Murphy: Czy standard złota zapobiega cyklom koniunkturalnym?

3 grudnia 2010 Cykle koniunkturalne komentarze: 11

Autor: Robert P. Murphy
Źródło: mises.org
Tłumaczenie: Krzysztof Miklaszewski
Wersja PDF

W Akademii Misesa właśnie dobiega końca inauguracyjny kurs poświęcony austriackiej teorii cyklów koniunkturalnych. W trakcie zajęć kilkukrotnie powracała pewna kwestia: czy opisywany przez Misesa i Hayeka cykl mógłby wystąpić na kompletnie wolnym rynku, na którym środkiem płatniczym jest złoto, zaś system bankowy stosuje się do wymogu stuprocentowej rezerwy?

Jako dobry (i irytujący) nauczyciel nie udzieliłem ostatecznej odpowiedzi na to pytanie. Zamiast tego starałem się znaleźć jak najlepszy dowód na poparcie każdej z tez, aby skłonić swoich studentów do samodzielnych przemyśleń. W tym eseju postaram się ukazać, że nawet uczeń Rothbarda mógłby przystać zarówno na pozytywną, jak i negatywną odpowiedź.

Przypomnienie: Austriacka teoria cyklów koniunkturalnych wobec pieniądza fiducjarnego i bankowej rezerwy cząstkowej

Nim przejdziemy do meritum, zajmijmy się czymś prostszym. Według Misesa, Hayeka i Rothbarda nowoczesny system bankowości, zalewając rynek kredytowy wykreowanymi ex nihilo pieniędzmi, jest przyczyną dobrze nam znanego cyklu koniunkturalnego

Załóżmy, że mamy do czynienia z gospodarką znajdującą się w stanie równowagi, w której wysokość stopy procentowej jest wiernym odzwierciedleniem oszczędności podmiotów prywatnych, odłożonych z ich dochodów.    W pewnym momencie banki komercyjne decydują się przyznać 100 mln USD kredytu, niemającego pokrycia we wzroście realnych oszczędności. Wskutek zwiększonej podaży kredytu rynkowa stopa procentowa spada. Ten fałszywy sygnał skłania przedsiębiorców do zaciągnięcia większej ilości kredytów i rozpoczęcia bardziej czasochłonnych przedsięwzięć niż zwykle. Zaczyna się fałszywy, niemożliwy do utrzymania boom, dając większości społeczeństwa złudzenie prosperity.

Następnie, gdy banki, zaniepokojone rosnącą inflacją, ograniczą, bądź całkiem wstrzymają wstrzykiwanie kolejnych dawek kredytu, rynkowa stopa procentowa wróci do swego naturalnego poziomu, zaś wiele przedsiębiorców obudzi się z ręką w nocniku. Będą zmuszeni ograniczyć produkcję albo całkowicie zamknąć swoje firmy. Nastąpi odpływ siły roboczej i innych czynników produkcji z sektorów, do których napłynęły w trakcie boomu. Rozpocznie się recesja.

 

A co jeśli złoto jest pieniądzem, a banki utrzymują pełną rezerwę?

 

Teraz czas na trudniejszą część. Wyobraźmy sobie, że żyjemy w wymarzonym świecie Rothbarda, gdzie złoto jest pieniądzem, ceny wyrażone są w uncjach żółtego metalu, ludzie przechadzają się z brzęczącymi monetami w kieszeniach i tak dalej. Co więcej, banki utrzymują 100% rezerwy przy depozytach a vista.

Czy w takim świecie mógłby zajść misesowski cykl koniunkturalny? Na przykład wyobraźmy sobie, że pewien właściciel kopalni złota natyka się nagle na szczególnie urodzajną żyłę szlachetnego kruszcu. W bardzo krótkim czasie wchodzi w posiadanie kilku ton złota, o którego istnieniu miesiąc wcześniej nikt nie wiedział.

Zamiast do kasyna czy wytwórni jachtów właściciel kopalni udaje się do swego banku i mówi:

— Pożyczam wam te nowe środki pieniężne. Wiem, że utrzymujecie ścisłe sto procent rezerwy obowiązkowej, ale deponuję te środki jako depozyt terminowy, nie zaś a vista. Pożyczam wam teraz te pieniądze w zamian za obietnicę oddania ich później wraz z odsetkami.

Teraz bank może wkroczyć na rynki finansowe pokrzepiony potężnym zastrzykiem nadających się do pożyczenia środków. Taki ładunek nowych oszczędności z pewnością doprowadzi do spadku rynkowej stopy procentowej, umożliwiając wielu przedsiębiorstwom rozwój i rozpoczęcie długoterminowych przedsięwzięć, które przy poprzedniej stopie procentowej byłyby nieopłacalne.

Dochodzimy zatem do puenty: czy jest to przykład sztucznego boomu? W końcu nikt w naszej hipotetycznej społeczności nie odmówił sobie konsumpcji, by zaoszczędzić nieco zasobów. Zatem czym w swej istocie różni się to od boomu napędzanego wykreowanym w świecie rezerwy cząstkowej ex nihilo kredytem?

Jak wyjaśniłem we wstępie, nie piszę tego po to, by udzielić wyczerpującej odpowiedzi na to pytanie. Piszę te słowa, by ukazać, że ktoś mógłby udzielić odpowiedzi zgodnej z naukami Rothbarda zarówno za, jak i przeciw. Myślę, że współcześni austriacy, popierający postulat 100% rezerwy, znaleźliby się po przeciwnych stronach barykady.

 

Pierwsza możliwość: Zastrzyk złota może spowodować sztuczny boom

 

Zarówno Mises, jak i Rothbard uznawali stopę procentową za realne zjawisko. Obaj argumentowali, że na niezakłóconym rynku „neutralna” stopa procentowa stanowi odbicie subiektywnych preferencji czasowych ludności.

Mises i Rothbard podkreślali również, że nie istnieje „optymalna” ilość pieniądza. Pieniądz w każdej ilości może pełnić rolę powszechnie akceptowanego środka wymiany, skoro tylko ceny zostaną ustalone. Jeśli farmerzy zbiorą więcej zboża lub muzycy zagrają więcej koncertów społeczeństwo oczywiście się wzbogaci (per capita). Lecz jeśli rząd nadrukuje więcej pieniędzy, społeczeństwo nie wzbogaci się ani trochę, gdyż wciąż ta sama ilość realnych dóbr będzie wytwarzana. Świeżo wydrukowane banknoty podniosłyby tylko ceny.

W rzeczy samej, nawet w przypadku takiego dobra jak złoto, dostarczenie na rynek nowego ładunku nie doprowadzi do wzbogacenia się społeczeństwa, co najwyżej w wyniku wykorzystania go w celach handlowych czy przemysłowych. Na przykład część nowo wydobytego złota mogłaby zostać użyta w celach zdobniczych czy do produkcji biżuterii: wtedy złoto oczywiście przyczyniłoby się do wzrostu zamożności.

Ale w tym przypadku kluczowy jest monetarny potencjał złota: pięć milionów ton jest tak samo monetarnie użyteczne jak jedna czy dziesięć.

Podkreśliwszy misesowsko-rothbardowskie spojrzenie na naturę procentu i pieniądza można by całkiem przekonująco argumentować, że nasza nowo odkryta żyła złota może spowodować sztuczny boom. Poza tym przypuśćmy, że właściciel złota wyda je na dobra konsumpcyjne zamiast użyć ich na rynku kredytowym. Nastąpiłaby po prostu redystrybucja bogactwa od reszty społeczeństwa do wydobywcy złota.

Trzeba stwierdzić, że globalna produkcja samochodów, żywności, odzieży czy materiałów budowlanych nie wzrośnie tylko dlatego, że ktoś natknął się na stertę żółtego metalu. Właśnie dlatego wzrost konsumpcji właściciela kopalni musi odbywać się kosztem pozostałych członków społeczeństwa, którzy nie dostaną złota w swoje ręce nim rozleje się ono w gospodarce.

Należy przy tym zaznaczyć, że nie ma niczego nieetycznego czy moralnie wątpliwego w tym, że właściciel złota używa swojej nowo nabytej własności, by zwiększyć swoją konsumpcję. Chcemy raczej wykazać, że owa zwiększona „produkcja” złota nie jest społecznie użyteczna w sposób, w jaki byłaby użyteczna dodatkowa praca farmera czy dentysty. Jeśli więc dostrzeżemy, że wydanie nowego złota na konsumpcję jedynie przemieści tę samą ilość dóbr i usług, stanie się jasne, że w ostatecznym rozrachunku realny dochód społeczności nie wzrósł wskutek odkrycia urodzajnej żyły złota.

Wreszcie, o ile nasza analiza była dotąd poprawna, trzeba dojść do wniosku, że jeśli właściciel złota pożyczy swoje nowe środki pieniężne na procent, wytrąci strukturę produkcji z jej właściwej konfiguracji. Przy niższej stopie procentowej przedsiębiorcy pożyczą więcej pieniędzy (wyrażonych w uncjach złota), by je zainwestować. W tym przypadku nikt nie będzie musiał ograniczyć swojej konsumpcji tylko dlatego, że jakiś facet natrafił przypadkiem na kilka ton złota zagrzebanych w ziemi. Ludzie wręcz zwiększyliby konsumpcję, skoro stopa procentowa spadłaby.

Widzimy zatem, że przy pomocy standardowej rothbardowskiej analizy można dojść do wniosku, że cykl koniunkturalny jest teoretycznie możliwy na wolnym rynku.

Druga opcja: Ekspansja kredytowa nie jest możliwa na wolnym rynku

Chociaż powyższa analiza została przeprowadzona zgodnie z teorematem rothbardowskim, pojawia się problem: Rothbard uważał, że cykl koniunkturalny nie mógłby mieć miejsca na prawdziwie wolnym rynku. Dlatego właśnie umieścił swoją analizę Austriackiej Teorii Cyklu Koniunkturalnego w rozdziale na temat interwencji rządowych w swoim traktacie „Ekonomia wolnego rynku”.

Z tego co wiem, Rothbard nigdy osobiście nie odniósł się do scenariusza zaprezentowanego w naszym artykule. Ale gdyby zwolennik Rothbarda chciał obalić tezę mówiącą, że na wolnym rynku mógłby zajść cykl koniunkturalny, nawet w tak hipotetycznych warunkach, jakich argumentów by użył?

Po pierwsze, doprecyzowałby nieco opis zwyczajnych, comiesięcznych czynności wykonywanych przez właściciela kopalni złota. Pozostali przedsiębiorcy otrzymują zapłatę od swoich kontrahentów w złocie, i tak też płacą za swoje wydatki. Pod koniec każdego miesiąca na zysk przedsiębiorcy składa się nadwyżka przychodów nad kosztami wyrażona w uncjach złota.

Właściciel kopalni również musi płacić pracownikom złotem, musi też płacić złotem za prąd, benzynę i resztę jak każdy inny przedsiębiorca. Różnica tkwi w tym, że jego przychody nie pochodzą od kontrahentów, tylko biorą się z wydobywania nowego złota na powierzchnię. W tej hipotetycznej gospodarce ów człowiek dosłownie wykopuje „pieniądze” zagrzebane w ziemi. Po odpowiednim wypolerowaniu (i zapewne wybiciu z niego powszechnie rozpoznawanych monet) te odłamki żółtego metalu stają się doskonałym środkiem wymiany, tak samo jak inne monety znajdujące się wcześniej w ludzkich portfelach.

W tym miejscu trzeba zapytać: czy jest coś niewłaściwego w tym stałym dochodzie właściciela kopalni, osiąganym miesiąc po miesiącu? W końcu może on przecież użyć swojego złota do opłacenia swoich kosztów „oraz” do prowadzenia życia na przyzwoitym poziomie.

Jeśli się nad tym poważniej zastanowić, trudno orzec, dlaczego zwolennik szkoły rothbardowskiej miałby w ogóle podważać realność dochodu właściciela kopalni (zakładając, że objął on swoją kopalnię w posiadanie legalnie)? Nowe złoto obniża moc nabywczą pozostałych uncji, zachęcając w ten sposób do korzystania z jego innych niż monetarne funkcji (biżuteria, protezy dentystyczne, zdobienia itd.).

Jeśli będziemy próbowali dowieść, że nowe złoto jest społecznie bezużyteczne w tej części, w której zużyto je na cele pieniężne (nie zaś na naszyjniki czy plomby), przyjdzie nam się zmierzyć z problemem: transakcje są całkowicie dobrowolne a ludzie uczestniczący w obrocie złotem z pewnością zeznaliby, że zyskali na tej wymianie.

Generalnie uczniowie szkoły rothbardowskiej nie uważają, by nauka ekonomii mogła negować społeczną użyteczność wymiany — dopóki jest ona prawdziwie dobrowolna i nie narusza praw osób trzecich. Jeśli plantator zapragnie spalić połowę zebranej przez siebie kawy, by uzyskać większy przychód od swoich kontrahentów, Rothbard nie widzi w takim zachowaniu nic zdrożnego: oczywiście, o ile rząd nie miesza się w to ze swoimi restrykcjami.

W tym świetle trudno uznać, dlaczego zwolennik Rothbarda miałby uważać, że dochód właściciela kopalni złota jest w jakiś sposób mniej zasłużony bądź realny od dochodu kogokolwiek innego. Poza tym rzekłby, że miesięczny dochód właściciela kopalni zależy od jego produktywności marginalnej, mierzonej skłonnością kontrahentów do nabywania jego dóbr lub korzystania z jego usług. Nie jest przecież naszą rolą jako ekonomistów stwierdzanie z jakiegoś obiektywnego punktu widzenia, kiedy preferencje nabywców są uzasadnione bądź społecznie użyteczne.

Jeśli dotarliśmy tak daleko, stąd już krok do stwierdzenia, że odkrycie nawet olbrzymiej żyły złota niczego tu nie zmienia. Dostarczenie przez właściciela na rynek 1000 nowych uncji miesięcznie jest w pełni uprawnione i „efektywne”, nie ma też powodu, by uległo to zmianie, jeśli dostarczy on znienacka 10 ton. Wciąż jest to jego dochód a społeczeństwo nominalnie się wzbogaci dzięki temu.

Oczywiście, można by odwrócić kota ogonem i stwierdzić, że w miarach bezwzględnych — uwzględniwszy inflację cenową — społeczność nie wzbogaciła się. W porządku. Można dostrzec wzrost cen mleka, jajek, benzyny i innych artykułów i przyznać, że zastrzyk 10 ton złota spowoduje inflację. To jednak w dalszym ciągu nie zmienia faktu, że nominalny dochód właściciela kopalni był, jaki był i był równie prawidłowy jak wtedy, gdy dostarczał on na rynek 1000 uncji, a nie 10 ton.

W końcu dotarliśmy do celu: jeśli uznamy nominalny dochód właściciela kopalni w całości za równie słuszny jak każdy inny, to gdyby postanowił on zaoszczędzić 9,5 ton swojego nowego dochodu, by pożyczyć je na procent, prawdziwym byłoby stwierdzenie, że zasób oszczędności w społeczeństwie wzrósł.

Ponownie, jeśli zechcemy, zdołamy uchwycić różnicę między nominalnymi a realnymi oszczędnościami (uwzględniwszy inflację), ale jako dobrzy misesowcy nie możemy przeoczyć „sprawczej mocy pieniądza”. Nie możemy popaść w pułapkę głównego nurtu ekonomii, polegającą na myśleniu o gospodarce jako o zbiorze „realnych” wymian, za którymi podążają pieniądze. Tak, nowy zastrzyk złota doprowadzi do wzrostu wyrażonych w złocie cen dóbr i usług, co z kolei zmusi pożyczkodawców do żądania wyższej nominalnej stopy procentowej niż wcześniej. Wpływ wzrostu cen na rynku będzie działał w kierunku odwrotnym do wpływu wykreowanego przez wzrost oszczędności, powstrzymując stopę procentową przed zbytnim spadkiem.

Trudno sobie wyobrazić przypadek, by zwolennik nauk Rothbarda mógł twierdzić, by działania właściciela kopalni złota — dostarczanie nowego złota na rynek, gdzie każdy chętnie, by się nim zaopiekował, czy też zaoszczędzenie sporej ilości swojego szczęśliwego znaleziska zamiast przepuszczenia go na rejs po Karaibach — były szkodliwe dla reszty społeczeństwa.

Rothbard protestował przeciwko idei wykluczania z rynku jakichkolwiek podmiotów i działań, póki nie naruszają one praw osób trzecich. „Prawidłowa” rynkowa stopa procentowa w naszym hipotetycznym scenariuszu spontanicznie wynikałaby, jak już wspomnieliśmy, z dobrowolnej wymiany pomiędzy członkami społeczeństwa, łącznie z właścicielem kopalni.

Wniosek

W tym eseju kompletnie zignorowałem sprzeczności pomiędzy obiema stronami, by móc zaprezentować do końca spojrzenie obydwu. Wiadomo, że niemożliwym jest, by oba wywody przedstawione powyżej były poprawne, ponieważ prowadzą do sprzecznych wniosków. A teraz czytelnik musi przystać na któryś z formalnie zgodnych z teorią Rothbarda wywodów. W prawdziwym świecie oczywiście ryzyko ekspansji kredytowej i cyklów koniunkturalnych bierze się z pieniądza fiducjarnego i rezerwy cząstkowej. Wciąż jest dla ekonomistów szkoły austriackiej konieczne rozważanie hipotetycznych scenariuszy, aby udoskonalić naszą naukę i wykorzenić z niej sprzeczności. .

Podobał Ci się artykuł?

Wesprzyj nas
Avatar

O Autorze:

Robert Murphy

Amerykański ekonomista i konsultant związany z austriacką szkołą ekonomii. Tytuł doktora uzyskał na New York University, obecnie jest adiunktem na Texas Tech University. Współpracuje z licznymi amerykańskimi think-tankami. W ramach działalności w Independent Institute i Ludwig von Mises Institute angażuje się w liczne inicjatywy edukacyjne – prowadzi wykłady, kursy e-learningowe, pisze książki. To właśnie w ramach współpracy z tymi instytucjami powstały jego przewodniki ułatwiające lekturę najważniejszych dzieł ekonomistów szkoły austriackiej: "Ludzkiego działania" i "Teorii pieniądza i kredytu" Ludwiga von Misesa oraz "Ekonomii wolnego rynku" Murraya N. Rothbarda. Murphy jest także autorem podręcznika z ekonomii dla licealistów "Lessons for the Young Economist" i książki "Choice: Cooperation, Enterprise, and Human Action".

Pozostałe wpisy autora:

11 Komentarze “Murphy: Czy standard złota zapobiega cyklom koniunkturalnym?

  1. Ja bym rozwiązał (pozorną) sprzeczność pomiędzy oboma punktami widzenia w następujący sposób.

    Na pytanie, czy po wydobyciu pewnej ilości złota zamożność społeczeństwa wzrasta należy odpowiedzieć, że tak. Złoto oprócz funkcji monetarnej ma funkcję przemysłową i niczym się nie różni od innych kopalin. Ile towaru w złocie, a ile pieniądza – nie wiem, ale towarem jest, czyli w społeczeństwie pojawiło się nowe dobro.

    Na pytanie, czy wprowadzenie na rynek wydobytego złota wygeneruje inflację należy odpowiedzieć również tak. I jest to związane z monetarną funkcją złota. Kto pierwszy będzie miał więcej złota niż inni, ten będzie mógł sobie pozwolić na kupno innych towarów po wyższych cenach. Stopniowo wyższe ceny rozpłyną się w gospodarce. Niezależnie, czy do banku zdeponuje złoto pierwszy właściel, czy też kolejni, zostaną odłożone oszczędności, z których bank będzie mógł finansować kredyty. A zatem spadnie stopa procentowa, co zachęci przedsiębiorców do inwestowania, co jest początkiem boomu.

    Istotna jest jednak skala zjawiska. Wszystkie kopalnie na świecie wydobywają rocznie ilość rzędu 2-3 procent światowych zasobów złota. i jest to wielkość raczej stabilna. Jak można to porównywać do kilkunastoprocentowej rocznej kreacji pieniądza przez banki centralne? Nie mówiąc już o arbitralnym ustawianiu wielkości stopy procentowej oraz stopy rezerwy cząstkowej. Boomu wygenerowanego opisywanym wydobyciem złota gospodarka w ogóle by nie poczuła. Stopy pozostałyby praktycznie bez zmian.

  2. Moja wiedza na temat ekonomii raczej raczkuje,natomiast nurtuje mnie jedna rzecz: Czy właściciel kopalni naprawdę wykopałby tyle złota?Gdy wydobędzie 20 ton złota,to wiadomo jego cena spadnie.Więc może się okazać,że cała inwestycja w kopalnie i wydobycie tego złota okazała się nierentowna w skutek tego,że całe złoto,które wcześniej zainwestował miało większą siłę nabywczą niż świeżo wydobyte złoto.Teraz pytanie: czy ma moja kwestia jakieś znaczenie w całym tym toku rozumowania?

  3. Wydaje mi się, że mówienie o monetarnej funkcji złota samo w sobie jest nieporozumieniem.

    Przyglądając się historycznej ewolucji pieniądza cofnijmy się w czasie do momentu, gdy ludzie nie znali monet, a w handlu istniał jedynie barter – wymiana towar za towar. Z czasem wprowadzono złoto jako towar pośredni, z uwagi na jego rzadkość i wynikającą stąd wysoką cenę. Jednym słowem dla wygody. Ale czy to sprawiło, że złoto samo w sobie przestało być towarem, surowcem, dobrem konsumpcyjnym? Wydaje mi się, że wręcz przeciwnie. Zyskało nowe funkcje i zastosowania, więc popyt na nie dodatkowo wzrósł, ale poprzednie jego zastosowania się nie zdewaluowały – nadal ludzie lubili przyozdabiać nimi ciało, mieszkania itp.

    Zatem, jeśli użycie złota jako powszechnego środka wymiany zwiększa popyt na ten metal, to dostarczenie nowych ilości złota na rynek równoważy efekt przeceniania wartości złota jako surowca.

    Czy przeciętny (piekarz/cukiernik) Kowalski, odkładając złote monety do skarpety, traci, gdy ktoś rzuci duże ilości nowego złota na rynek? Zdawałoby się, że tak – w końcu ktoś mógłby powiedzieć, że ilość złota przez niego odłożona miała wcześniej wartość dóbr (bułek i ciastek), jakie wyświadczył społeczeństwu, a teraz złota przybyło i może on liczyć na zakup mniejszej ilości potrzebnych mu dóbr i usług, niż wcześniej. Tylko, czy aby na pewno?

    Zauważmy, że inni uczestnicy rynku (np. zwolennicy złotej zastawy kuchennej) potrzebowali złota jako surowca i wcześniej musieli dłużej pracować, by wymienić swoją pracę na zestaw sztućców. Teraz złoto jest tańsze, więc za tą samą ilość świadczonych usług mogą kupić upragnione sztućce oraz dodatkowo jakieś wykwintne smakołyki (np. lukrowane ciastka). A więc wzrasta popyt na towary produkowane przez Kowalskiego.

    Kluczem do zrozumienia tego zjawiska jest traktowanie złota w kategoriach towaru, nie zaś – jak w przypadku pieniądza fiducjarnego – w kategoriach środka płatniczego. Złoto bowiem ma swoje zastosowania i związaną z tym wysoką wartość, a papier nie. Zwiększając podaż złota powodujemy oczywiście inflację i wzrost relacji cenowej (reszta towarów)/złoto, ale wysokość tego wzrostu odpowiada spadkowi zapotrzebowania na złoto jako surowiec. Natomiast drukując dolary zwiększamy ceny towarów, ale nie zmniejszamy zapotrzebowania na papier.

    Nie zapominajmy, że handel jest w swojej istocie zawsze barterem. Bez względu na to, czy używamy do niego towarów pośrednich, czy nie.

  4. Bardzo ciekawy artykuł. Można pogimnastykować umysł. Więcej takich proszę.

    Nie mamy wątpliwości, że wzrost ilości złota jako dobra konsumpycjnego będzie pożądany, jeśli takie są preferencje konsumentów.

    Natomiast gdy złoto jest używane wyłącznie (lub przede wszystkim) do celów monetarnych zmiany jego podaży nie są mile widziane. Wynika to z faktu, iż od pieniądza oczekujemy przede wszystkim stabilności. To m.in. dla tego złoto stało się pieniądzem. Gdyby w długim okresie jego podaż rosła np. w dwucyfrowym tempie ludzie najprawdopodobniej poszukaliby bardziej stabilnego towaru, gdyż koszty inflacyjnej niepewności byłyby wyższe niż korzyści z używania złota jako pieniądza (nie wspomnę już o trudnościach kalkulacji ekonomicznej).

    Wracając do pytania o cykl koniunkturalny, moim zdaniem jest możliwe, że wzrost podaży złota go spowoduje. Aby tak się stało na rynek musiałoby trafić bardzo dużo złota i informacja o jego pochodzeniu byłaby utajniona (mało dostępna). Jego napływ trwałby przez jakiś czas, aby przedsiębiorcy utwierdzili się w przekonaniu, że tendencja jest stała. Spowoduję to obniżenie stopy procentowej (bez zwiększenia realnych oszczędności) i w konsekwencji wydłużenie procesów produkcyjnych ….. itd. Zakończenie znamy. W przeciwnym razie, gdy gracze rynkowi wiedzą o pochodzeniu dodatkowego złota, ceny dostosują się szybciej dzięki spekulacji i arbitrażowi (siła nabywcza spadnie szybciej). Kopalnia zarobi realnie mniej . Przedsiębiorcy wiedząc, że wzrost cen nie jest spowodowany zmianą preferencji konsumentów nie będą wydłużać procesów produkcyjnych.

  5. Dotykamy tu także kwestii definicji cyklu koniukturalnego, czyli zjawiska występującego po sobie cyklicznie boomu i recesji dotyczącego całej gospodarki konkretnego kraju, grupy krajów a nawet całego świata. Ja połączyłbym to z teorią rozwoju gospodarczego. Tzn. nieustanny wzrost możliwy jest tylko dzięki wydłużaniu procesów produkcyjnych (zwiększaniu nakładów kapitałowych) poprzez zwiększanie realnych oszczędności i inwestowanie. To ludzie decydują czy chcę mieć więcej w przyszłości (oszczędzać i inwestować) czy wolą konsumować teraz. Tak więc nie jest wcale powiedziane, że przy 100% rezerwie złota nie będzie np. regresu gospodarczego. Zależy to od preferencji konsumentów. Ale trudno mi wyobrazić sobie, aby wystąpiła w tym przypadku cykliczność tego zjawiska.

  6. Czy ktoś z PT komentatorów widział firmę, która przy decyzjach inwestycyjnych kieruje się poziomem stóp procentowych, a nie projekcją popytu?

    Nie? Tak myślałem.

    Świat nie jest taki prosty, jak by chcieli go niektórzy widzieć. Gdyby był, to pewnie i rzeczywiście już by w USA była hiperinflacja 😉

  7. Poziom stóp procentowych ma pośredni wpływ na większość prowadzonych biznesów, w keynesizmie popytem się przecież steruje 🙂

  8. Czy któryś z komentatorów widział firmę, która przy decyzjach inwestycyjnych nie kieruje się poziomem stóp procentowych?
    Jeżeli widział to niech mi wytłumaczy dlaczego po każdej obniżce stóp procentowych panuje euforia na giełdzie?

  9. @6. No panika, bez przesady.

    Jak się robi poważne plany inwestycyjne, to korzysta się ZARÓWNO z projekcji przyszłych cash flowów (projekcji popytu), jak i stóp procentowych, toż to elementarz project finance, corporate finance itd. Jak przy liczeniu wartości bieżącej netto (NPV). Stopa procentowa ma też wpływ na średni ważony koszt kapitału (WACC), na proporcje wybranych źródeł finansowania, itd. A takie rzeczy jak NPV i WACC są w praktyce używane w podejmowaniu decyzji inwestycyjnych.

    No w końcu jakie są argumenty funkcji NPV w excelu, hmm? 😉

    PS. Kompletnie nie rozumiem o co chodzi Murphy’emu w drugiej części tekstu. Jeżeli ATCK opiera się na niemożliwości zdyskontowania nieprzewidzianego strumienia pieniądza, który pojawia się przez system kredytowy w gospodarce, to nie wiem dlaczego nie można wygenerować cyklu koniunkturalnego przy użyciu znalezionego złota. Przy założeniu, że wydobyto je przy prawie zerowym koszcie krańcowym, można je wstrzyknąć w rynek kredytowy oferując niższą stopę procentową niż obecna na rynku. Zanim inflacja cenowa się rozejdzie cykl może się spokojnie pojawić. Będzie łagodniejszy i piekielnie trudny do podtrzymania, ale możliwy. I nic do tego nie mają rozważanie czy nowe złoto stanowi realny, „prawidłowy” dochód, czy nie.

  10. Ostatnio przeczytałem artykuł „Borrowing short to lend long” http://www.gold-eagle.com/gold_digest_02/fekete100702.html, w którym autor krytykuje zarówno Misesa, za brak rozróżnienia stopy procentowej od stopy dyskontowej oraz Rothbarda właśnie za bezmyślne upieranie się przy 100% standardzie złota.

    Artykuł jest z 2002 roku, ale przyznam, że całkiem sprawnie tłumaczy poruszane kwestie. Włącznie z tym, dlaczego lichwa była uważana za „najgorsze zło” przez scholastyków.

    Czy ktoś mógłby skomentować ten artykuł?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *