Vargas Llosa: Wyznania liberała

10 grudnia 2010 Filozofia polityki komentarze: 43

Autor: Mario Vargas Llosa
Źródło: aei.org
Tłumaczenie: Michał Żuławiński
Wersja PDF

Przemówienie Mario Vargasa Llosy z 2005 roku z okazji otrzymania Nagrody Irvinga Kristola. W 2010 r. autor otrzymał Nagrodę Nobla w dziedzinie literatury, uroczysta ceremonia wręczenia nagród odbędzie się 10 grudnia 2010 r.

Vargas LlosaJestem szczególnie wdzięczny tym, którzy przyznali mi tę nagrodę, ponieważ, jak sami mówią, nagradzają mnie nie tylko za mój dorobek literacki, lecz również za moje idee i poglądy polityczne. Wierzcie mi — to coś nowego. W świecie, w którym najczęściej przebywam, czyli w Ameryce Łacińskiej i Hiszpanii, kiedy osoby czy instytucje doceniają moje powieści lub eseje, zazwyczaj natychmiast dodają „chociaż nie zgadzamy się z nim”, „chociaż nie zawsze podzielamy jego poglądy” lub „nie znaczy to, że akceptujemy jego (tzn. moją) krytykę i opinie na tematy polityczne”. Będąc przyzwyczajonym do takiego rozdzielania mojej osoby, cieszę się, że mogę ponownie być całością dzięki Nagrodzie Irvinga Kristola, która zamiast poddawać mnie temu schizofrenicznemu procesowi, postrzega mnie jako jednolitą istotę, człowieka który pisze i myśli. Chciałbym wierzyć, że obie te działalności tworzą pojedynczą, nierozdzielną rzeczywistość.

Teraz jednak, aby być z wami szczerym oraz odpowiedzieć na wielkoduszność Amerykańskiego Instytutu Przedsiębiorczości i przyznanie mi Nagrody Irvinga Kristola, czuję, że powinienem nieco przybliżyć moje poglądy polityczne. Nie będzie to zadaniem łatwym. Obawiam się, że nie wystarczy stwierdzenie, że jestem — choć może mądrzej byłoby powiedzieć „wierzę, że jestem” — liberałem. Już samo to pojęcie rodzi komplikacje. Jak dobrze wiecie, termin „liberał” ma różne, często sprzeczne ze sobą znaczenia, w zależności od tego, kto i gdzie go używa. Dla przykładu, moja ukochana babcia Carmen miała w zwyczaju używać pojęcia „liberał”, opisując gentelmana prowadzącego rozwiązły tryb życia, kogoś, kto nie tylko nie chodzi na mszę, lecz również niepochlebnie wypowiada się o księżach. Według niej, wzorcowym wcieleniem „liberała” był mój legendarny przodek, który pewnego dnia w Arequipa, moim rodzinnym mieście, powiedział swojej żonie, że idzie na rynek kupić gazetę i nigdy już nie wrócił. Rodzina nie miała o nim żadnych wieści, aż do momentu, gdy 30 lat później uciekinier zmarł w Paryżu.

—      „Więc dlaczego ten wujek liberał uciekł do Paryża, babciu?”

—      „Jak to dlaczego, synu? Żeby się łajdaczyć!”

Ta historia może być krótką genezą mojego liberalizmu i zamiłowania do kultury francuskiej.

Tu, w Stanach Zjednoczonych, i w całym anglosaskim świecie, pojęcie „liberał” ma lewicowe konotacje i czasami wiąże się z byciem socjalistą i radykałem. Z drugiej strony, w Ameryce Łacińskiej i Hiszpanii, gdzie słowo to pojawiło się w XIX wieku i określano nim rebeliantów walczących z okupacją napoleońską, nazywa się mnie liberałem — lub, jeszcze gorzej, neoliberałem — aby mnie wykląć i zdyskredytować, ponieważ polityczne wypaczenie naszej semantyki zmieniło pierwotne znaczenie tego pojęcia — miłośnika wolności, człowieka powstającego przeciwko opresji — i oznacza ono teraz konserwatystę lub reakcjonistę, a gdy pada z ust progresywisty, ma obwiniać o wszelki wyzysk i niesprawiedliwość, która dotyka biednych tego świata.

Aby jeszcze bardziej skomplikować zagadnienie, nawet liberałowie nie potrafią dojść do pełnej zgody między sobą odnośnie do tego, co oznacza pojęcie liberał i co to znaczy być liberałem. Każdy, kto miał sposobność uczestniczyć w konferencji czy kongresie liberałów, wie, że zebrania te są często bardzo zabawne, ponieważ więcej na nich rozbieżności niż porozumienia, oraz — jak było to za czasów, gdy istnieli jeszcze trockiści — każdy liberał jest sam w sobie potencjalnie zarówno heretykiem, jak i oddanym wyznawcą.

Ponieważ liberalizm nie jest ideologią, to jest dogmatycznie uporządkowaną religią, lecz raczej otwartą, ewoluującą doktryną, która dopasowuje się do rzeczywistości, zamiast przy użyciu siły naginać rzeczywistość, istnieją rozmaite nurty i głębokie rozbieżności między liberałami. Odnośnie do religii, małżeństw homoseksualnych, aborcji i podobnych tematów, liberałowie tacy jak ja — którzy są agnostykami, zwolennikami rozdziału kościoła od państwa oraz obrońcami depenalizacji aborcji i małżeństw homoseksualnych — są czasami ostro krytykowani przez liberałów mających odmienne poglądy. Rozbieżności te są zdrowe i pożyteczne, ponieważ nie naruszają podstaw liberalizmu, którymi są demokracja, gospodarka rynkowa i obrona interesów jednostki przed zakusami państwa.

Istnieją na przykład liberałowie, którzy wierzą, że ekonomia jest dziedziną, dzięki której można rozwiązać wszelkie problemy i wolny rynek jest panaceum na wszystko, od ubóstwa po bezrobocie, wykluczenie i wyzysk. Liberałowie ci, prawdziwe żywe algorytmy, nierzadko wyrządzali sprawie wolności więcej krzywd niż marksiści — najwięksi obrońcy absurdalnej tezy mówiącej, że gospodarka jest siłą napędową historii narodów i podstaw cywilizacji. To po prostu nie jest prawdą. To idee i kultura stanowią różnicę między cywilizacją a barbarzyństwem, a nie gospodarka. Gospodarka sama z siebie, bez wsparcia idei czy kultury, może na papierze prowadzić do optymalnych rezultatów, lecz to nie ona wyznacza ludziom życiowe cele; nie oferuje jednostkom powodów do walki z przeciwnościami losu i nie zapewnia im życia w humanitarnym środowisku. To kultura, wymiana idei, wierzeń i obyczajów — można w tym rzecz jasna zawrzeć religię — dają oparcie demokracji i umożliwiają istnienie gospodarki rynkowej, z jej konkurencją, zimną kalkulacją wynagradzania za sukces i karania za porażki. Zapobiegają stoczeniu się w stan darwinowskiej walki, w której, jak określił to Isaiah Berlin, „wolność wilków oznacza śmierć owiec”. Wolny rynek jest najlepszym istniejącym mechanizmem produkcji dóbr oraz — jeżeli jest dobrze uzupełniany przez inne instytucje i kieruje się demokratyczną kulturą — umożliwia narodom osiągnięcie niesamowicie wysokiego poziomu postępu materialnego, do którego już się przyzwyczailiśmy. Jednak jest to też bezlitosny instrument, który bez reprezentowanych przez kulturę wartości duchowych i intelektualnych, może zredukować życie do dzikiej, egoistycznej walki, w której przetrwają tylko najsilniejsi.

Dlatego też liberał, do którego miana aspiruję, uważa wolność za wartość podstawową. Dzięki wolności, ludzkość mogła przebyć drogę wiodącą od prymitywnej jaskini do gwiazd i rewolucji informatycznej, od kolektywizmu i despotyzmu do demokracji przedstawicielskiej. Fundamentami wolności są własność prywatna i rządy prawa; system ten gwarantuje możliwie najmniej niesprawiedliwości, zapewnia największy postęp materialny i kulturowy, najefektywniej zwalcza przemoc i przyczynia się do najlepszego poszanowania praw człowieka. Według tej koncepcji liberalizmu, wolność jest pojedynczą, jednolitą ideą. Wolności polityczne i ekonomiczne są równie nierozłączne jak dwie strony medalu. Ponieważ w Ameryce Łacińskiej wolność nie jest rozumiana w ten sposób, w regionie tym było tak wiele nieudanych prób sprawowania władzy w sposób demokratycznych. Działo się tak albo z powodu przyjęcia przez demokracje powstające na gruzach dyktatur poszanowania dla wolności politycznych, lecz odrzucenia ekonomicznych, co nieuchronnie prowadzi do biedy, nieefektywności i korupcji, albo z powodu zaprowadzenia autorytarnych rządów, według których jedynie silna ręka i represyjny reżim mogą zapewnić funkcjonowanie wolnego rynku. To niebezpieczny błąd. Nigdy tak nie było. To wyjaśnia, dlaczego tak zwane „wolnorynkowe”, latynoamerykańskie dyktatury upadły. Żadna wolna gospodarka nie funkcjonuje bez niezależnego, efektywnego wymiaru sprawiedliwości i żadne reformy się nie powiodą, jeżeli wprowadzone będą bez kontroli i krytyki, które zapewnia jedynie demokracja. Ci, którzy wierzą, że generał Pinochet był wyjątkiem od tej reguły, ponieważ jego reżim odniósł sukces ekonomiczny, odkrywają teraz — wraz z ujawnianiem morderstw i tortur, sekretnych kont i milionów dolarów wyprowadzonych za granicę — że chilijski dyktator, jak każdy jego południowoamerykański odpowiednik, był mordercą i złodziejem.

Demokracja polityczna i rynek są fundamentami liberalnego światopoglądu. Jednak te dwa pojęcia, sformułowane w ten sposób, mają abstrakcyjną, algebraiczną postać, która je odczłowiecza i usuwa z doświadczeń zwykłych ludzi. Liberalizm to coś o wiele, wiele więcej. Przede wszystkim, to tolerancja i poszanowanie dla innych, szczególnie dla tych, którzy myślą inaczej niż my, praktykują inne zwyczaje i czczą innego boga lub są niewierzący. Godząc się na życie pośród odmiennych, istoty ludzkie uczyniły najbardziej niesamowity krok na drodze do cywilizacji. Ta postawa czy raczej gotowość, która poprzedziła demokrację i umożliwiła jej zaistnienie, zrobiła dla powstrzymania przemocy więcej niż dowolne odkrycie naukowe czy system filozoficzny i osłabiła w relacjach międzyludzkich instynkty kontroli i zabijania. Obudziła także naturalny brak zaufania do władzy, wszelkich władz, co stanowi naszą, liberałów, drugą naturę.

Nie możemy obejść się bez władzy, pomijając oczywiście utopijne wizje anarchistów. Może być ona jednak trzymana w szachu i tak zrównoważona, aby nie mogła stać się nadmierna. Możliwe jest odebranie jej sprawowanych w sposób nieuprawniony funkcji, które tłamszą jednostkę, co liberałowie uważają za miernik rozwoju społeczeństwa, gdyż prawa jednostki muszą być szanowane i zagwarantowane. Naruszanie tych praw nieuchronnie prowadzi do narastających nadużyć, które jak koncentryczne fale porywają samą ideę sprawiedliwości społecznej.

Obrona jednostki jest naturalną konsekwencją uważania wolności za wartość indywidualną i społeczną par excellence, ponieważ w obrębie społeczeństwa wolność wyraża się poziomem autonomii obywateli, kierowaniem przez nich własnymi losami i zmierzaniem ku celom bez nieuzasadnionego ingerowania, czyli dążeniem do „wolności negatywnej”, jak to określił Isaiah Berlin w swoim sławnym eseju. Kolektywizm był nieunikniony u zarania dziejów, kiedy jednostka była po prostu częścią plemienia i jej przetrwanie zależało od całego społeczeństwa, lecz zaczął zanikać wraz z materialnym i intelektualnym postępem, który umożliwił człowiekowi panowanie nad naturą, przezwyciężenie strachu przed burzą, bestią, nieznanym oraz innym człowiekiem — który miał inny kolor skóry, mówił innym językiem i praktykował inne zwyczaje. Jednak kolektywizm przetrwał w doktrynach i ideologiach, które nadrzędną wartość jednostki określają przez jej przynależność do szczególnej grupy (rasy, klasy społecznej, religii czy narodu). Wszystkie te kolektywistyczne doktryny — nazizm, faszyzm, fanatyzm religijny i komunizm — są naturalnymi wrogami wolności i zażartymi przeciwnikami liberałów. W każdej epoce kolektywizm, ten atawistyczny defekt, podnosił swój szkaradny łeb, aby za grozić cywilizacji i zepchnąć nas z powrotem w czasy barbarzyńskie. Wczoraj nazywał się faszyzm i komunizm; dziś znany jest jako nacjonalizm i fundamentalizm religijny.

Wielki liberalny myśliciel — Ludwig von Mises — zawsze sprzeciwiał się istnieniu partii liberalnych, ponieważ obawiał się, że te grupy polityczne, starając się zmonopolizować liberalizm i wtłaczając go w ciasne ramy walki partii politycznych, ostatecznie doprowadzą do jego wynaturzenia i zaszufladkowania. Zamiast tego uważał, że filozofia liberalna powinna być ogólną kulturą podzielaną przez wszystkie prądy i ruchy polityczne współistniejące dzięki demokracji w otwartym społeczeństwie, szkołą filozoficzną, z której czerpać mogliby chrześcijańscy socjaliści, radykałowie, socjaldemokraci, konserwatyści i demokratyczni socjaliści.  W tej teorii jest wiele prawdy. Dlatego też w naszych czasach możemy dostrzec kilka przypadków konserwatywnych rządów, takich jak gabinety Ronalda Reagana, Margaret Thatcher czy Jose Marii Aznara, które przeprowadziły głęboko liberalne reformy. Jednocześnie, widzimy nominalnie socjalistycznych przywódców, takich jak Tony Blair w Wielkiej Brytanii czy Ricardo Lagos w Chile, wdrażających ekonomiczne i społeczne rozwiązania, które zaklasyfikować można jedynie jako liberalne.

Chociaż pojęcie „liberał” nadal jest obelgą, którą brzydzi się każdy politycznie poprawny mieszkaniec Ameryki Łacińskiej, w gruncie rzeczy liberalne idee i postawy zaczęły od pewnego czasu oddziaływać zarówno na prawicę, jak i lewicę kontynentu straconych nadziei. To wyjaśnia, dlaczego w ostatnich latach południowoamerykańskie demokracje nie upadały lub nie były zastępowane wojskowymi dyktaturami, pomimo kryzysów ekonomicznych, korupcji i niespełnieniu oczekiwań przez tak wiele rządów. Oczywiście dyktatury ciągle istnieją: Kuba ze skamieniałym Fidelem Castro, który od 46 lat zniewala swój kraj i jest najdłużej żyjącym dyktatorem w historii Ameryki Łacińskiej oraz naznaczona nieszczęściem Wenezuela, która cierpi pod rządami Hugo Chaveza, kandydata na Fidela Castro z dolnej półki. Jednak są to dwa wyjątki na  kontynencie, na którym — co trzeba podkreślić — nigdy nie było tylu cywilnych rządów wybranych w relatywnie demokratycznych wyborach. Istnieją też dodające otuchy przypadki, takie jak Lula w Brazylii, który — zanim został prezydentem — był zwolennikiem populistycznej doktryny, ekonomicznego nacjonalizmu i tradycyjnej wrogości lewicy wobec rynku, lecz obecnie opowiada się za dyscypliną fiskalną i wspiera inwestycje zagraniczne, prywatną przedsiębiorczość i globalizację, aczkolwiek mylnie sprzeciwia się Strefie Wolnego Handlu Obu Ameryk. W jego ślady, w bardziej brawurowy sposób i używając bardziej płomiennej retoryki, idzie Kirchner — prezydent Argentyny — aczkolwiek czasami wydaje się robić to niechętnie i niezbyt poprawnie. Ponadto istnieją przesłanki przemawiające za tym, że wybrany niedawno rząd Urugwaju, na czele którego stoi Tabare Vazquez, zamierza podążyć drogą Luli, zamiast powielać centralistyczne rozwiązania, które poczyniły na naszym kontynencie tak wiele zniszczeń. Nawet lewica niechętnie zmieniła zdanie w sprawie prywatyzacji emerytur — do czego doszło do tej pory w jedenastu krajach Ameryki Łacińskiej — podczas, gdy bardziej zacofana lewica w Stanach Zjednoczonych sprzeciwia się prywatyzacji Social Security. Są to pozytywne oznaki pewnej modernizacji lewicy, która — nie zdając sobie z tego sprawy — przyznaje, że droga do postępu gospodarczego i sprawiedliwości społecznej wiedzie przez rynek i demokrację, o czym my, liberałowie, mówiliśmy już od dawna. W rzeczywistości południowoamerykańska lewica zaakceptowała politykę liberalną, aczkolwiek okryła ją retoryką, która to neguje. To krok naprzód, sugerujący, że Ameryka Łacińska będzie mogła w końcu uwolnić się od balastu zapóźnienia i dyktatur. Postępem jest również pojawienie się cywilizowanego prawa, które nie uważa już, że rozwiązaniem problemów jest pukanie do drzwi koszar wojskowych, lecz raczej zaakceptowanie wyników wyborów i umożliwienie działania instytucjom demokratycznym.

Kolejnym pozytywnym sygnałem płynącym z Ameryki Łacińskiej jest znaczące osłabienie się panującego niegdyś antyamerykanizmu. Postawa antyamerykańska silniejsza jest dziś w krajach takich jak Hiszpania czy Francja, aniżeli w Meksyku czy Peru. Niewątpliwie wojna w Iraku zmobilizowała szerokie spektrum europejskich sił politycznych, których jedynym wspólnym mianownikiem nie było umiłowanie pokoju, lecz uraza i nienawiść wobec Stanów Zjednoczonych. W Ameryce Łacińskiej mobilizacja ta była marginalna i ograniczyła się praktycznie do radykalnej lewicy. Zmiana nastawienia do Stanów Zjednoczonych dokonała się z dwóch powodów: jednego pragmatycznego, drugiego fundamentalnego. Ameryka Łacińska przyjęła zdroworozsądkowy pogląd, że ze względu na położenie geograficzne, sytuację gospodarczą i uwarunkowania polityczne, dobre relacje ze Stanami Zjednoczonymi są konieczne dla naszego rozwoju. Poza tym, polityka zagraniczna USA — zamiast skupiać się na wspieraniu dyktatur, jak działo się to w przeszłości — popiera teraz demokracje i sprzeciwia się autorytarnym zapędom. Przyczyniło się to do znaczącego wzrostu zaufania i przyjaźniejszego nastawienia południowoamerykańskich demokracji wobec potężnego sąsiada z północy. Owo ponowne zbliżenie oraz współpraca są kluczowe dla szybkiego postępu Ameryki Łacińskiej w walce z ubóstwem i zacofaniem.

W ostatnich latach, liberał, który właśnie do was przemawia, często bywał kontrowersyjny, ponieważ bronił prawdziwego wizerunku Stanów Zjednoczonych, którego polityczne namiętności i uprzedzenia zdeformowały do postaci karykaturalnej. Problemem tych z nas, którzy starają się walczyć z tymi stereotypami, jest to, że żaden kraj świata nie wytwarza tak wiele antyamerykańskich treści artystycznych i naukowych jak same Stany Zjednoczone — nie zapominajmy, że są one ojczyzną Michaela Moore’a, Olivera Stone’a i Noama Chomsky’ego — i to na skalę tak wielką, że ktoś mógłby się zastanawiać, czy ów antyamerykanizm nie jest jednym z tych znakomitych produktów eksportowych tworzonych przez CIA z myślą o umożliwieniu utrzymanej w imperialnym duchu ideologicznej manipulacji ludności krajów Trzeciego Świata. Poprzednio postawa antyamerykańska była szczególnie popularna w Ameryce Łacińskiej, lecz teraz szerzy się ona w niektórych krajach europejskich, szczególnie tych, które odwołują się do przeszłości i oponują przeciwko zaakceptowaniu globalizacji oraz współzależności narodów w świecie, w którym granice, kiedyś solidne i nieusuwalne, coraz bardziej zanikają.

Oczywiście nie wszystko, co dzieje się w Stanach Zjednoczonych, ma moje poparcie. Ubolewam na przykład, że tak wiele stanów nadal stosuje aberrację, jaką jest kara śmierci, podobnie jak kilka innych rozwiązań, takich jak przedkładanie represji nad perswazję w ramach wojny z narkotykami, i to pomimo nauki płynącej z prohibicji. Jednak po uwzględnieniu wszystkich plusów i minusów, wierzę, że Stany Zjednoczone są najbardziej otwartą i najlepiej funkcjonującą demokracją świata, mającą wielką zdolność do samokrytyki, która umożliwia jej odnowę i modernizację oraz szybszą odpowiedź na wyzwania i potrzeby zmieniających się warunków. To demokracja, którą cenię za to, czego obawia się profesor Samuel Huntington: za niesamowitą mieszankę ras, kultur, tradycji i obyczajów, współistniejących bez zabijania się nawzajem, dzięki równości wobec prawa i elastyczności systemu, który pozwala na różnorodność w swoim obrębie, choć ze wspólnym mianownikiem w postaci poszanowania prawa i innych.

Moim zdaniem, obecność w Stanach Zjednoczonych niemal 40 milionów ludzi o korzeniach latynoamerykańskich nie zagraża jedności społeczeństwa czy integralności państwa. Przeciwnie, daje ona narodowi oparcie, wnosząc nowe prądy kulturowe i postawy życiowe, w których rodzina uważana jest za świętość. Latynosi, z ich pragnieniem rozwoju, zdolnością do pracy i chęcią osiągnięcia sukcesu bardzo przysłużą się otwartemu społeczeństwu. Bez wyrzekania się swoich korzeni, społeczność ta integruje się z nowym krajem i buduje silne więzy między obiema Amerykami. Sam mogę o tym zaświadczyć. Kiedy moi rodzice nie byli już młodzi, zostali jednymi z dwóch milionów Latynosów, którzy przybyli do Stanów Zjednoczonych w poszukiwaniu szans, których nie oferowały im ich kraje. Mieszkali w Los Angeles przez prawie 25 lat, zarabiając na życie pracą własnych rąk, czego nie musieli robić w Peru. Moja matka przez wiele lat zatrudniona była w szwalni, w której pracowało wiele osób z Meksyku i Ameryki Środkowej, wśród których znalazła wielu przyjaciół. Kiedy zmarł mój ojciec, myślałem, że matka zechce wrócić do Peru. Zdecydowała się jednak zostać, żyjąc w pojedynkę i uzyskując obywatelstwo Stanów Zjednoczonych, czego mój ojciec nigdy nie chciał. Później, kiedy podeszły wiek zmusił ją do powrotu do ojczyzny, zawsze z dumą i wdzięcznością wspominała Stany Zjednoczone — jej drugi kraj. Uważała się za Peruwiankę i Amerykankę; nie było to dla niej sprzecznością, nie było cienia konfliktu lojalności.

Być może opowieść ta jest czymś więcej niż synowskim wspomnieniem. Być może możemy w tym przykładzie dostrzec ślady przyszłości. Jak mają w zwyczaju pisarze, marzymy o świecie wolnym od fanatyków, terrorystów i dyktatorów, świecie różnych ras, kultur, wyznań i tradycji, współistniejących w pokoju dzięki kulturze wolności, w ramach której granice stały się mostami, które mężczyźni i kobiety mogą przemierzać, realizując własne cele bez przeszkód innych niż ich własna wolna wola.

Nie będzie wówczas konieczności mówienia o wolności, ponieważ będziemy nią oddychać i będziemy prawdziwie wolni. Ideał Ludwiga von Misesa o uniwersalnej kulturze przepełnionej szacunkiem dla prawa i praw człowieka stanie się faktem.

Podobał Ci się artykuł?

Wesprzyj nas

O Autorze:

Mario Vargas Llosa

Pozostałe wpisy autora:

43 Komentarze “Vargas Llosa: Wyznania liberała

  1. Nie wydaje mi się, żeby, poza wspomnieniem postaci patrona, ten tekst miał cokolwiek wspólnego z myślą austriacką.

  2. No właśnie po co taki tekst? Tym bardziej, że gościu bardziej wygląda na demoliberała niż libertarianina. Demokracja przedstawicielska gwarantem wolności!?

  3. Pan Vargas Llosa ma poglądy, powiedziałbym, bardzo podobne do Misesa. Jak się czyta Ludzkie działanie, to można natrafić na podobne uwagi o demokracji. Widać Hoppego nie czytali 🙂 Nie wydaje się to jednak dobrym powodem, by cenzurować LD lub nie publikować tekstów jak powyższy.

  4. Mimo wszystko widzę pewną różnicę między LD, a tekstami takimi jak ten. Nie można też porównywać Misesa z Llosą. W końcu ten pierwszy był najwybitniejszym przedstawicielem ASE, a LD jego opus magnum, oczywiście zawiera błedy. To, że wyrażał prodemokratyczne opinie – no cóż każdy może się mylić. Kontynuatorzy jego myśli naprostowali ten (i inne) błędy. Tymczasem Llosa je powiela 😉 Faktycznie jak ktoś u góry napisał tekst nie ma nic wspólnego z myślą austriacką, poza wzmianką o Misesie. Co z tego, że autor deklaruje się jako liberał? Tak deklarował się też np. Milton Friedman, czy jego też tutaj wkrótce zobaczymy? 😀

  5. „Instytut Ludwiga von Misesa ufundowany we Wrocławiu w sierpniu 2003 r. jest niezależnym i nie nastawionym na zysk ośrodkiem badawczo-edukacyjnym, odwołującym się do tradycji Austriackiej Szkoły ekonomii, dorobku klasycznego liberalizmu oraz libertariańskiej myśli politycznej.”
    Uznajmy, że to docenienie tej części klasycznie-liberalnej 🙂 W planach publikacji Friedmana nie ma, co nie znaczy, że nigdy go nie będzie 😀

  6. Witam,

    Ktorego Friedmana – ojca czy syna? 🙂

    A moze do planow publikacji dodac „The Enterprise of Law: Justice Without the State” Bruce’a L. Bensona? Albo Brunona Leoniego „Freedom and the Law”?

    pozdrawiam,
    Marcin

  7. To co przeraża mnie 😉 w niektórych postach to neoficki zapał wołania za zmarłym Rothbardem „santo subito”
    Niedługo się okaże, że to Rothbard był założycielem ASE 🙂
    Tak to już jest że KAŻDY liberał uważa wizje anarchistyczne za UTOPIJNE inaczej byłby anarchistą a nie liberałem.
    ps. Z tym Vargasem to cenna inicjatywa – ja ograniczony człek nigdy go nie czytałem i myślałem nawet, że to jakiś latynoski pisarz-komunista 🙂 🙂 jak większość latynoskich pisarzy.

    Pozdrawiam

  8. AD 1,2

    no oczywiście, nie musi. Ale żeby od razu się z neokonserwatywnem bratać…?

    No, chyba że chodzi po prostu o nazwisko noblisty, żeby przykuć uwagę. Ale mnie się akurat takie metody nie podobają.

  9. Ja jestem jak najbardziej za tym, żeby pojawiały się czasem takie teksty na mises.pl . Wprowadza to zawsze powiew świeżego powietrza i podobnie jak Huberta przeraża mnie neoficki zapał. Do ustalania jedynych, poprawnych i słusznych poglądów. W końcu istotą liberalizmu jest w dużej mierze różnorodnośc.
    @6
    „To, że wyrażał prodemokratyczne opinie – no cóż każdy może się mylić. Kontynuatorzy jego myśli naprostowali ten (i inne) błędy”
    Mi bliższe jest patrzenie na to w ten sposób, że ludzie mogą miec oddmiene zmiadanie w pewnych. sprawach. Również odnosi się to do Rothbarda- Misesa.

  10. Kilka cytatów dla gorących głów:

    1. Jorge Mario Pedro Vargas Llosa znany jako Mario Vargas Llosa (ur. 28 marca 1936 w Arequipie), peruwiański pisarz, dziennikarz, myśliciel, polityk.

    2. Pokora – cnota moralna, która w ogólnym rozumieniu polega na uznaniu własnej ograniczoności, nie wywyższaniu się ponad innych i unikaniu chwalenia się swoimi dokonaniami.

    Jak pisze Faustyna Kowalska w swoim Dzienniczku: „Jak można się podobać Bogu, kiedy pycha i miłość własna rozsadza i pokrywa się, że stara się o chwałę Bożą, a tu tymczasem idzie o chwałę własną. Kiedy to spostrzegam, bardzo mnie to boli”.

    Są to cytaty (Wikipedia) pozornie niezwiązane z ASE, libertarianizmem i wszystkim co jedynie słuszne.

    Mimo to gorąco polecam je gorącym głowom tak skorym do gwałtownej krytyki wszystkiego, co odstaje od jedynie słusznej idei. Choćby ze względu na szacunek dla starszych (Llosa ma 74 lata) wypada wysłuchać, co ma do powiedzenia ów pisarz.

  11. Mnie również podoba się pomysł opublikowania tego tekstu. Wiadomo, że Llosa to nie ekonomista ani myśliciel polityczny, ale jest to wybitny pisarz, o którym warto napisać, że deklaruje liberalne poglądy. Niewielu laureatów Nobla zresztą te poglądy podziela, więc tym bardziej warto.

  12. Demokrację-proponuję rozumieć jako, wolny rynek idei,myśli i poglądów.Inaczej mówiąc,lud kupuje i głosuje, za tym co mu odpowiada. Czy nie o to chodzi liberałom?

  13. oczywiscie, ze nie. decyzja o kupnie samochodu dotyczy ciebie – kupisz bubel, to bedziesz bublem jezdzil. w zaden sposob (poza dzialaniem mechanizmu cenowego na rynku) decyzja ta nie bedzie miala wplywu na to jakim samochodem (i czy w ogole) jezdzil bedzie twoj sasiad.

  14. @Robotnik:
    Jest jednak pewna różnica pomiędzy aktem zakupu, a aktem głosowania. Ten pierwszy w praktyce jest na ogół dokonywany z większą rozwagą…

    @wf:
    Słowo bywa jak miecz obosieczny 🙂

  15. Faszyzm Hitlera,lud „kupił”(?),komunizm Lenina lud „kupił”,demokrację amerykańską narzucili ludowi „ojcowie założyciele”, czy może te wszystkie idee dowiozły nam zielone ludki z innych galaktyk?

  16. @wf: Oczywiście, że warto wysłuchać każdego i nie zamykać się w kręgu jednego tylko nurtu myślowego. Ale to nie znaczy, że w zasobach IM powinny się takie materiały znaleźć. Równie dobrze można tutaj przedrukowywać np. artykuły z Krytyki Politycznej.

    Wydaje mi się, że celem IM jest promowanie filozofii Austriaków. Internauta, który przypadkiem trafiłby na strony IM i rozpoczął czytanie od tego artykułu, mógłby odnieść mylne wrażenie co do charakteru misesowskiej filozofii. Rozumiem, że nie każdy Austriak to Rothbard, ale wychwalanie Blaira jako liberała to już chyba o jeden most za daleko.

    Wydaje mi się, że głównym powodem opublikowania tego artykułu była chęć legitymizacji naszych poglądów. Ja uważam, że nie mamy powodów do odczuwania kompleksu niższości i nie musimy koniecznie chwytać się każdego noblisty, który powie „Mises”.

  17. „Jednak jest to też bezlitosny instrument (wolny rynek), który bez reprezentowanych przez kulturę wartości duchowych i intelektualnych, może zredukować życie do dzikiej, egoistycznej walki, w której przetrwają tylko najsilniejsi.”

    Co autor chciał przez to powiedzieć ?
    Czy ktoś zna takie przykłady ?

    Pozdrawiam

  18. @20
    Rozumiem stanowisko i podzielam, ale granice wytyczałbym znacznie swobodniej (=liberalniej!). Llosa nie wychwala Blaira! W tym akapicie chce powiedzieć tyle: nawet socjalistów warto wystawiać na działanie myśli Misesa (przepraszam za chropawe sformułowanie gwoli zwięzłości). Kompleksu niższości nie mamy i nie chwytamy się każdego noblisty, który powie „Mises”. Raczej cieszymy się, że ktoś znany powiedział „Mises” ze zrozumieniem (przy tym, że Llosa wie, co mówi, bym obstawał). Oczywiście, że powoływanie się na opinię noblistów jest m.in. zabiegiem marketingowym i tego się nie wypieramy: w końcu jesteśmy pokornymi obserwatorami natury ludzkiej.

  19. @21. Marcin Piliszczuk

    nie daję głowy, ale myślę, że autor intuicyjnie wyczuwa rozrónienie na preferencje i bodźce.

    Nawet najbardziej wolny rynek, który będzie dawał bodźce do pokojowej koegzystencji i produkcji zwiększającej dobrobyt, może okazać się brutalny i okrutny jeżeli ludzie będą preferować np. walki na noże na ulicach. Albo brutalny rasizm.

    Możliwe też, że naditerpretuję, ale jako że tekst jest raczej luźną refleksją to czuję, że mogę sobie na to pozwolić:)

  20. @22
    Przyznaję, że kilkakrotnie czytałem fragment z Blairem, żeby upewnić się, że nie wyciągnąłem pochopnych wniosków. Pozwolę sobie na wotum separatum, bo wciąż wydaje mi się, że widzę to, co widzę. Ale jako że miewam problemy z czytaniem ze zrozumieniem, nie zamierzam się spierać. 😉

    Pozdrawiam!

  21. @24
    Czytanie jest zawsze interpretacją, każdy w tekscie widzi inne niuanse. W każdym razie, gdyby Sierakowski napisał, że warto czytać Misesa, to nie miałbym nic przeciw zacytowaniu go na naszej stronie. Nawet gdyby w następnym zdaniu dodał, że Kim Dzong Il jest liberałem.

  22. Ustawa, jak można było przewidzieć, miała swoich zażartych przeciwników i wywołała liczne protesty, między innymi w Madrycie – tłumną manifestację zorganizowaną przez różne stowarzyszenia katolickie, popierane przez hierarchie kościelną, z udziałem osiemnastu biskupów i ze wsparciem Partii Ludowej2, głównej partii w opozycji do Rządu Rodrígueza Zapatero3. „Lecz wszystkie sondaże wskazują jasno: prawie dwie trzecie Hiszpanów popiera małżeństwa między osobami tej samej płci i chociaż ta aprobata jest nieco mniejsza wobec adopcji dzieci przez pary homoseksualne, także ten zapis ustawy jest akceptowany przez większość. To jasny wskaźnik, że demokracja w Hiszpanii zapuściła korzenie i że kultura liberalna, jakkolwiek by była znieważana, stopniowo przenika społeczeństwo hiszpańskie.”

    http://www.krytykapolityczna.pl/Opinie/VargasLlosaMalzenstwagejow/menuid-1.html

    Kultura liberalna to małżenstwa gejów :/

  23. Cytat a potem polemika: „Istnieją na przykład liberałowie, którzy wierzą, że ekonomia jest dziedziną, dzięki której można rozwiązać wszelkie problemy i wolny rynek jest panaceum na wszystko, od ubóstwa po bezrobocie, wykluczenie i wyzysk. Liberałowie ci, prawdziwe żywe algorytmy, nierzadko wyrządzali sprawie wolności więcej krzywd niż marksiści — najwięksi obrońcy absurdalnej tezy mówiącej, że gospodarka jest siłą napędową historii narodów i podstaw cywilizacji.” – Szkoda, że autor nie podaje żadnych konkretnych przykładów… Zresztą to jest nieporozumienie, żeby nie powiedzieć bełkot – wolny rynek nie jest SPOSOBEM, żadną METODĄ DZIAŁANIA, za pomocą której dąży się do osiągnięcia jakichś celów, to jest po prostu naturalny stan rzeczy. Czy oceany parują bo chcą wywołać deszcz? Czy susze są wywołane złośliwością Słońca? Ten Pan nie rozumie istoty rzeczy. A dowodem na to są jego kolejne słowa: „Wolny rynek jest najlepszym istniejącym mechanizmem produkcji dóbr oraz — jeżeli jest dobrze uzupełniany przez inne instytucje i kieruje się demokratyczną kulturą — umożliwia narodom osiągnięcie niesamowicie wysokiego poziomu postępu materialnego, do którego już się przyzwyczailiśmy. Jednak jest to też bezlitosny instrument, który bez reprezentowanych przez kulturę wartości duchowych i intelektualnych, może zredukować życie do dzikiej, egoistycznej walki, w której przetrwają tylko najsilniejsi.” Znowu to samo – WOLNY RYNEK nie jest żadnym instrumentem! – po prostu stanowi zbiór najkorzystniejszych warunków do ludzkiego rozwoju. Czy powietrze jest instrumentem? Przykro mi, ale to jest lewactwo ubrane w pseudowolnorynkową retorykę.

  24. Sam jestem klasycznym liberałem bliskim poglądami Misesowi, niemniej pochwała współczesnego USA i niesprecyzowane potępienie wolnorynkowego „fanatyzmu”, usprawiedliwianie przedkładaniem kultury nad gospodarkę (co jasno wskazuje na niezrozumienie istoty systemu wolnorynkowego) wskazują, że autorowi bliżej do hayekowskiego lewicującego liberalizmu o wybitych zębach.

    1. Żeby większość pisarzy choćby zbliżyła się do tego „hayekowskiego lewicującego liberalizmu o wybitych zębach”, to większość intelektualistów nie prowadziłaby świętej wojny z kapitalizmem. O ileż łatwiej byłoby nam wtedy dotrzeć do opinii publicznej? Zresztą nie każdy rodzi się radykałem. Większość osób dochodzi do tego stopniowo. Nawet ewolucja ekonomicznego światopoglądu Hoppego przeszła standardową ścieżkę: Friedman -> Hayek -> Mises -> Rothbard.

      Poza tym umiarkowany Hayek ma znacznie większy wpływ na znacznie szerszą rzeszę osób niż „bezkompromisowi”, więc my, fanatycy, powinniśmy popierać soft-liberałów ze względów strategicznych. Uzupełniamy się: oni nawracają lewaków na wolny rynek, a my z wolnorynkowców robimy anarchokapitalistów. 🙂

    1. Zasadniczo się nie zgadzam!
      Hayek nie był lewicujący, a dawał tylko propozycje usprawnienia rozwiązań lewicy (jak np. Robert Gwiazdowski), których nie popierał sercem.
      Zaś osobniki typu Ayn Rand, H.H. Hoppe czy M. Rothbard są tylko z nazwy liberalni, ich zacietrzewienie, zamknięte i sfanatyzowane umysły mówią same za siebie.

      1. W dużej mierze tak, jednak generalnie w swojej myśli politycznej zawarł szereg kompromisów na rzecz socjaldemokracji idących tak daleko, że przy odpowiedniej interpretacji pozbawiających pierwotne idee liberalne większego znaczenia. Problem treściwie przybliżył Hoppe (za którym również nie przepadam) w opublikowanym na tej stronie tekście „Dlaczego Mises (a nie Hayek)?”.

        Nieuzasadniona jest natomiast w mojej opinii krytyka hayekowskiego argumentu przeciwko centralnemu planowaniu: główny problem stanowi dla Austriaka niemożliwość skupienia rozproszonej wiedzy, jaką posiadają działające na rynku jednostki, w umyśle jednego centralnego planisty. Hoppe przeciwstawia tę koncepcję argumentowi Misesa, który zamyka się w niemożliwości kalkulacji ekonomicznej przy braku własności prywatnej, a zatem nieistnieniu cen wykształconych przez siły popytu i podaży. H. H. H. wydaje się przy tym nie zauważać faktu, że są to de facto dwa różne sposoby ujęcia tego samego problemu. Hayek wielokrotnie mówi bowiem właśnie o cenach jako o nośnikach owej rozproszonej wiedzy i mnogości sygnałów, które one zawierają, a o których nie musi wiedzieć działający na rynku podmiot.

        1. Przyznam, że „Konstytucję wolności” czytałem nie całą, jednak w tej pracy F. von Hayek wielokrotnie krytykuje dążenia, aby administracja zastępowała rynek. „Ustępstwa” są więc raczej pozorne, gdyż zdecydowanie dominuje sceptycyzm wobec uroszczeń rządu.
          Tekst HHH potępiający Hayeka widziałem, też ktoś tu opublikowal kiedyś tekst potępiający Miltona Friedmana, za „odchylenie lewicowo-socjalistyczne”. To są jednak wg mnie brednie sekciarzy „anarcho-kapitalistów”, dla których każdy liberał to faszysta…

          1. Tak, Hayek generalnie jak najbardziej był wolnorynkowy – diabeł tkwi w szczegółach, pozwalających etatystom z prawa i lewa dyskredytować zwolenników przykładowego Misesa słowami „Przecież nawet tak radykalny liberał, jak Hayek przyznawał, że państwo powinno…”.
            Ponownie częściowo się zgodzę, Friedman również jest bezmyślnie odrzucany jako wilk w owczej skórze przez wielu bardziej radykalnych liberałów. Trzeba pamiętać jednak, że tekst pochodzi z lat 60. – od tamtego czasu Friedman zdążył zmienić część swoich zapatrywań, np. odchodząc w pierwszej połowie lat 80 od monetaryzmu na rzecz wolnej bankowości (co do dziś jest powszechnie ignorowane). Na uwagę zasługuje natomiast w mojej opinii poruszenie przez Rothbarda problemu efektywności zapomogi socjalnej i nieskuteczności państwa jako jego paradoksalnej zalety.

  25. W pełni się zgadzam, samego męczą mnie radykałowie, odrzucający zupełnie Hayeka czy Friedmana wyłącznie ze względu na pewne kompromisy w ich poglądach – często wyłącznie powierzchowne (jak u drugiego wymienionego ekonomisty: większość z pośrednich rozwiązań, jak np. bony edukacyjne, traktował przejściowo, jako rozwiązanie możliwe we współczesnej rzeczywistości politycznej). W pełni popieram publikowanie na stronie tekstów autorów reprezentujących różne oblicza myśli liberalnej. 🙂

    1. »Na uwagę zasługuje natomiast w mojej opinii poruszenie przez Rothbarda problemu efektywności zapomogi socjalnej i nieskuteczności państwa jako jego paradoksalnej zalety.«
      Ale raczej każdy liberał z niektórymi poglądami Rothbarda, Hoppego czy pani Rand się zgodzi. Sęk w tym, że ta trójka brnęła w taki radykalizm, że zamieniali »filozofię wolności« w skostniały dogmatyzm, czym sami się marginalizowali, tworząc getto.
      A tutaj cenne są spostrzeżenia Karola Poppera o otwatym społeczeństwie, jako nadrzędnej wartości wyrażającej w rzeczywistym życiu zasady liberalne.

      1. Trudno mi odpowiedzieć na tak ogólnie sformułowaną opinię. Czy mógłby Pan sprecyzować, w czym objawia się ich dogmatyzm co rozumiemy przez otwarte społeczeństwo?

        1. Aby posłużyć się przykładami choćby z tego serwisu:
          http://mises.pl/blog/2013/04/01/rand-nowy-jork-byl-studnia-niesamowitych-teoretykow/
          I jeszcze:
          http://mises.pl/blog/2005/04/21/192/
          A to prawdziwa perełka:
          »Horwitz porównuje również kontrastujące ze sobą poglądy Rand i Hayeka na rodzinę. Rand „widzi rodzinę jako instytucję, która częściej wzmaga kolektywizm i altruizm niż im się przeciwstawia.” «
          Ayn Rand miała dość skrajne poglądy, a w apoteozie egoizmu brnęła w czyste szaleństwo. A co do Hoppego i Rothbarda, ich zapał w wyszukiwaniu „herezji” u Friedmana i Hayeka stawia ich poza właściwą tradycją liberalną. Tego typu postawy określiłem mianem skostniałego dogmatyzmu – sami się wyobcowują i czynią niezrozumiałymi.
          Tutaj bardzo cenne jest spostrzeżenie Vargasa Llosy:
          »Wielki liberalny myśliciel — Ludwig von Mises — zawsze sprzeciwiał się istnieniu partii liberalnych, ponieważ obawiał się, że te grupy polityczne, starając się zmonopolizować liberalizm i wtłaczając go w ciasne ramy walki partii politycznych, ostatecznie doprowadzą do jego wynaturzenia i zaszufladkowania. Zamiast tego uważał, że filozofia liberalna powinna być ogólną kulturą podzielaną przez wszystkie prądy i ruchy polityczne współistniejące dzięki demokracji w otwartym społeczeństwie, szkołą filozoficzną, z której czerpać mogliby chrześcijańscy socjaliści, radykałowie, socjaldemokraci, konserwatyści i demokratyczni socjaliści. «
          Ten cytat można uznać za definicję społeczeństwa otwartego – dostrzeganie wątków liberalnych poza samym tylko tzw. „liberalizmem”.

          1. Pierwszy z tekstów to czysta satyra, wyszydzająca Ayn Rand, luźno jedynie nawiązująca do jej rzekomych przywar (np. zadufania czy poparcia dla własności intelektualnej). Drugi natomiast pokazuje, jak połączyć można austriacką szkołę ekonomii z filozofią obiektywizmu – przemawia zatem raczej na niekorzyść tezy o dogmatyzmie Rand.

            Zastrzeżenia Rand co do natury rodziny w oczach niektórych ludzi związane są bezpośrednio z jej rozumieniem egoizmu i altruizmu. Ten pierwszy rozumiała jako racjonalne kierowanie się w życiu własnymi wartościami, nie zaś stąpanie po trupach na drodze do celu czy niepomaganie potrzebującym. Rand wielokrotnie powtarzała, że nie ma nic złego w przyjęciu ani udzieleniu dobrowolnej pomocy. Sprzeciwiała się jedynie czynieniu tego poprzez państwo, a zatem dzięki przemocy. Postulowała ograniczenie państwa do podstawowych funkcji ochrony życia i własności, które uważała za jedyne możliwe do powszechnego zaakceptowania. Gdzie tu „czyste szaleństwo”, gdzie dogmatyzm?

            Dostrzeganie wątków liberalnych poza liberalizmem jest zaiste istotne. Nie można się jednak do niego ograniczać. Cóż nam po partiach częściowo przyjmujących liberalną spuściznę, jeśli będą one działały na rzecz zwiększenia roli państwa w gospodarce i życiu człowieka?

            Nie zgodzę się również z zarzutami co do Hoppego i Rotbharda stawiających się „poza właściwą tradycją liberalną”. Można się nie zgadzać z częścią ich zarzutów, natomiast nierzadko trudno odmówić im racji (patrz: bardzo rzeczowe zastrzeżenia Hoppego co do hayekowskiej filozofii prawa). Konstruktywna krytyka i dyskusja są w środowiskach liberalnych jak najbardziej potrzebne.

        2. Liberalni myśliciele spoza liberalizmu to np. Eric Blair („George Orwell”) czy Edward Abramowski, którzy stojąc na gruncie socjalizmu rozumieli doniosłość wolności jednostki, która nie może zostać usunięta przez „wyzwolenie społeczne”, o jakim mówiła większość socjalistów upaństwawiając gospodarkę.
          A najbardziej wymowny przejaw społeczeństwa otwartego to zbiorowość ludzi, w której jest miejsce dla zupełnie przeciwstawnych poglądów. Chociaż w kwestiach religijnych trudno mi wyobrazić sobie ateistów, monoteistów i politeistów żyjących razem i szanujących nawzajem swoje przekonania. Bardziej możliwe jest pokojowe współistnienie i poszanowanie ludzi o różnych przekonaniach politycznych.
          Na pewno o żadnym społeczeństwie całego kraju nie można powiedzieć, że jest otwarte. Otwartość zawsze będzie cechą mniejszości, a nie większości. W świecie dominują społeczeństwa „półzamknięte” – w państwach demokratycznych, gdzie walczy się z różnością światopoglądów oddolnie, bez pomocy państwa (no prawie, bo taka „Krytyka Polityczna” jest dofinansowywana z pieniędzy podatników).

  26. @ Michał
    Chodziło mi tylko o to, że Hoppe, Rand czy Rothbard niekiedy wyrażali się zbyt ostro, rozumiem, że w swoich intencjach robili to z pozycji liberalnych, jednak dla mnie osobiście, są trochę zbyt radykalni.
    To są moje subiektywne uczucia, może do kogoś trafia ten styl i forma? To już jest pole do dyskusji…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *