu nie widzi potrzeby opatrywania słowa „rozum” cudzysłowami w powyższej definicji, ale jeśli uznamy rozum za pojęcie obiektywne, podana definicja streszcza ideę prawa naturalnego. Koncepcja prawa naturalnego jest zasadniczo sprzeczna z koncepcją prawnego pozytywizmu. Według niej, prawo jest ustanawiane przez ludzi i niekoniecznie odzwierciedla zasady etyczne. Zainteresowanym czytelnikom polecam wyczerpującą analizę prawa naturalnego i deontologicznych podstaw myśli libertariańskiej autorstwa Rothbarda. (Rothbard M. N., Etyka wolności, tłum. Jakub Wozinski i Jan M Fijor, Fijorr Publishing, Warszawa 2010)

[2] Spooner, L. (1992) The Lysander Spooner Reader. Fox and Wilkes: San Francisco, s. 11.

[3] Ibidem, s. 16.

[4] Żeby uniknąć jakichkolwiek nieporozumień, które mógłby się tutaj pojawić, warto zauważyć, że odbieranie rządowi pieniędzy lub innych środków poprzez wykorzystywanie dowolnego przestępczego systemu redystrybucji dóbr, na jakim ten rząd się opiera, nie jest moralnym złem, dopóki beneficjent sprzeciwia się istniejącemu procederowi wymuszenia (ponieważ istniałby również wtedy, gdyby korzyści czerpał ktoś inny). Dobrze jest zatem starać się odebrać rządowi jak największą ilość pieniędzy, ponieważ w ten właśnie sposób zmniejsza się jego władza jako organizacji przestępczej.

Podobał Ci się artykuł?

Wesprzyj nas
Avatar

O Autorze:

Ben O’Neill

Pozostałe wpisy autora:

34 Komentarze “O’Neill: Społeczeństwo przestępców

  1. Bardzo ładnie napisane, tylko, że jakoś Szanowny Autor nie zaliczył do tych przestępców libertarian, którzy za podstawę swojej ideologii wzięli akt bandyckiego ograniczenia swobody innych ludzi do wolności przemieszczania się po całym świecie i prawie swobodnego dostępu do wszystkich darów natury.

  2. Jedynym prawem naturalnym, które obowiązywało w przeszłości, obowiązuje teraz i będzie aktualne w przyszłości jest to że SILNIEJSZY MA RACJĘ a reszta to bzdury i czcza gadanina.

  3. Jak już ktoś odwołuje się z do „scholastycznej” tradycji filozoficznej, to powinien wiedzieć o tym, iż nie ma „praw naturalnych”, a prawo naturalne (jedno), które wyraża się w zdaniu – czyń dobro, a zła unikaj – i z którego wywodzą się przeróżne ogólne prawa osobowe, tj. prawo do życia, prawo do płodzenia potomstwa, prawo do życia w prawdzie.. i dopiero gdzieś potem prawo do własności prywatnej. Libertarianizm błędnie absolutyzuje to jedno z wielu praw osobowych (nie będących de facto i w istocie prawami naturalnymi).

  4. „W rzeczywistości jedyne zasady zasługujące na miano „praw” to zasady prawa naturalnego — obiektywne normy, które natura ludzka uznaje za moralnie właściwe[1].” ?

  5. Ładnie się dyskusja rozwija.
    Moim zdaniem rację ma abr, że istnieje tylko jedno prawo naturalne. Pozostałe to prawa ustanowione przez ludzi i dlatego ludzie mogą je zmienić.
    Zorganizowanie się ludzi w, nazwijmy to umownie, „państwo”, to przecież nic innego jak próba zredukowania niebezpieczeństwa przejmowania przez jednostki silniejsze efektów świadomego przetwarzania darów natury w postać przydatną człowiekowi dokonanymi przez ludzi słabszych fizycznie.
    Osobiście nie akceptuję prawa „pierwotnego zawłaszczenia” darów natury, lecz efektów tego świadomego ich przetworzenia – tak.
    Tylko one mogą być obiektem handlu, czyli tylko prawa własności do nich mogą być wymieniane.

  6. Ależ cts’ie, to mamy takie przykłady historyczne, kiedy wszyscy posiadali wszystko, czyli zniesione zostały przynajmniej częściowo prawa własności. Np. początki Rosji bolszewickiej, pewne analogie można znaleźć też w ustroju Czerwonych Khmerów w Kampuczy, a obecnie w rejonach walk czy zdegradowanych terenach krajów trzeciego świata.
    Sorry Winnetou – własność prywatna jest jedynym narzędziem utrzymania pokoju, dobrobytu, szczęścia, podstawą kalkulacji ekonomicznej i gospodarowania. Jest tak naturalna i oczywista jak jedzenie, spanie, chodzenie; dla wszystkich ludzi na całym świecie. Powstawała ewolucyjnie zawsze tam, gdzie trzeba było rozwiązywać konflikty o zasoby.
    „Jeżeli historia mogłaby nas czegokolwiek nauczyć to tego, że żaden naród nie stworzył wyższej cywilizacji bez poszanowania prawa do posiadania własności”.

  7. Pominąłem ostatni komentarz, to jak, mamy sobie deux ex machina kawałek niezłego terenu, nie mamy pierwotnego zawłaszczenia, zatem są dwie możliwości:
    1. Każdy go może oglądać (?), lecz nie zawłaszczyć
    2. Z mocy prawa państwowego jest to własność publiczna (zawłaszczenie niekonieczne)

    Ad. 1 Jak nazwać tę formę? Skoro nie można zawłaszczyć, to jak objąć we władanie, przekształcić, zacząć użytkować?
    Ad. 2 Nic nowego, zasoby się zmarnują 🙂

  8. Libertarianie wciąż przeżywają chorobę ortodoksji. Jest to pożyteczne, bo pozwala na weryfikację podstawowych załozeń światopoglądowych. Ale jest to również tragicznie nieskuteczne politycznie, bo bredzenie o świecie bez przepisów jest tak samo śmieszne, jak mówienie o bezstresowym wychowaniu (no, chyba, że na świecie zostaliby sami libertarianie w liczbie np. 10). Brak prawa pisanego sankcjonowanego mieczem suwerena uniemożlwiałby egzekucję m.in. prawa własności w jego wielu rozmaitych odmianach i spowodowałby zwykłą degrengoladę.
    Wątek społeczny pominę, bo Autor jest wyznawcą teorii „stanu zero”. Tak więc w libertarańskim raju każdy noworodek musiałby się w pełni świadomie wypowiedzieć wobec wspólnoty szlachetnych dzikusów, że korzysta bądź nie korzysta z prawa do secesji ze społeczności.

  9. Nie rozumiem skąd w ogóle pomysł, że istnieją jakieś prawa naturalne i obiektywne normy? Mam wrażenie jakbym trafił na bloga przedszkolaków. Co oznacza prawo naturalne? Do jakiej czy też czyjej natury sie ono odnosi? A norma obiektywna -samo pojęcie normy przeczy obiektywizmowi? Kto miałby z kolei stanowic o tym czy ci ktorzy wyznaczyli jakies normy sa obiektywni? Czy naturalne prawo do konsumpcji wroga tak popularne w niektórych kulturach – jeszcze w zeszłym stuleciu – też mozemy uznać za norme obiektywną? Panowie jesteście bardzo przejęci lekturami ekonomistów ale nie opuszczajcie zajęć z antropologii, logiki ani filozofii.

  10. 3 libertariańskie zasady są zaprzeczeniem wolności każdego człowieka do swobody korzystania ze swoich praw.
    1) Do swobody zmiany miejsca pobytu ( bo jak inaczej nazwać zabronienie mu wejścia na jakiś grunt pod pretekstem: To jest moje! Przecież ten niby „właściciel” go nie wykonał!)
    2) Do swobodnego dostępu do darów natury, by mógł w sposób świadomy przekształcić go w postać przydatną człowiekowi.
    3) Do swobody wyboru, czy chce gospodarować sam, czy np. z całym plemieniem, jedną lub kilkoma osobami.
    Wszelkie dogmaty ograniczają zdolność logicznego rozumowania.
    Sz. Szymonie: przeczytaj sobie fragment o pasożytnictwie autorstwa M.N.R. http://mises.pl/665/murray-n-rothbard-relacje-miedzyludzkie-agresja-a-wlasnosc/, a przekonasz się w jakie sprzeczności jest uwikłany libertarianizm

  11. ad SzLZ

    Od kiedy to Lysander Spooner cytowany w tekscie należy do „scholastycznej” tradycji filozoficznej?
    Co do prawdziwie scholastycznej tradycji do zdania co do naturalności prawa własności są podzielone, nie zmienia do faktu, że jest to stanowisko „do obrony”.

    ad Thome

    Jaki brak prawa w libertarianizmie?????? Brak monopolistycznego ustawodawcy, ale nie brak prawa opartego na zasadach uznawanego przez anarchokapitalizm prawa naturalnego.
    Można oczywiście i należy dyskutować o realizmie scenariusza wprowadzenia tego systemu i uzyskania nań powszechnej zgody, ale nie jest tak, że nie byłoby prawa i organów jego egzekucji.

    ad CTS

    1 CTS ogranicza mi prawo do zmiany miejsca pobytu samym swoim istnieniem. Zawsze bowiem chciałbym być dokładnie tam, gdzie jest CTS:)I co CTS na to?
    Chyba absurd samoistnego „prawa do swobody zmiany…” bije po oczach. Poza tym w wersji umiarkowanej prawo własności ziemi może być obciążone służebnością przepuszczenia właściciela gruntu będącego enklawą. I problem znika bez potrzeby uciekania się do jakiegoś „prawa naturalnego zmiany miejsca pobytu”

    2 Swobodny dostęp do darów natury?? A gdzie kolega takie prawo naturalne, w dodatku w utopijno-komunistycznej interpretacji odczytał? W KNS spotykamy podobnie formułowane powszechne prawo wykorzystania dóbr ziemskich, którego ukonkretnieniem może być system własności prywatnej(w wersji nienaturalności własności prywatnej – np. Tomasz z Akwinu).
    „by mógł w sposób świadomy przekształcić go w postać przydatną człowiekowi” – rozumiem, że bez własności prywatnej każdy mógłby sobie wziąć cokolwiek i przekształcić. A to przekształcone to byłoby przekształcającego czy nie?
    To zresztą mało ważne, gdyż odpowiedź tak to albo przyznanie racji libertarianom, gdyż moment rozpoczęcia przekształcania to moment pierwotnego zawłaszczenia, albo „kradniemy” każdemu i przekształcamy jak chcemy i mamy kompletny chaos.
    Odpowiedź „nie” oznacza kompletny chaos wynikający z braku jakichkolwiek praw do czegokolwiek

    3 Libertarianizm nikomu nie zabrania tworzenia dobrowolnych komun. Może jedynie krytykować sensowności takich rozwiązań.

    Rozumiem, że tekst „Wszelkie dogmaty ograniczają zdolność logicznego rozumowania” odnosi się też do trzech praw/dogmatów pana CTS, które raczył przytoczyć i przyznanie się do ograniczeń własnego logicznego rozumowania?

  12. Sz. Sebastianie!
    Chociażby z faktu, ze nie wiesz gdzie jestem, wynika, że nie ograniczam Ci prawa do swobody zmiany miejsca pobytu. Natomiast Ty, bardzo chcesz tej swobody pozbawić mnie.
    Tu jest zatem jedna ze sprzeczności ideologii libertarianizmu. Niby „święte prawo własności”, a tu piszesz, że nie jest ono takie „święte”.
    Mogę zgodzić się z określeniem, że ktoś zaczynając przetwarzać dar natury w postać jemu przydatną, dokonuje „pierwotnego zawłaszczenia”, ale utrudnianie mu dostępu do tego daru natury nadal pozostaje aktem bandytyzmu.
    Prywatna własność gruntów to najbardziej bandyckie z bandyckich zachowań ludzkich podniesionych przez /ha!ha!ha!/ „uwielbiających wolność” libertarian do rangi podstawy ich ideologii.

    Oczywiście tekst „Wszelkie dogmaty ograniczają zdolność logicznego rozumowania” dotyczy także tych trzech LIBERTARIAŃSKICH dogmatów wymienionych przeze mnie.

  13. Sz. CTS

    „Chociażby z faktu, ze nie wiesz gdzie jestem, wynika, że nie ograniczam Ci prawa do swobody zmiany miejsca pobytu. ”

    Mylisz się w dwójnasób. Po pierwsze: czy złodziej zawłaszczający sobie rzecz, na którą mam ochotę nie pozbawia mnie jej tylko dlatego, że nie wiem, gdzie ją trzyma????
    Po drugie – tym bardziej – nie dość, że zawłaszczasz przestrzeń to jeszcze stwarzasz sztuczną rzadkość nieudzielając mi informacji gdzie jesteś:).

    Aby nie było nieporozumień – pierwszy z powyższych argumentów jest na serio, drugi żartobliwy, choć nie pozbawiony podstaw.

    A nieporozumienie już się wkradło:
    CTS wymienił 3 prawa jako libertariańskie, po czym zarzucił sprzeczność ideologii libertarianizmu.

    Otóż to sprzeczność pozorna, gdyż nie każdy
    libertarianizm uznaje te 3 prawa. AKA (anarchokapitalizm austriacki) na przykład opiera się na aksjomacie nieagresji i prawie do samoposiadania(własności prywatnej własnego ciała) oraz zawierającym się w nim prawie do nabywania dóbr metodami ekonomicznymi(zawłaszczenie, dar, wymiana). Być może są inne odłamy libertarianizmu, które absolutyzują prawa podane przez CTS, ja ich nie znam(może są, po prostu ja ich nie spotkałem). Natomiast libertarianizm AKA zakłada, iż mając powyższe podstawowe prawa możemy mówić o swobodzie przemieszczania się w granicach własnego prawa własności i w granicach zgody na to innych właścicieli(względność tego prawa widać wyraźnie w przypadku teorii migracji Hoppego). Podobnie z prawem do dóbr natury – możliwość ich ekonomicznego nabywania jest zawarta w prawie samoposiadania, jako prawo do zapewnienia trwania życia. O swobodzie wyboru gospodarowania napisałem w poprzednim wpisie. Istnieje więc hierarchia uprawnień.

    Pozdrawiam.

  14. Szanowny Szymonie!

    Hmmm… Nie udzieliłeś mi informacji gdzie przebywasz, aby udowodnić swoje umiłowanie wolności dla wszystkich i umożliwić mi chęć przebywania w tym samym miejscu co Ty.
    Oczywiście powiesz, że przestrzeń zajmowaną przez Twoje ciało „zawłaszczyłeś”.
    Czasowo, czy na stałe? Bo ja ciągle zmieniam miejsce pobytu, by umożliwić innym ludziom skorzystanie z przestrzeni czasowo przeze mnie zajmowanej.
    Zresztą poprzez czynności fizjologiczne codziennie część darów natury, z których się składam, wymieniam na inne, co umożliwia Tobie oraz innym ludziom skorzystanie z nich.

    No właśnie: Czy jeśli złodziej mówi, że zabije każdego, kto zechce odzyskać „zawłaszczone” przez niego grunty, to należy ustąpić przed jego groźbą i pozostawić mu ten grunt? Przez analogię możemy dojść do wniosku, że skoro on używa groźby, to mógłby również użyć siły i uprzedzając eskalację jego agresji po prostu go zabić.
    Nie sądzisz, że taka sytuacja wiele spraw by uprościła? Tym bardziej, że właścicieli gruntów jest niewielu w porównaniu z tymi tej własności gruntów pozbawionymi.
    Co mają zrobić ludzie chcący gospodarować wspólnie, gdy ktoś mówi, że ukraść można tylko prywatne, a wspólne to on może ukraść nazywając to zawłaszczeniem?
    I tu właśnie ma zastosowanie zasada Rothbarda, że pasożytnictwo nie jest moralnością uniwersalną.

    Zgadzam się z Tobą, że są różne odłamy libertarianizmu, tak jak są różne odmiany socjalizmu, liberalizmu, czy też różne wizje kapitalizmu, a przede wszystkim różne poglądy ludzi.
    Jeśli chcemy znaleźć jakiś ustrój zadowalający większość ludzi /wszystkich, to, moim zdaniem, niemożliwe; przynajmniej na obecnym etapie rozwoju ludzkości/, to musimy zrezygnować z utopii, tak jak zrezygnowali z niej Islandczycy, gdy ich populacja przekroczyła 1 000 osób.

  15. @cts

    Hej, mogę sobie przywłaszczyć Twojego nicka i powypisywać inne poglądy pod twoim nickiem? Mam nadzieje że jak zmienisz nicka to też będę mógł się pod ten nowy podszyć.
    Pozdro, cts

  16. Chodzi o pewną zasadę: czy będziemy respektowali prawa autorskie, prawa własności i ewentualne naruszenia rozstrzygać będzie prawo czy wrócimy do czasów w których trzeba było walczyć o to pięścią.

  17. Hm sporo rzeczy. Gdybym np. stworzył jakiś utwór, prezentował go gdzieś na koncertach(dajmy na to utwór z gatunki elektroniki) a ktoś w innym miejscu na świecie zacząłby grać go jako swój i zdobywałby niezasłużony i niesprawiedliwy splendor mógłbym się oprzeć na prawie zamiast wdawać się w pyskówki z gościem czy toczyć wojnę na pięści czyje to jest. Wymieniać dalej: o moim samochodzie, moim motocyklu, moich ubraniach czy zmierzasz dokądś, czy też źle zrozumiałem pytanie?

  18. Mówisz o „zawłaszczeniu” efektów wykonanej przez Ciebie PRACY.
    I jest OK, że uważasz je za swoje. Przynajmniej w moim odczuciu.
    Ja neguję prawo „zawłaszczania” darów natury, a to zupełnie coś innego.
    Wątpię byś tego nie rozróżniał.

  19. Zdaniem Austriaków dokładnie te same problemy kalkulacyjne dotyczą wszystkich dóbr, które cechuje rzadkość. Niezależnie czy są owocem pracy czy natury.

    Żeby móc ocenić czy dane dobro powstałe w wyniku przetwarzania węgla wytworzone zostało efektywne, potrzebny jest rynek na dar natury – węgiel. Dopiero mając jego cenę możemy ją porównać z ceną wyprodukowanego z niego dobra (już przy pomocy pracy).

  20. Rozróżniam: w jednym przypadku przywłaszcza się komuś prace wykonaną na komputerze, który powstał dzięki pracy wykonanej na darach natury np. krzemie. W drugim przypadku przywłaszcza się pracę wykonaną np. na posiadanej(zdobytej w wyniku różnych procesów historycznych)ziemi. W pierwszym przypadku etap od darów natury do wyników pracy jest nieco dłuższy. I co jest wręcz tak naturalne jak poczucie niesprawiedliwości kiedy np. w meczu tenisowym zamiast grą ktoś wygra zarzynając przeciwnika tak samo naturalne i wręcz wbudowane kulturalnie jest że w obydwu przypadkach zmiana właściciela może nastąpić po wykupieniu czy podpisaniu umowy co wychodzi na to samo.

  21. Kilka dni temu IM na tej stronie przypomniał artykuł L. von Misesa http://mises.pl/2928/mises-konflikty-interesow-grupowych/
    Możemy postąpić w dwojaki sposób:
    1) uznać za prawdziwą przedstawioną tam tezę, że tworzenie grup ludzi w jakiś sposób uprzywilejowanych w stosunku do reszty ludzi, jest złem, ale wówczas należy uznać za taką grupę uprzywilejowaną „zawłaszczycieli” darów natury
    2) uznać tą tezę za błędną, co oznacza zgodę na istnienie różnych grup uprzywilejowanych oraz, oczywiście, uznać walkę o zdobycie jakichś przywilejów przez ludzi ich pozbawionych, za uzasadnioną.

    W tym kontekście teza Marksa o konieczności przejęcia własności środków produkcji przez klasę robotniczą jawi się jako coś naturalnego.

    Czy tak mam to interpretować?

  22. Chodzi o to że nastąpił pewien progres od czasów najeżdżania się, zarzynania i przywłaszczania. Traktowanie np. właściciela działki pod którą leży węgiel jako „zawłaściciela” wydaje mi się równie naturalnie błędne(relewantnie do czasów) jak traktowanie męża pięknej kobiety jako „zdobywcy tej samicy”.

    Jest tam też ciekawsza teza, mianowicie taka że wszelkie działania „zawłaścicieli” cennych gruntów kierujących się short-termismem są przegrani na dłuższą metę na wolnym rynku.

  23. Hmmm… Owszem, nastąpił pewien postęp, ale czy zmieniło to sytuację posiadacza gruntów? Przecież w dalszym ciągu bez nakładu własnej pracy czerpie on wymierne korzyści z dokonanego niegdyś aktu bandytyzmu. Może nie jego przodek dokonał tego aktu bandytyzmu, a on wszedł w posiadanie gruntów w sposób „legalny”, tzn. zaakceptowany przez innych tego rodzaju bandytów, ale zgadzanie się na dalsze funkcjonowanie tych rozwiązań, to uznanie prawa do stosowania siły w celu poprawy swojej sytuacji ekonomicznej. Takie pawlakowe „sąd sądem, ale sprawiedliwość musi być po naszej stronie”.
    I nic tutaj nie zmienia zasada wyzbycia się agresji wobec członków własnego plemienia /państwa/, gdyż państwa dotychczas stosują siłę w stosunku do innych plemion-państw, by wymusić na nich uprzywilejowanie własnych obywateli kosztem obywateli państw słabszych militarnie.
    A „wolny rynek”? Uznaje się go tylko wówczas, gdy jest to dla jakiegoś państwa korzystne.

  24. No i zgadza się. Jego przodkowie w jakiś sposób to zdobyli a on to odziedziczył. Obawiam się że bez nakładu pracy to może tylko to sprzedać. Bo jeżeli nie wykona żadnej usługi to nikt mu nie zapłaci chyba że za akt własności.

    „zgadzanie się na dalsze funkcjonowanie tych rozwiązań, to uznanie prawa do stosowania siły w celu poprawy swojej sytuacji ekonomicznej”

    Dodałbym że siły intelektualnej.

  25. A wydzierżawić to nie może?

    „Dodałbym że siły intelektualnej.”
    Skondensowanej w nowoczesnych środkach bojowych.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *