Wiśniewski: Młodzi zniekształceni

4 kwietnia 2011 Edukacja komentarze: 32

Autor: Jakub Bożydar Wiśniewski
Wersja PDF

Teksty publikowane jako working papers wyrażają poglądy ich autorów — nie są oficjalnym stanowiskiem Instytutu Misesa.

wiedzaGazeta Wyborcza donosi, że młodzi nie są w stanie znaleźć pracy mimo wiedzy i dyplomów. Dalsza część artykułu sugeruje, że spójnik „i” nie jest tu właściwie potrzebny — dyplom ma oznaczać wiedzę, a wiedza pracę. Mowa zatem o wiedzy szkolnej, uczelnianej. Jakiego rodzaju jest to wiedza? Czy jest to wiedza sprzyjająca rynkowym potrzebom, a więc potrzebom swobodnie wyrażanym przez ogół konsumentów? A jeśli jest to coś zupełnie przeciwnego, to czy koszty alternatywne typowego „wykształcenia” nie przekraczają płynących zeń rzekomych korzyści?

Dotykamy tutaj paradoksu zawartego w światopoglądzie, który nazwę edukacjonizmem. Paradoks ten polega na tym, że wiedza uczelniana, która jest w myśl rzeczonego światopoglądu niezbędna w osiągnięciu dobrej pozycji na rynku, stanowi w ogromnej mierze bezwstydną antyrynkową propagandę, zwłaszcza w zakresie tzw. „nauk społecznych”. To  na uniwersytetach powstała teoria dóbr publicznych i kolektywnych, głosząca, że istnieją pewne kategorie niezbędnych do życia dóbr, których rynek w żadnej mierze nie jest w stanie wytworzyć. To z uniwersytetów wyszły nieprzeliczone teorie „niedoskonałości rynkowej”, „asymetrii informacyjnej”, wszechobecnych „monopoli”, chronicznej skłonności rynku do generowania gwałtownych cyklów koniunkturalnych, nadprodukcji przez rynek potrzeb konsumenckich, i wiele, wiele innych. Wszystkie jako rozwiązanie sugerują „naprawcze” ingerencje urzędniczego aparatu agresji, przemocy i przymusu. Wydziały ekonomiczne spolaryzowane są pomiędzy zwolennikami pro-etatystycznych doktryn monetaryzmu i keynesizmu, niemal całkowicie pomijając jakiekolwiek chociaż wzmianki o dorobku szkoły austriackiej, która na bazie logicznej analizy kategorii ludzkiego działania dochodzi do wniosków konsekwentnie i bezwyjątkowo prorynkowych. Wydziały rozmaitych socjologii, politologii, europeistyk i stosunków międzynarodowych bez skrępowania stręczą swoim wychowankom enuncjacje wszelkiego rodzaju Marksów, Foucaultów i Habermasów, nie zająkując się na ogół, nawet przelotnie, o osobach takich jak Etienne de la Boetie, Franz Oppenheimer czy Albert Jay Nock. Nawet wydziały nauk przyrodniczych, wydawałoby się mniej skłonne do uprawiania roszczeniowej sofistyki, pełne są orędowników walki (za cudze pieniądze rzecz jasna) z „globalnym ociepleniem” (obecnie funkcjonującym pod nazwą „zmian klimatycznych”) oraz fundowania sobie z cudzej kieszeni bajońsko kosztownych zabaw, takich jak np. „Wielki Zderzacz Hadronów”.

Nietrudno się domyślić, dlaczego owoce pracy umysłowej uniwersytetów (z których przeważająca większość jest albo wprost upaństwowiona, albo sowicie przez państwo subsydiowana) są przeważnie właśnie takie — rynkowe zapotrzebowanie na zawodowych rezonerów jest raczej niewielkie. Bardzo duży popyt na ich usługi wyrażają natomiast urzędnicze aparaty agresji, przemocy i przymusu, których istnienie opiera się wyłącznie na posłuszeństwie rządzonych, a to wymaga „legitymizacji” władzy — tym skuteczniejszej, im bardziej strojącej się w piórka wysokiego intelektualizmu.

To jednak, co jest wygodnym gniazdkiem dla pracowników uzależnionego od państwa kartelu edukacyjnego, staje się pułapką dla tych, którzy ośrodki antyrynkowej propagandy pragną wykorzystać w celu zagwarantowania sobie rynkowych miejsc pracy. Powab edukacjonizmu jest tu wyraźnie silny — dyplom domniemanego znawstwa w choćby i najbardziej kuriozalnej „dyscyplinie wiedzy” wydaje się uchodzić za istotniejszy niż konkretne umiejętności w zakresie zaspokajania potrzeb konsumentów. Może to dziwić, zwłaszcza w świetle powszechnie znanego faktu, że osoby mogące uchodzić za sztandarowe przykłady przedsiębiorców, którzy osiągnęli rynkowy sukces (Ford, Carnegie, Rockefeller czy — bardziej współcześnie — Gates, Jobs i Zuckerberg), albo nie miały żadnego uczelnianego wykształcenia, albo stosunkowo szybko rezygnowały z jego zdobywania. Co nie oznacza rzecz jasna, że mogły sobie pozwolić na lekceważenie cnoty intelektu. Przeciwnie — swoje fortuny zawdzięczały one właśnie głębokiej znajomości ludzi oraz ich potrzeb, jak również odkrywczym zastosowaniom wiedzy technologicznej.

Może więc przyszłości w zakresie kształtowania i przekazywania cennych na rynku pracy umiejętności nie należy upatrywać w zetatyzowanym kartelu edukacyjnym, ale w niezależnych instytutach badawczych i dobrze rokujących, pryncypialnie odmawiających przyjmowania jakichkolwiek subsydiów uczelniach prywatnych? Może za warunek niezbędny do swobodnego powstawania wiedzy autentycznie pożytecznej z punktu widzenia społeczeństw należy uznać likwidację gildiowego systemu urzędniczej akredytacji? Chyba że samemu liczy się na wstąpienie w szeregi akredytujących bądź obudowujących ich działania akademickimi uzasadnieniami (według danych GUS-u, liczba tych pierwszych wzrosła w Polsce z 159 tysięcy w roku 1990 do ponad pół miliona pod koniec roku 2010). Jeśli celem jest właśnie to drugie, to warto jednak pamiętać, że — ceteris paribus — przyrost liczby pasożytów to spadek liczby żywicieli. Z czego, rzecz jasna, wynika, że w pewnym momencie i ta pierwsza liczba zacznie gwałtownie spadać.

Podsumowując, rynek pracy nie jest, wbrew dość powszechnemu przesądowi, stałej wielkości tortem, po rozdzieleniu kawałków którego ci niewystarczająco szybcy skazani są na głód. Dopóki istnieją niezaspokojone potrzeby ludzkie — a są one najprawdopodobniej niemożliwe do pełnego zaspokojenia — dopóty istnieją możliwości bycia zatrudnionym. Wśród tych potrzeb nie ma jednak przypuszczalnie oglądania czyjejkolwiek kolekcji dyplomów, jeśli nie towarzyszy im autentyczne świadectwo stosownych umiejętności.

Podobał Ci się artykuł?

Wesprzyj nas
Avatar

O Autorze:

Jakub Bożydar Wiśniewski

Pozostałe wpisy autora:

32 Komentarze “Wiśniewski: Młodzi zniekształceni

  1. Wszystko fajnie, ale wrzucanie do jednego wora Climate Change i LHC to już mocne przegięcie w drugą stronę – odrzucenie przydatności jakichkolwiek badań naukowych (a te z natury są drogie).

    Niezrozumienie rzeczywistości przez autorów z GW najlepiej obrazuje zdanie „Do tego należy dodać kiepską jakość wykształcenia mimo rosnącej liczby magistrów.” MIMO! Ciekaw jestem, czy i ew. czego magistrami są owi dziennikarze.

    Nie jest żadną nowością, że uczelnie nie kształcą przedsiębiorców. Do znanych nazwisk wypada dorzucić jeszcze przynajmniej Bransona. Zdaje się, że nawet inteligencja nie wykazuje znaczącej korelacji z sukcesem „gospodarczym”.

    Czesi, co prawda nie do końca z właściwych przyczyn, ale jednak wdrażają sensowne rozwiązania:
    http://wyborcza.pl/1,75477,9342555,Czesi__nie_studiujcie_.html

  2. Szanowny Autorze,
    Gdybym nic nie wiedział o naukach przyrodniczych, to może mógłbym uwierzyć, że można jednocześnie znać się na fizyce wysokich energii, fizyce klimatu, ekonomii i filozofii. W „Zasadach” znajduje się sformułowanie: „W naszej pracy kierujemy się zasadami rzetelności naukowej”. Otóż rzetelność naukowa każe stwierdzić, że istnieje przeważający konsensus na temat antropogenicznego pochodzenia zmiany klimatu. Uprzejmie proszę o nie wiązanie myśli liberalnej z denializmem klimatycznym i rozdzielenie nauk ścisłych od nauk humanistycznych również i tej materii. W historii zdarzało się wielokrotnie, że ograniczenia przyrody wymuszały negatywne decyzje ekonomiczne; jeżeli uważa Pan, że w przypadku zmian klimatu nie będą one miały miejsca, to proszę o uargumentowanie swojego stanowiska.
    Poza wszystkim, proszę sprawdzić, czy i które wydziały przyrodnicze w Polsce prowadzą badania skoncentrowane na kwestii zmian klimatu i gdzie znajdują się ci orędownicy walki za cudze pieniądze.
    Proszę pamiętać, w że w interesie ekonomicznym jest prawidłowe oszacowanie ryzyka związanego ze zmianami klimatu, a nie ich negowanie.

  3. Co da walka z klimatem w Europie kiedy Chiny mają to głęboko w poważaniu? Dlaczego do niedawna walczono z ociepleniem, a teraz ze zmianami (a jeszcze wcześniej oziębieniem)? Rozumiem, że nauka idzie do przodu, ale bez przesady, żeby co 10 lat zmieniać zdanie na podstawie danych, które zbierane są przez stulecia.

  4. Jak czytam takie teksty, to przypominają mi się agitki z początku budowy socjalizmu w Polsce i manifesty Partii Bolszewickiej. Totalne przyporządkowanie postrzegania rzeczywistości do wyznawanej ideologii. Znowu jakiś zacietrzewiony libertarianin palnął tekst nie znając się na rzeczy i zamiast rzeczowej dyskusji na temat szkolnictwa, trzeba prostować oczywistości. W pełni zgadzam się ze Zbigniewem Piotrowskim.
    Pozdrowienia Mergiel

  5. Nie wiem, co do walka ze zmianami klimatu w Europie bez Chin, ale to nie ma związku z istnieniem tych zmian – to nie jest pytanie do „wydziałów nauk ścisłych”. Co do kwestii globalnego ocieplenia oraz zmian klimatu – potrzebne są oba określenia, pierwsze jest przyczyną drugiego. Również nie wiem, co to jest kiedyś, ale Intergovernmental Panel on Climate Change (Międzyrządowy Zespół ds. Zmian Klimatu) istnieje od 1988 roku. Co do oziębienia, to jest typowy mit, czytaj tu: http://www.skepticalscience.com/translation.php?a=1&l=9. Nikt nie zmienia zdania o 180 stopni co 10 lat, nauka o wpływie dwutlenku węgla na temperaturę atmosfery ma już ponad sto lat, patrz tu: http://pl.wikipedia.org/wiki/Svante_Arrhenius

  6. Szanowny Panie Zbigniewie,

    Przyznaje, jestem „sceptykiem klimatycznym” – „przeważający konsensus” to w dla mnie za mało w momencie, w którym przeważająca większość tych, którzy doszli do owego konsensusu, mają tego samego pracodawcę (bezustannie walczące o „intelektualną legitymację” aparaty agresji, przemocy i przymusu). Wspominam zresztą o tym w tekście. Gdybym miał ulegać każdemu indywiduum krzyczącemu, że jeśli natychmiast nie dam sobie wydrzeć portfela z kieszeni, to zaraz skończy się świat, nie mógłbym uczciwie twierdzić, że szanuję swoją wolność i godność osobistą. Tak, uważam że od czasu do czasu wpływowi totalitaryści wymyślają nowe sposoby rozstawiania społeczeństw tego świata po kątach, sięgając między innymi po kasandryczne wizje ubrane w kostium nauki. Dość wspomnieć Ehrlicha z jego „Bombą Populacyjną” czy pogróżki Klubu Rzymskiego.

    Ale poza tym – mój tekst nie dotyczy tego, czy prawdziwe jest twierdzenie o antropogenicznych zmianach klimatycznych. Dotyczy tego, że zetatyzowana nauka nie musi przekonywać do swoich tez na wolnym rynku idei – może zamiast tego uprawiać nachalną propagandę z „międzyrządowej” katedry. Gdyby na wolnym rynku idei o fundusze i naukową wiarygodność konkurowali na równych prawach – czyli na prawach swobodnej konkurencji – denialiści i ich oponenci, wtedy ci drudzy z miejsca staliby się wiarygodniejsi, niż są obecnie. I gdyby większość dała im się przekonać, to dobrowolnie wsparłaby ich finansowo. Czy nie na tym ma polegać hołubiona przez środowiska akademickie „demokracja”?

    Szanowny Panie Mergiel,

    Zgadzam się, że Pański wpis to modelowy wręcz przykład rzeczowości i braku ideologicznego zacietrzewienia. Oczywista oczywistość, której nawet nie warto prostować.

    Pozdrowienia,
    Jakub

  7. A propo walk ze „zmianami klimatu” – czy szanowni przedmówcy słyszeli może o tym?

    http://www.tomaszgabis.pl/?p=533

    „W szwajcarskiej gazecie „Neue Zürcher Zeitung” z 14 listopada 2010 roku ukazał się wywiad z Ottmarem Edenhoferem, wicedyrektorem Poczdamskiego Instytutu Badań nad Klimatem, przewodniczącym jednej z grup roboczych Międzyrządowego Zespołu ds. Zmian Klimatu (IPCC). Pytany o mający odbyć się w grudniu tzw. światowy szczyt klimatyczny w Cancún, Edenhofer powiedział, że nie jest to konferencja dotycząca klimatu, lecz „jedna z największych konferencji gospodarczych od czasu drugiej wojny światowej”. Jego zdaniem, duża część kopalin, takich jak ropa czy węgiel kamienny musi pozostać pod ziemią. Na uwagę dziennikarza „NZZ”, że oznacza to de facto „wywłaszczenie krajów posiadających bogactwa naturalne”, czołowy niemiecki „polityk klimatyczny” odpowiedział: „Trzeba sobie jasno powiedzieć: za pomocą polityki klimatycznej dokonujemy de facto redystrybucji bogactwa światowego”. I dalej: „musimy pożegnać się z iluzją, że międzynarodowa polityka klimatyczna jest polityką ochrony środowiska. (…) To nie ma prawie nic wspólnego z polityką ochrony środowiska”. Edenhofer uważa, że konieczna jest nowa globalna polityka handlowa i finansowa, np. wprowadzenie „ceł na dwutlenek węgla” oraz transfer technologii (zapewne w ramach wspomnianej przez niego redystrybucji bogactwa światowego).

    Z wywiadu wynika jasno, iż kwestie naukowe związane z tzw. globalnym ociepleniem zostały uznane za definitywnie rozstrzygnięte, pozostały jedynie kwestie transferu bogactwa, czyli globalnego rozdziału pieniędzy, dóbr i zasobów, o którym decydować będą „politycy klimatyczni” w rodzaju Edenhofera. Nie brakuje rzecz prosta ludzi, którzy – podobnie jak Edenhofer – uważają, że w przypadku „polityki klimatycznej” chodzi o redystrybucję bogactwa i władzy, tyle tylko, że według nich od początku o to chodziło, zaś (hipo)tezy naukowe dobierano wedle kryterium, czy pasują czy nie, do założonych z góry celów politycznych i ekonomicznych.”

  8. @ Zbigniew Piotrowski

    „Proszę pamiętać, w że w interesie ekonomicznym jest prawidłowe oszacowanie ryzyka związanego ze zmianami klimatu, a nie ich negowanie.”

    Pamiętam jeszcze czasy dziury ozonowej, te straszne filmy, animacje, szkice, wykresy, wypowiedzi ekspertów – dlatego jak widzę dzisiejsze badania nad globalnym ociepleniem (teraz już zmianami klimatu), to przypomina mi się słoneczne lato wiele lat temu, kiedy patrząc na żar lejący się z nieba bylem przerażony tą „szczerą prawdą”, jaką przekazywano w telewizji o wielkiej dziurze. Kremem oczywiście smarowałem się podwójnie, tak jak eksperci w telewizorze kazali. W Australii dzieciom nie wolno było nawet wyjść na przerwie na dwór, jeśli nie miały czapeczki! Doskonale pamiętam również konsekwencje finansowe dziury ozonowej. Zanim przeforsowano zakaz stosowania freonu, wymiana freonu w samochodzie kosztowała ok $4 – cztery puszki freonu po $1 i wężyk za $5, trwało to z 10 minut. Po zmianie prawa, mogły to wykonywać tylko specjalistyczne zakłady za ok $100-150.

    A pamięta ktoś jeszcze emanacje paniki moralnej związaną z „rokiem 2000”?

    Tzw. „problem roku 2000” był bardzo kosztowną ściemą. I to pomimo, że opierał się na prawdzie. Zdawali sobie sprawę z tego zasadniczo wszyscy, którzy mieli jakąkolwiek wiedzę w tym zakresie. W mediach wypowiadały się najróżniejsze autorytety i NIKT nie mówił o tym, że nic się nie stanie. Nikt nie mówił, że problem dotknie małej grupy wysoko specjalizowanego sprzętu i oprogramowania. A nie robili tego z dwóch powodów:

    1. Jeżeli się ma choć odrobinę samokrytyki, zakłada się własną pomyłkę. A wtedy bezpieczniej jest powiedzieć „istnieje prawdopodobieństwo, że niepożądane zdarzenie zajdzie” niż „olejmy to”.

    2. Nie zarzyna się kury znoszącej złote jaja,

    Przecież ekspert mówiący w mediach „w roku 2000 nic się nie stanie” nie dość, że brałby na barki odpowiedzialność za swój ewentualny błąd, to jeszcze zostałby gremialnie znienawidzony za zniszczenie świetnego interesu.

    W takiej III RP „problem roku 2000” mógł dotknąć – bo ja wiem? – 100 serwerów? Może mniej. A wydano na ich wymianę setki milionów złotych (i to po denominacji). A bo sprzęt, a bo wdrożenie, a bo migracja – wszystko kosztuje. Lata 1998-2000 to była „złota era” dla firm wdrożeniowych. W zasadzie wszyscy chcieli nowy sprzęt, nowe systemy operacyjne, nowe programy. A wszystko dzięki temu, że media pieprzyły głupoty o spadających satelitach, zablokowanych windach, nieczynnych bankach i wszechobecnym chaosie. Działanie to było tak skuteczne, że co bardziej ogłupieni kupowali zgrzewki wody mineralnej i robili zapasy jedzenia.

    I co z tego, że „problem roku 2000” to był fakt, a nie spisek producentów komputerów? Zagrożenie zostało wyolbrzymione, a zaproponowane przez ekspertów „rozwiązanie” ultra kosztowne i przy okazji całkowicie ZBĘDNE. Za to do dziś pamiętam sprzedawane monitory z nalepką „Y2K ready”.

    Niestety Unia Europejska i tzw. Wielki Biznes przegapił wtedy możliwość powołania np. IPMB (Intergovernmental Panel on Milenium Bug), który mógłby zawezwać rządy, aby „coś” z tym zrobiły. Przegapiono możliwość utworzenia np. jakiegoś rodzaju certyfikatu na produkcję sprzętu/oprogramowania odpornego na Y2K, czy coś w ten deseń. Przypuszczam, że stało się tak dlatego, że NIKT z branży nie przypuszczał, iż ludzie są aż tak głupi, że jak pelikany łykną tę bzdurę. Y2K był niesamowitym sukcesem – o tyle wielkim, co niespodziewanym.

    Za 27 lat mamy szansę na „powtórkę z rozrywki” pod tytułem „problem roku 2038”. No chyba że jacyś niemyślący prorządowo/probiznesowo pingwiniarze wcześniej usuną „Y2K38 bug”.

    Dlatego się powtórzę – tu nie chodzi o to, czy „zmiany klimatu” to prawda czy fałsz. Chodzi o to, że jesteśmy pod znieczuleniem dymani przy okazji „rozwiązywania” tego, no niech będzie, że problemu. Emisja CO2 w takich np. Chinach czy Indiach jest w zasadzie poza kontrolą. Już obecnie Chiny są fabryką świata. Przemysł tam rozwija się niewspółmiernie intensywniej niż w Europie. Z uwagi na „luźniejsze” traktowanie krajów rozwijających się, nie jest wykluczone, że kraj ów z nawiązką „zrekompensował” ograniczenia emisji CO2 wprowadzone u nas.

    A to może oznaczać, że wydaliśmy X miliardów euro (tzn. ktoś wydał za nas) po to, aby Chiny mogły stać się globalnym mocarstwem (bo będzie to jedyny mierzalny efekt wprowadzenia limitów emisji w Europie).

    I będzie bardzo „fajnie” – co prawda nie wpłyniemy na całkowitą ilość CO2, przez co nie uratujemy klimatu (przy założeniu, że AGO jest prawdą), ale za to będziemy mogli wcinać tynk ze ścian, odczuwając przy tym „moralną wyższość” nad Chinami. Co prawda, będziemy biedni, ale przynajmniej dbający o Planetę – Naszą Planetę.

    W każdej sprawie z wyżej wymienionych z dwóch stron medalu bardzo szybko robią się cztery – z tych, co są za i przeciw, robią się prędko tacy, co są „przeciwko byciu za”, oraz „za byciem przeciw”. No i mamy już cztery możliwości. Potem robi się ich więcej i w efekcie powstaje bajzel, ale to akurat szczegół.

    Ważne, żeby nie stracić z oczu, o co właściwie chodzi, ewentualnie pamiętać, że może chodzić o to, co zwykle.

  9. Szanowny Autorze,
    Przeważający konsensus jest, szczególnie w połączonym Internetem świecie, instytucją użyteczną, by przytoczyć przykład terapii nowotorowej albo nawet banalną kwestię szkodliwości spożywania muchomorów. Uwaga o aparacie terroru zatrudniającym naukowców jest cokolwiek niekonstruktywna, bo konsensus w sprawie AGO (fizyczny, nie ekonomiczny !) obejmuje cały świat.
    Dalej, porównanie z Klubem Rzymskim jest zupełnie nietrafione – to były marginalne grupy naukowców w stosunku do omawianego konsensusu dotyczącego AGO.
    Wreszcie, to również jest mit, że denialiści są odcięci od finansowania. Przypuszczam, że praktycznie każdy naukowiec marzy, aby obalić coś takiego jak AGO – to jest gwarancja wiecznej sławy i dużych pieniędzy. W nauce (tej kapitalistycznej) nie premiuje się jednak tych, którzy chcą wyłącznie dowieść, że inni nie mają racji, potrzebna jest perspektywa wykonania czegoś pozytywnego. Podobnie jak przy programie Apollo, uboczne osiągnięcia badań klimatycznych są olbrzymie.
    Podsumowując, wydaje się, że postuluje Pan zaoranie pola i wybudowanie wszystkiego od nowa – wizja to nierealistyczna. Bardziej realistycznym, a i tak abstrakcyjnym celem jest obecnie dociągnięcie do standardów nauki amerykańskiej. Cokolwiek jednak Pan zaproponuje, to postuluję nie rozpoczynać reformy od gilotynowania fizyków, chemików czy biologów, bo to oni w Polsce ciężką pracą utrzymują część nauki ponad dnem. Co do humanistów zaś, to proponuję klasyfikować wartość ich badań na podstawie rzetelności intelektualnej, a nie na podstawie ideologii – (nieliczni) specjaliści od stosowanego marksizmu-leninizmu również są potrzebni, aby przez kontrast dostrzec wartość myśli liberalnej i umożliwić jej rozwój w konteście jej obserwowanych ograniczeń.

  10. @9

    „aby obalić coś takiego jak AGO – to jest gwarancja wiecznej sławy i dużych pieniędzy.”

    Dlaczego obalenie AGO miałoby być gwarancją wiecznej sławy i dużych pieniędzy, a nie np. wiecznego ostracyzmu i kulki w łeb? Przecież AGO już teraz gwarantuje jego eksponentom popularność i olbrzymie przychody? Pan by zarzynał kure znoszącą złote jaja?

  11. Ad Jakub
    Na początku chciałem przeprosić za poprzedni zbyt emocjonalny wpis, faktycznie pozbawiony merytorycznych uwag.
    Dlatego aby wyjaśnić, dlaczego uważam tekst za niekompetentny i podporządkowany „jedynie słusznej” ideologii, przedstawię swoje wątpliwości w punktach;
    „Czy jest to wiedza sprzyjająca rynkowym potrzebom, a więc potrzebom swobodnie wyrażanym przez ogół konsumentów?” słusznie pytasz.
    A więc w tekście mającym traktować o wpływie wykształcenia na atrakcyjność absolwenta na rynku pracy brakuje mi przede wszystkim:
    1. analizy rzeczywistego zapotrzebowania na osoby z wyższym wykształceniem w całości i w poszczególnych dziedzinach na rynku pracy. Na tej podstawie można by ocenić czy trudności w zatrudnieniu nie wynikają po prostu z nadmiaru podaży nad popytem, a nie mają np. związku z faktyczną wiedzą posiadaną przez absolwenta. Odpowiedź na to pytanie jest moim zdaniem kluczowa i bez niej dalsze dywagacje nie mają większego sensu.
    2.Wpływu korporacji zawodowych na wymagania wobec absolwentów, np prawników, inżynierów , lekarzy.
    3.Dowodu na to, że nauczanie ekonomii w-g Szkoły Austriackiej wpłynie na większą zdolność absolwenta do zdobycia pracy w zawodzie.(przyjmujesz to za pewnik)
    4.Dowodu na to, że to złe kształcenie absolwentów nauk ścisłych i np. filologii angielskiej powoduje kłopoty absolwentów w uzyskaniu pracy, a nie np. nadmiar absolwentów.
    5. Informacji: czy wymienieni w tekście ludzie sukcesu znali podstawy ekonomii austriackiej i kierowali się zasadami libertarianizmu, a może studia wyższe bez względu jakie są w tej materii zbędne.
    6. Odnośnie niezależnych od państwa instytutów badawczych: Czy podoba Ci się fakt, że lekarze i farmaceuci uczeni są na państwowych uczelniach wiedzy o działaniu i stosowaniu leków dostarczanej przez prywatne firmy farmaceutyczne produkujące te leki, a weryfikowanej również za pieniądze koncernów farmaceutycznych?
    7. Według tekstu zderzacz hadronów i teoria globalnego ocieplenia muszą być złe bo stoją za tym państwowe aparaty przymusu,
    8.Ani słowa o jednym wydającym się oczywistym dla Austriaka fakcie, że to darmowe studia mogą być przyczyną nadpodaży absolwentów.
    Jesteś „sceptykiem klimatycznym” na podstawie posiadanej dogłębnej wiedzy z klimatologii, czy na podstawie analizy, kto za tym stoi i czyj to jest interes (np. zgodnie z logiką działaczy partyjnych)?

    Ad BR
    Może to Cię zdziwi, ale w zasadzie się z tobą zgadzam, tylko tak jak w przypadku broni palnej, która sama w sobie z punktu widzenia etycznego nie jest ani dobra ani zła, teoria globalnego ocieplenia to jedno, a jak kto ją używa to drugie.

  12. „Dlaczego obalenie AGO miałoby być gwarancją wiecznej sławy i dużych pieniędzy, a nie np. wiecznego ostracyzmu i kulki w łeb”

    Zostań naukowcem, to zrozumiesz 🙂

  13. Ad Zbigniew Piotrowki
    „Gdybym nic nie wiedział o naukach przyrodniczych, to może mógłbym uwierzyć, że można jednocześnie znać się na fizyce wysokich energii, fizyce klimatu, ekonomii i filozofii.”
    Mam rozumieć, że oprócz znajomości nauk przyrodniczych zna się Pan także na ekonomii?
    Jeżeli na podobnym poziomie co na przykład Einstein czy Chomsky to dziękuję za Pana doradztwo.

    Panie Zbigniewie jeżeli Pan chce walczyć ze „zmianami klimatycznymi”, to proszę to robić za swoje pieniądze.

    Dla tych, którzy nie wierzą, że ta cała ekologia to jeden wielki biznes, proponuje zajrzeć na NewConnect i zobaczyć co się stało z kursem akcji Bioerg’a po ogłoszeniu przez UE, że na jej terenie będzie obowiązywały używanie tylko reklamówek biodegradowalnych.

  14. @12

    „Zostań naukowcem, to zrozumiesz :)”

    Argumentu w obronie protekcjonizmu są absurdalne, dawno już zostały obalone i CO Z TEGO? I jak pisałem wyżej (8), „problem roku 2000” był bardzo kosztowną ściemą – POMIMO ŻE OPIERAŁ SIĘ NA PRAWDZIE.

    Nie wierzę, że jest Pan aż tak naiwny, by sądzić, że prawda ma znaczenie i przynosi zyski jej eksponentom.

  15. Brawo, w koncu ktos odwaznie i madrze napisal jak ta pseudoedukacja dziala. Tyle osob traci tyle czasu „uczac” sie tych wszystkich glupot.. To wstyd ze kolejne pokolenia musza przez to przechodzic.

  16. Ad Bp. – „logika” taka jak w czasie okupacji: nie uczmy się niemieckiego bo to język wroga i okupanta.
    Pozdrowienia Mergiel

  17. Państwo dyskutanci piszą najróżniejsze rzeczy, podają argumenta historyczne, filozoficzne, polityczne, psychologiczne. Niestety, ideologia i myślenie partyjne, jak to zauważył p. Mergiel, powoduje, że często nie odpowiadają Państwo na moje posty, tylko dyskutują państwo sami ze sobą według utartych schematów. Nie będę zatem w tej dyskusji przeszkadzał.

    Dodam tylko uwagę, że jeżeli ktoś chce podejmować decyzje ekonomiczne i polityczne nie na podstawie twardych danych i solidnej analizy, a swojego widzimisie, argumentów historycznych i stanowiska partyjnego, to bardzo proszę NIE ZA MOJE PIENIĄDZE.

  18. „NIE ZA MOJE PIENIĄDZE”

    a to ciekawe. czy my zmuszamy Pana do finansowania naszych decyzji ekonomicznych? w którym miejscu? proszę wskazać a natychmiast się z tego wycofam. brzydzę się kradzieżą

  19. Ja może powtórzę to, co za x lat będzie oczywistością:

    „Trzeba sobie jasno powiedzieć: za pomocą polityki klimatycznej dokonujemy de facto redystrybucji bogactwa światowego. Musimy pożegnać się z iluzją, że międzynarodowa polityka klimatyczna jest polityką ochrony środowiska. (…) To nie ma prawie nic wspólnego z polityką ochrony środowiska.”

    [Ottmar Edenhofer, wicedyrektor Poczdamskiego Instytutu Badań nad Klimatem, przewodniczący jednej z grup roboczych Międzyrządowego Zespołu ds. Zmian Klimatu]

  20. Panowie, jakby ktoś miał ochotę, to na wykopie prowadzę jałową dyskusję z facetem, który jest prawdopodobnie socjalistą utopijnym frakcja PiS. Pisanie kolejnych elaboratów mających na celu pokazanie, że wyższe płace i 8h dzień pracy to efekt rozwoju gospodarczego a nie zdobyczy socjalnych jest bardzo męczące, szczególnie, że trochę to trwa.

    Byłbym wdzięczny za wsparcie.
    pzdr

    link: http://www.wykop.pl/link/690519/mlodzi-znieksztalceni/

  21. @Piotrowski. O czym to dyskutowac, jak pan popiera walkę z globalnym ociepleniem. Trudno dyskutowac z kimś, kto chce, żeby wszyscy zrzucali się na walkę ze słońcem.
    Niech pan się bawi za swoje pieniądze.

  22. Szanowni dyskutanci, postuluję ponownie, aby podjąć próbę rozdzielenia faktów (obserwowane globalne ocieplenie i zmiana klimatu) od kwestii ekonomicznych. Naprawdę nieciekawe jest dowiadywać się o swoich poglądach od innych, a do tego sprowadzają państwa stereotypy. Proszę zobaczyć, jak można uskutecznić wyżej wspomniany podział – wreszcie pojawił się interesujący (jak na dyskusję w naszym kraju) głos na ten temat:
    http://wyborcza.biz/biznes/1,101562,9370377,Lepiej_lagodzic_skutki_niz_ograniczac_zmiany_klimatu.html

  23. Tak se to czytom i se padom że to ni może ganc sztimować z tym swiatowym hycem.Padajom,że je coroz to cieplej a rok w rok śniega więcej i mrozi fest jak pieron:))
    To tak zartem.Co zwolenicy teorii globalnego ocipienia odpowiedza na fakt, że udział ludzkiej dzialności (proodukcja przemysł)w globalnej produkcji CO 2 wynosi ok 3 procent? Wybić wszystkie zwierzeta? Osuszyć oceany? zabetonować wulkany? Jałowa dyskusja na bezssensowny temat.Za komuny sadzilismy w czynie społewcznym drzewka:))

  24. Nie wiem, co odpowiedzą zwolennicy, ale ja odpowiem, że istnieją artykuły naukowe, książki, a w ostateczności źródła internetowe, z których można się dużo dowiedzieć. Odpowiem też, że naturalna globalna produkcja CO2 jest mniej więcej w stanie równowagi, za to produkcja „ludzka” w przeciwieństwie do naturalnej oczywiście nie odbiera wyprodukowanego CO2 z atmosfery.
    Jak ktoś czuje potrzebę, to może o tym poczytać sobie tu: http://www.skepticalscience.com/human-co2-smaller-than-natural-emissions-intermediate.htm
    Są tam też odnośniki do źródeł opisujących odpowiednie wyniki badań naukowych.

  25. @20
    Genialna dyskusja. Prosze nie zaprzestawac. Jestem poczatkujacy w sprawach ekonomii i czesto mam za malo wiedzy, zeby kontrargumentowac tego typu argumenty socjalistow. BARDZO POMOCNY MATERIAL!

  26. @27
    Obaj jesteśmy już zmęczeni dyskusją, więc to by było chyba na tyle. Ale cieszę się, że nie poszło to na marne, bo takie miałem przeświadczenie przez cały czas:))

  27. @Zbigniew Piotrowski,

    mnie osobiście bardzo cieszy to podejście. Jestem globalno-ociepleniowym agnostykiem – nie mam czasu i środków, żeby dokonać racjonalnej oceny dowodów. Przyjmuję fakt istnienia względnego konsensusu na temat AGW.

    Jakie ma to znaczenie dla mojej opinii na temat „walki” z AGW. Niewielkie. Z ekonomicznego punktu widzenia, potrzebne są bardzo rzetelne i jednoznaczne dane, żeby komuś móc przypisywać winę za szkodę oraz alokować środki do walki z AGW/ na odszkodowania z jego tytułu etc. Takiej wiedzy – połączenia konkretnych konsewkencji z konkretnymi emisjami – nie ma.

    Innymi słowy, o ekonomicznych konsekwencjach AGW można się wypowiadać niezależnie od uznania prawdziwości konsensusu.

    Co więcej, twierdzę, że autor tekstu wcale nie napisał (przynajmniej w tekście głównym) nic strasznego z perspektywy osoby zgadzającej się konsensusem klimatologicznym. Jest prawdą, że publiczne uczelnie pełne są naukowcym chętnych do „walki” z AGW za cudze pieniądze z. A to, że metody tej walki nie zdają egzaminu racjonalności gospodarczej – w bardzo szerokim znaczeniu dbania o dobrobyt nasz i naszych dzieci – to już ocena ekonomiczna, do której klimatolodzy nie mają kompetencji. Specjalizacja i podział pracy, czyli klimatolodzy o klimacie, ekonomiści o gospodarce, da najlepsze efekty:)

    PS. A ekonomiczny mainstream też jest sceptyczny: http://nordhaus.econ.yale.edu/abrupt%20011998c.PDF

  28. @”To jednak, co jest wygodnym gniazdkiem dla pracowników uzależnionego od państwa kartelu edukacyjnego”
    :)) Tak tak tylko, że gniazdkami do pisania profetycznych teorematów były i są np.: Universität Wien, Université de Genève, London School of Economics, University of Nevada.
    A szczególnie już:
    @”Może to dziwić, zwłaszcza w świetle powszechnie znanego faktu, że osoby mogące uchodzić za sztandarowe przykłady przedsiębiorców, którzy osiągnęli rynkowy sukces”
    :)) A ekonomistów przykłady, mogą dziwić też?
    Rynkowy≠wydawniczy sukces to np. John Maynard Keynes.
    @”Dotykamy tutaj paradoksu zawartego w światopoglądzie”
    :)) Jakoś tak głupio to wygląda, kiedy hagiografia guru’w do głoszonego dogmatu nie pasuje. Tym bardziej, że ten heretyk po Marksie największy, w odróżnieniu od swoich oponentów, potrafił też robić kasę inaczej niż tylko na drukowanym profetyzmie.

  29. Panie Stanisławie,
    Właśnie nie bardzo widzę tych tłumów naukowców chętnych do walki z AGW za cudze pieniądze. Prawdę mówiąc, nie widać praktycznie kogokolwiek w PL, kto by zechciał podjąć temat i opublikować swoje przemyślenia, ale może po prostu na takich nie trafiłem. Swoją drogą to ekonomiści (mówię o tych, którzy chcą i mogą zachować bezstronność) w tym temacie mają jak się wydaje dużo trudniej niż fizycy, nie zazdroszczę im. Całkowicie zgadzam się, że klimatolodzy nie mają do takich ocen kompetencji i chyba niewielu ma ochotę się w to bagno pakować.
    Uważam to za wysoce niekorzystne, że (jak chociażby jak widać powyżej) tzw. prawicowa opinia publiczna jest w większości nastrojona na odrzucanie aktualnych propozycji ekonomicznych hurtem z klimatologią fizyczną i chemiczną, co jest postępowaniem kompletnie irracjonalnym.

  30. Witam,

    Szanowni czytelnicy, przeglądam tysiące stron dziennie, część wpisów agreguje, część sortuję i filtruję za pomocą własnych skryptów lub narzędzi typu yahoo pipes. Mam taką okropną manierę skąpca poznawczego, że czasami nie czytam wpisów tylko oceniam je wzrokowo, przez to postrzegam w panu Zbigniewie Piotrowskim zwykłego trolla klimatycznego. Mam nadzieję, że nie uraziłem, jedynie z moich „obserwacji statystycznych” tak to wygląda…
    pozdr

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Nasi darczyńcy