Chrupczalski: Ciemna strona statystyki

20 lipca 2010 Działalność gospodarcza komentarze: 17

Autor: Szymon Chrupczalski
Wersja PDF

Główny Urząd Statystyczny przekazał w piątek 16 lipca 2010 informację (PAP), w której zapowiada w perspektywie kilku lat wliczanie nielegalnej szarej strefy do rachunku Produktu Krajowego Brutto. Wbrew pozorom, wiadomość ta dotyczy każdego mieszkańca Polski i jest drobnym sygnałem potwierdzającym rosnący problem zadłużenia.

Gospodarka nierejestrowana

 

W obiegowym języku przyjęło się określać mianem szarej strefy lub gospodarki cienia tę część działalności gospodarczej, która nie jest ujawniana organom podatkowym i innym instytucjom państwa. W większości przypadków gospodarka nierejestrowana to po prostu sposób na ominięcie rządowej ingerencji w dobrowolne i nie zakazane prawem umowy między ludźmi — jest to niekryminalna („legalna”) część szarej strefy. Usługi takie jak opieka nad dziećmi, korepetycje czy wiele prac rzemieślniczych i sezonowych nie mogą być świadczone inaczej niż za porozumieniem stron i przyczyniają się do wzrostu dobrobytu w równy sposób jak praca zarejestrowanego księgowego czy taksówkarza, jednak często wynagrodzenie niani czy zatrudnionej na wakacyjne miesiące pomocy w motelu wypłacane jest w najprostszy, nieformalny sposób — z ręki do ręki. Podobnie sprzedaż dóbr w szarej strefie nie mogłaby dojść do skutku, gdyby obie strony nie korzystały na transakcji; wzrost gospodarczy następuje zatem niezależnie od tego, czy wystawiona zostanie faktura lub paragon.

Przepisy bardzo motywują do ukrytych działań, np. oficjalne podpisanie umowy o pracę oznacza wejście w tzw. klin podatkowy, czyli niemal dwukrotną różnicę między tym, co pracownik dostanie na rękę, a całkowitym kosztem zatrudnienia. Jeśli dodamy do tego uciążliwości biurokratyczne, wątpliwą przyjemność wizyt w urzędach skarbowych czy pałacach ZUS, niepewność decyzji administracyjnych czy częste zmiany przepisów, to nic dziwnego, że 14-28% PKB kraju (zależnie od szacunków) wytwarzana jest poza oficjalną statystyką. Według GUS w 2003 roku w szarej strefie wypracowano 15,8% PKB, w 2004 r. — 14,5%, w 2005 r. i 2006 r. — 15,9% i w 2007 r. — 14,7%. Według innych źródeł w 2003 roku szara strefa stanowiła aż 26,1% PKB, w 2004 r. — 26,0%, w 2005 r. — 27,3% i w 2006 r. — 26,7%. Dla porównania w 2006 roku w Czechach wielkość szarej strefy szacowano na 18,3% PKB, na Ukrainie 55,1% PKB, w USA czy Szwajcarii wartość ta wynosi ok. 8%.

Można twierdzić, że to dzięki szarej strefie część pracowników w ogóle znajduje zatrudnienie i są zawierane transakcje, które pod reżimem podatkowym nie doszłyby do skutku. Znaczenie gospodarki nierejestrowanej doskonale rozumieją państwowi statystycy i dlatego, zgodnie z obowiązującym w Polsce standardem rachunków narodowych ESA95 (European System of Accounts), szara strefa jest wliczana do PKB. Powstaje zatem paradoks — część gospodarki jest nierejestrowana, a jednak jest uznaniowo szacowana i uwzględniana we wskaźnikach PKB, przy czym dane pojawiają się z opóźnieniem. Nawet przy najlepszych intencjach statystyków, możliwości błędu są ogromne.

Czarna strona

Co zrobić jednak z tą działalnością gospodarczą, która zakazana jest przez prawo? Czerpanie zysków z prostytucji, podziemny hazard, produkcja narkotyków na własny użytek i handel narkotykami, sprzedaż oprogramowania z naruszeniem praw autorskich, łapówki od podmiotów zagranicznych, międzynarodowe paserstwo etc. są faktycznie zdarzeniami gospodarczymi. W różnych krajach europejskich takie same zjawiska mogą być oficjalne ujęte w statystyce, np. sprzedaż marihuany w licencjonowanym sklepie w Holandii, albo pominięte — jak to obecnie ma miejsce w Polsce. Według wspomnianego ESA95, działalność nielegalna jest częścią działalności produkcyjnej i powinna być wliczana do rachunku PKB, niezależnie od prawnych regulacji. Jak oszacować wielkość czarnego rynku? To zupełnie karkołomne zadanie, skoro stronom takich transakcji bardzo zależy, aby pozostać w ukryciu. Ważniejsze pytanie pojawia się o sens tych pomiarów: po co szacować czarny rynek i dlaczego ta informacja pojawia się akurat teraz?

Lewe buty i dług publiczny

Odpowiedź o sens liczenia czarnego rynku leży w zrozumieniu istoty pomiaru PKB: otóż wielkość PKB kraju pokazuje wielkość PKB kraju i to tautologiczne stwierdzenie o PKB jest najpełniejszym podsumowaniem wskaźnika. Wyprodukowanie miliona lewych butów będzie ujęte w rachunku i wykazane jako wzrost gospodarczy, dlatego PKB świetnie nadaje się np. do pomiaru gospodarki centralnie sterowanej. Podobnie wliczenie produkcji opium w Afganistanie czy kokainy w Kolumbii podnosi wartość PKB kraju w przeliczeniu na mieszkańca, pomimo że zyski trafiają do nielicznych, a szkody wywołane przez wojny narkotykowe i generowane przez rządy koszty „rozwiązywania” problemu narkotyków są ogromne. W rzeczywistości PKB nie mierzy wprost dobrobytu ekonomicznego, daje jedynie bardzo ogólny pogląd na zamożność obywateli, niewiele mówi o ustroju i wolności gospodarczej oraz jakości życia, chociaż wysokość produktu krajowego per capita jest wyraźnie dodatnio skorelowana z wolnością gospodarczą (co tylko stanowi potwierdzenie teorii ekonomicznej).

Oszacowanie transakcji czarnorynkowych, chociażby nie przyczyniały się do wzrostu zamożności obywateli, pozwoli instytucjom rządowym zwiększyć nominalnie wysokość PKB. Nie jest to jawne fałszowanie statystyki, lecz torturowanie danych tak, aby przyznały się do wszystkiego. O ile wzrośnie zatem wielkość PKB w rządowych statystykach? Wstępne szacunki to od jednego do kilku procent.

Jeśli pomyślimy teraz o problemie rosnącego długu publicznego, który według obecnie dostępnych danych bez wątpienia przekroczył już I próg ostrożnościowy (ponad 50% w relacji do PKB), to zwiększenie wartości PKB pomoże na dalsze zadłużanie bez zmian w Konstytucji. W mediach pojawiły się sformułowania, jakoby miało to „ulżyć” progowi ostrożnościowemu czy „poprawić” wskaźniki makroekonomiczne. Zgodnie z językiem dwumowy: „ulżenie” oznacza wzrost obciążeń podatkowych w przyszłości dla wszystkich obywateli albo inną, bardziej drastyczną metodę rozwiązania problemu zadłużenia, z nacjonalizacją czy inflacją na czele. „Poprawa” wskaźników to nic więcej, jak kreatywny i fantazyjny sposób opisu rzeczywistości.

Uśmiechy polityków po „rozwiązaniu” problemu zadłużenia — bezcenne, za wszystko inne zapłacą pracujący mieszkańcy Polski.

Podobał Ci się artykuł?

Wesprzyj nas
Avatar

O Autorze:

Szymon Chrupczalski

Pozostałe wpisy autora:

17 Komentarze “Chrupczalski: Ciemna strona statystyki

  1. W normalnym kraju nikt nie zajmuje się tak jałową czynnością jak liczenie PKB, co pokazuje w jakich czasach przyszło nam żyć.

  2. Szara strefa w Polsce jakkolwiek oceniana przez prawdziwych liberalnych ekonomistów ma również bardzo negatywny wpływ na gospodarkę – im wyższy jest jej odsetek tym więcej zapłacić za jej utrzymanie muszą obywatele, którzy działają w 100% legalnie. Taki iksiński, który od stu lat pracuje na czarno będąc jednocześnie bezrobotnym to zwyczajny złodziej, który jako beneficjent systemu socjalnego okrada swoich współobywateli.

    Są dwa rozwiązania: albo ich wyłapać i opodatkować najlepiej od razu z domiarem (bardziej prawdopodobne) albo zlikiwidowanie świadczeń socjalnych.

    Paradoks polega na tym, że pracująca część społeczeństwa finansująca te świadczenia zwykle z nich nie korzysta w takim stopniu jak ci z szarej strefy – ludzie wydawać by się mogło o poglądach liberalnych, a jednak stale nawołujących do utrzymania wysokiego poziomu pomocy socjalnej.

    Proszę bardzo, lepiej powiedzcie co w takiej sytuacji zrobić, a nie co czytać tak jak Pan F. wczoraj w TVN CNBC.

  3. Niestety każde progi ostrożnościowe zapisane w prawie, a nawet w konstytucji są do ominięcia przez rządzących, bo to oni ustalają definicje i interpretują prawo.

  4. Łukasz – masz rację, oczywiście. Zauważ, że przykład szarej strefy w USA czy Szwajcarii jest celowo przytoczony – te dwa kraje mają relatywnie lepsze systemy podatkowe, mniejszą biurokrację i mniej rozwinięty sektor socjalny niż sąsiedzi. Dzięki temu szara strefa jest w skali całej gospodarki niewielka (np. w USA co któreś gospodarstwo ma pomoc domową, a władze to po prostu tolerują).
    Jeśli za cel stawia się likwidacę szarej strefy i socjalnego pasożytnictwa, to rozwiązaniem jest likwidacja fiskalizmu, świadczeń socjalnych i biurokracji + uwolnienie sądownictwa. Jakiekolwiek inne rozwiązania nie służą celom ekonomicznym, a politycznym, np. „program walki z szarą strefą przez utworzenie Centralnego Biura ds. Pasożytnictwa” to sposób na zdobycie głosów w wyborach, nic więcej.

  5. @ 2.
    Czyli, uchylając się od płacenia podatków, okradam tego, który wspiera finansowo państową mafię? Ciekawy demagogicznie zabieg odwrócenia ról.

  6. Mimo wszystko uważam artykuł za bardzo pouczający. Na pierwszy rzut oka nie bardzo mi na tym zależy jak ktoś liczy PKB. Po takim artykule moja swiadomość się zwiększa. Czuję się oszukany. Szara strefa to to dla mnie ten obszar, który unika opodatkowania. Tak jak autor zaznaczył – są to sprawy drobne, zakazane prawem, lub niezakazane prawem, ale takie, których opłacalność w „białej strefie” jest żadna, nikła lub dużo niższa niż przy normalnym opodatkowaniu. Na tą ostatnią część duży wpływ ma polityka fiskalna (i nie tylko) rządu. Trzeba jednak zaznaczyć, że z szarej strefy nie ściągamy podatków. Jeżeli liczymy PKB bez szarej strefy to widzimy jak polityka rządu wpływa na gospodarkę (to duże uproszczenie). Gdy będziemy liczyć z szarą strefą to zamazujemy ten obraz. Wyobraźmy sobie rząd który wprowadził drastyczne podatki. Ludzie uciekają do szarej strefy, a PKB liczy się „od wszystkiego”. Jest całkiem nieźle. Tylko szkoda tych uczciwych. Uczymy kraść i oszukiwać.
    Teraz też tak jest – mam kolegę który prowadzi handelek. Nie odprowadza podatków od transakcji i pobiera zasiłek (jeszcze korzysta ze służby zdrowia, płaci najniższe alimenty, ma dopłaty do kolonii dla córki itp). W roku spędza cztery tygodnie za granicą, właśnie kupuje mieszkanie za gotówkę. Ostatnio narzekał bo służaba zdrowia jest straszna i to co sie dzieje to złodziejstwo – małe zasiłki, brak perspektyw itp. Zapytałem jakim prawem narzeka, skoro nie płaci podatków – odpowiedział mi i to słusznie, że podatki płaci choćby w benzynie, a tam gdzie nie musi to nie płaci, a jak ktoś jest głupi to nikt mu nie broni płacić więcej.
    Hm. Poczułem się jak głupek.

  7. @ 2 , 4, 6

    Słusznie! Gdyby nie te pasożyty stać by nas było na jakąś wojenkę albo szczepionkę na świnie albo założenie paru kamer w domach. Nasz mały Lewiatan mógłby wreszcie rozwinąć skrzydła, a tak dupa.

    Pozdrawiam!

  8. Sądzę, że nie należy mieszać pojęć ekonomicznych i obyczajowych – moralnych. @6 to że poczułeś się jak głupek to nie znaczy że Twój rozmówca jest tak do końca nieuczciwy, moim zdaniem On jak najbardziej płaci podatki i to nie małe! Pomyślał i po prostu ewoluował w pewien sposób a Ty nie. Wykorzystuje istniejący w kraju burdel prawno-biurokratyczny i tyle na ten temat. Równie błędne jest uważanie, że „w ten sposób uczymy kraść etc”. Nie sądzę aby ilość ludzi pracujących w szarej strefie bezpośrednio wpływała na poziom życia innych tych pracujących całkowicie legalnie. Nie widzę tutaj szkodliwości dla gospodarki. Oczywiście mam na myśli działania nie kolidujące z prawem, istotna uwaga nasuwa się sama – działanie te nie mogłyby mieć miejsca lub ich opłacalność byłaby bliska zeru w przypadku wejścia do strefy białej. Nie! naturalna ludzka zdroworozsądkowa zapobiegliwość, mało skażona TVNozą i GWnozą, osobniki tej kategorii po prostu bronią się przed Lewiatanem w sposób jaki uważają w danej chwili za najlepszy z dostępnych, a moich słów kwintesencją jest wypowiedź kolegi bp @7.

  9. @Łukasz Piechowiak

    „Szara strefa w Polsce jakkolwiek oceniana przez prawdziwych liberalnych ekonomistów ma również bardzo negatywny wpływ na gospodarkę – im wyższy jest jej odsetek tym więcej zapłacić za jej utrzymanie muszą obywatele, którzy działają w 100% legalnie.”

    Nie jest to jednak wina szarej strefy ale rządu, który swoimi regulacjami ją wytwarza. Z punktu widzenia prawdziwej ekonomii, Polska rozwijałaby się najszybciej gdyby WSZYSCY przeszli do szarej strefy uciekając od pasożyta, którym jest rząd WYMUSZAJĄCY haracz na swoją rzecz. Wykazał to Rothbard i nie ma tu z czym polemizować.

    Podobna sytuacja jest z rajami podatkowymi. Można by twierdzić, że firmy w takich rajach obniżają PKB kraju z którego uciekły. A przecież te tzw. „raje” to nie żadne raje tylko właśnie normalność. To my żyjemy w piekle podatków i „białej strefy”. Każdą transakcję musimy zaksięgować i jeszcze odpalić państwu dolę. Powinniśmy wystąpić więc przeciwko rządowi, a nie obwiniać szarą strefę za to, że istnieje.

    Czy myślisz, że rząd, który dostałby większe środki na skutek wybielenia szarej strefy zmniejszyłby automatycznie obciążenia podatkowe? Ha ha. Prędzej wykorzystał by te środki to wysłania większego kontyngentu do Iraku.

    Kolejna sprawa: szara strefa to często transakcje, które nie miały by miejsca gdyby je opodatkować, bo po prostu by się nie opłacały. Jej istnienie oznacza więc, że jakieś potrzeby zostały zaspokojone. A to przecież dobrze.

    Co do samego liczenia PKB to można dorzucić jeszcze jedną obiekcję. Parametr ten nie odzwierciedla w żaden sposób wymiany „barterowej”. Tzn, ja komuś pożyczam ciągnik, a on z rodziną przyjdzie pomóc mi przy sianokosach. Itp, itd. PKB liczony przez GUS jest więc z założenia błędny.

  10. Do Dariusz Moskała
    Moim zdaniem w pewnych obaszarach moralność i ekonomia się stykają, choć … chciałbym oczywiście by ekonomia po prostu funkcjonowała „obiektywnie” bez głupich uwag w stylu – „oczywiście możesz skorzystać z tej ulgi, ale powinieneś mieć świadomość, że w ten sposób pozbawiasz innych pieniędzy. Innym bardziej potrzeba” itp. Poczułem się jak głupek, bo być może to ja jestem naiwny, a nie uczciwy? Wolałbym czuć się, że w Państwie jest jakaś współpraca. Płacę podatki i są one na tyle wysokie by zapewnić mi to, czego w inny sposób nie mozna zapewnić – obronność, porządek, prawo. A ja tutaj widzę walkę. Wciąż mam być zwarty i gotowy. Wciąż pod bronią, wciąż patrzeć i przeliczać co mi się opłaca by wymigać się od obciążeń. Po drugiej stronie w okopie jest aparat państwowy, który siłami swoich trupio bladych aparatczyków strzela do mnie ustawami, zarządzeniami, wykładnią przepisów, nawet łamaniem prawa (w majestacie prawa – np. prawo zadziałało wstecz). I ja muszę każdego dnia wypatrywać słabosci tych przepisów, obserwować gdzie ich okopy są słabo strzeżone i atakować. Potem oni znowu je wzmacniają i znowu ta ciuciubabka. To mi przypomina walkę klas, tylko, że tutaj obywatel walczy z Państwem. Gdy już polegnę – jestem na zasiłku, zabierają mi pieniądze, dom, prawo do dzieci – czyli otaczają opieką. Każą żyć w poniżeniu. Mogę oczywiście zostać usłużnym żołnierzem, ale tylko szeregowym – jeżeli nie mam znajomego na odpowiednim stanowisku. Taka perpektywa mnie męczy.
    Mówiąc, że system uczy kraść miałem na myśli to , że facet unika podatków (niektórych nie może uniknąć). Kiedyś przed ’89 rokiem prawie niczego nie można było dostać (kupić). Na przykład cementu nigdzie nie było. Mój ojciec chciał zrobić podmurówkę i … nie mógł. Mój sąsiad bez problemu to zrobił. Poszedł na budowę i „zakosił” kilka worków cementu. Mój ojciec nie tak był wychowywany i nie bardzo mu to wychodziło. Czyn generalnie był społecznie akceptowany, bo każdy tak robił. Taka szara strefa. Ojciec był naciskany by też sobie „poradzić”. Czy ja potępiam sąsiada? Nie wiem. Wiem, że normalnie każdy powinien pójść i kupić cement w sklepie. To dla mnie jest normalne. Podobnie jest z ograniczeniem prędkości. Na Puławskiej w Wa-wie jest ograniczenie do 50 km/h. Nikt nigdy tam tak nie jeździ. Czasem jeżdżą 20, czasem 90 – zależy czy jest korek, czy nie. Każdy to akceptuje, nawet Policja tam jeździ 70 km/h. Ale to uczy ludzi, ze jak jest ograniczenie do 50, to mogę jechać 70-90. Ostatnio jechałem i było ograniczenie do 30. Czyli mógłym jechać 50-70 i … prawie mnie wyrzuciło na zakręcie, bo ktoś napisał ograniczenie zgodnie z prawdą. Gdybym był nauczony przestrzegać przepisów nie miałbym kłopotu, a ponieważ zawsze muszę interpretować przepisy – opieram sie jedynie na własnych ocenach i nie korzystam (prawie) z doświadczenia innych. Bardzo wiele tracę!
    Mój kolega uczy się, że przepisy podatkowe trzeba obchodzić. Nie lepiej sprawić, by łatwiej było żyć zgodnie z przepisami? Niech nie płaci tego podatku w majestacie prawa. Niech płaci grosze.

  11. Ad 7,8,9 ogólnie do miłośników szarej strefy.
    Załóżmy,że mam garaż w ramach wspólnoty 40 właścicieli i kilku z nich nie płaci przegłosowanych przez większość opłat na konserwację, budowę drogi itd. Czy w takim razie mam się zachwycić ich przenikliwością, sprytem i niezależnością czy też podać do sądu i ściągnąć należność??
    Pozdrowienia Mergiel

  12. Ad Jarosław K
    Twój kolega to zwykły oszust, który złożył nieprawdziwe deklaracje i na ich podstawie uzyskuje nienależne świadczenia.
    Pozdrowienia Mergiel

  13. @11. Nie wierzę, Merglu, że nie domyślasz się jak brzmi odpowiedź, ale i tak ją przedstawię:)

    Zależy jakie były ustalenia pierwotne, innymi słowy co nazywasz „wspólnotą”. Jeżeli wchodząc do wspólnoty zgodziłem się poddawać się procesowi demokratycznego ustalania opłat, to oczywiście należy mnie teraz ścigać. Złamałem bowiem postanowienie umowy. Jeżeli nie, sytuacja jest zupełnie inna.

    Wyobraź sobie bowiem, że budujesz sobie domek na wsi. Nagle zbiera się grupa mieszkańców żyjących w promieniu 20 km od Ciebie i przegłosowuje, że każdy, kto chce postawić psią budę, musi zapłacić opłatę, która zostanie przeznaczona na postawienie pojemników na psie odchody. Czujesz się zobowiązany płacić, czy nie? (podkreślam – „zobowiązany” – nie pytam o to, czy uważasz to za dobry pomysł)

  14. Ze wspólnotą jest taki problem, że ustanawia się ją w celu zarządzania nieruchomością, która jest w posiadaniu wielu właścicieli i problem w tym, że można to przegłosować zwykłą większością i zgodnie z prawem nawet ci co byli przeciw jej utworzeniu muszą się do tego zastosować, oczywiście w zakresie tylko tzw. zarządu zwykłego. Opłaty eksploatacyjne, remontowe itd. są w zakresie zarządu zwykłego i przegłosowuje się je zwykłą większością, natomiast na inne np. budowa dodatkowego pomieszczenia czy wynajęcie go muszą się zgodzić wszyscy. To rozwiązanie ma plusy bo pozwala zarządzać wspólną nieruchomością ale i minusy bo jak ktoś nie ma ochoty uczestniczyć w czymś takim to nie bardzo ma wybór, chyba, że sprzeda swój udział i w ten sposób wypisze się z interesu. Opisuję to bo jest tu pewna analogia do zarządzania państwem. Konieczny jest pewien kompromis aby skuteczne choć w ograniczonym zakresie zarządzanie wspólną własnością było w ogóle możliwe.
    Pozdrowienia Mergiel

  15. @Mergiel

    Nie widzę powiązania pomiędzy dobrowolnie założoną wspólnotą a przymusem płacenia podatków narzuconym siłą przez Państwo.

  16. „Na przykład cementu nigdzie nie było. Mój ojciec chciał zrobić podmurówkę i … nie mógł. Mój sąsiad bez problemu to zrobił. Poszedł na budowę i „zakosił” kilka worków cementu. Mój ojciec nie tak był wychowywany i nie bardzo mu to wychodziło. Czyn generalnie był społecznie akceptowany, bo każdy tak robił.”

    Nic dziwnego, że czyn był społecznie akceptowany, przecież był zgodny z fundamentalnymi założeniami systemu. Sąsiad po prostu właściwie zinterpretował reguły gry: żył w dyktaturze proletariatu, systemie, którego naczelną zasadą było przejęcie środków produkcji przez klasę robotniczą. Jak więc mógł ukraść cement, skoro cement był jego? 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Nasi darczyńcy