Chrupczalski: Utopieni w długach

30 maja 2010 Dług publiczny komentarze: 34

Autor: Szymon Chrupczalski
Wersja PDF

Ponad 10 miliardów złotych – na tyle rząd oszacował wstępnie straty wywołane przez powódź w Polsce (inne źródła mówią o 20 miliardach), zapewniając jednocześnie, że w budżecie znalazły się pieniądze na pomoc mieszkańcom zalanych terenów i dodatkowe wydatki nie zwiększą planowanego ok. 52 miliardowego deficytu[1].

 

Deficyty i dług publiczny

 

Skąd ta nagła obawa przed wyższym deficytem i czy rzeczywiście powódź może mieć znaczący wpływ na finanse państwa? Przykład Grecji dobitnie pokazał, że ciągłe zadłużanie nieuchronnie prowadzi do bankructwa i gospodarczego rozpadu państwa. Oczywiście zawsze mogło być gorzej, w XVIII wieku we Francji polityka zadłużania i próba podniesienia podatków skończyła się dla Ludwika XVI gilotyną, a kraj doprowadziła do krwawej rewolucji.

W zeszłym roku polski dług publiczny, według Ministerstwa Finansów, zatrzymał się na magicznej granicy 49,9% PKB. Bynajmniej nie jest to przypadek: zgodnie z ustawą o finansach publicznych, gdy tylko relacja długu publicznego do PKB przekroczy 50% w grę wchodzą mechanizmy mające zatrzymać zwiększanie deficytu i wzrost długu publicznego, aż do konstytucyjnej granicy 60% PKB, po przekroczeniu której dalsze zadłużanie jest, przynajmniej na papierze, niemożliwe. Szacunki na ten rok mówią o ponad 7% deficytu i relacji długu do PKB ponad 50%, a o ile rząd nie zmieni metodologii pomiaru wskaźników, albo nie pójdzie śladem Grecji w fałszowaniu statystyk (np. według Eurostatu dług publiczny Polski do PKB w 2009 roku wyniósł 51%), oznacza to przekroczenie pierwszego progu alarmowego w 2010 roku.

Optymiści pocieszają jednak, że Polska jest w doskonałej sytuacji w porównaniu z innymi krajami UE. Pod koniec 2010 roku deficyt  w Grecji ma wynieść  ponad 8% PKB, co będzie skutkowało długiem publicznym w wysokości 125% PKB, w Wielkiej Brytanii ponad 11% przy długu ok. 80%. Inne najbardziej zadłużone państwa UE to Włochy – ok. 118% PKB, Belgia – ok. 100% PKB, Portugalia – ponad 85% PKB, Francja ponad 83% i Niemcy, które zbliżają się do 80% PKB.

Wszelkie prognozowane terminy spłaty takiego zadłużenia wykraczają dalece poza kilkuletnie kadencje rządów. Samo zejście poniżej 60% PKB wedle wyliczeń Międzynarodowego Funduszu Walutowego nastąpiłoby w Niemczech w 2028 roku, Grecji w 2031 roku, we Włoszech w 2060 roku, ale jak pokazuje historia – trwałe obniżenie, nie mówiąc o całkowitej spłacie państwowego zadłużenia, to rzadkie wydarzenie: wiele państw znacznie zredukowało dług zaciągnięty np. w czasie II wojny światowej, ale przykładowo w USA ostatni raz udało się całkowicie spłacić dług publiczny prezydentowi Andrew Jacksonowi w…1835 roku.

 

Widmo Bismarcka

Wystarczy jednak przyjąć inne metody pomiaru i obliczeń, a sytuacja zadłużenia Polski zmienia się diametralnie i wydatki takie jak na usuwanie skutków powodzi staną się zupełnie bez znaczenia.

Dług publiczny w Polsce obliczany jest po części metodą memoriałową, a po części metodą kasową. Zobowiązania z obligacji i zaciągniętych kredytów księgowane są memoriałowo, to oznacza że dług widnieje od razu w bieżących statystykach. Przyszłe świadczenia społeczne księgowane są jednak metodą kasową, czyli znajdą się w budżecie dopiero wówczas, gdy nastąpi przepływ pieniężny — np. wypłata emerytur, dlatego świadczenia za 2011 czy 2050 rok nie są uwzględniane w bieżącym budżecie. Podobną metodę księgowania stosują też inne kraje Unii Europejskiej.

Wszystko byłoby dobrze, gdyby struktura demograficzna utrzymywała się na takim poziomie, jak za czasów Otto von Bismarcka, który wprowadził znany nam współcześnie państwowy system ubezpieczeń. Jednak obecnie w Polsce przyrost naturalny jest ujemny (-0,053%), a w 2008 roku relacja liczby osób w wieku powyżej 65 lat do liczby pracujących wynosiła w Polsce niewiele ponad 30 %, co jest lepszym wynikiem niż w reszcie starzejącej się Europy, ale będzie problemem dla systemu ubezpieczeń za kilka czy kilkanaście lat. Z tego względu stosowanie metody kasowej i niewliczanie przyszłych świadczeń jest zatajaniem prawdy, jeśli nie oszustwem.

Co będzie zatem, jeśli policzy się zadłużenie Polski metodą memoriałową? Optymistyczny wariant to relacja długu do PKB nieco ponad 200% (raport Instytutu Sobieskiego). Z kolei opracowanie Komitetu Polityki Gospodarczej Unii Europejskiej z prognozami do 2060 roku mówi o 318%, co jest i tak poniżej średniej dla UE wynoszącej 477% i prognozowanego długu Grecji w wysokości 884%. Najbardziej pesymistyczny dla krajów europejskich raport przedstawia amerykański National Center For Policy Analysis, wedle obliczeń całkowite zdyskontowane zobowiązania sektora publicznego wynoszą dla Niemiec 418%, dla Wielkiej Brytanii 442%, dla Francji 549%, dla Grecji 875% i dla Polski zawrotne 1550% w relacji do PKB. Tak fatalny wynik dla Polski wynika m.in. z założenia niskiego wzrostu demograficznego. Jedyne pocieszenie, że raport nie uwzględnia spadającej w Polsce stopy zastąpienia (wysokości emerytury pochodzącej ze środków publicznych do wysokości wynagrodzenia), która obecnie wynosi 56% i ma spaść poniżej 30%.

 

W długim okresie wszyscy będziemy Grekami?

Dotychczasowe próby reformy finansów publicznych w Polsce polegały na odkładaniu w przyszłość koniecznych zmian, być może w nadziei, że inne państwo europejskie będzie musiało pierwsze zmierzyć się z problemem zadłużenia. Wnioski z greckiej lekcji są jednak nieubłagane: chroniczny deficyt jest formą konsumpcji kapitału, obniża przyszły wzrost gospodarczy, zaburza wysokość stopy procentowej i powoduje szereg innych skutków (np. na skutek wysokiego opodatkowania — spadek dzietności), które ostatecznie prowadzą do katastrofy. Lecz w XXI wieku w UE wciąż sięga się po teorie Keynesa i na koszt wszystkich obywateli przeprowadza bail-outy całego państwa, a za pomocą banku centralnego monetyzuje jego dług publiczny. Wszystko to wbrew art. 125 i 123 Traktatu o funkcjonowaniu Unii Europejskiej, który zakazuje takich działań. O dyscyplinie fiskalnej i regule zakazującej przekraczania 3% rocznego deficytu w stosunku do PKB największe państwa UE zapomniały już wiele lat temu. Rządy prawa, które według F. A. von Hayeka były fundamentem europejskiej potęgi gospodarczej, okazały się bardzo względnym pojęciem.

Gdy minie powódź, która bez wątpienia była tragedią dla tysięcy ludzi, wróci temat długu publicznego. Jedyną szansą, aby nie powtórzyć greckiego modelu, jest wycofanie się państwa z życia społeczno-gospodarczego — szczególnie z tak ważnych obszarów jak życie i zdrowie obywateli. Rząd wciąż może to zrobić, nie zrywając dotychczasowych zobowiązań, chociaż będzie to bolesny proces.


[1] Oprócz rezerw i pożyczek zagranicznych, rząd na usuwanie skutków powodzi może sięgnąć po 4 miliardy renty emisyjnej banku centralnego i szacowane na 10 miliardów dodatkowe wpływy z podatków, powstałe dzięki wyższemu niż planowany wzrostowi gospodarczemu.

Podobał Ci się artykuł?

Wesprzyj nas
Avatar

O Autorze:

Szymon Chrupczalski

Pozostałe wpisy autora:

34 Komentarze “Chrupczalski: Utopieni w długach

  1. Panie Chrupczalski, nie ma nic dziwnego w tym, że jakaś jednostka (osoba fizyczna, korporacja, państwo) nigdy nie wychodzi z długu, także epatowanie tym, że USA ostatni raz były debt-free w 1835 jest bez sensu. Co ważne, to perspektywy dla długu w przyszłości oraz jego marginalna produktywność. Jak pożyczam milion złotych, dzięki czemu moja wartość wzrosła o półtora miliona, a odsetek zapłaciłem 100 tysięcy – to chyba nie ma w tym nic dziwnego i nie ma też nic dziwnego w tym, że dług zroluję, licząc na to, że w kolejnym okresie, dzięki pożyczonemu milionowi znowu mi urośnie, może już nie półtora miliona, może tym razem 1,3, ale zawsze…

    A jeśli chodzi o deficyty… w XIX w Wielka Brytania osiągnęła dług/PKB ~250%, na skutek głównie pożyczek na wojny – które wygrywała. Dług został spłacony (no, powiedzmy; znacznie zredukowany, do poziomu <50%), i to w czasach, gdy długi spłacało się głównie w złocie i srebrze…

    Aczkoliwek należy się zgodzić, że "normalne", bez ogromnych tarć, wygrzebanie się z zadłużenia rzędu 400% i więcej, jest raczej bardzo mało prawdopodobne, graniczące z niemożliwością.

  2. Rząd tylko konsumuje i tylko rząd może użyć legalnie przymusu dla spłaty swoich zobowiązań, dlatego dług państwowy jest całkowicie odmienny w swej naturze od długu jednostek sektora prywatnego – nigdy nie jest produktywny i zawsze jest czystym ciężarem dla obywateli (dobra argumentacja jest bodajże u Rothbarda w http://mises.org/books/mespm.pdf). To dość ważne 🙂

    Długi wojenne – prawda, przypuszczam że współczesne wojny są równie kosztowne jak te sprzed 100 czy 200 lat, ale rządy mają więcej możliwości ich finansowania, z inflacją na czele.

  3. @szymon, obawiam się że nie masz racji. Budowa dróg, mostów, nawet państwowych fabryk – to wszystko nie jest konsumpcja i łatwo podać z rękawa tysiące przykładów takich inwestycji, na czele z jednym z największych koncernów współczesności – Samsungiem. Można dyskutować nad tym, jak efektywne są państwowe inwestycje (z reguły nieefektywne), ale powiedzieć, że jest to wyłącznie konsumpcja – to jest bardzo daleko posunięta demagogia.

  4. Od dróg po Samsunga – są teorie ekonomiczne traktujące wydatki rządowe jako inwestycje, ale nie napisałbym czegoś takiego na mises.pl 🙂 Po prostu nie można logicznie utrzymać takiego twierdzenia (ostatecznie musielibyśmy przyklasnąć też teorii mnożnika-akceleratora).
    Wyjaśnienie na szybko: http://mises.org/daily/2597
    I reszta u Rothbarda (link powyżej) i Hoppego (szukam gdzie dokładnie).

  5. Nie widzę związku między teorią mnożnika pieniądza a uznaniem niektórych wydatków państwa za pełnoprawne (choć często kulawe) inwestycje. Dzięki za link do Krausa, poczytam.

  6. http://mises.org/daily/2597
    Dzięki za linka – łatwo na nim pokazać że jest to czysta ideologia.
    Wystarczy popatrzeć na tezy z powietrza w rodzaju gdyby drogi i mosty byłyby inwestycjami to wolny rynek by je zbudował.
    Autor zdaje się przyjmować wąską definicję inwestycji ograniczając zwrot z nich jedynie do formy pieniężnej – w niezidelogizowanej ekonomii przyjmuje się że zwrot z inwestycji to ogólnie korzyści ekonomiczne.
    Zatem inwestycje państwa w drogi z założeniem nieosiągania zysku – byłyby według niego konsumpcją – dziwi mnie jednak stosowanie do tego rodzaju definicji terminów takich jak productive expenditure – bowiem z tą definicją zgodne jest na przykład granie na giełdzie – a tam się nic przecież nie produkuje.
    Dla autora jednak ważne jest to -powtórzmy czy działalność jest dla zysku czy nie. W drugim przypadku odmawia tej działalności miana inwestycji.
    Zakłada jednocześnie (znów skąd????) że tak wąsko pojmowane inwestycje są domeną jedynie sektora prywatnego (co zatem z przedsiębiorstwami o większościowym udziale państwa?)
    Autor nadużywa przykładu kobiety piorącej w domu wskazując że pralnia zarabia na nową pralkę bełkotem jedynie zasłaniając się od odpowiedzi skąd na pralkę ma kobieta. Problem w tym że na drogi Państwo może mieć np. z winiet – tak jak prywatna firma – tylko że Państwo mniej weźmie.
    Nie chce mi się dalej analizować ale widać tu cały szereg nadużyć i wielką nieuczciwość intelektualną – na co wskazywałem już wielkrotnie na tej stronie.
    Dodam tylko że przyjęcie takiej czy innej definicje czegokolwiek rzeczywistości nie zmieni. To jej badaniem zajmuje się ekonomista a nie ideologią…

  7. Mr panika2008 – obiecany Rothbard http://mises.org/rothbard/mes/chap12e.asp, jest oczywiście po polsku w papierowej wersji.
    Teoria mnożnika-akceleratora (któregoś z powojennych keynesizmów) opiera się właśnie na uznawaniu części państwowych wydatków za inwestycje. Problem logiczny: czy jak zabierzemy producentom (czyli każdemu oprócz dzieci, starców, ludzi niezdolnych do pracy i leni) 100% owoców ich pracy i wydamy 90% na środki trwałe i 10% na jedzenie, to czy będziemy mieli fenomenalny wzrost gospodarczy? Rezultaty empiryczne: New Deal, kryzys lat 70-tych czy Japonia lat 90-tych – zerowy wzrost i dowód, że kapitał został po prostu skonsumowany, nawet jeśli w kategoriach rachunkowych został wydany na środki trwałe.

    Może to problem definicji kategorii inwestycji i konsumpcji, ja skłaniałbym się ku rozumieniu: obniżenie preferencji czasowej, powstrzymanie się od konsumpcji, pozwala na oszczędności -> dzięki temu mamy inwestycje, czyli celowe działania, które zgodnie z życzeniami konsumentów mają w przyszłości zwiększyć poziom konsumpcji. Jeśli włączymy w ten system podatki i wypieranie sektora prywatnego (państwowe przedsiębiorstwa etc.), to zwiększona zostanie preferencja czasowa konsumentów i naruszone oszczędności – ludzie chcą konsumować tu i teraz, skąd więc rząd ma fundusze na inwestycje i skąd wie na co je przeznaczyć, skoro brak woli konsumentów? Bum – to konsumpcja kapitału, „naśladownictwo rynku” (Samsung jest państwowy?), choć Rothbard zgadza się na nazwę malinvestment.

  8. „Jeśli włączymy w ten system podatki i wypieranie sektora prywatnego, to zwiększona zostanie preferencja czasowa konsumentów” – niby dlaczego? bo zmniejsza się ich dochód przez podatki? – z tych zbuduje się drogi. Czy z jakichś innych powodów?

    Założenie że ludzie nie chcą dróg można łatwo sfalsyfikować empirycznie. Jeśliby w Polsce rząd budował drogi – to wydawałby dokładnie na to czego ludzie chcą, tylko na to nie ma.

    malinvestment to pojęcie ideologiczne – Rothbard wie lepiej czego chcą ludzie – smiechu warte

    Śmieszne jest nazywanie ekonomią ideologii mówiącej że działalność społeczeństwa w zorganizowanej formie jest nienaturalna a uciemiężonych „””przedsiębiorców””” naturalna dla gospodarki…

  9. Niestety tym razem muszę być adwokatem diabła i przyznać, że teoria, zgodnie z którą żadnego wydatku państwa nie można zaklasyfikować jako inwestycję jest nie do utrzymania. Drogi, wodociągi, linie energetyczne, elektrownie (wciąż przeważnie należą do państwa) jak najbardziej są inwestycjami. Być może są mniej efektywne od analogicznych inwestycji prywatnych, ale nadużyciem jest stwierdzenie, że ponieważ coś buduje państwo nie licząc zysków i strat, to ludzie na pewno by tego nie chcieli. Zapewne, gdyby dróg nie budowało państwo, to budowaliby je przedsiębiorcy na rynku. W jednej i drugiej sytuacji drogi są inwestycjami, co najwyżej mniej lub bardziej efektywnymi.

    Uznanie części wydatków państwa za inwestycje nie zmusza do uznania teorii mnożnika keynesowskiego. Wystarczy zauważyć, że inwestycje publiczne wypierają prywatne a prywatne są bardziej efektywne niż publiczne. W takiej sytuacji, zwiększenie inwestycji publicznych nie zwiększy dobrobytu, bo zmniejszy się liczba bardziej efektywnych inwestycji prywatnych.

  10. „prywatne są bardziej efektywne niż publiczne” – w jakim niby sensie? czy ktoś to zbadał statystycznie? Jeśli tak to jak i gdzie są wyniki? Czy masz jakieś dane pokazujące jak często się psują drogi „prywatne” a jak często „państwowe”? Czy masz porównanie których z nich użytkowanie jest droższe (naprawy, opłaty za przejazd – tu akurat często zarządzane przez państwo są tańsze – być może mniejsza żądza zysku)…
    Wszystko z księżyca – może warto zanim się coś stwierdzi najpierw się czegoś dowiedzieć???

  11. „Problem w tym że na drogi Państwo może mieć np. z winiet – tak jak prywatna firma – tylko że Państwo mniej weźmie.”

    Pewnie mniej weźmie i dołoży z podatków 🙂
    Mój Boże, jak ludzie czczą magiczną rękę państwa.

    Popatrzcie np. na Targi Poznańskie i Targi Kielce. Gdzie diabeł nie może, tam znacjonalizuje.

  12. @:)
    „czy ktoś to zbadał statystycznie? Jeśli tak to jak i gdzie są wyniki?”

    To ja postawię następującą tezę. Gdyby dzisiaj wprowadzić gospodarkę centralnie planowaną to była by ona najbardziej efektywna w śród obecnych rozwiązań ekonomicznych.
    Jeśli się z tym nie zgadzasz to czekam na przedstawienie badań i wyników statystycznych które obalają tę tezę.

  13. Myślę, że gdy Rothbard klasyfikował wydatki państwowe jako konsumpcję nie chodziło mu o to, że ludzie by na pewno nie chcieli tego na co pieniądze są wydawane, ale że nikt nie podejmuje decyzji inwestycyjnej w sensie rezygnacji z własnej konsumpcji i przeznaczenia środków na inwestycje. Natomiast wydatkowanie środków publicznych przynosi zadowolenie tym, którzy je wydatkują i w tym sensie jest to konsumpcja. To, że inni mogą czerpać zadowolenie z późniejszych skutków tych wydatków jest tu bez znaczenia, gdyż chodzi tu o analizę a priori, czyli motywów działania, a nie jego skutków.

    @:)
    „Śmieszne jest nazywanie ekonomią ideologii mówiącej że działalność społeczeństwa w zorganizowanej formie jest nienaturalna a uciemiężonych “””przedsiębiorców””” naturalna dla gospodarki…”

    Uważasz, że działalność prywatnych przedsiębiorców na rynku jest niezorganizowana?

  14. jeszcze do 12 jak sie stawia tezę to się ją powinno samemu potwierdzić a nie ktoś ma obalić. Ja jakoś nie uważam że wszystkie przedsięwzięcia państwowe są mniej „efektywne” niż prywatne z definicji – jak ktoś stawia taką tezę to nich ją udowodni albo milczy.

  15. Do 17. A jakie są powody, dla których przedsięwzięcia państwowe mogą być bardziej efektywne od prywatnych?

    Bo powodów, które mówią, że jest odwrotnie można podać kilka. Choćby obsadzanie „swoimi” ludźmi zarządów firm (niemerytoryczne). Brak bezpośredniej odpowiedzialności za wyniki finansowe. Upolitycznienie.

    Problem w tym, że koszty nieefektywnych przedsięwzięć prywatnych ponosi ich właściciel, a koszty nieefektywnych przedsięwzięć państwowych – my wszyscy.

    Tak więc nie mogę się zgodzić na to, że ktoś sobie będzie eksperymentował z socjalizmem i interwencjonizmem na mój koszt. Jak chce, to niech założy prywatną komunę za własne pieniądze.

  16. @ 🙂
    „Janos Kornay – Gospodarka Niedoboru”

    Autor co najwyżej wykazał że gospodarka sterowana w ZSRR nie udała się. To nie przeczy mojej tezie że w dzisiejszych czasach taka gospodarka się sprawdzi. Jeśli uważasz że gospodarka centralnie sterowana skończy się zawsze niepowodzeniem to proszę o dowód empiryczny.

  17. nie chce mi się powtarzać że jak się stawia tezę to trzeba ją udowodnić a nie ktoś ma udowadniać że tak nie jest.
    Jak ktoś uważa że inwestycja z większościowym udziałem państwa jest mniej „efektywna” to niech poda kryteria tej efektywności i to wykaże. Inaczej bredzi.

  18. @18 w większości większych firm jest brak odpowiedzialnosci – vide opcje – i coś się stało jakiemuś menedżerowi?
    tak samo z obsadzaniem stanowisk
    co do „efektywności” to jak mówię – kryteria i stopień ich spełnienia decyduje co jest efektywniejsze

  19. Przepraszam, ale czy nie wystarczy stwierdzenie, że „koszty nieefektywnych przedsięwzięć prywatnych ponosi ich właściciel, a koszty nieefektywnych przedsięwzięć państwowych – my wszyscy.”?

    Ja tam nie wiem, ale kiedy coś robię dla pieniędzy, to kryterium efektywności jest zysk finansowy. Można sprawę rozmydlać, ale ostatecznie to za pieniądze kupuje się chleb.

    Można oczywiście pracować dla idei i dostawać chleb „według potrzeb” 🙂

  20. @16 Oczywiście, że większość poczynań państwa ma cele inne niż zysk. Ale w takim razie trzeba sprawy nazywać po imieniu i zastanowić się, czy warto na coś dawać pieniądze z podatków.

    Może po prostu od razu przyjąć, że przedsięwzięcia, które mają być zyskowne i tworzyć miejsca pracy, pozostawić prywatnym przedsiębiorcom, natomiast te „pro publico bono” organizować w ramach państwa lub w partnerstwie publiczno-prywatnym.

    Czyli: państwo niech robi to, co do niego należy jak najlepiej i nie zajmuje się sprawami niepotrzebnymi. A tak mamy sytuację, w której np. sądy działają opieszale, ludzi zalewa powódź, wojsko się rozkłada, służba zdrowia, kolej i ZUS się sypie, o Smoleńsku już nie wspomnę. A co robi państwo?

  21. Hoppe o inwestycjach rzadowych:
    ” Można by podnieść tu zarzut, że przychody podatkowe również trafią do czyichś rąk – urzędników państwowych bądź odbiorców państwowych płatności transferowych – i ich dochód się zwiększa, wskutek czego obniża się ich realna stopa preferencji czasowej, co może wyrównać podwyższoną stopę wśród płatników podatków i w rezultacie pozostawić społeczną stopę procentową oraz strukturę produkcji w stanie nienaruszonym. Jednak takie rozumowanie jest kategorycznie błędne, ponieważ rządowe wydatki nie mogą być postrzegane w żaden sposób jako inwestycje. Służą one konsumpcji i tylko konsumpcji. Jak to wyjaśniał Rothbard, w każdej gospodarce opartej na podziale pracy tworzenie dóbr kapitałowych przez inwestorów nie jest celem samym w sobie, ale służy produkcji dalszych dóbr pośrednich, a ostatecznie dóbr konsumpcyjnych. W skrócie, charakterystyczne dla wydatków inwestycyjnych nie jest zaspokajanie potrzeb inwestorów, ale kogoś innego – konsumentów. Dlatego też, jeśli rząd konfiskuje zasoby należące do prywatnego sektora gospodarki, całkowicie przeciwstawia się życzeniom konsumentów. Rząd, inwestując w jakiekolwiek dobra, czyni to, żeby zaspokoić zachcianki państwowych urzędników, a nie potrzeby konsumentów (Man, Economy, and State, s. 816-817).

    Dlatego też wydatki rządowe z samej ich definicji nie mogą być postrzegane jako służące wydłużeniu struktury produkcji i z tego powodu nie można powiedzieć, że równoważą podwyższoną stopę preferencji czasowej podatników. Z drugiej jednak strony, jest prawdą że część płatności transferowych dokonywanych przez rząd (wliczając w to płace dla biurokratów i subsydia dla uprzywilejowanych grup) będzie oszczędzana i inwestowana. Jednak te inwestycje nie reprezentują dobrowolnych pragnień konsumentów. Inwestycje te są dokonywane w dziedziny produkcji, które nie są pożądane przez konsumentów. Jeśli tylko usunie się podatek, nowe inwestycje będące skutkiem żądań uprzywilejowanych grup okażą się chybione (Power and Market, s. 98).

    Zatem płatności transferowych nie można postrzegać jako równowagi dla skróconej struktury produkcji. Płatności te mogą służyć tylko wydłużeniu chybionej produkcji. W każdym razie, jak stwierdza Rothbard, skutkiem opodatkowania dochodu będzie wzrost preferencji czasowej oraz zmniejszenie się się oszczędności i inwestycji (Ibid., s. 98).”

  22. @21, Czarnecki wywalił na zbity pysk manago, który mu narobił w którejś ze spółek dużych strat na opcjach. Nie pamiętam, która to spółka i który manago – ale któryś z tych bardziej znanych, od lat „człowiek z klubu”, pisali o tym m.in. ostatnio w Forbes’ie. Bodajże analogicznie postąpił z jednym z nieudolnych manago Jakubas, ale tu nie pamiętam szczegółów i źródła tej informacji, trzebaby poszukać.

  23. @24, typowo Hoppesowski bełkot. „jeśli rząd konfiskuje zasoby należące do prywatnego sektora gospodarki, całkowicie przeciwstawia się życzeniom konsumentów” – nieuzasadniona teza, nieprawdziwa, na której oparty jest cały wywód. Najprościej jest zauważyć nieprawdziwość tej tezy na przykładzie lokalnych społeczności. Potrzebne są wodociągi, drogi i kanalizacja – lokalna społeczność wybiera (no, przynajmniej czasami) takich włodarzy, którzy te potrzeby zrealizują. Odbywa się to w ten sposób (nierynkowy), bo takie są reguły gry, i jest to sposób nieefektywny i oczywiście, jak było wielokrotnie wyżej podnoszone, podatny np. na korupcję, jednak wystarczy rzut oka na bilanse gmin, żeby uznać, że przynajmniej część z tych inwestycji nie dość, że zaspokaja realne potrzeby konsumentów, to przynosi wymierny zysk ekonomiczny. Także Hoppe, jak to często bywa, w tradycji rothbardiańskiej, popisuje się oderwaniem od rzeczywistości.

  24. Poza tym kompletnie bez sensu jest wg mnie założenie, że inwestycje to wyłącznie te działania, które wydłużają strukturę produkcji zgodnie z finalnym popytem konsumenckim. O ile z drugą częścią tej definicji (o konsumentach) można się z grubsza zgodzić, to pierwsza (o wydłużaniu) jest jakimś apriorycznym wymysłem. Wg tej koncepcji bowiem integracja pionowa (eliminacja pośredników i redukcja kosztów przez SKRÓCENIE np. łańcuchów dostaw, czy ogólniej, struktury produkcji i dystrybucji) byłaby przeciwieństwem inwestycji – i tu znowu wychodzi bujanie w obłokach proponentów tej tezy.

  25. Natomiast w ogóle koronnym przykładem wysoce dochodowych i relatywnie efektywnych przedsiębiorstw państwowych są koncerny wydobywcze – duża część wydobycia ropy, gazu itd. Powiedzieć, że te firmy nie spełniają potrzeb konsumentów i nie robią tego efektywnie jest po prostu jakąś aberracją. Fakt, może i przy lepszym zarządzie, przy lepszej, efektywniejszej konkurencji, miałyby rentowność o 5 czy 10% wyższą. Co z tego, skoro ich zyski są i tak liczone w skali globalnaj w bilionach dolarów, a szejkowie i wierchuszka na Kremlu są z sytuacji dostatecznie zadowoleni 🙂

  26. Myślę, że im bardziej państwo utrudnia podejmowanie jakiejś działalności, tym mniej będą się nią zajmowali prywatni przedsiębiorcy i tym użyteczniejsze, i zgodne z życzeniami konsumentów, będzie jej podejmowanie przez państwo.

    @25
    Z rozpatrywaniem przypadków historycznych jest ten problem, że nie znamy alternatywnego biegu wydarzeń. Stany i Japonia rozwijały się, ale to nie znaczy, że nie mogłyby się rozwijać szybciej, gdyby zastosowały inną politykę.

  27. ad 28
    Pionowa integracja nie jest równoznaczna ze skróceniem struktury produkcji. Dobra kapitałowe pozostają te same. To, czy są własnością 1 czy więcej osób, nie ma tu znaczenia. Każda rezygnacja z konsumpcji i przeznaczenie zasobów do przyszłej konsumpcji wydłuża strukturę produkcji (konsumpcja ma miejsce później niż bez początkowej rezygnacji z konsumpcji).

  28. MB, nie tylko ilość dóbr kapitałowych decyduje o długości łańcucha, ale również, jeśli nie przede wszystkim, ilość pośredników – zależąca od równowagi między korzyściami ze specjalizacji i korzyściami skali. Także nie widzę powodu, żeby wkładu pracy/pieniędzy w uproszczenie łańcucha nie nazwać inwestycją – cel jest zawsze ten sam, obniżka kosztu na końcu. Prostszy łańcuch często jest lepszym rozwiązaniem – i jest to postęp, rozwój gospodarki.

    Nie każda rezygnacja z konsumpcji wydłuża łańcuch. To jest jakieś zupełnie dziwaczne założenie. Jeśli rezygnuję z konsumpcji, a za nadmiar zarobionych pieniądzy kupuję złoto (tezauryzacja) – to gdzie tu jest jakieś wydłużenie czegokolwiek? Albo istniejącą nieruchomość, chociażby pod wynajem. Albo działkę – to już wydestylowany przykład. Jaki związek z długością i komplikacją struktury produkcji ma skłonność społeczeństwa do inwestowania w nieruchomości?

  29. Jeśli część pieniędzy, które wydano by na konsumpcję, wydaje się na coś innego (lub zwiększa saldo gotówkowe choćby), to znaczy, że spada popyt na dobra konsumpcyjne, co powoduje spadek ich cen. Zmienia to układ relatywnych cen i czyni inwestycje w bardziej oddalone od konsumpcji etapy produkcji bardziej zyskownymi. Jeśli ceny dóbr konsumpcyjnych maleją, to znaczy, że realne płace rosną. Działa efekt Ricardo i inwestycje w ‚maszyny’ się relatywnie bardziej opłacają.

    Co do tej integracji jeszcze. Jeśli ktoś ‚inwestuje’ w skrócenie łańcucha dostaw (rozumiem, że wydaje jakieś środki pieniężne na przykład) to znaczy, że wydał pieniądze w oczekiwaniu na przyszłą korzyść, zamiast np. na dobro konsumpcyjne, ergo czas produkcji się wydłużył.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Nasi darczyńcy