Mises: Konflikty interesów grupowych

20 kwietnia 2010 Filozofia polityki komentarze: 11

Autor: Ludwig von Mises
Źródło: mises.org
Tłumaczenie: Tomasz Jetka
Wersja PDF

[Artykuł pochodzi z ksiązki Ludwiga von Misesa: The Clash of Group Interests and Other Essays ze wstępem autorstwa Murraya N. Rothbarda]

I

Nazwanie współczesnych antagonizmów społecznych „napięciami” byłoby z pewnością eufemizmem. To, czemu musimy stawić czoła, to konflikty uważane za nieodwracalne i skutkujące praktycznie niekończącymi się wojnami, zamieszkami wewnętrznymi i rewolucjami. To nie umiłowanie pokoju oparte na filozoficznych przesłankach powoduje, że możemy cieszyć się brakiem wojny, a raczej fakt, że zaangażowane grupy jeszcze nie skończyły przygotowań do walki i, rozważając możliwe korzyści, czekają na bardziej sprzyjający moment, by przeprowadzić pierwsze uderzenie.

Walki pomiędzy ludźmi nie stoją w sprzeczności z konsensusem, który został zawarty w odniesieniu do współczesnych doktryn społecznych. Obecnie uznaje się za niemalże dogmat twierdzenie, iż istnieją niedające się załagodzić konflikty interesów pomiędzy grupami. Różnice występują tylko w związku z pytaniem, na jakie faktycznie grupy dzieli się ludzkość i z jakimi naprawdę konfliktami mamy do czynienia. Nacjonaliści uważają, że tymi grupami są narody (co w Europie oznacza grupy językowe); rasiści dzielą świat na rasy; marksiści zaś wskazują na klasy społeczne. Jednak wszyscy są jednomyślni co do tego, że jedna grupa nie może się rozwijać bez szkody dla innej. W myśl tego poglądu, naturalnym stanem relacji pomiędzy grupami jest konflikt.

Ta filozofia społeczna odrzuca jakąkolwiek krytykę, kryjąc się za zasadą polilogizmu. Marks, Dietzgen i inni radykałowie tzw. socjologii nauki twierdzą, że struktura logicznego myślenia danej osoby różni się w zależności od klasy społecznej, do której ta osoba należy. Tym samym, mogą istnieć tylko dwie przyczyny tego, że ktoś nie zgadza się z nauką Marksa: albo nie jest on proletariuszem, przez co nie jest w stanie pojąć filozofii klasy robotniczej, albo jest po prostu zdrajcą. W tym kontekście próżne wydają się próby dyskusji nad marksizmem, jego przeciwnicy bowiem z góry zostaną uznani za „sługusów burżuazji”. W podobny sposób niemieccy rasiści deklarowali, że występują fundamentalne różnice w logice pomiędzy rasami. Zasady „nie-Aryjskiej” logiki i wynikających z niej teorii naukowych nie są prawdziwe w odniesieniu do „Aryjczyków”.

Gdyby takie rozumowanie było prawdziwe, nikła wydaje się nadzieja na pokojowe współżycie ludzi. Jeżeli członkowie poszczególnych grup nie są nawet w stanie dojść do porozumienia w kwestiach matematycznych lub fizycznych twierdzeń, czy biologicznych zagadnień, tym bardziej nie zgodzą się co do zasad, które rządzą bezkonfliktowym społeczeństwem.

Jestem świadomy tego, że współcześnie większość zwolenników polilogizmu nie idzie w swoich twierdzeniach aż tak daleko jak marksiści, rasiści itp. Jednak powściągliwość i zachowawczość stawianych tez wcale nie sprawi, że błędna doktryna przestanie taką być. Faktem jest, że dzisiejsze nauki polityczne i społeczne czerpią całymi garściami z polilogizmu, pomimo tego że obrońcy tej doktryny nie podejmują się dokładnego objaśnienia jej podstaw i założeń. Dla przykładu, ricardiańska teoria wymiany międzynarodowej jest odrzucana dlatego, iż prezentuje „ideologiczną nadbudowę” interesów (klasowych) dziewiętnastowiecznej, brytyjskiej burżuazji. Każdy, kto sprzeciwi się modnej idei ingerencji rządu w działania przedsiębiorców i związków zawodowych, zostanie ­­— według marksistowskiej terminologii ­­— uznany za obrońcę niesprawiedliwych dążeń klasy „wyzyskiwaczy”.

Sposób, w jaki badacze społeczni, historycy, redaktorzy i politycy stosują terminy „kapitał” i „praca” oraz radzą sobie z problemami ekonomicznego nacjonalizmu, jest dowodem na to, że całkowicie przyjęli koncepcję nieuniknionych konfliktów pomiędzy interesami poszczególnych grup. Jeżeli faktycznie takie spory istnieją, nie jesteśmy w stanie uniknąć międzynarodowych, czy wewnętrznych wojen.

Toczone przez nas konflikty zbrojne nie tylko nie stoją w sprzeczności z doktrynami społecznymi, ale są nawet ich logiczną konsekwencją.

II

Pierwsze pytanie, na które musimy znaleźć odpowiedź, jest następujące: Co jednoczy ludzi z poszczególnych grup, których konflikty rozpatrujemy?

W przypadku systemu kastowego, odpowiedź jest oczywista. Społeczeństwo podzielone jest na ściśle ustalone kasty. Przynależność do jednej z nich wiąże się z konkretnymi przywilejami (privilegia favorabilia), bądź wykluczeniami (privilegia odiosa). Z zasady, człowiek dziedziczy swoją przynależność do kasty z racji urodzenia, pozostaje w niej przez całe swoje życie i pozostawia swój status dzieciom. Jego los jest nierozerwalnie związany z daną kastą. Pomijając powszechny wzrost poziomu życia, członek jednej z kast nie może spodziewać się polepszenia swojej sytuacji osobistej. Z tego też powodu, występuje solidarność interesów wewnątrz tych grup, natomiast konflikty pojawiają się tam, gdzie w relacje wchodzą różne kasty. Każda uprzywilejowana grupa dąży do tego, by utrzymać dotychczasowe uprawnienia i jeszcze bardziej je rozszerzyć. Natomiast każda z ograniczonymi swobodami, stara się  znieść wykluczenia na nią nałożone. Widzimy więc, że w społeczeństwie kastowym faktycznie istnieją nieuniknione antagonizmy pomiędzy interesami różnych grup.

Kapitalizm zastąpił dawny system kastowym równością ludzi wobec prawa. Jak twierdzą liberalni ekonomiści, w społeczeństwie wolnorynkowym, nie ma ani uprzywilejowanych, ani wykluczonych. Nie istnieją kasty, więc nie występują również konflikty z nimi związane. Mamy do czynienia z pełną harmonią odpowiednio rozumianych (dzisiaj powiedzielibyśmy raczej: długookresowych) interesów indywidualnych i grupowych. Liberałowie nie kwestionują tego, że w krótkim okresie nadanie przywilejów konkretnej grupie osób może doprowadzić do polepszenia jej sytuacji za cenę strat dla reszty społeczeństwa. Cła importowe na pszenicę, zwiększają jej cenę na rynku wewnętrznym i tym samym podwyższają przychody krajowych rolników (jako, że esej ten nie dotyczy problemów ekonomicznych, nie wskażemy, co musiałoby charakteryzować rynek, by taki efekt faktycznie miał miejsce). Jednak nieprawdopodobne wydaje się, aby konsumenci, tworzący zdecydowaną większość społeczeństwa, trwale zaakceptowali stan rzeczy, który jest dla nich szkodliwy, a przynosi korzyści wyłącznie producentom pszenicy. Będą oni raczej próbowali albo znieść to prawo, albo zapewnić sobie podobne przywileje. Jeżeli zaś wszystkie grupy będą cieszyć się różnymi przywilejami, naprawdę skorzystają tylko te grupy, które będą wyróżnione w dużo większym stopniu niż inne. W przypadku równych przywilejów dla wszystkich, to co dana osoba jest w stanie zarobić jako producent i sprzedawca, zostaje pochłonięte przez to, co musi wydać jako konsument i kupujący. Jednak  z punktu widzenia całego społeczeństwa, wszyscy są przegranymi, wprowadzenie ceł sprawia bowiem, że produkcja jest przenoszona z najbardziej korzystnych miejsc do tych, które oferują gorsze warunki [ale są uprzywilejowane – przyp. tłum.], sprawiając, że zmniejsza się dobrobyt całego kraju. W krótkim okresie interesy danej grupy można zaspokoić, udzielając jej przywilejów z niekorzyścią dla innych obywateli kraju. Natomiast szeroko pojęte (tzn. długookresowe) korzyści będą z pewnością większe bez jakichkolwiek przywilejów.

W ramach wolnorynkowego społeczeństwa fakt, że jeden człowiek posiada dokładnie taką samą pozycję jak ktoś inny, nie skutkuje wspólnotą ich krótkookresowych interesów. Przeciwnie, to właśnie równość w systemie podziału pracy i społecznej współpracy czyni ludzi rywalami i konkurentami. Konflikt pomiędzy konkurentami może co prawda zostać złagodzony przez dobrze rozumiany interes wszystkich członków społeczeństwa, jednakże ­­— w przypadku braku przywilejów grupowych ­­— nigdy nie utworzy się grupa osób, których wspólny interes będzie zupełnie różny od dążeń reszty społeczeństwa.  Przy założeniu wolnej wymiany, producenci butów są po prostu konkurentami. Tylko wtedy utworzą osobną grupę interesów, gdy zostaną wprowadzone konkretne przywileje, takie jak na przykład cło na buty (privilegium favorabile), czy prawo dyskryminujące ich działalność na korzyść innych ludzi (privi­legium odiosum).

To właśnie przeciwko doktrynie kapitalizmu wystąpił Karol Marks ze swoją ideą nieuniknionych konfliktów pomiędzy interesami klasowymi. Według niego, w systemie kapitalistycznym czy demokracji burżuazyjnej nie istnieją kasty, jednak występują klasy społeczne: wyzyskiwacze i wyzyskiwani. Proletariusze mają wspólny cel: zniesienie obecnego systemu płac i stworzenie bezklasowego społeczeństwa socjalizmu. Z drugiej strony, burżuazja jednoczy się, by zachować kapitalizm.

Koncepcja walki klasowej Marksa jest w całości oparta na jego analizie funkcjonowania kapitalizmu i ocenie socjalistycznych metod produkcji. Jego rozważania dotyczące systemu kapitalistycznego już dawno zostały uznane za całkowicie błędne. Natomiast jedyny argument, który Marks przedstawia, aby wskazać wyższość socjalizmu nad kapitalizmem, opiera się na jego rzekomym odkryciu prawa historycznej ewolucji. Mianowicie twierdzi on, iż socjalizm musi nastąpić jako niezaprzeczalne prawo natury. Marks nie mógł mieć żadnych wątpliwości dotyczących zalet socjalizmu, gdyż był całkowicie przekonany, iż bieg historii jest ciągłym rozwojem od mniej pożądanych modeli (społecznej) produkcji w kierunku bardziej korzystnych. Według Marksa, każdy następny etap organizacji społeczeństwa musi koniecznie być lepszy od wcześniejszego. Całkowicie arbitralnie przyjmując, że przyszłość nieuchronnie doprowadzi ludzkość do socjalizmu, wierzył, że to wystarczy, by udowodnić wyższość socjalizmu. Marks nie tylko powstrzymał się od jakiejkolwiek analizy socjalistycznej ekonomii, ale zanegował każdą taką próbę, uznając ją za „utopijną” i „nienaukową”.

Każda karta historii ostatnich kilkuset lat przeczy marksistowskiej teorii, iż proletariat jest ponadnarodowy i postępuje zgodnie z interesami wszystkich robotników, niezależnie od ich pochodzenia. Delegaci partii robotniczych z różnych krajów tworzyli w konspiracji Międzynarodowe Stowarzyszenia Robotników [tzw. Międzynarodówki – przyp. tłum.]. Jednak w czasie prowadzenia próżnych rozmów na temat ponadnarodowego braterstwa, grupy nacisku z różnych krajów walczyły między sobą. Robotnicy ze stosunkowo nisko zaludnionych krajów dążyli do ochrony swoich wysokich zarobków (np. poprzez bariery imigracyjne), sprzeciwiając się zrównaniu płac poprzez wolny przepływ pracy pomiędzy krajami. Próbowali zapewnić doraźny sukces polityki „pro-pracowniczej”, która powstrzymuje napływ towarów z zagranicy do kraju. Tworzyli zatem napięcia społeczne, które nieuchronnie muszą prowadzić do wojny, jeżeli tylko poszkodowani przez takie regulacje oczekują, że będą w stanie — przy użyciu siły — znieść szkodliwe działania obcych rządów.

Nasze czasy są przepełnione poważnymi konfliktami pomiędzy ekonomicznymi interesami konkretnych grup. Jednak konflikty te nie są wrodzoną cechą niczym nieskrępowanego kapitalizmu. To ingerencje rządu w działanie rynku doprowadziły do takiej sytuacji. Nie są to również konflikty w rozumieniu marksistowskiej walki klas. Narodziły się one dlatego, iż ludzkość cofnęła się do wyróżniania i uprzywilejowywania konkretnych grup w stosunku do innych, tworząc tym samym nowy system kastowy.

W społeczeństwie kapitalistycznym klasa właścicieli (posiadaczy majątku) jest tworzona przez ludzi, którym udało się osiągnąć sukces w zaspokajaniu potrzeb konsumentów oraz przez spadkobierców takich osób. Jednakże ich przeszły sukces i zasługi dają im tylko przejściową przewagę nad innymi. W celu jej utrzymania muszą o nią stale rywalizować. Co więcej, nie tylko są skazani na ciągłe konkurowanie ze sobą nawzajem, muszą również bronić swojej wysokiej pozycji przed nowymi graczami, którzy dążą do detronizacji dotychczasowych zwycięzców. Działający rynek na bieżąco pozbywa się nieodpowiednich kapitalistów i nieuzdolnionych przedsiębiorców, a w ich miejsce stawia parweniuszy.

Rynek wciąż czyni biednych bogatymi, a bogatych biednymi. Charakterystycznymi cechami klasy właścicieli jest to, że jej struktura podlega ciągłym zmianom, że jest otwarta dla każdego, że, aby się w niej utrzymać, trzeba nieprzerwanie odnosić sukcesy w prowadzonym biznesie. Ponadto, członkowie tej klasy są poróżnieni między sobą właśnie przez ciągłą konkurencję. Ci biznesmeni, którym się powodzi, nie są zainteresowani regulacjami, które chroniłyby słabych kapitalistów przed problemami stawianymi przez rynek. Tylko niekompetentni przedsiębiorcy mają interes w takich „stabilizujących” regulacjach. Jednakże w ramach czystego kapitalizmu, który nastawiony jest na politykę konsumencką, nie mają żadnej możliwości zapewnić sobie tych przywilejów.

Nasze czasy są jednak okresem polityki faworyzującej producentów. Współczesne, „nieortodoksyjne” teorie za główne zadanie dobrego rządu uważają wprowadzanie przeszkód wiodącym innowatorom dla wyłącznej korzyści ich mniej efektywnych konkurentów i na koszt konsumentów. W przeważającej ilości krajów przemysłowych jest to widoczne przede wszystkim w regulacjach, które chronią krajowych rolników przed ich zagranicznymi konkurentami, którzy działają w bardziej korzystnych warunkach przyrodniczych. Natomiast w większości krajów rolniczych można dostrzec odwrotną sytuację: to rodzimi przemysłowcy są chronieni przed ich rywalami z innych krajów, którzy wytwarzają dobra po niższych kosztach. Jest to nic innego, jak powrót do restrykcyjnej polityki ekonomicznej, która została porzucona przez liberalne kraje w osiemnastym i dziewiętnastym wieku. Gdyby nie zostało to wtedy uczynione, nigdy nie osiągnęlibyśmy tak niesamowitego postępu ery kapitalizmu. Gdyby Europa nie otworzyła swoich granic dla importu amerykańskich produktów — bawełny, tytoniu, pszenicy itp. — i gdyby wcześniejsze generacje Amerykanów surowo zabroniły importu wytworów europejskiego przemysłu, Stany Zjednoczony nigdy nie osiągnęłyby dzisiejszego stanu rozwoju ekonomicznego.

To właśnie tak zwana polityka producencka integruje grupę ludzi, którzy w innym przypadku traktowaliby siebie nawzajem jako konkurentów. Tworzy się tym samym grupa nacisku posiadająca wspólne interesy. Gdy powstawała kolej, powożącym dyliżansami w ogóle nie przyszłoby do głowy, aby organizować strajk przeciwko temu nowemu rodzajowi konkurencji. Takie wysiłki nie miałyby po prostu żadnych szans na powodzenie, gdyż nikt inny by ich nie poparł. Jednakże dzisiaj, producenci masła skutecznie agitują przeciwko wytwórcom margaryny, a muzycy przeciwko muzyce z odtwarzaczy. Współczesne międzynarodowe konflikty mają te same podstawy. Amerykańscy farmerzy starają się ograniczyć dostęp do argentyńskich płatków zbożowych, bydła i mięsa. Europejczycy postępują podobnie w stosunku do produktów z Australii czy Ameryki.

Fundamentalnych przyczyn dzisiejszych antagonizmów między grupami należy upatrywać w trwającym procesie powrotu do systemu kastowego. Australia i Nowa Zelandia są demokratycznymi państwami. Jeżeli pominęlibyśmy fakt, że ich wewnętrzna polityka rodzi coraz to nowe konflikty pomiędzy grupami interesów, moglibyśmy powiedzieć, że stworzyli oni homogeniczne społeczeństwo, w którym wszyscy są równi wobec prawa. Jednak w myśl regulacji dotyczących imigracji, ograniczających wjazd do kraju zarówno kolorowym jak i białym przyjezdnym, rządy tych krajów zjednoczyły wszystkich swoich obywateli w jedną uprzywilejowaną kastę. „Prawowici” mieszkańcy mają zagwarantowaną pozycję, która zapewnia wyższą produktywność i co za tym idzie, wyższe płace. Nieprzyjęci do społeczeństwa zagraniczni pracownicy i farmerzy są pozbawieni takich przywilejów. Również, gdy amerykański związek zawodowy zabrania kolorowym obywatelom dostępu do danej gałęzi przemysłu, ma miejsce wyodrębnienie osobnych kast w oparciu o różnice rasowe.

Nie musimy rozpatrywać problemu, czy jest prawdą, czy nie, iż przetrwanie i dalszy rozwój zachodniej kultury wymaga zachowania geograficznej segregacji różnych ras. Celem tej pracy jest analiza ekonomicznych aspektów konfliktów grupowych. Jeżeli byłoby prawdą, że względy rasowe powodują, iż niewskazane jest utworzenie miejsca, w które mogliby zostać przesiedleni kolorowi mieszkańcy przeludnionych obszarów świata, nie zaprzeczałoby to stwierdzeniu, że w nieskrępowanym społeczeństwie kapitalistycznym nie występują nieuniknione i niedające się załagodzić konflikty grup interesów. Wskazywałoby to jedynie na to, że czynniki rasowe sprawiają, iż niepożądane jest  w pełni konsekwentne wprowadzenie kapitalizmu i systemu rynkowego. Byłoby to jedynie dowodem na to, że konflikty pomiędzy rasami, z przyczyn powszechnie nazywanych nieekonomicznymi, są nieuniknione. Z pewnością zaś nie obalałoby to tezy liberałów, iż w ramach nieskrępowanej przedsiębiorczości oraz wolnego przepływu ludzi, towarów oraz kapitału nie występują konflikty nie do pogodzenia, wynikające ze słusznie rozumianych interesów jednostek i różnych grup ludzi.

III

Od wieków panuje przekonanie o tym, iż na świecie przeważają nieuniknione konflikty pomiędzy grupami interesów. Była to jedna z podstawowych zasad merkantylistów, którzy konsekwentnie wnioskowali z niej, że wojna jest wrodzonym i wiecznym modelem relacji międzyludzkich. Merkantylizm był filozofią wojny.

Chciałbym zacytować przy tej okazji dwie późne manifestacje tej doktryny. Jako pierwszą przytoczę wypowiedź Woltera, w którego czasach zachwyt nad merkantylizmem był już przeszłością ­— francuski fizjokratyzm i brytyjska ekonomia polityczna przejmowały jego miejsce. Jednakże Wolter jeszcze o nich nie słyszał (pomimo, że jego przyjacielem był David Hume, jeden z czołowych przedstawicieli nowych idei). Pisze on zatem w 1764 w swoim Dictionnaire Philosophique:

 

être bon patriote, c’est souhaiter que su ville s’enrichisse par le commerce et soit puissante par les armes. Il est clair qu’un pays ne peut gagner sans qu’un outre perde, et qu’il ne peut vaincre sansfaire des malheureux[1].

Mamy tutaj przepiękną językowo formułę współczesnej walki, zarówno militarnej jak i ekonomicznej. Prawie osiemdziesiąt lat później możemy znaleźć kolejny przejaw tej doktryny. Co prawda używając mniej wyszukanych słów, ale za to bardziej dobitnych, książę Ludwik Napoleon Bonaparte, przyszły cesarz Napoleon III, stwierdza:

La quantité des merchandises qu’un pays exporte est toujours en raison directe du nombre des boulets qu’il peut envoyer à ses ennemis, quand son honneur et sa dignité le commandent[2].

Argumentów przeciwko podstawom takiego myślenia powinniśmy szukać w osiągnięciach klasycznych ekonomistów i zainspirowanych przez nich, wolnościowych działaniach rządów. Wtedy to, po raz pierwszy w historii człowieka, powstała filozofia społeczna, która ukazywała, że ludzkie interesy wszystkich ludzi i wszystkich grup ludzi mogą trwać w harmonii. Po raz pierwszy pojawiła się filozofia pokojowego współdziałania i współistnienia ludzi. Było to świadectwem radykalnych zmian w tradycyjnej moralności i ustanowieniem nowych standardów etycznych.

Wszystkie poprzednie szkoły moralności były heteronomiczne. Postrzegały one prawo moralne  jako ograniczenia nałożone na człowieka przez niezmierzoną mądrość Boską albo tajemniczy głos sumienia. Chociaż potężne grupy miały możliwość polepszenia swojego ziemskiego życia, szkodząc tym słabszym, to jednak, respektując obowiązujące zasady etyczne, powinny wyrzec się dążeń do swoich własnych egoistycznych interesów osiąganych na koszt innych. Przestrzeganie prawa moralnego prowadziło do utraty przewagi, którą dana grupa mogła sobie zapewnić.

W świetle teorii ekonomii sprawy przedstawiają się całkowicie inaczej. W ramach nieskrępowanego wolnego rynku nie występują konflikty pomiędzy egoistycznymi interesami jednostek i różnych grup. W krótkim okresie osoba bądź grupa może zyskać szkodząc interesom innych ludzi. Jednakże w długim okresie zaangażowanie w takie działania przynosi podobnie negatywny efekt temu, kto je stosuje, co i poszkodowanemu. Wyrzeknięcie się krótkoterminowych korzyści w celu zapewnienia pokojowego funkcjonowania całego mechanizmu społecznej kooperacji może się co prawda wydawać stratą, jednak jest ona wyłącznie przejściowa. Sprowadza się bowiem do porzucenia małych, natychmiastowych zysków dla nieporównywalnie większych korzyści w przyszłości.

Taki jest rdzeń moralnych wskazań dziewiętnastowiecznych utylitarystów. Postępuj zgodnie z prawem moralnym dla własnego dobra, nie ze strachu przed piekłem czy ze względu na innych, ale dla własnej korzyści. Porzuć ekonomiczny nacjonalizm i podboje, nie dla cudzoziemców i obcych, ale swojego kraju i państwa.

To właśnie częściowy sukces tej filozofii przyczynił się do niesamowitych ekonomicznych i politycznych osiągnięć współczesnego kapitalizmu. To dzięki niej żyje dzisiaj na świecie o wiele więcej ludzi niż w przeddzień „rewolucji przemysłowej”, a ponadto w krajach, które doszły najdalej w drodze do kapitalizmu, zwykli ludzie cieszą się z bardziej wygodnego życia niż bogacze w przeszłości.

Naukową podstawą utylitarnej etyki jest teoria ekonomii. Etyka utylitaryzmu i ekonomia trwają razem i razem też upadają.

Błędnym byłoby oczywiście rozumowanie zakładające, że taka teoria ekonomii jest możliwa i potrzebna, ponieważ doceniamy jej rozwiązania w kontekście problemu utrzymania pokoju. Istnienie regularności zjawisk ekonomicznych jak i możliwość systematycznego i naukowego badania ekonomicznych praw nie mogą być zakładane a priori. Za każdym razem, gdy zajmujemy się problemem, który powszechnie określa się jako ekonomiczny, naszym pierwszym zadaniem powinno być postawienie pytania na poziomie epistemologicznym, czy w ogóle istnieje coś takiego jak ekonomia.

Musimy sobie uświadomić, że jeżeli dokładne i rzetelne badania epistemologicznych podstaw ekonomii miałby potwierdzić twierdzenia niemieckiej szkoły historycznej czy amerykańskich instytucjonalistów, iż w rzeczywistości teoria ekonomii nie może istnieć, a prawa na podstawie których ekonomiści budowali swoje modele są iluzoryczne, wtedy okrutne konflikty pomiędzy rasami, nacjami i klasami społecznymi są nieuniknione. Także militarystyczna doktryna ciągłej wojny i rozlewu krwi musiałaby zastąpić ideę pokojowej współpracy między ludźmi. Natomiast zwolennicy pokoju byliby po prostu głupcami, bowiem wywodzą swoje teorie, ignorując podstawowe problemy ludzkich relacji.

Nie istnieje inna poza tą, którą reprezentują „ortodoksyjni” i „reakcyjni” ekonomiści, doktryna społeczna, która dopuszczałaby wniosek, iż pokój jest pożądany i możliwy. Oczywiście naziści obiecują nam pokój po ich ostatecznym zwycięstwie, kiedy wszystkie inne narody poznają w końcu swoje miejsce w społeczeństwie i zrozumieją, że muszą służyć „rasie panów”. Marksiści także obiecują pokój po ostatecznym sukcesie proletariatu, to jest, posługując się słowami Marksa, po tym, jak klasa pracująca przejdzie „okres długich walk, cały szereg procesów historycznych, które zupełnie przeistoczą ludzi i warunki”[3].

Marne pocieszenie. W każdym razie, te stwierdzenia wcale nie przeczą tezie, iż nacjonaliści oraz marksiści traktują okrutne konflikty interesów różnych grup jako konieczne zjawiska naszych czasów i że przypisują moralną wartość światowej wojnie czy walkom klasowym.

IV

Najbardziej doniosłym faktem w historii dwudziestego wieku jest bunt przeciwko racjonalizmowi, ekonomii i utylitarnej filozofii społecznej. Wiąże się on jednocześnie z odwrotem od wolności, demokracji i reprezentacyjnego rządu. Przyjęło się, aby rozróżniać ten ruch na jego lewicową i prawicową odnogę. Taki podział jest jednak nieprawdziwy. Dowodem na to jest fakt, iż niemożliwe jest zakwalifikowanie największych przywódców tego ruchu do żadnej z tych grup. Czy Hegel był człowiekiem lewicy czy prawicy? Wyznawcy filozofii Hegla, stojący zarówno po prawej jak i lewej stronie nie mylili się, odnosząc się do niego, jako do swojego mistrza. Podobnie można zapytać, czy George Sorel był zwolennikiem lewicy, czy prawicy? Zarówno Lenin, jak i Mussolini byli jego ideologicznymi uczniami. Bismarck jest zwykle uznawany za reakcjonistę, jednak jego plan opieki społecznej jest szczytem progresywizmu. Gdyby Ferdynand Lassalle nie miał żydowskiego pochodzenia, naziści z pewnością obwołaliby go pierwszym liderem ruchu robotniczego, założycielem niemieckiej partii socjalistów, jednym z bohaterów narodowych. Z punktu widzenia prawdziwego liberalizmu wszyscy zwolennicy doktryny konfliktu tworzą jedną homogeniczną grupę.

Główną bronią, która wykorzystywana jest przez antyliberałów zarówno z prawej, jak i lewej strony, jest twórcze przezywanie swoich przeciwników. Racjonalizm zyskał miano trywialnego i niehistorycznego. Utylitaryzm został zaszufladkowany jako system etyki skąpych maklerów. Ponadto, poza krajami anglosaskimi jest uznawany jako wytwór brytyjskiej „mentalności przekupek” i amerykańskiej „filozofii dolara”. Ekonomia natomiast jest pogardliwie określana jako „ortodoksyjna” i „reakcyjna” i nazywana „ekonomicznym rojalizmem” oraz „ideologią Wall Street”.

Smuci fakt, iż większość nam współczesnych nie jest zapoznana z teorią ekonomii. Wszystkie najważniejsze kwestie, których dotyczą obecne spory polityczne, są natury ekonomicznej. Nawet gdybyśmy pominęli fundamentalny problem kapitalizmu i socjalizmu, musimy sobie uświadomić, że sprawy, o których codziennie dyskutuje się w polityce, mogą być odpowiednio zgłębione wyłącznie stosując rozumowanie ekonomiczne. Jednakże nawet społeczni liderzy, politycy, czy redaktorzy unikają poważnego kontaktu z ekonomiczną wiedzą. Są nawet dumni ze swojej ignorancji. Boją się, że znajomość praw ekonomii może zaburzyć ich naiwną pewność siebie i samozadowolenie, dzięki którym tak łatwo przychodzi im przywłaszczanie sloganów, które usłyszeli w różnych miejscach.

Bardzo prawdopodobne wydaje się to, że nie więcej niż jeden na tysiąc uprawnionych do głosowania wie, co ekonomiści mają do powiedzenia na temat efektów płacy minimalnej, niezależnie od tego czy ustalonej przez rządową ustawę, czy przez nacisk ze strony związków zawodowych. Większość ludzi na wiarę przyjmuje twierdzenie, iż wprowadzenie płacy minimalnej powyżej stawek, które zostałyby ustalone na wolnym rynku, jest działaniem które poprawi sytuację wszystkich tych, którzy pobierają pensję. W ogóle nie podejrzewają, że taki przepis musi prowadzić do permanentnego bezrobocia dla znacznej części potencjalnej siły roboczej. Nie wiedzą, że sam Marks stanowczo zaprzeczył, jakoby związki zawodowe były w stanie podwyższyć zarobki wszystkich pracujących. Z tego powodu Marksiści z początku byli przeciwni próbom ustalenia płacy minimalnej.

Nikt ponadto nie uświadamia sobie, iż tak entuzjastycznie popierany przez wszystkich progresywistów plan lorda Keynesa, którego celem jest osiągnięcie pełnego zatrudnienia, opiera się tak naprawdę na zmniejszeniu wysokości realnych płac. Keynes zaleca politykę ekspansji kredytowej, ponieważ wierzy, iż „stopniowe i automatyczne obniżanie realnych płac jako wynik rosnących cen” nie spotka się z takim oporem pracujących, jak próba obniżenie nominalnych płac”[4]. Śmiało można więc stwierdzić, że przynajmniej w przypadku tej zasadniczej kwestii, „progresywni” eksperci nie różnią się od lekceważonych zwykle reakcyjnych wyzyskiwaczy klasy robotniczej. Biorąc to pod uwagę, doktryna sugerująca, iż konflikty interesów pomiędzy pracownikami i pracodawcami są nieuniknione i bez szans na porozumienie, jest pozbawiona swoich naukowych podstaw. Stabilny wzrost płac dla wszystkich chętnych do pracy może być osiągnięty wyłącznie poprzez akumulację dodatkowego kapitału i udoskonalenie metod produkcji (które jest możliwe właśnie dzięki temu dodatkowemu bogactwu). Widzimy więc, że interes zarówno pracujących, jak i pracodawców jest tu zgodny.

Równie prawdopodobne jest to, że tylko mała grupa ludzi zdaje sobie sprawę z tego, iż zwolennicy wolnego handlu sprzeciwiają się różnym rodzajom protekcjonizmu dlatego, że uważają takie działania za szkodliwe dla bogactwa ich własnego narodu, a nie dlatego że pragną poświęcić interes swoich rodaków na rzecz cudzoziemców. Poza jakąkolwiek wątpliwością jest fakt, iż prawie żaden Niemiec, w krytycznych czasach przed dojściem Hitlera do władzy, nie uświadamiał sobie, że ci, którzy sprzeciwiali się agresywnemu nacjonalizmowi i nie chcieli dopuścić do nowej wojny, nie byli zdrajcami gotowymi do zaprzedania interesów narodu niemieckiego zagranicznemu kapitalizmowi, ale patriotami, którzy chcieli uchronić rodaków przed tragedią bezsensownego rozlewu krwi.

Powszechna terminologia, dzieląca ludzi na przyjaciół i wrogów klasy robotniczej oraz nacjonalistów czy internacjonalistów, jest dowodem na to, iż ignorancja elementarnych zasad ekonomii jest praktycznie ogólnoświatowym zjawiskiem. Filozofia konfliktu jest mocno zakorzeniona w myśleniu współczesnych ludzi.

Jedno z zastrzeżeń zgłaszanych przeciwko popierającej wolnorynkowe społeczeństwo liberalnej filozofii wygląda mniej więcej tak: „Ludzkość nie może cofnąć się do systemu społecznego, który już minął.  Kapitalizm nie ma przed sobą żadnych perspektyw, gdyż jest systemem organizacji dziewiętnastowiecznego społeczeństwa, epoki, która już minęła”.

Jednakże, to co popierają ci niedoszli „progresywiści” to nic innego, jak powrót do porządku społecznego z czasów poprzedzających „rewolucją przemysłową”. Działania proponowane przez nacjonalistyczną ekonomię są repliką polityki merkantylistów. Konflikty pomiędzy związkami zawodowymi nie różnią się tak bardzo od konfliktów średniowiecznych gildii. Podobnie jak władcy siedemnasto i osiemnastowiecznej Europy, obecni przywódcy także dążą do utworzenia systemu, w ramach którego to rząd kieruje ekonomicznymi działaniami swoich obywateli. Niekonsekwencją jest odrzucenie możliwości powrotu do polityki Cobdena i Brighta, gdy nie widzi się nic złego w powielaniu działań, które podejmował Ludwik XIV i Colbert.

V

Faktem jest, iż filozofia konfliktu i rozpadu jest najszerzej uznawaną filozofią naszych czasów. Ludzie postrzegają swoją partię, grupę językową czy naród jako nadrzędne w stosunku do innych. Wierzą, że grupa, do której należą, nie może prosperować bez pogorszenia sytuacji innej. Tym samym, nie są przygotowani, aby tolerować działania, które w ich mniemaniu są porzuceniem istotnych dla grupy interesów. Dlatego też nie do pomyślenia wydaje się pokojowa współpraca z innymi grupami. Przykładem niech będzie nieprzejednany upór leninizmu, francuskiego nacjonalizmu czy też nazizmu. Nie różnią się one niczym w ich stosunku do interesów własnego kraju. Żadna z tych grup nie jest w stanie odrzucić nawet swoich  najmniejszych aspiracji związanych z jednością narodu.

Niemniej, prawdą jest również, iż istnieją potężne siły, które wciąż przeciwdziałają tendencjom zmierzającym do konfliktu i dezintegracji. W USA jest to przede wszystkim prestiż, który zgodnie z tradycją przypisywany jest Konstytucji. Dzięki niemu zostały w porę powstrzymane próby różnych lokalnych grup nacisku, które dążyły do złamania ekonomicznej jedności narodu poprzez wprowadzenie międzystanowych ograniczeń handlu. Jednakże w długim okresie nawet te szlachetne tradycje mogą się okazać niewystarczające, jeżeli nie będą wsparte społeczną filozofią, która będzie głosiła wyższość interesu całego społeczeństwa i jego harmonii z interesem każdej jednostki[5].


[1] „Bycie patriotą to nadzieja, że nasze miasto bogaci się poprzez handel i siłę wojska. Jest jasne, że jedno państwo nie może zyskać bez straty innego i żadne nie może dominować bez pogrążenia innego w nędzy” [tłum. własne].

[2] „Ilość dóbr, jaką państwo eksportuje jest zawsze bezpośrednio powiązana z ilością pocisków, które może wysłać przeciwko swoim wrogom” [tłum. własne].

[3] Marx, Der Buergerkrieg in Frankreich, Pfemfert, Berlin, 1919. Wyd. polskie: Karol Marks, Wojna domowa we Francji, Książka, Łódź 1945.

[4] Keynes, The General Theory of Employment, Interest and Money, London, 1939. Wyd. polskie: Keynes, Ogólna teoria zatrudnienia, procentu i pieniądza, PWN, Warszawa, 1956. Krytyczne spojrzenie na tę ideę można znaleźć w: Albert Hahn, Deficit Spending and Private Enterprise, “Postwar Readjustments Bulletin”, No. 8, U.S. Chamber of Commerce, s. 28-29.

[5] Dalsze rozwinięcie idei zawartych w tej pracy można znaleźć w: Ludiwg von Mises, Socialism, an Economic and Sociological Analysis (London: Jonathan Cape, revised ed., 1951) s. 328-351. Wyd. polskie: Ludwig von Mises, Socjalizm, Arcana, Kraków, 2009; oraz Theory and History, an Interpretation of Social and Economic Evolution (Yale University Press, 1957) s. 112-146.

Podobał Ci się artykuł?

Wesprzyj nas
Ludwig von Mises

O Autorze:

Ludwig von Mises

Ludwig von Mises był najwybitniejszym obrońcą kapitalizmu i krytykiem socjalizmu w XX wieku, najważniejszym przedstawicielem austriackiej szkoły ekonomii, nauczycielem Hayeka, Rothbarda oraz wielu innych ekonomistów i naukowców. Przez całe dorosłe życie pisał i wykładał w wielu krajach. Jest autorem kilkudziesięciu książek i ponad 250 artykułów. Pierwsza dłuższa praca Theorie des Geldes und der Umlaufsmittel (Teoria pieniądza i kredytu, 1912) przyniosła mu uznanie w całej Europie. W kolejnej znakomitej książce Die Gemeinwirtschaft: Untersuchungen über den Sozialismus (Socjalizm, 1922) Mises przewidział upadek socjalizmu. Po Anschlussie Austrii Mises wyjeżdża do Szwajcarii, gdzie publikuje Nationalökonomie: Theorie des Handelns und Wirtschaftens (1940). W 1940 roku przenosi się do USA. Tu ukazuje się Human Action (1949) – rozszerzona, angielska wersja Nationalökonomie. Human Action, czyli Ludzkie działanie – opus magnum Misesa – zostało przetłumaczone na większość języków europejskich.

Pozostałe wpisy autora:

11 Komentarze “Mises: Konflikty interesów grupowych

  1. „Powszechna terminologia, dzieląca ludzi na przyjaciół i wrogów klasy robotniczej oraz nacjonalistów czy internacjonalistów, jest dowodem na to, iż ignorancja elementarnych zasad ekonomii jest praktycznie ogólnoświatowym zjawiskiem.” święte słowa.
    W Polsce w tej chwili sytuacja jest fatalna. Starsze pokolenie tzw. perelowska młodzież kojarzy kapitalizm jedynie z pełnymi półkami sklepów i dobrym wynagrodzeniem, nie rozumiejąc kompletnie składających się na to mechanizmów, nikt z przyczyn oczywistych wtedy tego nie uczył. Obecnie sytuacja niewiele się zmieniła, tylko miejsce ideologii PZPR zajęła religia. Nasz katolicyzm w przeciwieństwie do protestantyzmu uczy ludzi bierności( ja jestem zwolennikiem wyrzucenia jakichkolwiek religii ze szkół). Na lekcje z tzw. przedsiębiorczości zaprasza się przedstawicieli z MOPSu!. Nie ma nauki podstaw i historii filozofii, która uczy myślenia bardziej niż najbardziej rozbudowana algebra lub wałkowanie różnych lektur. Nie ma nauki współczesnej historii, w 90% przypadków nie udaje się zrealizować programu nauczania historii współczesnej , bo w liceum przypada to na okres przedmaturalny, w gimnazjum na egzamin gimnazjalny, a w szkole podstawowej dzieci są jeszcze za mało dojrzałe. Po za tym historia współczesna wszystkim obecnym pokoleniom kojarzy się głównie z martyrologią.
    Szykujemy sobie w Polsce cywilizacyjną zapaść.
    Ja osobiście nie zgadzam się z niektórymi tezami zawartymi w tym tekście, nie chcę tu teraz tego analizować by nie zatracić głównej i słusznej myśli, że podstawą pomyślnego rozwoju naszej cywilizacji jest nauka ludzi niezależnego myślenia, aby różni ideolodzy i przywódcy jacy się jeszcze pojawią byli natychmiast poddawani bezwzględnej krytyce. W chwili obecnej nasz system edukacyjny jest pod tym względem jedną wielką porażką.
    Mimo wszystko życzę miłego dnia.
    Mergiel

  2. Postulat, żeby ludzie znali historię, ekonomię, filozofię (a także algebrę i inne nauki) jest ze wszech miar słuszny. Im więcej będzie mądrych ludzi, tym lepiej dla każdego – co do tego panuje pełna zgoda. Tzw. zdrowy rozsądek, teoria gier, socjaliści, liberałowie, progresywiści i konserwatyści, kobiety i mężczyźni – wszyscy się zgadzają, że nauka (zwłaszcza nauka niezależnego myślenia) nikomu jeszcze nie zaszkodziła. Spory zaczynają się, kiedy przychodzi do określania, czego konkretnie dzieci mają się uczyć. Kreacjoniści chcą uczyć Biblii, ewolucjoniści – Dawkinsa, libertarianie – Rothbarda, liberałowie – Friedmana, przedstawiciele „głównego nurtu” – Keynesa, marksiści – Marksa, alterglobaliści – Naomi Klein etc. I każdy z pełnym przekonaniem twierdzi, że niezależne myślenie prowadzi nieuchronnie do wyboru tych, a nie innych lektur i autorytetów.

    Jak pogodzić tego typu sprzeczne oczekiwania? Nie da się przecież na jednej lekcji opowiadać o Marksie, a na drugiej o Misesie – oddzielając ich równie wysokim murem indyferencji, jaki dziś dzieli w szkole historię od geografii. Jeśli ktoś z równą uwagą wysłucha lekcji o „Kapitale” oraz o „Ludzkim działaniu”, szybko uzna, że jedna z prezentowanych mu wizji świata MUSI BYĆ FAŁSZYWA. Geologiczne działy wód nie stoją w sprzeczności z wynikłymi z przeszłych wojen granicami państw, a więc można o nich mówić osobno i bez wzajemnych odwołań (choć wiedzę historyczną można by wzbogacić i uatrakcyjnić odwołując się do geograficznych uwarunkowań istotnych zdarzeń dziejowych, a geografię uzupełnić o historyczne znaczenie rzek, łańcuchów górskich i surowców naturalnych). W przypadku kreacjonizmu i ewolucji, liberalizmu i etatyzmu, ekonomii i tego, co nie jest ekonomią – sprzeczność jest zbyt oczywista, żeby można ją było czy to pominąć milczeniem, czy zamknąć w zgrabnej formułce o „różnicy poglądów pomiędzy naukowcami”. Dla kreacjonisty Darwin nie był naukowcem, a dla Dawkinsa kreacjoniści są fanatykami religijnymi zwalczającymi rozum – między tego typu stanowiskami nie może być zgody. Dlatego nie można ich uczyć RAZEM, wykładając je z równą powagą i bez wzajemnych komentarzy jednemu i temu samemu człowiekowi, bo to jest taka operacja, jakby mu jedną nogę odkręcić o 180 stopni w prawo, a drugą w lewo. Nogi może by to jeszcze wytrzymały, ale normalny umysł ludzki tego nie zdzierży. Nie jest też rozwiązaniem wspominanie o kreacjonizmie jak o teorii flogistonu, bo dla jego zwolenników (kreacjonizmu, nie flogistonu) ma to jeszcze mniejszą wartość, niż brak jakiejkolwiek wzmianki.

    Skoro nie da się uczyć sprzecznych poglądów razem, to – zanim nie wymrą ich zwolennicy – mamy do wyboru dwie ścieżki. Albo ktoś zakaże wykładania jednych, a nakaże wykładanie drugich, albo będą one wykładane osobno, w innych miejscach, innym dzieciom. Zakaz ma taką właściwość, że jest arbitralny, tzn. zgodny z poglądami zakazującego, a nie wynika z obiektywnych przesłanek. Jeśli miałby dotyczyć teorii ekonomicznych, a zakazującym byłby urzędnik państwowy (w randze ministra edukacji), to z o wiele większym prawdopodobieństwem dotyczyłby Misesa niż Keynesa. Dziś (jeszcze bez formalnego zakazu) większość absolwentów ekonomii i tak nie ma zielonego pojęcia o szkole austriackiej. Gdyby szkoła austriacka stała się kiedyś tak popularna, jak kreacjonizm w Ameryce – spodziewałbym się zdecydowanego przeciwdziałania jej dalszemu rozprzestrzenianiu się ze strony państwa, dla którego (a zwłaszcza jego działań w sferze gospodarki) teorie Keynesa stanowią raison d’etre.

    Jeśli nie zakazy (i nakazy), to separacja. Ale to wcale nie jest takie proste. Państwu (i etatystom) się wydaje, że kontrola nad procesem nauczania i przekazywanymi młodzieży treściami, stanowi istotę ciągłości narodu, warunek międzypokoleniowej spójności kulturowej itp. Co do tego panuje dziś w tzw. przestrzeni publicznej niemal pełna zgoda. Podważają ją (nieśmiało i z przeciwstawnych wychodząc założeń) jedynie skrajni, zwykle religijni fundamentaliści oraz (niektórzy) libertarianie. Pierwsi dlatego, że państwo zabrania im w pełni i na zasadach wyłączności nauczać treści zgodnych z ich przekonaniami religijnymi, a drudzy dlatego, że nie widzą żadnego uzasadnienia dla jakichkolwiek prerogatyw państwa w obszarze edukacji (jak i w żadnej innej, poza ochroną bezpieczeństwa obywateli oraz wymiarem sprawiedliwości – choć i tu nie ma pełnej zgody). Separacja oznaczałaby możliwość wyboru szkoły, w której uczy się kracjonizmu (a nie wspomina o Darwinie), albo takiej, gdzie uczy się Misesa i teorii gier, Keynesa i Marksa traktując na równi ze zwolennikami płaskiej ziemi. Jak również szkoły islamskiej, gdzie jako jedyny przedmiot wykładane są zasady szariatu. Byłoby to uznanie zasady suwerenności rodziców w obszarze edukacji ich dzieci – suwerenności WOBEC PAŃSTWA. Współczesne państwo nie toleruje jednak suwerenności swoich obywateli (nie różni się w tym względzie od państw dawnych) w obszarach, które uznaje za kluczowe dla swojego istnienia. Dlatego nauczyciele mają status (nie wszędzie formalny, ale niemal wszędzie – faktyczny) urzędników państwowych. W takiej sytuacji już nawet dopuszczenie do powstawania szkół prywatnych jest ze strony państwa wielkim poświęceniem (wszędzie tam, gdzie udało mu się uprzednio całkowicie zawłaszczyć ten obszar aktywności społecznej, zwykle – odbierając go poprzedniemu agresorowi: kościołowi). Ale poświęcenie (jak wszystko na świecie, nawet Związek Radziecki) ma swoje granice. Szkoła może być prywatna, ale uczyć ma tego, czego wymaga państwo. A jak nie uczy, to nie będzie mogła wydać świadectwa maturalnego, które jest warunkiem dostania się na (choćby prywatną) uczelnię wyższą, a najpierw, profilaktycznie, zostanie zamknięta, przez państwowego kuratora, który nawet nie będzie potrzebował asysty policji, bo i tak nikt mu się nie przeciwstawi.

    Dlatego, słuszne skądinąd, narzekania na niski poziom edukacji, utrudniający, a niekiedy nawet uniemożliwiający nam reformowanie kraju w kierunku, który uznajemy za słuszny, należy – moim zdaniem – poprzedzić namysłem nad modelem edukacji, który pozwoliłby osiągnąć pożądany stan wykształcenia obywateli. Z doświadczenia i licznych debat wiem, że znaczna część zwolenników powszechnego podniesienia poziomu wiedzy „wymięka”, kiedy przychodzi do debaty o konsekwencjach poszczególnych systemów edukacyjnych. W skrócie: każdy chciałby być oświeconym dyktatorem, który szybko i forsownie wprowadzi swój model, a potem wszyscy będą żyli długo i szczęśliwie.

    Osobiście jestem zwolennikiem pełnej dowolności wyboru szkoły, łącznie z jej programem, który nie podlegałby nawet rejestracji, a co dopiero zatwierdzaniu ze strony jakiegokolwiek państwowego urzędu. I, co chyba oczywiste, uważam, że absolwenci szkoły prowadzonej przez Instytut Misesa lepiej by sobie radzili w życiu, niż absolwenci szkoły Radia Maryja czy Związku Gmin Islamskich. Ja jestem gotów zaryzykować przyszłość swoich dzieci, wysyłając je do szkoły nie mającej państwowego stempelka. A Państwo?

  3. @Aki
    Szanowny Panie to załóż Pan firme nauczającą uznawanej przez Pana wiedzy tak jak Radio Maryja se założyło szkołę i nauczaj Pan. Co Panu przeszkadza – jest kapitalizm.

  4. Ad Aki
    Nie zgadzam się z takim podejściem do sprawy, że nie można uczyć różnych poglądów na świat w tej samej szkole. To co napisałeś odpowiada myśleniu partyjnego aparatczyka, dla którego istotna jest indoktrynacja, a nie wyrabianie sobie poglądów i poznawanie świata. W „Historii filozofii” Tatarkiewicza jest wiele sprzecznych ze sobą idei przedstawionych obok siebie i co? Czy nie daje się tego czytać, czy powoduje zamęt ideologiczny. Tak samo prosto wyłożona „filozofia” Popkina i Strolla . Trzeba rozróżniać naukę od indoktrynacji. Zarówno Marks jak i Hayek są elementami naszych intelektualnych zdobyczy i trzeba uczyć o obu i w jednej szkole, bo tylko przez rzeczową konfrontację można wyrobić sobie na jakiś temat własne poglądy.
    To co napisałeś, to jest promocja intelektualnego apartheidu.
    Miłego dnia Mergiel

  5. @ 🙂

    Gdzie udało się Panu wyśledzić w Polsce kapitalizm? W dziedzinie oświaty???(!)?

    Radio M. nie płaci podatków, łamie ustalenia koncesji na nadawanie programu radiowego, nawołuje do nienawiści rasowej, powiada fałszywe świadectwo przeciw biźniemu swemu itd. – wszystko to w państwie, które: pobiera podatki, wydaje koncesje (a od nadawców prywatnych wymaga b. skrupulatnego ich przestrzegania) i ogranicza wolność słowa, m.in. zakazując pewnego typu wypowiedzi. Takie państwo nie jest kapitalistyczne, ale oczywiście ci, którzy nie przestrzegają jego praw, bynajmniej nie muszą robić tego z pobudek ideologicznych, a już zwłaszcza z powodu przywiązania do kapitalizmu (złodzieje np. nie są, a osoby uchylające się od płacenia podatków – nie muszą być zwolennikami laissez faire). A już w dziedzinie edukacji panuje u nas pełny etatyzm, czego dowodem jest i to, że szkoły oraz inne instytucje prowadzone przez Radio M – zgodnie z obowiązującym w Polsce prawem – powinny zostać dawno zamknięte. Ja tego prawa nie popieram i nie nawołuję do zamykania ust (i szkół) komukolwiek – nawet o. Rydzykowi, ale proszę mi nie mówić, że założenie i utrzymanie przy życiu prywatnej szkoły jest w Polsce wyłącznie kwestią wolnej woli. Nie jest, bo prywatna szkoła musi konkurować o uczniów (i portfele rodziców), ze szkołami państwowymi, które są utrzymywane przez ogół podatników (także tych, co wysyłają dzieci do szkół prywatnych). O. Rydzyk skutecznie konkuruje z państwową oświatą, radiem i innymi instytucjami – tylko dlatego, że bezkarnie łamie prawo.

  6. @ Mergiel

    Nasza debata pod tekstem Misesa zaczęła się od tego, że Pan zasugerował, iż bez znacznego podniesienia poziomu wykształcenia obywateli „szykujemy Polsce zapaść cywilizacyjną”. Zgadzając się zasadniczo z tym stwierdzeniem, postawiłem tezę, że znaczne podniesienie poziomu wykształcenia wymaga innego modelu szkoły: takiego, w którym nie będzie się uczyć rzeczy wzajemnie sprzecznych, a to wymaga – moim zdaniem – zniesienia monopolu państwa nie tylko na prowadzenie szkół (no, dobrze: zniesienia „dominującej pozycji”), ale także odebrania mu prerogatyw do ustalania programów. To oczywiście nie wystarczy, ale jest warunkiem koniecznym rozpoczęcia reform, które – w dość odległym horyzoncie czasowym, ale jednak! – doprowadzą do powstania pewnej grupy obywateli, którzy będą mieli do rzeczywistości stosunek znacząco inny, niż ten, który dziś dominuje w szeroko rozumianej debacie publicznej. Dziś dominuje deklarowany altruizm, wspólnotowość i pochwała państwa, jako jedynej organizacji zabezpieczającej ludzi przed rzuceniem się sobie wzajemnie do gardeł (jak u Hobbesa). Ja uważam ten zestaw poglądów za fałszywy, ale nie domagam się bynajmniej, żeby go zakazano (jak zdaje się sugerować Pan w swojej odpowiedzi), tylko ŻEBY GO NIE NAKAZYWANO.

    Ja się nie odżegnuję od „indoktrynacji”. Tak, w moim modelu szkoły dzieci byłyby uczone tego, co wynika z jej (szkoły) jawnie deklarowanych założeń programowych, a o innych punktach widzenia mogłyby się w skrajnym wypadku nie dowiedzieć ani słowa. Nie dowiedziałyby się więc np. dlaczego Marks nie zdefiniował w swoim fundamentalnym dziele pojęcia „klasy” ani o twórcach teorii flogistonu. Strukturalnie, niewiele by się to różniło od dzisiejszej sytuacji, w której dzieci zdając maturę nie wiedzą nic nt. Smitha, Spencera, Misesa, Rothbarda, czy Ayn Rand. Dziś ta akurat niewiedza dotyczy 100% maturzystów, a w moim modelu maturzyści różnych szkół mieliby bardziej zróżnicowane światopoglądy.

    Szkoła – jako instytucja – indoktrynuje i wprowadza „intelektualny apartheid” w znacznie większym stopniu dziś, niż miałoby to miejsce w proponowanym przeze mnie modelu. A to dlatego, że jedynym sposobem na skuteczne ograniczenie wolności jest zastosowanie państwowego przymusu (w państwie liberalnym przymus prywatny jest nielegalny). Gdyby państwo nie ograniczało wolności konstruowania programów szkolnych i prowadzenia szkół – poziom wykształcenie obywateli byłby zdecydowanie wyższy, choć i bardziej zróżnicowany.

    Ja uważam, że tak jak Mises jest nie do pogodzenia z Marksem, a Darwin z Biblią (w jej najprymitywniejszych interpretacjach), tak i postulat podwyższenia poziomu edukacji obywateli nie może być spełniony, jeśli się nie dopuści konkurencji programów szkolnych, a to oznacza likwidację monopolu państwowego w tej dziedzinie. Nieuchronną tego konsekwencją będzie powstanie szkół „sprofilowanych ideologicznie”, które – czy to w trosce o zdrowie psychiczne swoich podopiecznych, czy też z niechęci do konkurencyjnych światopoglądów – będą „indoktrynowały”, tzn. mówiły w jawny i otwarty sposób, że A jest prawdziwe, zaś nie-A fałszywe. Kosztem takiego modelu będzie to, że kreacjoniści będą mogli bezkarnie nauczać dzieci innych kreacjonistów, że Dawkins jest szarlatanem, a w starożytnym Krakowie ludzie współżyli z dinozaurami. Zyskiem będzie to, że moja córka będzie mogła wysłać swoje dziecko do szkoły, gdzie Ayn Rand będzie traktowana z większym szacunkiem od Żeromskiego. No i chyba nie będzie takiej szkoły, w której ktoś na poważnie stwierdzi, że „zarówno Marks jak i Hayek są elementami naszych intelektualnych zdobyczy” – o ile Pan jej nie założy (czego nikt Panu nie zabroni). Ale ja bym do takiej szkoły swoich dzieci nie posłał, bo bałbym się, że dowiedzą się tam także, iż Churchill i Stalin byli wielkimi mężami stanu, którzy przyczynili się do zwycięstwa nad Hitlerem (z tym, że Stalin w większym stopniu).

    Podsumowując: istotny wybór nie dotyczy tego, która (czyja) indoktrynacja jest lepsza, tylko tego, czy należy zlikwidować istniejący dziś faktyczny i instytucjonalny monopol państwa na indoktrynację.

  7. „Radio M. nawołuje do nienawiści rasowej,”

    Co to znaczy? Konkrety proszę i definicje „nienawiści rasowej”.

    „powiada fałszywe świadectwo przeciw biźniemu swemu itd.”

    Np.?

  8. @SzLZ

    Jadąc kiedyś w szalonym korku przez Częstochowę zadałem sobie pokutę i słuchałem RM przez ponad godzinę. To była jedyna w moim życiu taka dawka, więc po przeczytaniu Pańskich pytań wolałem zajrzeć do internetu niż opierać się na zawodnej pamięci. A na dodatek od tamtego czasu nie nagrzeszyłem aż tyle, żeby powtarzać to doświaczenie.

    Odpowiedź na hasło „Kłamstwa w Radiu Maryja” (51800 pozycji) zajęła googlowi 0,3 s. Na drugim miejscu znalazł się link do strony http://www.radiomaryja.pl.eu.org/incydenty.html, gdzie znajdzie Pan dość przyzwoicie udokumentowaną zarówno nienawiść rasową (zgodnie z obowiązującym w Polsce prawem i obyczajami – których, notabene, nie jestm zwolennikiem), jak i zwykłe łgarstwa.

    Tyle dla porządku i faktografii. A dla zasady, przypominam, że nie nawoływałem i nie nawołuję do zamknięcia RM. Napisałem tylko, że „absolwenci szkoły prowadzonej przez Instytut Misesa lepiej by sobie radzili w życiu, niż absolwenci szkoły Radia Maryja….”

    Bardziej rozbudowany wątek RM wziął się stąd, że p. 🙂 był łaskaw w odwecie zaproponować: „to załóż Pan firme nauczającą uznawanej przez Pana wiedzy tak jak Radio Maryja se założyło szkołę i nauczaj Pan. Co Panu przeszkadza – jest kapitalizm.”

    Na co z kolei odpowiedziałem, że nie spodziewam się ze strony państwa tak dalece tolerancyjnej postawy wobec szkoły, którą ew. chciałbym założyć, jak to ma miejsce w przypadku RM.

    RM jest w Polsce jedną z Przenajświętszych Krów i dzięki temu nie tylko istnieje, ale jeszcze się rozwija. Ponieważ ja nie mam zamiaru schlebiać gustom antysemitów, socjalistów i osób rychło wybierających się na tamten świat, nie widzę rynku na prawdziwie liberalno-austriacką szkołę, a ze strony państwa raczej nie spotkałbym się z przymykaniem oczu na drobne szwindle i grube przekręty (świadectwa udziałowe PPP) – zatem zakładać szkoły nie mam na razie zamiaru a i Instytutu Misesa nie namawiam.

    Możemy na tym zakończyć wątek RM?

  9. @8 Pięknie pan powiedział – „nie widzę rynku na prawdziwie liberalno-austriacką szkołę”.

    A jeszcze piękniej
    „Ponieważ ja nie mam zamiaru schlebiać gustom antysemitów, socjalistów i osób rychło wybierających się na tamten świat”

    Jestem spokojny o to że mizesologia nie wyjdzie poza krąg nawiedzonych. Uch… uspokoiliście mnie.

  10. @ 🙂

    Ależ Drogi Panie – MOGĘ, tylko w aktualnych okolicznościach przyrody – NIE CHCĘ, bo nie uważam tego za sensowne (prawdopodobieństwo sukcesu << 1). Nikt mi wszelako nie zabrania podejmowania ryzyka i ja się na żaden zakaz w swoich wypowiedziach nie żaliłem. Nie uskarżam się też na konkurencję ze strony RM, czy z jakiejkolwiek innej strony, a tylko zwróciłem uwagę, że nasze ulubione państwo, w ramach swoich konstytucyjnych prerogatyw jednych nadawców/operatorów edukacyjnych traktuje zdecydowanie inaczej niż innych. Biorąc to pod uwagę dodałbym jeszcze jeden znak "<" przed jedynką.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Nasi darczyńcy