Everitt: Rządowe przepisy a innowacja

4 października 2010 Interwencjonizm komentarze: 2

Autor: Aaron Everitt
Źródło: mises.org
Tłumaczenie: Maciej Mrug
Wersja PDF

Amerykańskie społeczeństwo uzależniło się od bezpieczeństwa. Z jakiegoś powodu obywatele tego kraju uznali, że ich priorytetem jest zabezpieczyć się przed zagrożeniami, które niesie ze sobą życie. Gdzie by nie spojrzeć, otaczają nas niezliczone zabezpieczenia, które mają ochraniać nas przed zagrożeniami współczesności.

Od samego momentu narodzin dzieci są chronione przed niechybną śmiercią za pomocą przepisowo skonstruowanych kołysek i wózków. Kodeksy nie odstępują Amerykanów o krok przez całe ich życie. Przyczyniły się do powstania kultury, która zbudowana jest na tajemniczym założeniu, że „ktoś” lub „coś” ochroni nas przed złem tego świata.

Przepisy bezpieczeństwa wspierają przestarzałe rozwiązania

Nieodzowną cechą filozofii powszechnego bezpieczeństwa w Ameryce jest reagowanie na zagrożenia po fakcie. Nie można przewidzieć, jakie będą konsekwencje wypadku, dopóki nie nastąpi. Scenariusz wydarzeń jest mniej więcej taki: na rynku pojawia się nowy produkt, spełniający wszystkie aktualne wymogi bezpieczeństwa, o których istnieniu wiedział producent. Dochodzi do wypadku, którego nikt nie mógł przewidzieć. Media i społeczeństwo podnoszą wrzawę i stwierdzają, że „coś trzeba zrobić”, aby zapobiec nieszczęściu, które i tak już się wydarzyło. Powołuje się specjalną komisję, która ma zająć się tym „oczywistym” zaniedbaniem. Następnie ogłasza się nowe przepisy mające zapobiec poprzedniej tragedii, a także powołuje się nową instytucję nadzorczą, która ma czuwać nad przestrzeganiem ustanowionych regulacji.

Powyższy schemat działania występuje zwłaszcza w sektorze handlowym i usługowym. Prawie każdy przedmiot, jaki możemy dziś kupić, od poduszek aż po komputery, jest udekorowany naklejkami ostrzegawczymi.

Etatyści wysuwają kontrargument w stylu: „tak, to prawda, ale dzięki temu żaden wredny kapitalista nie skrzywdzi niewinnych ludzi, byle by tylko wydusić z nich ostatni grosz!”.

Nikt nie twierdzi, że nie istnieją wredni kapitaliści, którzy świadomie wykorzystują luki w przepisach. To nie oni jednak stanowią problem, ale system, który jest zbudowany na założeniu, że każdy powinien móc kupować towary bez żadnej odpowiedzialności, ślepo wierząc, że ktoś się o nich zatroszczy.

Zawsze istnieli sprzedawcy, którzy oszukiwali ludzi. Ale w dawnych czasach znajdowano sposób, aby ich ukarać, i nie pozwalano im handlować kolejnymi bublami.

Obecnie istniejący system wymusza na przedsiębiorcach wynajdowanie luk w przepisach lub działanie w zmowie z osobami tworzącymi prawo. Cała aktywność firm skupia się na wytwarzaniu produktów, które są tanie, a jednocześnie pozwalają obejść lub sprostać ustalonym wymaganiom. Takie działania nie zawsze są motywowane chęcią złamania prawa — luka w przepisach lub jej brak może zadecydować o przetrwaniu przedsiębiorstwa na rynku lub o jego bankructwie. Jednak sam fakt, że przepisy można obejść lub spełnić je tylko częściowo zaprzecza celowi, w jakim są opracowywane.

Ślepa wiara w obietnice rządzących

Istniejący system niesie ze sobą także inne, nieprzewidywalne zagrożenia. Wystarczy wskazać na niedawny wypadek w kopalni w Południowej Virginii, wyciek ropy w Zatoce Meksykańskiej lub ataki terrorystyczne. Wspólną cechą wszystkich tych wydarzeń jest fakt, że bezpieczeństwo obywateli i pracowników zależało od przestrzegania rządowych regulacji, które miały ich rzekomo chronić.

Jeśli rządowa instytucja popełni błąd, to czy będzie musiała ponieść konsekwencje swojej pomyłki — co niewątpliwie spotkałoby każdą prywatną firmę, która zajmowałaby się tak poważnymi sprawami? Czy mogłaby w ostateczności upaść? Oczywiście, że nie. Zamiast tego otrzyma jeszcze większe wsparcie finansowe i jeszcze większy zakres uprawnień, tak aby wypadek już się nigdy nie powtórzył.

Najczęściej wysuwanym argumentem jest ten, że tylko władza państwowa może mieć motywację, aby zająć się niebezpiecznymi praktykami rynkowymi. Gdyby nie rząd, nikt nie kontrolowałby pazernych przedsiębiorców, którzy, korzystając z okazji, okradli i oszukaliby każdego klienta.

Artykuł Marka Thorntona na temat bezpieczeństwa w odniesieniu do prywatnych producentów ukazuje lukę w takim rozumowaniu. Jeden z najbardziej cenionych ośrodków badawczych — Underwriters Laboratory — znajduje się w prywatnych rękach. Dr Thornton stwierdza, że:

Sam fakt istnienia takiego ośrodka zaprzecza powszechnej, podręcznikowej opinii, że bez interwencji państwa prywatne firmy starałyby się zwiększać przychody kosztem bezpieczeństwa, w związku z czym biurokraci muszą kontrolować rynek i wymuszać zachowanie równowagi między prywatnymi interesami a wspólnym dobrem. Według tego poglądu aparat państwowy jest jedyną barierą, która chroni nas przed lawiną śmiertelnych wypadków.

Wielokrotnie dowiedziono już fałszywości tego mitu, ale wciąż pokutuje on w mentalności amerykańskich pracowników i konsumentów. Górnicy będą pracowali z zawyżonym poczuciem pewności siebie, gdy czuwa nad nimi Urząd ds. Bezpieczeństwa w Górnictwie. Pracownicy platformy wiertniczej będą ślepo wierzyli w niezawodność swojego sprzętu, ponieważ to właśnie ich miejsce pracy uzyskało rządowe wyróżnienie.

Kwestia prawa budowlanego

Kolejną niezamierzoną konsekwencją państwowej kontroli nad bezpieczeństwem jest zniechęcanie przedsiębiorców do wprowadzania innowacyjnych rozwiązań. Zamiast próbować zaryzykować i zainwestować w nowoczesne technologie, firmy starają się wypełnić lub ominąć zapisy ustawy.

Trudno o lepszy przykład niż branża budowlana. Niewielu ludzi zdaje sobie sprawę z faktu, że polityczna organizacja typu non-profit ustanowiła krajowy kodeks budowlany oraz instytucję, które ma kontrolować budowę mieszkań. Grupa ta lobbuje w rządzie, aby wprowadził jednakowe prawo budowlane na całym terenie Stanów Zjednoczonych. Ta instytucja została powołana po to, by rozszerzyć uprawnienia rządowej administracji na nadzorowanie budowy mieszkań oraz wybieranie środków bezpieczeństwa, które mają być zastosowane.

Przedsiębiorcy zdają sobie sprawę, jak wielką władzę stanowi uniwersalne prawo budowlane oraz czuwające nad jego przestrzeganiem ciała decyzyjne. Starają się zatem, aby to ich produkty zostały uwzględnione w przepisach. Materiały izolacyjne firm Tyvek i DOW oraz łączenia firmy Simpson są tylko jednymi z wielu przykładów konkretnych produktów, które wymienia się w kodeksie z nazwy. Zmiany w przepisach następują co dwa, trzy lata, przez co wykonawcy muszą tak poprawiać swoje projekty i wybierać inne zestawy produktów, aby sprostać wymaganiom prawa.

Firmy budowlane nie dostosowują swoich produktów do potrzeb klientów, ale do wymogów kodeksu, co zawsze dzieje się kosztem innowacyjnych rozwiązań. Większość wykonawców nie ma zasobów, które umożliwiłyby wdrażanie nowatorskich pomysłów, a jednocześnie zapewniłyby zgodności z przepisami.

W rzeczywistości większość przedsiębiorców nie tworzy własnych projektów, tak więc muszą zatrudnić architekta, który zweryfikuje istniejące plany pod kątem zgodności z nowym wydaniem kodeksu (które jest prawie zawsze bezdyskusyjnie wdrażane przez lokalne władze), co jest tak naprawdę wyrzucaniem pieniędzy w błoto. Te same środki można by przeznaczyć na zmianę projektu w taki sposób, aby sprostał wymaganiom rynkowym. Architekci mogliby wtedy wykorzystać własną kreatywność zamiast podręcznikowej wiedzy. Nie mogą jednak tego zrobić, ponieważ muszą zabiegać o satysfakcję biurokratów, a nie klientów.

Często słyszy się pogląd, głoszony chociażby przez Amerykańskie Stowarzyszenie Architektów, że prawo budowlane stymuluje rozwój branży. Jednak członkowie Stowarzyszenia bronią istnienia kodeksu dlatego, że zapewnia im stały dochód oraz dlatego, że dzięki niemu stają się niezastąpionym ogniwem w procesie budowy. Argumentują, że bez udziału architekta budynek nie będzie bezpieczny, ponieważ wykonawca nie będzie miał żadnego interesu w troszczeniu się o bezpieczeństwo swoich klientów.

Brak innowacyjnych pomysłów w budownictwie mieszkaniowym wynika z wydatkowania pieniędzy na realizację przestarzałych koncepcji. Czy naprawdę jesteśmy bezpieczniejsi tylko dlatego, że w przeciągu ostatnich dwóch lat obniżono wysokość stopni schodów o centymetr? Być może brzmi to śmiesznie, jednak każdy wykonawca w kraju musiał zmienić istniejące projekty, aby stały się zgodne z nowymi wymaganiami.

Ostatnie wydanie krajowego kodeksu budowlanego nakłada obowiązek montowania zraszaczy przeciwpożarowych w budynkach mieszkalnych — bez względu na kubaturę. Zasadniczo oznacza to, że obecnie bardziej prawdopodobne jest zalanie domowego sprzętu niż jego spalenie. Te drogie systemy potrafią co prawda ugasić ogień, ale mogą także spowodować poważne podtopienia, a nawet inne, nieprzewidziane konsekwencje. Właściciel nieruchomości będzie musiał wydać ogromną sumę pieniędzy na zakup ubezpieczenia tego typu instalacji, na czym ostatecznie straci.

Taka sytuacja to jednak wymarzony scenariusz dla samozwańczych obrońców powszechnego bezpieczeństwa. Potencjalne zagrożenie równa się kolejnej komisji, kolejnym przepisom i kolejnym winowajcom.

Odpowiedzią na ten problem nie będzie zastosowanie reguł rynkowych, które pozwolą podjąć decyzję właścicielom (bez wątpienia większość z nich obyłaby się bez zraszaczy). Zamiast tego możemy się spodziewać, że urzędnicy zażądają, aby w każdym mieszkaniu montować ogromne wiadro, do którego miałby spływać nadmiar wody. Ekonomia to nauka o niezamierzonych konsekwencjach, a tworzenie ustaw to jedynie nieadekwatna i niewspółmierna reakcja na owe niezamierzone konsekwencje. Cierpi na tym zawsze Wolność.

Podobał Ci się artykuł?

Wesprzyj nas
Avatar

O Autorze:

Aaron Everitt

Pozostałe wpisy autora:

2 Komentarze “Everitt: Rządowe przepisy a innowacja

  1. Bardzo dobry artykuł.
    Trochę uświadomił mi jak sytuacja regulacji wygląda w U.S.A – wygląda na to że nie różni się to zbytnio od absurdów Unijnych dyrektyw.

    Ogólnie bardzo dobrze że pojawiło się tłumaczenie tego artykułu.

  2. Jeśli Polacy jak gęsi czerpią najgorsze wzorce z przodujących (jeszcze)krajów, czarno widzę przyszłość. U nas też kult bezpieczeństwa stał się najważniejszym , a kto go krytykuje uważany jest za niespełna rozumu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Nasi darczyńcy