Bitner: Taksówkowi naciągacze a wolny rynek

23 maja 2010 Ekonomiczna analiza prawa komentarze: 21

Autor: Maciej Bitner
Wersja PDF

Od lutego uwagę różnych gazet oraz programów interwencyjnych przyciąga sprawa krakowskich przewoźników, którzy naciągają klientów na kursy po kilkaset złotych. Warto się nad nią dokładniej pochylić, ponieważ z procederem tym wiąże się szereg lęków przed wolnym rynkiem, które wiele osób bądź już żywi, bądź też łatwo je w nich rozbudzić.

Zrekonstruujmy najpierw najważniejsze fakty. Dwóch mężczyzn od kilku miesięcy stoi w pobliżu Dworca Głównego w Krakowie i oferuje podróżnym kursy swoimi samochodami w cenie 90 zł za kilometr. Do niedawna obok ich pojazdów stał maluch z tablicą TAXI z niewidocznym z daleka dopiskiem:

„Tablica informacyjna – to nie jest postój taksówek”

Na bocznej szybie każdego z samochodów (na tej części, która znajduje się tuż przy samym bagażniku i ma trójkątny kształt) naklejony jest cennik, raczej mało widoczny. Przewoźnicy namawiają klientów na kurs, nie podają ceny, a na koniec wystawiają rachunek w wysokości na przykład 134 zł za niecałe dwa kilometry. Jeśli klient nie chce zapłacić podsuwają mu do podpisania zobowiązanie do zapłaty, które nakłada na niego obowiązek uiszczenia odsetek wysokości 50% dziennie. Dlatego sprawy sądowe, toczące się na wniosek naciągaczy, dotyczą roszczeń wysokości kilkunastu tysięcy złotych.

Choć wykluczenie takich działań z przestrzeni wolnego rynku może sprawić pewne trudności (o tym zaraz), z pewnością nie jest satysfakcjonujący sposób, w jaki próbuje walczyć z naciągaczami Państwo Polskie. Ponieważ działają oni w zgodzie z literą prawa, a ich postępowanie nie narusza warunków zezwolenia na przewóz osób, nie można ich po prostu podać do sądu. Zamiast tego nękają ich codziennie strażnicy miejscy. Malucha z tablicą TAXI już na przykład nie ma – nakazano jego usunięcie ze względu na zły stan techniczny. Prowadzone jest też wobec przewoźników postępowanie o wykroczenie polegające na nielegalnym zajęciu pasa drogowego, za które grozi mandat od 20 zł wzwyż. Naturalnym miejscem, gdzie można by skierować skargę na naciągaczy wydaje się Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumenta. Dziennikarze Gazety Krakowskiej zwrócili się nawet z pytaniem, czy nie dałoby się czegoś zrobić w tej sprawie. Uzyskali odpowiedź, że „Osoba korzystająca z takiego samochodu działa na własne ryzyko. Jeżeli wsiada do takiego auta, to tak, jakby podróżowała autostopem, ale na końcu musi za niego zapłacić”. Jedyne, co udało się w tej sprawie zrobić dla poszkodowanych to anulowanie odsetek, które są niezgodne z tak zwaną ustawą o lichwie.

Niestety nie widać od razu, żeby powody, dla których władze w Polsce nie potrafią sobie poradzić z naciągaczami, w systemie liberalnym z miejsca przestały istnieć. Przed każdą próbą ograniczenia ich działalności przewoźnicy mogą się bowiem bronić w oparciu o dwie fundamentalne zasady wolnego rynku – swobodę umów i egzekucję kontraktów. Nikt przecież nie zmusza pasażerów do wsiadania do samochodu, a sprzedawca nie ma obowiązku podawania wcześniej ceny. Jak to tłumaczy jeden z przewoźników:

„(…) ja oceniam sytuację, warunki pogodowe, korki, to, ile czasu czekam na klienta. Cenię swój czas, nie ukrywam tego, i klient też za to płaci. (…) Ludzie są przyzwyczajeni, że zapłacą tyle, co zawsze, nie czytają cennika. A jak mają zapłacić więcej, to zaraz się burzą. Ale sami są sobie winni”.

Co gorsza człowiek ten ucieka się do jeszcze bardziej „liberalnego” tonu, obwiniając za swoją sytuację rząd:

„Za trzaśnięcie drzwiami miałem stawkę 20 zł. Za kilometr brałem najpierw 3 zł, doszedłem do 7. Byłem zadowolony. Ale w 2009 roku rada miasta wprowadziła maksymalne ceny za kurs dla taksówkarzy. Nagle na mnie, czyli na przedsiębiorcę, któremu się dobrze pracowało, który dobrze zarabiał, był zadowolony, narzuca się kwotę i ogranicza się zyski. Nie chciałem się na to zgodzić i ja się z tym nie zgadzam do dzisiaj. No i musiałem zostać przewoźnikiem”.

Czy w takim razie zwolennik porządku liberalnego powinien uznać, że winni w całej sprawie są nieroztropni klienci oraz rząd, a pseudotaksówkarze ponoszą co najwyżej winę moralną? Moim zdaniem zdecydowanie nie. Winni są wyłącznie naciągacze, a pretensje do systemu prawnego należy mieć za to, że nie zostali ukarani. Prawo własności zaś, rozumiane szerzej – w sensie społecznego systemu dobrowolnych umów dotyczących majątku podmiotów – zostało naruszone w co najmniej dwóch miejscach.

Po pierwsze przyjmowano zapłatę za realizację umowy, która nie została zawarta w sposób ważny. Klient przewoźnika nie zaakceptował bowiem oferowanej ceny. Nie miał takiej okazji, gdyż sprzedawca go o niej nie poinformował. W takiej sytuacji można mówić o zawarciu umowy z dużą dozą domniemania. Domniemuje się między innymi, że wykonywana jest usługa przewozu, że jest ona płatna i że jej cena mieści się w granicach typowych dla takiej sytuacji. Jeżeli później strony nie mogą dojść do porozumienia, to puste przestrzenie w umowie powinien wypełnić sąd za pomocą materii pochodzącej z lokalnych precedensów. Na przykład, jeśli pasażer utrzymywałby później, że nie miał intencji skorzystania z usług płatnego przewoźnika, a jedynie twierdząco odpowiedział na zaproszenie na przejażdżkę, to sąd pewnie uznałby, że w kontekście społecznym, w którym strony się spotkały, rację ma przewoźnik.
Przedstawiony argument powinien stać się jaśniejszy na innym przykładzie. Załóżmy, że człowiek odwiedza restaurację, kelner przynosi menu, ale klient nawet go nie otwiera i mówi: „Co by mi pan polecił?”. Na to kelner odpowiada, że dziś najlepiej wygląda kaczka z jabłkami, a klient przyjmuje jego propozycję. Po chwili na stole pojawia się drób, który następnie zostaje zjedzony. Kelner następnie przynosi rachunek i tu zaskoczenie: kaczka kosztowała 200 tys. zł. Klient prosi o menu, oczywiście nie po to, by coś jeszcze zamówić, ale by w zdumieniu sprawdzić, że widnieje w nim kaczka w dokładnie takiej cenie jak na rachunku – 200 tys. zł za sztukę!

Czy niefortunny amator pieczonego drobiu powinien zapłacić? Tak, ale na pewno nie żądaną kwotę. Restauracja złamała bowiem domniemaną umowę – jedyne czego może oczekiwać, to wartości typowej dla takich sytuacji. Gdyby umowę złamał klient, na przykład odmawiając płacenia, twierdząc, że on niczego nie zamawiał, tylko wszedł do miejsca, gdzie ludziom d a j e się coś do jedzenia, to wtedy sąd stanąłby po stronie lokalu.

Drugim wykroczeniem przeciwko prawom własności, które tu, moim zdaniem, zaszło to używanie słów niezgodnie z ich znaczeniem w sytuacji określania parametrów oferowanej usługi. Napis „TAXI” komunikował klientom, że korzystają z taksówki, co było nieprawdą. Nie zmienia tego faktu śmieszny dopisek, który umieścili tam naciągacze. Jest to niedopuszczalne tak samo, jak można mieć słuszne pretensje do sprzedawcy owoców morza, który nad swoim straganem rozwiesił transparent „Świeże mule”, który reklamuje mule nieświeże. Unia Europejska jest śmieszna, gdy próbuje ściśle zdefiniować parametry, które powinien spełniać owoc z danego rodzaju, ale nie znaczy to, że w systemie wolnorynkowym można wciskać ludziom towary, których na pewno nie można zgodnie z powszechnie przyjętym znaczeniem określić w ten sposób, jak chciałby tego sprzedawca.

Nie dajmy się więc wciągnąć w imię walki o twardy liberalny ład w obronę naciągactwa. Prawo własności w społeczeństwie kierującym się zasadami wolnego rynku ma bowiem być proste i nie regulować odgórnie wszystkiego. Nie znaczy to jednak, że ma pozwalać na wszystko, co nie jest tak oczywistym jego złamaniem jak napaść czy kradzież.

Podobał Ci się artykuł?

Wesprzyj nas
Avatar

O Autorze:

Maciej Bitner

Ekonomista, znawca rynków finansowych. Autor licznych artykułów publicystycznych na stronie mises.pl i wykładowca na konferencjach organizowanych przez Instytut Misesa w latach 2005-2013. Obecnie główny ekonomista Warszawskiego Instytutu Studiów Ekonomicznych.

Pozostałe wpisy autora:

21 Komentarze “Bitner: Taksówkowi naciągacze a wolny rynek

  1. „Załóżmy, że człowiek odwiedza restaurację, kelner przynosi menu, ale klient nawet go nie otwiera i mówi: „Co by mi pan polecił?”. Na to kelner odpowiada, że dziś najlepiej wygląda kaczka z jabłkami, a klient przyjmuje jego propozycję. Po chwili na stole pojawia się drób, który następnie zostaje zjedzony. Kelner następnie przynosi rachunek i tu zaskoczenie: kaczka kosztowała 200 tys. zł. Klient prosi o menu, oczywiście nie po to, by coś jeszcze zamówić, ale by w zdumieniu sprawdzić, że widnieje w nim kaczka w dokładnie takiej cenie jak na rachunku – 200 tys. zł za sztukę!
    Czy niefortunny amator pieczonego drobiu powinien zapłacić? Tak, ale na pewno nie żądaną kwotę. Restauracja złamała bowiem domniemaną umowę – jedyne czego może oczekiwać, to wartości typowej dla takich sytuacji. Gdyby umowę złamał klient, na przykład odmawiając płacenia, twierdząc, że on niczego nie zamawiał, tylko wszedł do miejsca, gdzie ludziom d a j e się coś do jedzenia, to wtedy sąd stanąłby po stronie lokalu.”

    Trudny przypadek – rozumiem intencje, ale obawiam się, że argumentacja, że skoro klient nie zajrzał do menu, to może nie zapłacić podanej tam ceny, stwarza niebezpieczny precedens. Przypomina to bowiem sytuację podpisania umowy bez uprzedniego jej przeczytania. Jeśli po podpisaniu umowy odkryłbym jakieś mało korzystne dla mnie zapisy drobnym drukiem, mógłbym zakwestionować umowę, twierdząc, że nie przeczytałem jej, a spodziewałem się warunków standardowych dla umów tego typu.

    Wracając do kaczki – ile miałby zapłacić klient? Co to znaczy „wartość typowa dla takich sytuacji”? Jakaś średnia cena rynkowa w danym miejscu z ostatnich kilku miesięcy? To może od razu wprowadzić takie prawo: „żaden przedsiębiorca nie może sprzedawać towarów/usług po cenie X razy wyższej od średniej ceny rynkowej z X ostatnich miesięcy/lat”.

    Rozumiem zastrzeżenia moralne, ale tworzenie precedensu podważania umów („bo nie zajrzał do menu / bo nie przeczytał umowy”) jest niebezpieczne i co najmniej dyskusyjne.

  2. Bitner!
    Mądry chłopak jesteś ale prawo przewozowe (oczywiście ta część cywilno-prawna a nie administracyjno-prawna) w dużym stopniu uwzględnia problem. Dobrze przed publiczną wypowiedzią rozpoznać problem do końca.
    Pozdrowienia dla „austriaków”.

  3. Opisana sytuacja jest potocznie nazywana „naciągactwem”. Prawo cywilne doskonale radzi sobie z takimi problemami, a rzekomy kontrakt opiewający na wygórowaną kwotę niezaakceptowaną wyraźnie przez klienta nie byłby wykonalny przed sądem.

    Jeśli przewoźnik wprowadził klienta w błąd, iż klient ma do czynienia z taksówką, powinny znaleźć zastosowanie stawki obowiązujące dla taksówek. Na płaszczyźnie prawa karnego – umyślne wprowadzenie w błąd w celu niekorzystnego rozporządzenia mieniem, to przestępstwo z art. 286 Kodeksu karnego.

    Konkluzja – naprawdę nie potrzebujemy nowego prawa ani ciał administracyjnych dla radzenia sobie z problemami znanymi od zawsze. Wystarczy jedynie stosować istniejące (i wypracowane przez wieki)rozwiązania.

  4. „Czy niefortunny amator pieczonego drobiu powinien zapłacić? Tak, ale na pewno nie żądaną kwotę. Restauracja złamała bowiem domniemaną umowę – jedyne czego może oczekiwać, to wartości typowej dla takich sytuacji. ”

    Ponawiam wątpliwości pierwszego komentatora. Cóż to jest „typowa sytuacja”? I czemu miałby nie płacić? Oczekiwał, że kaczka będzie darmowa? Nie mógł sprawdzić, ani zapytać, ile kosztuje nim ją zamówił?

    Poza tym, od kiedy ktokolwiek ma monopol na używanie nazwy „taksówka”? I od kiedy austriacy uznają podobne „prawo” jako wolnorynkowe i słuszne?

  5. Umowa między klientem restauracji a restauracją była ważna i powinien zapłacić, bo to, że nie spojrzał nawet na cenę oznaczało, że akceptuje każdą. To, co sobie myślał w tym wypadku, nie ma znaczenia, bo mówiąc o „typowej sytuacji” można taką zasadę rozciągać w nieskończoność – np. mógłbym na jej podstawie nie zgodzić się na zapłacenie 15 złotych za piwo w jakiejś knajpie, bo w „typowej sytuacji” płacę siedem.

    Przyczepić się do naciągaczy można jedynie tylko w momencie, kiedy mieliśmy do czynienia z przypadkiem jawnego oszustwa (jak w przypadku, kiedy klientka naciągaczy wchodząc do samochodu usłyszała, że za kilometr płaci się złoty dwadzieścia, a płacąc za kurs – że „złotych dwadzieścia”).

    Moralnie działanie naciągaczy jest naganne, ale z punktu widzenia wolności zawierania umów wszystko jest w porządku. Niczyją winą nie jest, że ludzie nie czytają umów, które podpisują i nie zapoznają się z warunkami, na które wyrażają zgodę.

  6. Zgadzam się z przedmówcami – co to znaczy „typowa sytuacja”?
    Nikt nie zmusił ludzi do korzystania z tego typu przewozów.
    Przyzwyczajenie ludzi, że „przewóz taryfą” kosztuje zazwyczaj X, a „kaczka pieczona” generalnie kosztuje Y nie jest żadnym argumentem.
    Przed zawarciem umowy trzeba poznać jej warunki, a nie potem płakać.
    Nie mogę się nadziwić, że ten tekst został napisany przez Pana – którego teksty ekonomiczne czytało się z przyjemnością – i opublikowany do tego na stronie IM…
    Pozdrawiam.
    Arkazy

  7. Nie znam się za barzo na ekonomii austraickiej ale z tego co wiem nie ma w niej tzw. obiektywnej wartości, która mogła by tu oznaczać ,, typową sytuację” raczej panuje subiektywizm.Chyba musi płacić

  8. tomkam17, autor – dylemat kaczki za 200 tys (jak też taksówkarza-naciągacza) można „ugryźć” (nomen omen) jeszcze inaczej, w sposób tutaj nie przywołany przez nikogo.

    Można uznać, że oburzenie klienta na jej cenę i odmowa zapłaty jest równoznaczna z zerwaniem umowy sprzedaży i obsługi konsumpcji dania („usługi restauracyjne”). Ze względu na to, że restauracja przy wejściu w jasny sposób nie specyfikuje, jaki jest tryb zerwania umowy w danej okoliczności (np. po konsumpcji), w tym przypadku należy się zdać – już bez żadnych rozterek moralno-prawnych – na prawo zwyczajowe lub trzeźwy osąd sędziego, w tym przypadku wyrok powinien być typu – klient ma zapłacić dwu- lub trzykrotność mediany ceny analogicznego dania z restauracji w okolicy (ewentualnie, w specyficznych przypadkach, gdyby była to naprawdę bardzo luksusowa restauracja – kwotę jeszcze większą, ale jednak nie zupełnie z kosmosu) – i po płaczu. Klient zapłaciłby więcej, niż w okolicy – miałby nauczkę, żeby czytać menu. Właściciel restauracji nie byłby specjalnie stratny, bo na 100% pokryłoby to ze znaczną nawiązką jego realnie poniesione koszty (a jeśliby nie pokryło – to mógłby przecież przedstawić swoje faktury, sąd by doliczył 50% i też ok).

  9. @Olgierd Sroczyński, Twój fundamentalizm w rozumieniu stosunków międzyludzkich mnie rozwala.

    Wyobraź sobie taką sytuację: developer zobowiązuje się postawić 10-piętrowy blok zgodnie ze sztuką budowlaną, co widnieje w umowach z klientami. Wszystko cacy, blok oddany, klienci się wprowadzają – aż tu nagle wychodzi, że np. jedno z mieszkań na parterze ma nieusuwalną wadę polegającą na np. braku odpływu kanalizacyjnego albo niewłaściwie działającej klimatyzacji.

    No i teraz co, uważasz, że – zgodnie z fundamentalistycznym rozumieniem zasady pacta sunt servanta – developer powinien rozebrać blok i zbudować go od nowa, poprawiając usterkę w jednym z mieszkań?

    Na pewno chciałbyś żyć w świecie rządzącym się takimi zasadami?

    Bo mi się wydaje, że na tym by nie zyskał nikt oprócz garstki prawników, a społeczeństwo trwale pogrążyłoby się w niemożliwym do przeskoczenia impasie rozwojowym, gdzie nie można by nic ruszyć do przodu, bo jakieś odstępstwo we wszystkim się znajdzie.

    Zrozum jedno: nie istnieje poprawnie sformułowana umowa. Po prostu nie istnieje. Każda ma jakąś wadę. Jeśli nawet nie jest to wada formalna, to jest to właśnie coś w stylu powyższym – że literalne jej zastosowanie doprowadziłoby do katastrofalnych efektów dla obydwu stron.

    Prawo, umowy – rzecz ludzka i plastyczna, podlegająca interpretacji i ZMIANIE.

  10. Problem istnieje, ale jest chyba wyolbrzymiony (zarówno przez autora, jak i komentatorów). Obie strony transakcji muszą wykazać czujność i obu powinno zależeć na jej klarowności i na tym, żeby po zaakceptowaniu umowa była przestrzegana. Otoczenie prawno-instytucjonalne powinno stwarzać bodźce do postępowania zgodnie z tymi zasadami. Zmiany umów zawierających istotne wady są oczywiście możliwe.

    I teraz pozostaje rozstrzygnąć, jakie otoczenie instytucjonalno-prawne byłoby pożądane. Czy np. koncesje na transport osobowy to dobry pomysł? Wydaje się, że nie, ponieważ stwarzają złudzenie, że nad każdą umową taksówkarz-klient czuwa jakiś dobry duch, który nie pozwoli skrzywdzić żadnej strony, a takiego ducha nie ma, zwłaszcza że nie wszyscy przewoźnicy są koncesjonowani.

    Możliwe lepsze rozwiązanie: wolny rynek usług, na którym konkurujące podmioty dbają o swoją reputację i eliminują z własnego grona tych, którzy ją psują. Dotyczy to zarówno taksówkarzy, sądów arbitrażowych, mediów opisujących ewentualne nadużycia, jak i całej reszty producentów i usługodawców.

  11. Przypomnę, że mój tekst dotyczy problemu zawarcia umowy, w której istotne elementy odnośnie warunków transakcji nie zostały wprost wyartykułowane. Modelowym przykładem jest tu restauracja, odmienny zaś przypadek stanowi umowa sporządzona na piśmie. Nie poruszam więc (także trudnego – zgadzam się z panika2008) problemu bezwzględnej egzekucji umów, gdzie w kluczowych kwestiach nie ma niejasności. Uznaję więc, na potrzeby tego tekstu, zasadę pacta sunt servanda z całą jej bezwzględnością. Nie powstaje póki co niebezpieczny precedens (ad 1) odnośnie umów na piśmie. Niech będzie, że tam można wpisać każdą cenę.
    Sprzeciw wobec roszczeń właściciela restauracji opieram więc na przekonaniu, że zawarł on z klientem inną umowę, niż wynikałoby to z cyferki przy pozycji „kaczka z jabłkami”. Przykład ten, w którym sprawiedliwość jest z oczywistych powodów po stronie klienta (nie przestaje mnie zdumiewać, jak można nie podzielać tego przekonania – vide komentarze 1 i 4-7) ma pokazać, że wszelkie umowy ustne (jak zauważył panika2008 odnosi się to i do pisemnych) zbudowane są na arbitralności. Arbitralność ta uobecnia się w kontekście społecznym i języku, w którym zostały zawarte. Nie da się uciec od konwencjonalności i subiektywizmu związanymi z tym, co w danym miejscu znaczą określone gesty i słowa. Ja postuluję, by powstałe na tym tle spory rozstrzygane były przez sąd w oparciu o ustalenia i tradycje społeczności lokalnej.
    W tym kontekście zdumiewa oskarżenie o odstępstwo od subiektywizmu wartościowań. Nie proponuję przecież obiektywnej, czyli niezależnej od tego, co uważa się i robi na danym terenie, ceny za kaczkę. Nie postuluję wprowadzenia cen maksymalnych. Przekonuję jedynie, że w sytuacjach, w których strony spierają się, co dokładnie jest domniemane, trzeba podjąć decyzję w oparciu o pewną tradycję lokalną, zwyczaje językowe itd. Jeśli bowiem nie to, to co innego? Przypominam raz jeszcze analogiczną sytuację, w której właściciel restauracji, pozywa (słusznie!) klienta za to, że po zjedzeniu posiłku w restauracji nie chciał zapłacić, tłumacząc się, że nikt mu nie powiedział, że się za jedzenie płaci. Restaurator opiera się w swojej racji na tym samym, co klient nabrany na kaczkę – zwyczaje językowe i tradycja mówią, że była to restauracja, a nie darmowa jadłodajnia.
    Na koniec uwaga do prawników (2 i 3). Rzeczywiście nie wiem dokładnie, jak sytuacja z kaczką rozstrzygnięta byłaby na gruncie prawa polskiego. Jeśli chodzi o taksówki, to rozstrzygnięcie nie jest na pewno takie oczywiste, skoro sprawy jeszcze nie załatwiono, mimo nacisku mediów i zainteresowaniu licznych stron. To wszystko nie ma jednak znaczenia, gdyż jest do głos w dyskusji na temat prawa naturalnego, czyli takiego, jakie powinno być, abstrahując od obowiązującego porządku prawnego.
    Czekam więc na lepsze pomysły rozwiązania problemu. Odstępstwo od umowy, gdy jedna strona zrealizowała swoją część, uważam za znacznie gorszy pomysł niż sądowe doprecyzowanie nieustalonych do końca między stronami. Klient restauracji nie zgodził się na wszystko, tylko z góry zaakceptował wszystkie rozsądne propozycje cenowe restauratora – jak dla mnie powinien zapłacić 200 zł (jeśli tyle widnieje z menu), ale nie 200 tys. zł; rozstrzyga jednak sąd.

  12. Często płacimu „frycowe” za źle podjęte decyzje lub niewiedzę. Myślę, że kelner na drugi raz, w celu uniknięcia afery przy okazaniu rachunku, poinformuje sam z siebie każdego nowego klienta ile kosztuje kaczka, a klient na drugi raz zapyta sam z siebie o cenę przy kolejnej dowolnej transkcji kupna/sprzedaży. Na tym polega życie, żeby się uczyć na błędach. Czasem drogo to nas kosztuje. Moim zdaniem ochronny parasol państwa bardziej wspiera lekkomyślne zachowania i niż chroni przed ich skutkami.

    Podejrzewam, że w warunkach realnych, sprawa albo zakończyłaby się ugodą, albo obiciem sobie mord. Oba te doświadczenia są bezcenne.

  13. Z sympatią od kilku lat śledzę polskiego Misesa i cieszy mnie, że poprzez ten artykuł Instytut propaguje liberalizm dojrzały, a nie dziecęcy i naiwny, prezentowany przez niektórych komentatorów.

    Nie można rozpoznawać naciągactwa i jednocześnie go abrobować. Myślę, że to jedna z podstawowych słabości wolnorynkowców, którzy niekiedy przez taką postawę umacniają wypaczony wizerunek wolnego rynku jako dżungli, dzikiego zachodu, raju dla cwaniaków itp.

    Obydwu stronom transakcji powinno zależeć na wzajemnym zrozumieniu konsekwencji zawarcia umowy. Na obu stronach spoczywa odpowiedzialność i ryzyko ewentualnego nieporozumienia. Oczywiście, że klient powinien zapoznać się z cennikiem, niemniej jednak usługodawca również powinien upewnić się, że klient jest świadomy opłat, które będzie musiał uiścić. W przeciwnym razie strony narażają się na wzajmnie niezaspokojone roszczenia („daj mi pieniądze” vs „daj mi spokój”) i interwencję arbitra. Sąd nie musi faworyzować i automatycznie uznawać rozszczeń tylko jednej strony. Może uznać, że obydwie strony są winne temu, że nie zadbały o wzajemne zrozumienie. Rozpoznając sprawę sąd zapewne weźmie pod uwagę ów „kontekst społeczny”, o którym pisze autor, czyli okoliczności zawarcia umowy.

    Innymi słowy jeśli pewien warunek (np. cena) będzie w umowie niedogadany, strony narażają się na ryzyko, że w przypadku sporu warunek ten zostanie arbitralnie dookreślony przez zewnętrzną instancję, która zapewne odwoła się do „kontekstu społecznego” (np. średnia cena kaczki w okolicznych restauracjach).

    Nie należy mylić takiego podejścia z zamachem na wolny rynek. Wolny rynek polega na tym, że dopóki dwie osoby się dogadują, to trzecia im się nie wtrynia na siłę. Trzecia strona może wkroczyć dopiero jak jest spór.

    A więc nie jestem za tym, żeby narzucać odgórnie jakiś obowiązkowy wzór setki wzajemnych disclaimerów przed zamówieniem kawy (albo kaczki). Jestem za swobodnym doborem zestawu środków stosowanych ku wzajemnemu rozumieniu konsekwencji transakcji.

  14. Jedną z podstawowych zasad wolnego rynku jest zawieranie przez ludzi umów na warunkach znanych obu stronom. Sytuacja w której jedna ze stron nie jest świadoma tych warunków, a druga się tego domyśla i świadomie nie wyprowadza kontrahenta z błędu nie jest realizacją zasad wolnego rynku i nie powinna być sankcjonowana przez prawo.

  15. @14, a gdzież są zapisane te zasady wolnego rynku? Gdzie można je zlokalizować, dotknąć? :>
    @13, nie chrzań, panie ultra dojrzały, co używa wzniosłych słów tylko po to, by wyrazić swoją pozorną lepszość wobec innych. Powiedz wprost żeś kapłanem Wolnego Rynku, a inni to motłoch, plebs, śmieci. Nic tak nie irytuje jak taka bufonada. I to jeszcze bez jakichkolwiek argumentów.
    Ad rem, owszem, narażają się na ryzyko, ale co z tego? Czy za każdym razem kelner ma wszystko dokładnie wyjaśniać, a konsument to co, mowy nie zna, nie potrafi się zapytać sam, nie umie? Poza tym, co to znaczy „świadomy opłat”? Że zostanie poinformowany o tym, ile potrawa kosztuje? To NIE jest to samo.

  16. „Przykład ten, w którym sprawiedliwość jest z oczywistych powodów po stronie klienta (nie przestaje mnie zdumiewać, ”

    Zaś mnie nie przestanie zadziwiać, że ludzi powołujących się na „oczywistość” lub „jasność” dziwi pozorność i papierowość tychże atrybutów.

  17. @15 Zasady te są opisane w sposób obszerny w publikacjach Misesa, Rothbarda i innych ekonomistów szkoły austriackiej. Nie można ich dotknąć, są to pojęcia abstrakcyjne.

  18. @15 Oceniam poglądy nie ludzi. Niemniej jednak jeśli moja wypowiedź zabrzmiała protekcjonalnie, to przepraszam.

    Stopień zaangażowania kelnera powinien być dostosowany do kontekstu. Czyli odpowiadając na twoje pytanie, czy kelner ma zawsze wszystko klientowi dokładnie objaśniać – nie, nie zawsze, ale czasem powinien uświadamiać klienta w sposób ponadstandardowy.

    Przykład1: Jeśli klient jest niedowidzący, to warto mu np. zaproponować przeczytanie pozycji z menu.

    Przykład2: Jeśli we wszystkich okolicznych knajpach kawa jest po 5PLN, a w tej wyjątkowo po 100 tys. PLN, to warto klienta nawet dwa razy spytać, czy jest tego faktu świadom.

  19. „Nie można ich dotknąć, są to pojęcia abstrakcyjne.”

    Dokładnie, dziękuję, że sam wykazałeś ich nie występowalność czy też nie istnienie w rzeczywistości, oszczędzaj mi całego tego trudu. 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Nasi darczyńcy