Machaj: Podatki w górę

10 sierpnia 2010 Ekonomia sektora publicznego komentarze: 22

Autor: Mateusz Machaj
Wersja PDF

Pierwsza połowa XXI wieku zapisze się w historii gospodarczej jako krytyczny moment światowego systemu gospodarczego, opartego na rekordowej fiskalnej redystrybucji, która nie może być w długim okresie zatuszowana polityką ekspansji długu i kredytu. Jeśli polityka radykalnie się nie zmieni, rozciągnięte do granic możliwości wydatki budżetowe wraz z przyszłymi obietnicami składanymi beneficjentom systemu pomocy społecznej wkrótce postawią kolejne kraje na skraju bankructwa. Zaczęło się od egzotycznej Argentyny, niedawno dołączyła unijna prowincja – Grecja. W kolejce czekają już takie centra cywilizacji, jak Japonia i Stany Zjednoczone.

Polska na tle tych krajów specjalnie się nie wyróżnia, a nawet ma postawioną ścisłą barierę – dług publiczny Polski nie może przekroczyć 60% PKB. W obecnym systemie fiskalnym ciężko będzie nie złamać tej reguły. Z tego względu rząd Donalda Tuska stanął przed politycznie problematyczną alternatywą – jeśli deficyt finansów publicznych ma nie doprowadzić do przełamania bariery 55% PKB, konieczna jest zmiana w budżecie – albo cięcie wydatków, albo zwiększenie podatków. Zamiast jednak wybrać drogę gospodarczo korzystną i bardziej odpowiedzialną, czyli cięcie wydatków, rząd zdecydował się kupić trochę więcej czasu, „delikatnie” podnosząc podatki. Tym sposobem z rzekomego liberalizmu Platformy Obywatelskiej nie zostało już w zasadzie nic, a podpisanie jednej z pierwszych ustaw przez nowego prezydenta będzie złamaniem jego obietnicy o niezwiększaniu podatków.

Obniżenie podatków, które uchwalił rząd Prawa i Sprawiedliwości, gospodarczo było rozwiązaniem korzystnym. Niestety – z czego doskonale zdaje sobie sprawę większość ekonomistów i obserwatorów finansów publicznych – była to obniżka tymczasowa, ponieważ nie ruszono strony wydatkowej. Bez uszczuplenia wydatków obniżka zostanie niebawem odwrócona. Jeśli ogólnej redukcji podatków nie towarzyszy ogólne redukowanie wydatków sektora publicznego, to wysokie wydatki będą sfinansowane większym deficytem, a po jakimś czasie podatki z powrotem wzrosną. Takie wnioski nasuwają się po analizie wielu historycznych przypadków – stroną „napędową” finansów publicznych są zawsze wydatki, oparte na przyjętych ustawach. W długim okresie strona wpływów jest w tym procesie bardzo pasywna.

Nie oznacza to, że nie istnieje coś takiego, jak efekt Laffera, czyli zwiększenie wpływów podatkowych za pomocą obniżek stawek podatkowych. Problem polega jednak na tym, że ten efekt występuje tylko na poziomie mikroekonomicznym i w wybranych przypadkach, np. przy obniżce akcyzy na spirytus. Nie ma jednak panaceum w postaci makroekonomicznego efektu Laffera lub, mówiąc jaśniej, w przeważającej większości przypadków nie da się zredukować wszystkich podatków i przez to osiągnąć wzrostu całkowitych wpływów budżetowych. Aby obniżka była trwała, ogólnej redukcji podatków musi towarzyszyć zmniejszenie strony wydatkowej.

Co istotne, jednoczesna radykalna redukcja wydatków budżetowych i podatków byłaby zdecydowanie korzystna dla gospodarki. Podwyższenie podatków, po to by naprawdę niewiele zmniejszyć dziurę budżetową, po pierwsze, nie rozwiązuje problemu, tylko odrobinę go oddala; po drugie, skutkuje rosnącymi obciążeniami produktywnego sektora prywatnego, który jest odpowiedzialny za gospodarczy dobrobyt. Innymi słowy, przez obecne rozwiązanie rząd utrzymał niewydolny system, by zyskać trochę czasu, a do tego uderzył po raz kolejny w źródło bogactwa narodów.

Podobał Ci się artykuł?

Wesprzyj nas
Mateusz Machaj

O Autorze:

Mateusz Machaj

dr hab. Mateusz Machaj - Instytut Nauk Ekonomicznych Uniwersytetu Wrocławskiego, założyciel oraz główny ekonomista Instytutu Misesa.

Pozostałe wpisy autora:

22 Komentarze “Machaj: Podatki w górę

  1. Belka dla Pulsu Biznesu.

    „Gdyby nie drukowano pieniędzy, prawdopodobnie pojawiłby się problem deflacji, wraz ze wszystkimi jej dramatycznymi konsekwencjami. Żadna prawda w ekonomii nie jest prawdą wiecznie trwałą. Drukowanie pieniędzy powoduje inflację pod warunkiem, że popyt na pieniądz jest stabilny.”

    Dobre, nie!

  2. Pan Prezes w jednej chwili zauważa, że żadna prawda w ekonomii nie jest prawdą absolutną (prawo popytu i podaży też?), co jednak nie przeszkadza mu w kolejnym zdaniu umieścić stwierdzenia. Skoro żadna prawda nie jest trwałą…

    Co ciekawe, w Stanach Zjednoczonych w latach 1815-1913 do „dramatycznych konsekwencji deflacji” (sięgającej 54%!) należałoby zaliczyć m.in. dwucyfrowy wzrost gospodarczy. Z całą pewnością z fiat money, FED’em i jego „quantitative easing” żyłoby się lepiej. Wszystkim.

  3. Po przeczytaniu tej wypowiedzi Pana Prezesa dla pb stwierdzam, że największym zagrożeniem dla kapitalizmu i wolnego rynku są sami kapitaliści, a dla ekonomii sami ekonomiści.
    Czyli, jak rozumiem, takie pojęcia jak: ricardiańska teoria kosztów komparatywnych, krańcowa użyteczność itd. fluktuują sobie swobodnie, a Pan Prezes uczy kolejne roczniki studentów ekonomi czegoś zupełnie innego niż poprzednie?
    Zresztą, ta „prawda”: „Drukowanie pieniędzy powoduje inflację pod warunkiem, że popyt na pieniądz jest stabilny” też nie jest „prawdą wiecznie trwałą” zgodnie z twierdzeniami Pana Prezesa, więc pewnikiem szybko usłyszymy od niego pochwałę deflacji?
    Podsumowując: dla Pana Prezesa ekonomia nie jest nauką. Nie jest też sztuką. To coś w rodzaju polityki, gdzie liczy się, jak ktoś szybko umie się dostosować do zmieniających się reguł gry.
    To niestety mylna teza.

  4. Co do zasady, to ja się zgadzam. Z jednym formalnym i jednym praktyczno-politycznym zastrzeżeniem. Moim zdaniem, krzywa Laffera działa także w skali makro, a raczej działałaby, gdyby nie pewne właściwości współczesnego budżetu państwa. Otóż, wydatki są w budżecie zapisane „na sztywno”, tzn. jak są zapisane, to administracja je zrealizuje bez względu na okoliczności. Z dochodami jest inaczej: jak ludzie nie wpłacą w podatkach tyle, ile zaplanował MF, to nic się nie da zrobić, a zwłaszcza nie da się podnieść przychodów, ani zwiększyć zadłużenia z dnia na dzień. To dlatego ew. nagłe i niespodziewane, hurtowe zwiększenie przychodów z tytułu obniżki np. PITu nie da zmniejszenia wydatków, ani deficytu. Jak będzie więcej pieniędzy, to budżet je wszystkie wyda zgodnie z planem maksimum, a jak będzie mniej, to będzie się ratował kreatywną księgowością, przesuwaniem inwestycji itp. Brak tego typu sztuczek oznacza, że fizycznie pieniędzy jest więcej niż w „czarnym scenariuszu” zakładanym przez MF przy konstruowaniu budżetu. Ale skoro można w kryzysie zrealizować budżet przy niedoborze pieniędzy, to na pewno można też w ew. „dobrobycie” wydać więcej pieniędzy. Urzędnik potrafi!

    Druga uwaga dotyczy kwestii politycznych. Ponieważ uważam obecny rząd za najlepszy od czasów Mazowieckiego (a porównania z tamtymi czasami są coraz bardziej abstrakcyjne), to poszukuję takiej ścieżki rozumowania, na której jego działania mogłyby okazać się lepszą alternatywą od działań innych, wszakże dających się (choćby teoretycznie) pomyśleć we współczesnej Polsce. Nie uważam więc np. za możliwe wprowadzenie podatku pogłównego i likwidacji 95% państwowych regulacji, aparatu i wydatków – choć bardzo by mi się to podobało. Ale to mógłby zrobić oświecony, liberalny dyktator (oksymoron), a nie szef partii nie mającej bezwzględnej większości w sejmie. Przy czym nawet sama ta partia na pewno nie cała jest liberalna i na pewno nie „skrajnie”. Fajnie jest narzekać na Tuska, że nie zmniejsza wydatków i nie robi choćby rzeczy z listy przedstawionej ostatnio przez Balcerowicza. Ale nikt nie mówi, co zrobić, żeby wszystkie te pomysły poparł PSL (co trzeba by za to dać Pawlakowi i ile by to kosztowało). No i czy w wyniku takich działań PiS nie wygra przyszłorocznych wyborów. Bo jak wygra, to szkoda roboty. No dobra, przyznam się: wolę Tuska podnoszącego podatki (w kryzysie) od Kaczora, który je (w dobrobycie) obniżał.

    Zgadzam się z Rybińskim, że koszt dodatkowego zatrudnienia w administracji to jest ten rząd wielkości, który uzyska się z podwyżki VAT. Ale podejrzewam, że większość dodatkowego zatrudnienie w administracji wynika nie (tylko) z zatrudnienia kolegów na synekurach, ale z potrzeby obsługi znacznego przyspieszenia w inwestycjach infrastrukturalnych. Ja nie jestem fanem robienia tego w obecnym systemie, gdzie państwo musi przystawić dwie pieczątki na każdym worku cementu – ale w takim państwie żyjemy i zmiana tego nie jest ani proponowana, ani planowana – przez nikogo, poza może JKM. A więc jak mam do wyboru jeszcze niższą sprawność wydawania unijnych pieniędzy, albo podwyżkę VATu, to w zasadzie nie mam wyboru, co wybrać.

    Powtarzam, nie zachwyca mnie to, co się dzieje w finansach publicznych i generalnie w polityce, ale wszystkie REALNE scenariusze, które przychodzą mi do głowy, są ZNACZNIE gorsze od tego, co widać w telewizorze. A może nie dostaje mi wyobraźni?

  5. @4,
    Odniosę się do konkluzji:
    Myślę, że po prostu oceniasz realność na podstawie bytu dodatnio sprzężonego – ludziom się mówi, że coś jest nierealne, ponieważ większość tego nie popiera, a większość tego nie popiera, ponieważ ludziom się mówi, że coś jest nierealne…
    Przyjęcie takiej postawy wyklucza sens w czytaniu i dywagowaniu na temat lepszych rozwiązań (zmniejszenie obciążeń i kompensacja w formie zmniejszenia wydatków przez warstwę administracyjną) oraz w myśleniu w ogóle o czymkolwiek, póki nie jest to niezbędne.
    Mechanizm jest prosty i spełnia swoje zadanie doskonale, co widać na naszym (i nie tylko) podwórku (mam na myśli ojczyznę).
    Bardziej się nie wgłębię, ponieważ nie mam czasu. A szkoda, ponieważ jest kilka punktów zaczepnych do ciekawej (w mojej opinii) i (być może) długiej konwersacji.

  6. Do moderatora:
    „Twoj komentarz oczekuje na akceptacje” – czy to oznacza, że jest to liczba mnoga akceptacji, czy może wtargnęła tu literówka? Tak tylko pytam – nie jest to istotne uchybienie…

  7. Bardziej niż nazwa istotny jest statut i cel organizacji, a te praktycznie są tożsame z polskim IM. Więc w komentarzu nie będącym pracą naukową czy nawet publicystyka można posłużyć się uproszczeniem.

  8. @troyden – faktycznie statut i cel organizacji są w tych przypadkach bardzo podobne… no ale jest małe „ale” 🙂 polski IM nie prowadzi działalności politycznej, nikt tutaj nie działa żeby dostać stołek (I hope so :)).

    Zgadzam się natomiast, że to czy „centrum” czy „instytut” to nie ma większego znaczenia. Zauważcie jednak, że nasza działalność różni się od amerykańskiego Mises Institute, belgijskiego Rothbard Institute czy białoruskiego Centrum Misesa – można stwierdzić, że co kraj to inne metody 🙂

  9. Panie Mateuszu, efekt Laffera występuje w każdej skali . Zwiększenie wpływów jednak nie nastąpi gdy punkt wpływów znajduje się po stronie krzywej wznoszącej. Kiedy przekroczymy wierzchołek krzywej, każde zmniejszenie podatków spowoduje wzrost wpływów

  10. I jeszcze jedno : tak minimalne obniżki podatków nie spowodują radykalnych zmian.Zdaje się że efekt obniżek pisu został zniwelowany przez kryzys. Nie wiem czy warto bawić się w szczegółowe obliczenia jakie były efekty polityki PiS , ja nie mam na to czasu

  11. @ ad 12

    Jest Pan ABSOLUTNIE pewien, ze w wyniku podwyzek, ktore przeprowadza PO wplywy podatkowe beda nizsze niz w roku poprzednim i ze bedzie to rezultat wyzszych podatkow?

    Tylko skoro tak, to czemu rzad te podatki zwieksza? Zatrudniaja kiepskich specjalistow od liczenia i ksiegowosci? Przyznam, ze szczerze w ten wariant watpie, bo wyciskac z ludzi to rzad dobrze potrafi.

  12. Ad 14
    Tego nie wiem .Krzywa Laffera nie podaje liczb. Dopiero praktyka pokazuje gdzie jesteśmy.
    Ale to nie jest istotne.Ważne że rząd łamie zasady gospodarki wolnorynkowej, bo jeśli budżet stanowi tak wielki procent wartości produkcji-jest to wystarczający powód do krytyki

  13. Ad 14
    Skoro specjaliści z rządu dorobili się długu w kwocie kilkuset miliardów złotych, to może nie sa tacy wspaniali? Ja nawet wątpię, czy owi księgowi umieją liczyć zera. Jeśli na podwyżce podatku vat budżet ma zyskać 5-8 miliardów, to o czym my tu radzimy? Tyle to Kulczyk wydaje w miesiąc na podlewanie trawników (wiem, wiem, trochę przesadziłem).

  14. @14,
    Wiemy to stąd, iż Krzywa Laffera to prosty model o określonym kształcie (z jednym maksimum, ciągła). Właściwie już licealista może dojść do faktu, że jest to tylko hipoteza, kiedy zrozumie, że warunkami koniecznymi i niewystarczającymi do jej wyprowadzenia są założenia o zerowym wpływie w puntach zaczepienia (0 oraz 1) i oraz faktu, że krzywa w całej swojej dziedzinie jest nieujemna i miejscami dodatnia. Tyle właściwie wiemy – reszta jest domysłem i nadinterpretacją.
    Właściwie to zastanawiam się, czy będąc Lafferem traktowałbym to jako uhonorowanie czy obelgę…

  15. Mam wrażenie, że nasza debata niebezpiecznie przesuwa się od istoty rzeczy (podwyżki podatków) w stronę jałowego sporu o treść twierdzenia (krzywej) Laffera. Zgódźmy się może na taką wersję: istnieją przypadki, w których obniżka stawek podatkowych powoduje wzrost wpływów do budżetu. Chyba każdy się zgodzi, że tak bywa. Na poparcie twierdzenia w tym kształcie można też przytoczyć parę przykładów, ale my nie debatujemy tutaj z middleoftheroadowcami, tylko między sobą.

    To, że obniżka cen może wpłynąć na wzrost przychodów, wie każde dziecko. Na wolnym rynku tak się dzieje miliony razy dziennie. Dlaczego na rynku podatkowym to by miało działać inaczej? Milczące założenie, że „powinno” działać inaczej, jest przyczyną tego, że krzywej Laffera przyznaje się status paradoksu i poszukuje jego mniej lub bardziej sensownych rozwiązań. Ale tu nie ma żadnego paradoksu. Kto obniża cenę na rynku, ten zabezpiecza się przed brakiem przychodu w sytuacji, kiedy klienci pójdą do konkurencji, albo (wariant rzadszy, ale też spotykany) wierzy we wzrost DOCHODU w wyniku wyższych obrotów przy niższej marży.

    Państwo do pewnego stopnia działa inaczej: „nie wierzy” w możliwość ucieczki do konkurencji (i tu nie ma racji, bo konkurencją jest zarówno szara strefa, jak i emigracja). Ale co do zasady państwo ma rację: ponieważ podatki są przymusowe, to „na zdrowy rozum” nie powinno ich być więcej, jak się obniży stawki. Bo jakby obniżyć wyroki, to więźnio-dób (chyba?) by nie przybyło. Tylko, że to jest „zdrowy urzędniczy rozum”, a nie ekonomia.

    Ekonomia ZAWSZE wypowiada się z zastrzeżeniem ceteris paribus. Tylko że w ekonomii prawie nigdy nie da się wypreparować jednego zjawiska dla celów eksperymentalnych, a zatem to zastrzeżenie prawie nigdy nie jest spełnione. Stąd nikła wartość dowodów z danych statystycznych. Weźmy prosty przykład z fizyki: jak się naciska na hamulec to samochód zwalnia, a jak na gaz to przyspiesza. Ale w automacie, żeby przyspieszyć, wystarczy zmniejszyć nacisk na hamulec. A jak ktoś ma duży zapas mocy i nie żal mu sprzęgła, to może mocno naciskać na hamulec i jeszcze mocniej na gaz, a w efekcie – przyspieszać. W tym przykładzie każdy łatwo oddzieli zjawiska odpowiedzialne za przyspieszenie i zwalnianie samochodu. Bo to są tylko i wyłącznie dwa zjawiska. No i samochodowi jest wszystko jedno ile własciciel zapłaci za naprawę. W ekonomii, ponieważ badamy (wszystkich) działających LUDZI, a obserwowane zjawiska są sumą ich działań i zaniechań – tego typu ekstrakcje zjawisk są z definicji niemożliwe.

    Ale ponieważ poza debatą stricte ekonomiczną toczy się też na świecie debaty publicystyczne i polityczne, to nawet porządni liberałowie mają czasem tendencję do używania czy to danych statystycznych, czy innych „kwiatków” (w rodzaju krzywej Laffera) do okładania po głowach swoich przeciwników. Podobnie Solidarność waliła kiedyś po głowie władzę ludową cytatami z Lenina albo akcjonariatem pracowniczym, albo samorządnością na wzór jugosłowiański. Kłopot w tym, że władzy ludowej dawno już nie ma, a część publiki (a także spora część elit S.) uwierzyła w te banialuki i wierzy w nie do dziś.

    Niebezpieczeństwo wiary w argumenty nośne politycznie, ale zasadniczo fałszywe – jest b. poważne. Wracając do Laffera – jeśli przyjmie się za dobrą monetę popularne sformułowanie jego teorii, to staje się po stronie tych, co uważają wzrost dochodów budżetu za samoistnie dobry. A ja np. uważam, że zabieranie ludziom pod przymusem większej ilości pieniędzy jest gorsze od zabierania im mniejszej ilości pieniędzy. Mnie więc Laffer do niczego w poważnej debacie się nie przyda.

    I na koniec. Poważnej dabaty nie należy mylić z wyborami politycznymi. Podczas wyborów nie chodzi o dążenie do prawdy, tylko o wybór najlepszej spośród dostępnych alternatyw. Tak samo jest zresztą na rynku, tylko że na rynku oferta jest dużo lepiej dopasowana do potrzeb. No i na rynku, jeśli się powstrzymam od kupna mercedesa, który wyposażył swoje najnowsze modele w nie dokońca mnie satysfakcjonujące zegary pokładowe – nie będę zmuszony do jazdy półtoratonówką.

  16. Debata nie przesuwa się samoistnie od … Jej wątki zostały zasugerowane w artykule.Słusznie , krzywa Laffera sprowadza dyskusję na manowce , dlatego ,jeśli już posługujemy się nią , należałoby dodać jeszcze jedną linię : zależność wielkości przedsiębiorczości(kreatywności ,inwestycji) od wysokości podatków.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *