Murphy: Forma oszczędności ma konsekwencje

18 października 2010 Teksty komentarze: 12

Autor: Robert P. Murphy
Źródło: mises.org
Tłumaczenie: Mateusz Benedyk
Wersja PDF

Chociaż ekonomiści ze szkoły austriackiej zgadzają się ze sobą co do większości „ważnych” zagadnień, to ciągle istnieją pewne sporne kwestie. Zażarta dyskusja dotyczy m.in. gospodarczych korzyści (lub ich braku) płynących z funkcjonowania bankowości opartej na cząstkowej rezerwie. Prawie każdy z nas uważa, że obecny system finansowy — skartelizowany i podtrzymywany przez państwo — powoduje nadmierną inflację i cykle koniunkturalne.

Wielu poważanych austriackich ekspertów w dziedzinie bankowości uważa jednak, że na prawdziwie wolnym rynku prywatne instytucje mogłyby w użyteczny sposób świadczyć usługi bankowe, utrzymując jedynie cząstkową rezerwę (za przykład może służyć książka Steva Horwitza). Z kolei Murray Rothbard i grupa zwolenników jego teorii uznali bankowość z rezerwą cząstkową za nieuprawnioną i gospodarczo szkodliwą per se.

Ten artykuł jest odpowiedzią na przemyślaną analizę Billa Woolseya, który próbuje udowodnić ekonomiczną równoważność pomiędzy typowymi oszczędnościami gospodarstw domowych kupujących papiery dłużne a większą akumulacją pieniędzy utworzonych przez system bankowy przez te same gospodarstwa domowe. Pokażę, że pomiędzy tymi dwoma scenariuszami istnieją poważne różnice, a Woolsey nie odpowiedział naprawdę na rothbardowskie zarzuty wobec działania systemu cząstkowej rezerwy.

Argumenty Woolseya za bankową kreacją pieniędzy

Chcę, by ten artykuł miał niewielkie rozmiary, dlatego też nie mogę tu zacytować całego tekstu Woolseya. Uważam jednak, że jest to jedno z najbardziej jasnych i zwięzłych przedstawień argumentów zwolenników tzw. wolnej bankowości. Poniżej przedstawiam jedynie esencję tekstu:

Moim zdaniem jedynie nadwyżka podaży pieniądza może spowodować wystąpienie błędnych inwestycji. Jeśli ilość pieniądza i podaż kredytu rosną w odpowiedzi na zwiększony popyt na pieniądz, to skutki takiej sytuacji są identyczne z konsekwencjami wzrostu podaży kredytu spowodowanego wzrostem popytu na papiery dłużne.

Zatrzymajmy się tu na chwilę. Według standardowego (Misesa i Hayeka) wyjaśnienia cyklu koniunkturalnego, banki komercyjne arbitralnie powiększają podaż funduszy pożyczkowych, mimo iż społeczeństwo nie zwiększyło swoich realnych oszczędności. (Mój opis procesu „tworzenia pieniądza z powietrza” znajdziecie tutaj) Żeby pożyczyć nowe pieniądze, banki obniżają rynkową stopę procentową poniżej „naturalnego” poziomu. Przy sztucznie zaniżonej stopie procentowej przedsiębiorstwa pożyczają zbyt dużo i rozpoczynają zbyt czasochłonne projekty, na ukończenie których nie ma wystarczająco dużo społecznych oszczędności. To właśnie dzieje się podczas niezrównoważonego boomu, np. w czasie ostatniej gorączki na rynku nieruchomości.

Prawie wszyscy współcześni przedstawiciele ASE zgadzają się z powyższą analizą. Nie ma natomiast zgody co do analizy sytuacji, w której banki komercyjne zwiększają podaż funduszy pożyczkowych w odpowiedzi na nagły wzrost popytu na pieniądz. Steve Horwitz i Bill Woolsey sądzą, że w takim przypadku banki nie stworzą cyklu koniunkturalnego. Twierdzą wręcz, że takie działanie umożliwia uniknięcie bolesnego dostosowania, które musiałoby nastąpić, by przywrócić równowagę pomiędzy podażą pieniądza a popytem na jego trzymanie. W takim scenariuszu, według zwolenników „wolnej bankowości”, bankowa kreacja nowych pieniędzy nie zaburza procesów gospodarczych, bo w nowym stanie równowagi producenci nie otrzymali sztucznych bodźców do rozpoczynania projektów, na które nie ma wystarczająco dużo realnych oszczędności.

Tak opisuje to Woolsey:

Podejście zwolenników wolnej bankowości koncentruje się na scenariuszu, w którym wzrost popytu na trzymanie depozytów bankowych jest równoznaczny wzrostowi oszczędności. Gospodarstwa domowe zmniejszają udział wydatków konsumpcyjnych z bieżącego dochodu i akumulują środki w bankach. Banki udzielają większej ilości pożyczek i kreują nowe pieniądze dla kredytobiorców. Zwolennicy teorii równowagi pieniężnej dowodzą, że wzrost ilości pieniądza po prostu równoważy skutki spadku szybkości obiegu, więc nie ma wzrostu strumienia wydatków pieniężnych, które mogłyby spowodować błędne inwestycje.

Zwolennicy Rothbarda twierdzą z kolei, że [nowe] pieniądze przeznaczone na pożyczki ciągle będą powodować zniekształcenie systemu relatywnych cen, jako że środki pieniężne nie trafią do tych osób, które zwiększyły swój popyt na pieniądz i zmniejszyły wydatki pieniężne. Teoretycy równowagi pieniężnej są oskarżani o „myślenie makroekonomiczne”.

Uważam, że rację mają przedstawiciele obozu równowagi pieniężnej. Rothbardowskie argumenty zawierają ziarenko prawdy — nikt nie wątpi, że proces kreacji pieniądza wpływa na układ relatywnych cen. Myli się jednak ten, kto sądzi, że każda zmiana systemu relatywnych cen, będąca skutkiem wzrostu podaży pieniądza przy jednoczesnym wzroście popytu na pieniądz, jest błędną inwestycją.

Aby lepiej przedstawić moje rozumowanie, porównajmy skutki zmian w popycie na papiery dłużne ze skutkami zmian w popycie na pieniądz. Zgodnie z typowym podejściem rozpocznę od scenariusza, w którym rosną oszczędności gospodarstw domowych. Niektóre gospodarstwa wydają mniej na dobra i usługi konsumpcyjne, woląc oszczędzać. Tym samym zagregowane oszczędności rosną. Oszczędności mogą przyjąć dwie formy: nabywania papierów dłużnych lub akumulowania pieniędzy.

Najpierw załóżmy, że zwiększone oszczędności przekładają się na wzrost ilości nabywanych papierów dłużnych.

Woolsey tłumaczy następnie, jak gospodarka przystosowuje się do wyższego poziomu oszczędności, które przyjęły formę zakupów obligacji przedsiębiorstw. Struktura produkcji zostaje wydłużona, ale w taki sposób, że jest możliwe jej utrzymanie w dłuższym okresie.

Załóżmy teraz, że gospodarstwa domowe zmniejszają wydatki na konsumpcję, tak jak w pierwszym przypadku, lecz zamiast przeznaczać oszczędności na zakup obligacji korporacyjnych, zwiększają swoje salda gotówkowe. Efekt dla osób sprzedających dobra tym gospodarstwom jest identyczny — mniej sprzedają i mniej zarabiają. Zatrudniają mniej pracowników i zużywają mniejszą liczbę innych zasobów. Dochody tych czynników produkcji maleją.

Załóżmy, że banki powiększają jednocześnie strumień pożyczek o ilość równą tej zaoszczędzonej przez gospodarstwa domowe. Podaż pieniądza rośnie w tym samym stopniu co popyt na niego.

Załóżmy także, że banki zwiększają pożyczki, kupując dokładnie te same obligacje korporacyjne, które gospodarstwa domowe zakupiły w pierwszym scenariuszu. Rynkowa stopa procentowa spada równie silnie co poprzednio. Powstają identyczne bodźce dla firm do zakupu dóbr kapitałowych. Tak jak w pierwszym przypadku, firmy finansują zakup dóbr kapitałowych poprzez emisję papierów dłużnych.

Sprzedający dobra kapitałowe dla firm, które pozyskały nowe środki finansowe, uzyskują wyższe zyski. Zwiększona zyskowność daje sygnał i bodziec do większego zaangażowania finansowego w te przedsięwzięcia. Popyt na pracę i istniejące dobra kapitałowe rośnie, by zwiększyć produkcję nowych dóbr kapitałowych.

W austriackiej terminologii możemy to określić jako zmiany w popycie — zmniejsza się zapotrzebowanie na dobra konsumpcyjne a rośnie na kapitałowe — i spadek stopy procentowej, które to zjawiska prowadzą do zmian w strukturze produkcji w kierunku większej produkcji dóbr wyższego rzędu. Maleje zaangażowanie w produkcję dóbr konsumpcyjnych w nieodległej przyszłości a rośnie w produkcję dóbr konsumpcyjnych w dalszej przyszłości. Różnice w cenach zasobów i produktów końcowych odpowiadają nowej, niższej stopie procentowej.

Przyjrzyjmy się analizie Woolseya i upewnijmy się, że rozumiemy, co chce nam powiedzieć. Najpierw przedstawił standardowy scenariusz, w którym gospodarstwa domowe obniżają wydatki konsumpcyjne i zwiększają zakupy obligacji korporacyjnych (w tym przypadku banki nie zmieniają podaży pieniądza). Te zmiany w wydatkach powodują skurczenie się sektora dóbr konsumpcyjnych, spadek stopy procentowej i rozrost branż związanych z dobrami kapitałowymi wyższych rzędów. Tak wygląda austriacki opis typowego, zdrowego wzrostu gospodarczego, osiągniętego dzięki oszczędnościom i inwestycjom.

Woolsey próbuje także dowieść, że identyczne fizyczne dostosowanie pojawiłoby się w strukturze produkcji, gdyby gospodarstwa domowe zwiększyły oszczędności nie poprzez wzrost zakupów obligacji korporacyjnych, lecz w drodze powiększania swoich sald gotówkowych. Jeśli banki nie interweniowałyby, gdy pojawiłby się taki proces, ceny dóbr i usług (generalnie) by spadły, ponieważ ludzie chcą trzymać więcej pieniędzy, a dostępna podaż dóbr nie uległa zmianie.

Jeśli jednak banki zaczną kreować nowe pieniądze — w ilości równej pożądanemu wzrostowi sald gotówkowych — nie ma powodu, by ogólny poziom cen zaczął się obniżać. Niektóre ceny spadną (w sektorze dóbr konsumpcyjnych), podczas gdy inne wzrosną (w sektorze dóbr kapitałowych). Jeśli założymy, że banki kreują nowe pieniądze poprzez udzielanie pożyczek dla firm z sektora dóbr kapitałowych, to, wg Woolseya, zmiany w gospodarce będą identyczne z poprzednim, typowym przykładem. Jak to się zatem dzieje, że Rothbard i jego zwolennicy akceptują pierwszy scenariusz, a odrzucają drugi?

Dwa problemy z analizą Woolseya

W internetowym artykule nie mogę dać wyczerpującej odpowiedzi na ów złożony problem. Chciałbym jednak wskazać na dwie najważniejsze luki w rozumowaniu Woolseya.

Po pierwsze, narzuca się pytanie, jak to jest możliwe, że nowo utworzone pieniądze dostają dokładnie te firmy, których obligacje są nabywane w pierwszym scenariuszu. Woolsey zauważa ów problem, gdy mówi, że jest to dość mocne założenie. Nie zdaje sobie chyba jednak sprawy, że równie wątpliwym założeniem jest twierdzenie, że zwolennicy Rothbarda mylą się, gdy oskarżają teoretyków wolnej bankowości o makroekonomiczne myślenie. Nie dziwi tym samym, że Woolsey dochodzi do wniosku, że tak właśnie jest.

Dochodzimy tu do sedna sprawy, więc pozwolę sobie powtórzyć moje zdanie: rozpatrujemy sytuację, w której mamy stałą podaż pieniądza, niektóre gospodarstwa domowe zaczynają oszczędzać więcej, wydając mniej na dobra konsumpcyjne (telewizory, iPhony itp.) i zwiększając salda gotówkowe, podczas gdy inne gospodarstwa domowe chcą utrzymać na dotychczasowym poziomie swoje oszczędności, inwestycje i salda gotówkowe.

Społeczny popyt na pieniądz wzrósł, a podaż pieniądza pozostała bez zmian. Oznacza to, że „cena” pieniądza musi wzrosnąć (inaczej mówiąc, musi wzrosnąć jego siła nabywcza). Ceny dóbr i usług muszą zatem spaść.

W nowej równowadze gospodarstwa domowe, które chcą akumulować większe zasoby gotówkowe, będą miały więcej dolarów na swoich kontach lub w swoich portfelach, podczas gdy salda kont bankowych innych gospodarstw domowych skurczą się. Jako że ceny generalnie spadły, to gospodarstwa domowe, których salda gotówkowe obniżyły się, mają tę samą siłę nabywczą przy mniejszych zasobach gotówki.

Z drugiej strony, siła nabywcza pieniędzy trzymanych przez te gospodarstwa, które chciały mieć większe salda gotówkowe, wzrosła bardziej niż same salda. Gospodarstwa te kontrolują teraz większy odsetek podaży pieniądza (stałej), a do tego ceny spadły. Siła nabywcza trzymanych pieniędzy stała się zatem relatywnie ważniejszym składnikiem bogactwa tych ludzi, co było zresztą ich celem.

Zmiana w preferencjach części gospodarstw domowych nie wpłynie jednak tylko na rozkład sald gotówkowych w społeczeństwie i na ogólny poziom cen. Zmiana ta doprowadzi także do wydłużenia struktury produkcji. W naszym przykładzie gospodarstwa domowe pragnące akumulować więcej pieniędzy nie obniżyły proporcjonalnie wszystkich swoich wydatków, lecz zmniejszyły wydatki na dobra konsumpcyjne. Ludzie nie podjęli decyzji w rodzaju: „w tym miesiącu przeznaczymy mniej środków na nasze konto emerytalne oraz rzadziej będziemy wychodzić do restauracji”. Przeciwnie, ich decyzja wyglądała mniej więcej tak: „w tym miesiącu wpłacamy tyle samo składek na ubezpieczenie na życie i na konto emerytalne, lecz wydajemy mniej na wizyty w restauracjach, by podnieść saldo swojego konta bankowego”.

W takiej sytuacji „ogólny poziom cen” spada, ponieważ ceny w sektorze dóbr konsumpcyjnych maleją, podczas gdy ceny w sektorze dóbr kapitałowych pozostają na mniej więcej tym samym poziomie, co wcześniej. Taka zmiana prowadzi do przeniesienia rzeczywistych, fizycznych zasobów z produkcji telewizorów i iPhonów do produkcji wiertarek i innych narzędzi.

Teraz możemy ponowić rothbardowskie zarzuty co do stanowiska zwolenników szkoły wolnej bankowości: jeśli poziom cen spada, ponieważ niektóre gospodarstwa domowe odkładają więcej gotówki, a odpowiedzią banków będzie kreacja nowych pieniędzy, to niemożliwe w praktyce będzie powtórzenie opisanych powyżej sektorowych dostosowań (z jedyną różnicą — stałym poziomem cen).

Jest to niemożliwe z wielu powodów. Po pierwsze, załóżmy, że banki jakimś cudem wiedzą, które gospodarstwa domowe chcą zwiększyć swoje salda gotówkowe i po prostu wręczą tym gospodarstwom gotówkę. Takie działanie wyeliminowałoby tendencję do ogólnego spadku cen. Jednak jednocześnie wyeliminowano by zmianę w proporcji wydatków (konsumpcja/inwestycje). Jeśli wcześniej ktoś chciał mieć 500 dolarów więcej na koncie, to musiał wydać 500 dolarów mniej na posiłki w restauracjach, wyjścia do kina itp. Jeśli jednak bank zwiększy po prostu stan konta danej osoby o 500 dolarów (bez usuwania ich z konta kogoś innego), to cel jednostki zostanie zrealizowany bez konieczności spadku wydatków.

Banki, rzecz jasna, nie „odpowiadają na zwiększony popyt na pieniądz” w taki sposób. Wspomniałem o tym przypadku, żeby pokazać, iż nawet gdyby tak robiły, to z pewnością nie „przywracałyby równowagę”, lecz zniekształciłyby „sygnał” o oszczędnościach, wysyłany przez gospodarstwa domowe.

Załóżmy zatem, że mamy do czynienia z gospodarstwami domowymi, które chcą trzymać wyższe salda gotówkowe, co powoduje tendencję do ogólnego spadku cen. Banki w odpowiedzi kreują nowe pieniądze. Zamiast jednak wręczać je tym osobom, które chcą więcej oszczędzać, bank oferuje nowe pożyczki po niższej stopie procentowej. Wzrost ilości pożyczek zwiększa podaż pieniądza w gospodarce. Gospodarstwa domowe mogą teraz zwiększyć swoje salda gotówkowe bez tworzenia tendencji do ogólnego spadku cen.

Nadszedł czas na najważniejszy rothbardowski zarzut: dlaczego mielibyśmy założyć, że pożyczki dostaną dokładnie ci, którzy sprzedaliby więcej obligacji, gdyby oszczędności gospodarstw przybrały formę zwiększonych zakupów korporacyjnych papierów dłużnych? Zwolennicy Rothbarda zwracają uwagę, że na kreacji nowych pieniędzy skorzystają klienci banków prowadzących ekspansję kredytową, ponieważ banki i ich pierwsi klienci uzyskują dodatkową siłę nabywczą kosztem innych członków społeczeństwa. Teoretycy wolnej bankowości koncentrują się na szerszych agregatach, jak „podaż pieniądza i popyt na pieniądz”, przez co zaniedbują kwestię tego, kto otrzymuje nowe fundusze w analizowanych przez Woolseya dwóch scenariuszach: (1) gospodarstwa domowe kupujące obligacje i (2) prywatne banki kreujące nowe pożyczki.

Powtórzmy, Woolsey sądzi, że odpowiedział na zarzuty mówiąc, że banki pożyczają pieniądze dokładnie tym firmom, które sprzedałyby swoje obligacje w pierwszym scenariuszu. Następnie Woolsey przyznaje, iż jest to „mocne założenie”. Czy wszyscy widzą w czym tu tkwi problem? Zwolennicy Rothbarda podnoszą zarzut, że druga strona ignoruje ważną cechę realnego świata, a Woolsey zamiata problem pod dywan, mówiąc, że obalił argumenty swoich dyskutantów.

Forma oszczędności ma konsekwencje

Z całym wywodem Woolseya wiąże się jeszcze jeden problem: argumentuje on w taki sposób, jakby forma oszczędności nie miała znaczenia. W realnym świecie dla poszczególnych gospodarstw domowych liczy się jednak to, czy mają wyższe saldo na bankowym koncie, czy więcej obligacji korporacyjnych. Trzymając gotówkę nie zarabiamy procentu, jednak mamy bardziej płynne aktywa.

To podważa całą argumentację Woolseya. Próbował on wykazać, że nowy zastrzyk depozytów bankowych może sprawić, że zwiększona akumulacja środków na rachunkach bankowych może mieć taki sam efekt, jak wzrost zakupów obligacji. Tak jednak być nie może, ponieważ w naszym świecie z pewnością istnieje różnica pomiędzy powiększaniem oszczędności w pieniądzu a powiększaniem zakupów obligacji.

Jako że model Woolseya nie uwzględnia różnicy pomiędzy tymi dwiema formami oszczędności, powinniśmy być sceptyczni co do jego przydatności w dyskusji, w której to rozróżnienie jest niezwykle ważne.

Wnioski

Bill Woolsey przedstawił jasne i zwięzłe podsumowanie argumentów za wolnorynkowym systemem bankowości z cząstkową rezerwą. Nie udało mu się jednak odpowiedzieć na rothbardowskie zarzuty. Po prostu zamiótł je pod dywan, tworząc model, w którym owe zarzuty nie mogą wystąpić.

Podobał Ci się artykuł?

Wesprzyj nas
Avatar

O Autorze:

Robert Murphy

Amerykański ekonomista i konsultant związany z austriacką szkołą ekonomii. Tytuł doktora uzyskał na New York University, obecnie jest adiunktem na Texas Tech University. Współpracuje z licznymi amerykańskimi think-tankami. W ramach działalności w Independent Institute i Ludwig von Mises Institute angażuje się w liczne inicjatywy edukacyjne – prowadzi wykłady, kursy e-learningowe, pisze książki. To właśnie w ramach współpracy z tymi instytucjami powstały jego przewodniki ułatwiające lekturę najważniejszych dzieł ekonomistów szkoły austriackiej: "Ludzkiego działania" i "Teorii pieniądza i kredytu" Ludwiga von Misesa oraz "Ekonomii wolnego rynku" Murraya N. Rothbarda. Murphy jest także autorem podręcznika z ekonomii dla licealistów "Lessons for the Young Economist" i książki "Choice: Cooperation, Enterprise, and Human Action".

Pozostałe wpisy autora:

12 Komentarze “Murphy: Forma oszczędności ma konsekwencje

  1. „jak to jest możliwe, że nowo utworzone pieniądze dostają dokładnie te firmy, których obligacje są nabywane w pierwszym scenariuszu” – to jakiś straw man; ponieważ każdy pieniądz bankowy tworzony jest jako para pasywo-aktywo (kredyt-debet), to akt jego stworzenia musi być spowodowany zgłoszeniem gotowości przez jedną ze stron do pożyczenia pieniędzy (zaciągnięcia kredytu) na procent… oczywiście nikt nie mówi że będzie to dokładnie ten sam podmiot, co w scenariuszu #1, ale trudno jednoznacznie powiedzieć, jakie to ma znaczenie… W ogóle zakładanie, że popyt na papiery dłużne skoncentruje się na sektorze przedsiębiorstw jest jakieś dziwne – z punktu widzenia racjonalnego pożyczkodawcy mają znaczenie wyłącznie procent, na jaki pożycza i rating kredytobiorcy (z których wynika oczekiwany zysk i wariancja), a czy pieniądze pójdą na inwestycje, czy na konsumpcję… na pieniądzu to nie jest napisane…

    „jeśli poziom cen spada, ponieważ niektóre gospodarstwa domowe odkładają więcej gotówki, a odpowiedzią banków będzie kreacja nowych pieniędzy, to niemożliwe w praktyce będzie powtórzenie opisanych powyżej sektorowych dostosowań” – znaczne uproszczenie; zwiększenie popytu na salda gotówkowe przez ograniczenie konsumpcji ma wyraźny efekt realny niezależny od monetarnego – ludzie po prostu mniej kupują, a w takiej sytuacji trudno oczekiwać, żeby mimo tego przedsiębiorstwa rozwijały moce produkcyjne, nawet zakładając nadmierną podaż taniego kredytu, czego zresztą ładnym i prostym do obserwacji dowodem są wydarzenia ostatniej recesji.

  2. Dobry tekst. W dodatku mam wrażenie, że freebankerzy pokroju Horwitza zapominają o jeszcze jednej ważnej rzeczy.

    Ludzie, którzy chcą ograniczyć konsumpcję mogą to chcieć zrobić z dwóch powodów. Albo chcą otrzymać procent, co mogą zrobić wyłącznie poprzez przeniesienie środków z konsumpcji do produkcji. Albo chcą zabezpieczyć się przed ryzykiem i niepewnością poprzez zwiększenie salda gotówkowe i zwolnienie dóbr z konsumpcji nie wyrażając jednocześnie na popytu na dobra produkcyjne.

    W tym drugim przypadku chcą, żeby realne środki zostały odłożone „na czarną godzinę”, a nie zamrożone w jakimś procesie produkcji. Oczywiście realnie udostępniają te środki jakimś producentom/konsumentom, saldo stanowi jednak prawo weta – potencjał przyszłego przelicytowania cen, które taki deflacyjny scenariusz by obniżył i odzyskania dóbr gdy „czarna godzina” nadejdzie.

    Więc albo Woolsey i Horwitz muszą przyznać, że ludzie systematycznie *mylą* się w analizie rzeczywistości i alokują środki w saldo gotówkowe, chociaż w rzeczywistości chcieliby je alokować je w procesy produkcji (czyli zamrozić), którą to pomyłkę korygują banki kreując podaż kredytu.

    Albo muszą przyznać, że w ich wersji free bankingu, kiedy okaże się, że wzrost sald był wynikiem *słusznej* antycypacji wzrostu ryzyka/niepewności, i środki na nich zgromadzone trzeba będzie wykorzystać na pokrycie strat, okaże się, że salda te są niewystarczające. Nie będą bowiem dostatecznie wysokie, by przelicytować ceny, które zostały utrzymane na wyższym poziomie przez kreację pieniądza.

    Zadałem takie pytanie Horwitzowi, ale jego odpowiedź była dość zaskakująca. W skrócie powiedział: prywatne banki lepiej (niż bank centralny) poradzą sobie ze skurczeniem podaży pieniądza, by spowodować wzrost siły nabywczej dla tych, którzy będą jej potrzebować. Jaki mechanizm miałby do tego doprowadzić, tego niestety nie wyjaśnił. Czyżby wzrost ryzyka/niepewności – a więc potrzeba zwiększania sald gotówkowych – jednocześnie miały powodować zwiększanie podaży (żeby zaspokoić popyt) i jej zmniejszanie (żeby zwiększyć siłę nabywczą)? A może banki są po prostu dużo lepsze od swoich klientów w ocenie jak duże saldo komu i kiedy jest potrzebne?

  3. @panika2008

    1. „z punktu widzenia racjonalnego pożyczkodawcy” być może nie ma znaczenia kto chce zapłacić za pożyczkę. Ale już z punktu widzenia gospodarki wiemy, że wyżej licytują pożyczki Ci, którzy coś za nie wyprodukują, bo oni mają z czego płacić.

    2. Efekt realny istnieje, ale właśnie o to chodzi: nie przekłada się na realokacje, jeżeli nie wymaga odejścia od konsumpcji. A sprezentowanie komuś salda gotówkowe spowoduje właśnie to, że ten ktoś od konsumpcji nie odejdzie.

  4. @panika
    „ludzie po prostu mniej kupują, a w takiej sytuacji trudno oczekiwać, żeby mimo tego przedsiębiorstwa rozwijały moce produkcyjne,”

    No nie za bardzo się z tym zgodzę. Patrzysz zbyt agregatowo. Oczywiście jeśli popyt na produkty spadnie to te przedsiębiorstwa zmniejszą produkcję. Ale przecież po to ludzie oszczędzają aby w przyszłości zwiększyć konsumpcję(np. oszczędzają na studia dla dzieci) Tani kredyt dzięki większym oszczędnościom to szansa dla tych którzy przewidzą kierunki przyszłej konsumpcji (np. większe zapotrzebowanie na usługi edukacyjne) i już teraz będą rozwijać swoje moce produkcyjne.

  5. jeśli gospodarstwa domowe zwiększą swoje salda bankowe o X to system rezerwy częściowej wykreuje nowy pieniądz w ilości np. 10X. gdzie jest więc ten odpowiadający większemu popytowi na pieniądz wzrost podaży kredytów?

  6. System wolnej bankowości powinien konsekwentnie zakładać, że każdy bank będzie emitował swój własny pieniądz, który nie będzie akceptowany przez inne banki i który nie może być uznany za pieniądz przez państwo (np. przy płaceniu podatków) i w konsekwencji nie będzie to pieniądz uznany przez konsumentów. Bank A otrzymując pieniądze banku B może wyemitować tylko swoje pieniądze, natomiast nie może wyemitować pieniędzy banku B, czyli musi je przechowywać, tak samo czyniąc ze złotem i tym samym jesteśmy w 100 % rezerwie pod inną nazwą.

  7. @Krzysztof Mazur, „który nie będzie akceptowany przez inne banki i który nie może być uznany za pieniądz przez państwo” – a dlaczego? Wydawało mi się, że na wolnym rynku każda firma (bank) sama decyduje, jakie aktywa i pasywa uznaje za wartościowe… a co do państwa… jakąś efektywną formę rozliczeń z poddanymi musi przyjąć… jak zażąda płatności podatków w złocie, to efektem ubocznym będzie nakręcenie biznesu kopalniom i mennicom…

  8. @ wszyscy

    Teorie, o ktorych mowi Panika i Wolni Bankierzy zostaly w zalazku opisane przeze mnie juz w latach 30. Zwrocilem na to uwage juz jakis czas temu:

    Poglad, w mysl ktorego tworzenie kredytu przez system bankowy pozwala na inwestycje, ktorym nie odpowiadaja „prawdziwe oszczednosci”, mogl powstac jedynie w wyniku brania pod uwage jednego tylko ze skutkow zwiekszenia kredytow bankowych z pominieciem innych.
    Ludzie beda mieli „wolny wybor” w zakresie podzialu przyrostu dochodu miedzy oszczednosci i konsumpcje i nie jest mozliwe, aby decyzja przedsiebiorcy, ktory zaciagnal pozyczke w celu zwiekszenia inwestycji, zostala zrealizowana w szybszym tempie niz spoleczenstwo decyduje sie zwiekszyc swoje oszczednosci. Co wiecej, oszczednosci powstale skutkiem tej decyzji sa tak samo prawdziwe jak wszelkie inne. Nikt wbrew swej woli nie moze byc zmuszony do trzymania dodatkowej ilosci pieniedzy.
    Analogia jest twierdzenie, ktore wyjasnia zgodnosc miedzy faktem, ze kazda jednostka moze zwiekszac lub zmniejszac wedlug swego uznania sume trzymana w gotowce, a faktem, ze laczna suma indywidualnych zasobow gotowkowych MUSI (!) sie dokladnie rownac sumie pieniadza kreowanego przez system bankowy. W tym wypadku zrownanie obu sum nastepuje wskutek zaleznosci ilosci pieniedzy, jakie ludzie uwazaja za stosowane trzymac w gotowce, od wysokosci ich dochodow oraz od cen rzeczy (przede wszystkim papierow wartosciowych), ktorych zakup jest naturalna alternatywna dla trzymania gotowki. Dochody i tego rodzaju ceny zmieniaja sie dopoty, dopoki suma gotowki, ktora ludzie chca trzymac przy tym nowym poziomie dochodow i cen, nie zrowna sie z iloscia pieniadza kreowanego przez system bankowy. To jest wlasnie podstawowe twierdzenie teorii pieniadza.

    Naskrobalem to w 1936, a ruch austriacki zaczal to rozumiec dopiero za sprawa Horwitza. Ilez mozna czekac?
    Chociaz przyznaje, ze ciesze sie, ze moje nauki nie poszly na marne.

  9. @Jan Maria Keynes
    „Ludzie beda mieli “wolny wybor” w zakresie podzialu przyrostu dochodu miedzy oszczednosci i konsumpcje i nie jest mozliwe, aby decyzja przedsiebiorcy, ktory zaciagnal pozyczke w celu zwiekszenia inwestycji, zostala zrealizowana w szybszym tempie niz spoleczenstwo decyduje sie zwiekszyc swoje oszczednosci”

    Napisałem to w komentarzu nr 5 ale powtórzę to jeszcze raz
    Jeśli społeczeństwo zdecyduje się zwiększyć swoje oszczędności o kwotę X to system bankowy wykreuje np. 10X kredytu. twierdzenie więc że przyrost inwestycji nie może być szybszy niż przyrost oszczędności jest błędny. W tym przypadku jest on 10 razy szybszy.

  10. Balcerek, rozważ, że pieniądze to nie jest inwestycja 😀 Inwestycja tak naprawdę to jest zbudowana fabryka, obsiane pole, napisany software, wynajęte komuś mieszkanie…

  11. „Balcerek, rozważ, że pieniądze to nie jest inwestycja 😀 ”

    ależ zdaje sobie z tego doskonale sprawę. Nie wiem skąd wyciągnąłeś taki wniosek? Rozwinę te myśl. Celem zaciągania kredytu nie jest pożyczenie pieniędzy dla samych pieniędzy. chodzi o to aby dzięki nim nabyć realne dobra. Jeśli więc z tego łańcucha wyeliminujemy pieniądz to oczywistym staje się że faktycznym przedmiotem pożyczki inwestycyjnej są zasoby produkcyjne. Czy w chwili wykreowania dodatkowego pieniądza bankowego pojawiają się nowe zasoby w gospodarce które można wynająć? Nie. one muszą być najpierw zaoszczędzone.

  12. No, to nie ulega wątpliwości. Natomiast realne zasoby to nie to samo co pieniądze; pieniądze są abstrakcyjną relacją między ludźmi (wbrew temu, co próbują udowadniać różni zwolennicy „realności” pieniądza) biorącą się z zaufania między członkami społeczeństwa i nic nie stoi na przeszkodzie, żeby pojawiały się bez związku z realnymi oszczędnościami; oczywiście jeśli regularnie pojawiają się bez związku z realnymi oszczędnościami, to następuje silna inflacja, ale wątpliwe jest, czy może to nastąpić bez emisji pieniądza rządowego. Natomiast nie ma nic dziwnego, żeby pojawiały się jednorazowo, nawet w dużej ilości i nie jest wykluczone – nie ma przeszkód teoretycznych – żeby dzięki temu stały się możliwe projekty przynoszące duży zysk w terminach realnych.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Podnieśmy stopę wsparcia!
KRS: 0000174572
 
KRS: 0000174572