French: Porzucenie nieruchomości – wzlot i upadek „amerykańskiego snu”

13 stycznia 2011 Finanse komentarze: 3

Autor: Doug French
Źródło: mises.org
Tłumaczenie: Łukasz M. Woś
Wersja PDF

[Wstęp do książki Walk Away: The Rise and Fall of the Home-Ownership Myth]

nieruchomościAutorstwo powiedzenia „mój dom jest moją twierdzą” jest przypisywane amerykańskiemu rewolucjoniście Jamesowi Otisowi z 1761 roku, który pragnął w ten sposób zaznaczyć swój sprzeciw wobec ingerencji rządu w siedlisko domowe. Jest to wartościowa myśl, wyrażająca zawzięte przywiązanie do własności prywatnej.

Jednak w XX wieku, rządzący wysunęli pomysł, aby każdemu obywatelowi zapewnić dom na własność. Jest to esencja godnego życia, jak nas przekonywano, rdzeń i podsumowanie naszych materialnych aspiracji. Dom jest najcenniejszym ze składników posiadania, jakie kiedykolwiek moglibyśmy mieć. Jest najlepszą inwestycją, lepszą nawet od złota. Rządzący sprawią, że wszyscy staniemy się właścicielami jakiejś nieruchomości, w ten czy inny sposób, nawet jeżeli będą musieli uciec się do łamania prawa, by ten cel osiągnąć.

Stało się to głównym dogmatem amerykańskiej religii społecznej oraz podstawą wielu rozgałęzień w postaci doktryn pochodnych. Powinniśmy wypełniać nasze domostwa wielką ilością mebli — im większych tym lepsze — i rzeczami, które sugerują trwałość i korzenie. Jeżeli była kiedykolwiek wątpliwość, co do alokacji środków, to odpowiedź jest gotowa: zakup nieruchomości, które — jak wiadomo — gwarantują najwyższy zysk.

Dom sam w sobie zapewniał pełnoetatowe zatrudnienie dla połowy społeczeństwa Ameryki, poprzez fakt, że kobiety stały się „paniami domu”, które oddawały się gotowaniu, praniu i sprzątaniu. Cały zaś zasób wolnego czasu, który posiadał mężczyzna, poświęcany był pielęgnacji trawnika, drobnym naprawom i dbaniem o zieleń. Dom był fundamentem społeczności, wolności, amerykańskiego snu. Uosabiał to, kim jesteśmy i czym się zajmujemy.

W 2007 roku z kulminacją w 2008, ten sen został roztrzaskany, kiedy ceny nieruchomości zanurkowały jak kraj szeroki, niszcząc podstawowy środek oszczędności społeczeństwa. Niektóre nieruchomości straciły nawet 75-80% wartości, co zszokowało i przeraziło zdezorientowanych obywateli. To przecież nie miało prawa nigdy się zdarzyć! To oznaczało coś więcej niż deprecjację kapitału. Upadł dogmat, rozbijając się w drobny mak.

Dom był podstawą naszego uwielbienia dla akumulacji dużych rzeczy i finansowej oraz życiowej strategii. Kiedy ten fundament zawalił się, pociągnął za sobą kolejne zmiany. Również wyposażenie naszych domów zaczęło się dewaluować. Rozglądając się dookoła w zdziwieniu, jak wiele rzeczy posiadamy i jak bardzo utrudniały nam one ruchy, zaczęliśmy  poszukiwać innej drogi — być może po raz pierwszy od stu lat.

Najlepszym przykładem tych zmian stanowi zachowanie niektórych młodych ludzi. „New York Times”, „Wall Street Journal” oraz inne media zaczynają opisywać coś, co można nazwać „nową mobilnością”. Młode pary sprzedają swoją własność: meble, porcelany i kryształy, sypialnie, a nawet samochody. Zrzucają ładunek, przygotowując się na mobilność, a nawet na międzynarodową mobilność.

Załamanie się rynku nieruchomości, które wystąpiło pomimo wszelkich wysiłków ze strony rządu, aby mu zapobiec — współwystępuje z najwyższym od wielu pokoleń poziomem bezrobocia wśród młodych ludzi. Możliwości ekonomiczne się kurczą, przynajmniej pośród tradycyjnych zawodów. Postęp cyfrowej technologii uczynił możliwym wykonywanie nietradycyjnych prac, mieszkając gdziekolwiek się chce, a nawet zmieniając miejsce zamieszkania co rok lub dwa.

Miliony uciekły od swoich hipotek. To ci, którzy poprzysięgli już nigdy nie nabrać się na mit nieruchomości, że to jedyny rodzaj aktywów, który nigdy nie traci na wartości. Nowym źródłem wartości nie jest już największa z rzeczy, które posiadamy, lecz raczej najbardziej podstawowy z czynników — my sami i to, co potrafimy zrobić. Ta zmiana reprezentuje dramatyczną woltę nie tylko jednego pokolenia, a całego etosu, który definiował, co znaczy być Amerykaninem na przestrzeni wieku.

Porzucenie nieruchomości może jawić się jako postmodernistyczna działalność — taka, która zrywa nasze więzy z historią i społeczeństwem. Możemy na to jednak spojrzeć jako na ponowne uchwycenie starszej tradycji, która ukształtowała Amerykę od czasów kolonialnych przez późniejszą część XIX wieku: duch pioniera. Nasi przodkowie poruszali się swobodnie, na wielkich dystansach, rozpoczynając od oceanów, a kontynuując na lądach — od Nowej Anglii na zachód, wszystko to w poszukiwaniu możliwości gospodarczych i wypełnienia innego amerykańskiego snu definiowanego przez wolność samą w sobie.

Ta zmiana dokonuje się poprzez prostą konstatację: płacę za swój dom więcej niż jest wart. Co jest więc minusem odejścia, strategicznego ogłoszenia niewypłacalności? Tracę dom. Cóż, dobrze. To lepsze, niż tracić pieniądze na własnym domu!

Ale jakie są ekonomiczne i etyczne implikacje tej sytuacji? Amerykanie nie stawali przed tym dylematem od co najmniej wieku. Lecz teraz muszą; budzą się w rzeczywistości, która jest określona stwierdzeniem, że dom nie różni się od innych dóbr. Nie ma magicznych właściwości i nie zawiera w sobie żadnych wzniosłych ideałów. Jest jedynie drewnem i cegłami.

Ale co z konceptem „mój dom jest moją twierdzą”? Twierdzę, że esencją wolności jest zrozumienie, że prawdziwą twierdzę należy znaleźć wewnątrz siebie.

Podobał Ci się artykuł?

Wesprzyj nas
Avatar

O Autorze:

Doug French

Pozostałe wpisy autora:

3 Komentarze “French: Porzucenie nieruchomości – wzlot i upadek „amerykańskiego snu”

  1. „Autorstwo powiedzenia „mój dom jest moją twierdzą” jest przypisywane amerykańskiemu rewolucjoniście Jamesowi Otisowi z 1761 roku”

    Autorem tych słów jest Sir Edward Coke (1552–1634). Powiedział on:

    „The house of every one is to him as his castle and fortress, as well for his defence against injury and violence as for his repose.”

    „Ale co z konceptem „mój dom jest moją twierdzą”? Twierdzę, że esencją wolności jest zrozumienie, że prawdziwą twierdzę należy znaleźć wewnątrz siebie.”

    E tam, słabe. Co mi z wolności „wewnątrz siebie: jak mi chałupę opodatkują, a knajpę uznają za „dobro publiczne”?

  2. @ BR

    Wtedy właśnie zarzucisz tobołek na plecy i pojedziesz do Hongkongu lub Nowej Zelandii.
    I tam odnajdziesz swoją wolność.
    Bardzo mądre przesłanie moim zdaniem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Nasi darczyńcy