Hülsmann: Wolna bankowość i rezerwa cząstkowa: polemika z Pascalem Salinem

6 maja 2011 Bankowość komentarze: 27

Autor: Jörg Guido Hülsmann
Źródło: Quarterly Journal of Austrian Economics
Tłumaczenie: Paweł Rusiecki
Wersja PDF

rezerwaW krytyce (1998) mojego artykułu Free Banking and the Free Bankers (1996) Pascal Salin porusza kilka istotnych zagadnień związanych z teorią bankowości. Okazuje się, że ich bliższe zbadanie umacnia, a nie osłabia, pozycję zwolenników rezerwy stuprocentowej.

Według Salina, w systemie stuprocentowej rezerwy „nie ma absolutnej pewności, że deponenci będą mogli odzyskać swoje pieniądze, ponieważ emitent substytutu pieniądza może zbankrutować”. Stwierdzenie to jest absolutnie poprawne, jednak żaden zwolennik rezerwy stuprocentowej nie uważa, że system ten wykluczyłby bankructwa firm. Wskazujemy raczej na fakt, iż prowadzi on do mniejszej liczby bankructw niż bankowość oparta na rezerwie cząstkowej. Samo istnienie rezerwy cząstkowej implikuje dodatkowe źródło bankructw, które nie występuje w przypadku rezerwy stuprocentowej. To samo tyczy się uwagi Salina o tym, że w tym systemie „emitent substytutów pieniądza musi upaść, chyba że znajdzie jakiś sposób, aby przekonać ludzi do płacenia za swoje usługi”. Ta uwaga jest prawdziwa, ale nie może być użyta przeciwko proponowanemu przez nas rozwiązaniu, stanowi bowiem definicję bankructwa. Każda firma upada, jeśli jej właściciel nie znajdzie klientów, którzy chcą wspierać jego przedsięwzięcie. Nie ma to związku z żadną konkretną cechą systemu rezerwy stuprocentowej.

Salin, odnosząc się do problemu, jaki bank emitujący kwity miałby z namówieniem ludzi do płacenia za przechowywanie złota, stwierdza, iż „kwity wyemitowane w innych dniach miałyby różne ceny w złocie i nie byłyby idealnymi substytutami, byłyby więc mniej płynne”. Prawdą jest, że rezerwa stuprocentowa w praktyce oznaczałaby, iż większość małych i średnich płatności byłaby dokonywana za pomocą bilonu, a większość ludzi sama przechowywałaby swoje pieniądze, zamiast płacić bankom za tę usługę. Obserwacja Salina sugeruje, że większość kwitów bankowych byłaby użyta tylko raz i to przy regulowaniu dużych płatności. Ale czy stanowi to jakiś problem? Czy używanie banknotów jest celem samym w sobie? Zarzut Salina miałby sens tylko wtedy, gdyby na te dwa pytania można było odpowiedzieć twierdząco.

Nie wydaje mi się jednak, żeby można było udzielić takiej odpowiedzi. Nie ma również sensu zastanawiać się nad tym, ile banknotów powinno być w użyciu. W jaki sposób mielibyśmy obliczyć prawidłową ilość substytutów pieniądza? Uważam, że istnieje tylko jeden dobry sposób: zaakceptowanie decyzji ludzi. Każda ilość banknotów wyemitowanych w systemie stuprocentowej rezerwy jest — przynajmniej ex ante — optymalna. Jeśli ktoś przemocą zabroniłby bankom emisji tej właśnie ilości, dopuściłby się siłowego wstrzymania współpracy. Gdyby natomiast narzucić uczestnikom rynku system rezerw cząstkowych, byłoby to jednoznaczne z wymuszeniem współpracy.

Salin uważa inaczej. Twierdzi, że „nie możemy z góry powiedzieć, że system stuprocentowej rezerwy jest optymalny, ponieważ nie znamy ex ante preferencji jednostek — takie stwierdzenie nigdy nie byłoby obiektywne”. Konceptualnie ten punkt odniesienia jest bez znaczenia, a praktycznie jest nietrafiony, ponieważ zakłada, że możliwe jest porównywanie użyteczności osiąganej przez różnych ludzi. Problem polega na tym, iż potrzeby ludzi mogą być sprzeczne. Ja nie życzę sobie, aby bankier pożyczał komuś moje pieniądze, a bankier dokładnie odwrotnie. Jeśli więc bazujemy na „potrzebach jednostek”, to jaką decyzję powinniśmy podjąć?

Salin mógłby odpowiedzieć, że to, czy moje depozyty mają stuprocentowe pokrycie w złocie czy nie, jest kwestią umowy zawartej między mną a bankierem. Jednak wtedy przyznałby, że to prawo własności — a nie potrzeby — jest prawidłowym punktem odniesienia, względem którego powinniśmy oceniać optymalność systemu, a tak naprawdę tylko o to chodzi oponentom rezerwy cząstkowej. Nie twierdzą oni, że „możemy z góry powiedzieć, że system stuprocentowej rezerwy jest optymalny”. Starają się raczej ocenić tę kwestię z jedynej możliwej perspektywy — z punktu widzenia właścicieli zawierających dobrowolne umowy. Jest to stanowisko przyjęte powszechnie przez wszystkich uczestników tej debaty, więc oskarżanie mnie o „konstruktywizm” jest bezsensowne. Rzeczywiście, opowiadanie się za podtrzymaniem praw własności jest pewną formą „konstruktywizmu”, ponieważ istnieje inne logiczne rozwiązanie: popieranie systemu bierz-co-się-da. Poza ramami własności prywatnej nie ma społeczeństwa ani rynku, a więc włączając się do dyskusji nad problemami pojawiającymi się w społeczeństwie (na przykład do dyskusji na temat bankowości), uważa się prawa własności za coś oczywistego. Z samego faktu, że Salin analizuje omawiany problem, wynika, że on także przyjmuje pozycję „konstruktywistyczną”. Mój konstruktywizm jest jednak spójny — w przeciwieństwie do jego.

Mając to na uwadze, można z łatwością odpowiedzieć na pytanie, czy rynek wybrałby system rezerwy stuprocentowej. Ponieważ ten system jako jedyny podporządkowuje się fundamentalnej zasadzie rynku, a mianowicie poszanowaniu praw własności, rynek w bankowości istnieje tylko wtedy, gdy wszystkie substytuty pieniądza mają stuprocentowe pokrycie. W skrócie, nie ma sensu rozmawiać o „rynku”, który wybrałby bankowość z rezerwą cząstkową. Równie dobrze można by twierdzić, że rynek wybrałby kradzież jako sposób na zdobycie samochodu, morderstwo obecnie zatrudnionych jako sposób zdobycia pracy, a zabójstwo aktualnych lokatorów jako metodę pozyskania mieszkania. Ludzie mogą osiągać swoje cele przy użyciu bardzo różnych środków, ale działanie w ramach rynku zawsze musi iść w parze z poszanowaniem praw własności innych jednostek. Wynika z tego, że nie musimy przeprowadzać eksperymentów, by wiedzieć, jak wyglądałby rynek w bankowości.

Prawdziwy rynek w bankowości oznacza rezerwę stuprocentową. Fakt, że ludzie mają motyw do stosowania rezerwy cząstkowej, nie jest bardziej zaskakujący niż fakt, że złodzieje mają swoje pobudki. To nie konkurencja (która z góry przyjmuje własność prywatną) tylko zła wola lub ignorancja skłania ludzi do wyboru systemu rezerwy cząstkowej. Fakt, że rezerwa stuprocentowa i cząstkowa mogą współistnieć wynika z tego samego powodu, który sprawia, iż produkcja finansowana z podatków może współistnieć z produkcją finansowaną wyłącznie przez prywatnych właścicieli. Takie współistnienie świadczy jedynie o moralnej kondycji i stopniu oświecenia społeczeństwa. Niestabilność bankowości z rezerwą cząstkową nie jest emanacją niedoskonałości rynku, ale moralnych i intelektualnych braków.

Dyskusyjne jest nawet stanowisko Salina dotyczące retrospekcji historycznej, według którego „[system rezerw cząstkowych] został wybrany nie ze względu na interwencję państwa, zakazującą rezerwy stuprocentowej, ale dlatego, że lepiej spełniał oczekiwania producentów substytutów pieniądza i tych, którzy z nich korzystali”. Na początku dziewiętnastego wieku brytyjskie i amerykańskie sądy orzekały przeciwko rezerwie stuprocentowej w wielu ważnych sprawach, np. Carr v. Carr, Devaynes v. Noble, Foley v. Hill etc. Sądy zawyrokowały, że depozyty bankowe nie są zwykłymi depozytami, tylko pożyczkami udzielanymi bankom (Rothbard 2007, s. 102 i nast.; 1994, s. 42 i nast.). W konsekwencji, bankierzy nie byli postrzegani jako fałszerze (kryminaliści), za to deponenci zostali przedstawieni jako kiepscy inwestorzy. Te decyzje, będące przykładami ingerencji państwa w gospodarkę rynkową, okazały się kluczowe dla nowożytnej historii bankowości. Ktoś mógłby oponować, że prywatne sądy również mogłyby tak orzec. Odpowiedziałbym, że korzenie, od których wywodzi się agresja na własność prywatną, nie mają tu nic do rzeczy. Tam, gdzie dokonuje się agresji na własność prywatną, tam nie ma rynku.

Wydaje mi się, że Salin źle zrozumiał mój argument o niemożliwości istnienia bankowości opartej na rezerwach cząstkowych. Nie twierdzę, że banki w takim systemie mogą w nieskończoność zwiększać emisję środków fiducjarnych, ani że nie mogą osiągnąć ich „optymalnego poziomu”. Chodzi o to, że banki nie znają tego poziomu i że — zważywszy, iż jest to istotnie problem wszystkich przedsięwzięć biznesowych — tylko w systemie rezerw cząstkowych bankructwo jednego banku prowadzi do zarażania upadłością wszystkich innych banków. Konserwatywne kartele bankowe opisane przez Salina mogą opóźnić załamanie całego systemu, ale nie mogą mu zapobiec.

Rozstrzygający jest tutaj fakt, że funkcjonowanie przy niższej stopie rezerw zapewnia przewagę nad konkurencją — Salin nie zaprzecza temu twierdzeniu. Jednak gdy się z tym zgodzimy, musimy przyznać, że ta przewaga tylko przez jakiś czas może być zbilansowana opinią uznanych i bardziej konserwatywnych banków. A co się stanie, jeśli założony dawno temu bank, który przez dekady działalności zyskał sobie zaufanie, ogłosi, że zmniejsza swoje rezerwy? I czy na wolnym rynku zajęłoby to tak długi okres czasu? Dzisiejsze doświadczenie nie mówi nam prawie nic o tym, jak dynamiczna byłaby konkurencja w systemie bankowym, bowiem znamy jedynie biurokratyczne szczątki tego, co kiedyś nazywano bankami.

Klauzule opcyjne również nie zażegnują nieodłącznej groźby efektu domina. Miałyby one taki sam efekt jak założenie banku centralnego: dostarczałyby tymczasowego lekarstwa niezwalczającego przyczyny choroby. Jeśli klienci zaakceptowaliby klauzule opcyjne, banki mogłyby wyemitować jeszcze więcej środków fiducjarnych, tak więc pojawiłby się ten sam, stary problem bankructwa i zarażania na większą skalę. Pobożnym myśleniem byłoby również pozwolenie sobie na „dużą wartość netto” banku, który „miałby możliwość sprzedaży dużej ilości aktywów”. Wartość banku i to, czy jego aktywa można spieniężyć za dużą czy małą sumę, zależy od cen rynkowych. Jeśli ludzie straciliby zaufanie do środków fiducjarnych i wystąpiłby run na banki w celu odzyskania pieniędzy, podaż pieniądza w szerokim znaczeniu (która determinuje wysokość cen) skurczyłaby się w ciągu sekundy. Wraz z nią skurczyłyby się aktywa banków i ich wartość netto zostałaby zredukowana do ułamka tego, za co wcześniej uważali ją bankierzy. Właśnie tak wygląda kryzys. Dzisiaj banki centralne zapobiegają takim wydarzeniom za cenę jeszcze większej inflacji (i regulacji). Nie dajmy się jednak zwieść naturze systemu rezerwy cząstkowej.

Według Philippe’a Natafa, na którego powołuje się Salin, banki funkcjonujące w oparciu o rezerwę cząstkową na początku dziewiętnastego wieku w Nowej Anglii zostały uratowane przed kryzysem zarażeń. Nie możemy jednak z tego jednego przykładu wyciągać wniosku, że tamten system był stabilny z powodu stosowania przez banki rezerwy cząstkowej. Teoria sugeruje, że te banki funkcjonowały bez problemu pomimo tego, iż przyjęły zły system. Inne czynniki (na przykład przeświadczenie, że ponad 30% banknotów bez pokrycia to już „niezdrowa” sytuacja) musiały przeważyć negatywny wpływ rezerwy cząstkowej i zapobiec kryzysom bankowym, które pojawiły się w innych regionach.

Zajmijmy się wreszcie kwestią tego, czy bankowość z rezerwą cząstkową jest przypadkiem oszustwa. Salin omawia ten problem z punktu widzenia kogoś, komu zaproponowano używanie pustych banknotów. Według niego problem sprowadza się do kwestii wyboru dwóch osób. Nie może być mowy o oszustwie dopóki umowa jest dobrowolna:

 

Jeśli zdecyduję się zawrzeć umowę z tym drugim [producentem oferującym środki fiducjarne] i ponieść ryzyko utraty płynności, staję się odpowiedzialny za swój wybór, a porozumienie między mną a bankierem nie ma nic wspólnego z oszustwem.

 

Na pierwszy rzut oka wydawać by się mogło, że z punktu widzenia tej osoby sytuacja w ogóle nie jest problematyczna. Rozważmy jednak przypadek odbiorcy skradzionych dóbr. Czy Salin posunąłby się tak daleko i stwierdził, że problem prawa do zakupu tych dóbr od złodzieja, a nie od prawowitego właściciela, sprowadza się jedynie do kwestii ryzyka? Oczywiście, moralna ocena bankowości opartej na rezerwie cząstkowej zależy od tego, czy odpowiemy na to pytanie twierdząco. Dla mnie fakt, że gdyby to była ogólnie panująca doktryna, to nie rozwinęłaby się cywilizacja, jest oczywisty. Fundamentalną kwestią jest to, iż wolność zawierania kontraktów zakłada przestrzeganie prawa własności. Jak ujął to Hans–Hermann Hoppe:

 

Wolność zawierania kontraktów nie oznacza, że każdy obopólnie korzystny kontrakt powinien być dozwolony. Oczywiście, kontrakt w którym A i B uzgadniają, że okradną C stoi w sprzeczności z tą zasadą. Oznacza ona, iż A i B mogą zawrzeć dowolną umowę odnoszącą się do ich własności; bankowość oparta na rezerwie cząstkowej narusza własność osób trzecich (1994, s. 70).

 

Innymi słowy, ten, kto przyjmuje środki fiducjarne, nie „ponosi ryzyka utraty płynności” i nie jest „odpowiedzialny za swój wybór”. Klient banku nieuczciwie przekazuje ryzyko i odpowiedzialność za swoje zachowanie na całe społeczeństwo. Aby odeprzeć tę krytykę, Salin musiałby skupić się na czymś innym. Załóżmy, że posiadasz pewną sumę pieniędzy i możesz zdeponować ją w banku stosującym rezerwę stuprocentową lub cząstkową. Czy wybór tej drugiej możliwości nie jest całkowicie pozostawiony tobie? Jeśli go dokonasz, to czy nie jest oczywiste, że bankier użyje tych środków do kreacji pieniądza? Chyba ciężko temu zaprzeczyć. Problem pojawia się, gdy tylko przyjrzymy się bliżej tej umowie. Na czym konkretnie ta umowa polega? Odpowiedź jest zdumiewająca: nie wiadomo. W bankowości opartej na rezerwie cząstkowej wszyscy klienci mają prawo w każdej chwili wycofać swoje pieniądze, a bankier do tego momentu może ich używać. To stoi w oczywistej sprzeczności z samą ideą kontraktów, która determinuje, kto w danej chwili ma prawo do korzystania z danego przedmiotu. Tymczasem w transakcjach z innymi uczestnikami rynku zarówno klient, jak i bankier mianują się właścicielami zdeponowanych pieniędzy. Ich „umowa” implikuje sytuację, w której w wymianach rynkowych występują dwa tytuły własności do jednego i tego samego dobra. To z całą pewnością jest przykładem oszustwa (Hoppe et. al. 1998).

 

Bibliografia

Hoppe, Hans–Hermann. 1994. „How is Fiat Money Possible? – or, The Devolution of Money and Credit”. Review of Austrian Economics 7, no. 2:49-74. Polskie tłumaczenie: „Dlaczego pieniądz fiducjarny może istnieć — czyli degeneracja pieniądza i kredytu”, tłum. P. Makuch. Wersja elektroniczna: http://mises.pl/blog/2011/05/08/hoppe-dlaczego-pieniadz-fiducjarny-moze-istniec-czyli-degeneracja-pieniadza-i-kredytu/.

Hoppe, Hans–Hermann, z Jörg Guido Hülsmann i Walter Block. 1998. „Against Fiduciary Media”. Quarterly Journal of Austrian Economics 1, no. 1:19-50.

Hülsmann, Jörg Guido. 1996. „Free Banking and the Free Bankers”. Review of Austrian Economics 9, no. 1:3-53.

Rothbard, Murray N. 2007. Tajniki bankowości, tłum. R. Rudowski. Warszawa: Fijorr Publishing, Warszawa.

—. 1994. The Case Against the Fed. Auburn, Ala.: Ludwig von Mises Institute.

Salin, Pascal. 1998. „Free Banking and Fractional Reserves”. Quarterly Journal of Austrian Economics 1, no. 3:61-65. Polskie tłumaczenie: „Wolna bankowość i rezerwa cząstkowa: komentarz”, tłum. P. Rusiecki. Wersja elektroniczna: http://mises.pl/blog/2011/05/01/salin-wolna-bankowosc-i-rezerwa-czastkowa-komentarz/.

Podobał Ci się artykuł?

Wesprzyj nas
Avatar

O Autorze:

Jörg Guido Hülsmann

Jörg Guido Hülsmann (ur. w 1966 r.) jest profesorem ekonomii na University of Angers we Francji.

Pozostałe wpisy autora:

27 Komentarze “Hülsmann: Wolna bankowość i rezerwa cząstkowa: polemika z Pascalem Salinem

  1. Fundamentalizm aż w oczy kole. Typowy przykład: „Oczywiście, moralna ocena bankowości opartej na rezerwie cząstkowej zależy od tego, czy odpowiemy na to pytanie [czy problem prawa do zakupu tych dóbr od złodzieja, a nie od prawowitego właściciela, sprowadza się jedynie do kwestii ryzyka?] twierdząco.” – czy Hulsmann uważa czytelników za idiotów, którym zamiast dowodu, że to, co oferuje bank z rezerwą częściową, zostało wcześniej skradzione, wystarczy użycie słowa „oczywiście”?

    „Klient banku nieuczciwie przekazuje ryzyko i odpowiedzialność za swoje zachowanie na całe społeczeństwo” – LOL. Nie kojarzę, żeby na wolnym rynku bankowym „całe społeczeństwo” w jakiś magiczny sposób żyrowało zobowiązania banku, także mamy tu taki drobny brak w argumentacji…

  2. A czy nie jest przypadkiem po prostu tak, że pojęcie rezerwy cząstkowej jest sprzeczne z ideą umowy depozytowej?

    Jeśli idę do banku utrzymującego 100% rezerwę i oddaję kruszec w depozyt, to w zamian dostaję kwit, który gwarantuje mi wydanie depozytu na żądanie. Ten kwit ma swoją konkretną wartość – równowartość kruszcu złożonego w depozyt. Owszem, mogę się umówić, że przez rok nie zażądam wypłaty, umożliwiając w ten sposób bankowi puszczenie mojego depozytu w ruch, jednak wciąż dostaję kwit o wypisanej wartości nominalnej, którą gwarantuje bank. To jest wartość naszej umowy z bankiem. Co jednak się dzieje, gdy bank tworzy dodatkowy kredyt nie mający pokrycia w depozytach terminowych? Kwit, który otrzymałem i który ma konkretną stałą wartość, w rzeczywistości ma wartość mniejszą niż jego nominał (inflacja). A to oznacza, że niedochowanie przez bank rezerwy cząstkowej narusza prawa własności osób, które wcześniej złożyły depozyty.

    Pewnie, Panika, powiesz, że składając depozyt w banku nie utrzymującym 100% rezerwy powinienem być tego faktu świadomy i jeśli tak, to jest to moja dobrowolna decyzja obarczona pewnym ryzykiem. Ale w takim razie każda emisja kredytu (każda zmiana współczynnika pokrycia depozytów) powinna wymagać aneksu do naszej umowy. Oto bowiem zmieniają się warunki umowy (np. wartość kontraktu). Strony oczywiście mogą się zgodzić na zmianę umowy, ale muszę mieć prawo odmowy takiej zgody. To trochę tak jak dodatkowa emisja akcji – nie może się odbyć bez zgody dotychczasowych akcjonariuszy, czyli właścicieli.

  3. panika2008: „Nie kojarzę, żeby na wolnym rynku bankowym „całe społeczeństwo” w jakiś magiczny sposób żyrowało zobowiązania banku, także mamy tu taki drobny brak w argumentacji…”

    Nie kojarzysz, a tak jest. W systemie rezerwy cząstkowej, kłopoty banków są rozwiązywane podażą pieniądza. Jeżeli wciąż nie kojarzysz to przywołaj w pamięci bailouty z trzech ostatnich lat.

  4. @2, „A czy nie jest przypadkiem po prostu tak, że pojęcie rezerwy cząstkowej jest sprzeczne z ideą umowy depozytowej?” – a co to ma za znaczenie jaka jest „idea umowy”? Może by tak spojrzeć na konkretną umowę, a nie jej „ideę”?

    2. paragraf Twojego komentarza jest dla mnie tak niezrozumiały, że nie potrafię się odnieść.

    Co do zmiany w umowie… hmmm… warunki ekspansji kredytu są w przypadku depozytów opisane – w teorii w umowie, w praktyce, poprzez załączniki i regulaminy, finalnie w prawie bankowym. A jak Ci ktoś zmieni prawo bankowe, no to niestety pretensje do „rzundu”.

    Czy powinien być przymus akceptacji na tej samej zasadzie, co akcjonariusze akceptują emisje… wydaje mi się, że nie – bo zauważ, że akcjonariusze są zasadniczo finalną i najwyższą instancją kontroli przedsiębiorstwa, a ich prawa są wobec siebie równe (współwłaściciele). Deponent jest kredytującym bank i ceduje on część swoich praw na firmę (zarząd, akcjonariuszy) – o czego powinien być świadomy, tak samo jak właściciel obligacji banku powinien być świadomy, że jego władza nad bankiem jest znacznie mniejsza, niż udziałowców i nie może np. zapobiec przyszłemu dalszemu zaciąganiu zobowiązań. W zamian jednak za to, zauważ, w przypadku bankructwa wierzyciele – w szczególności deponenci – są uprzywilejowani w stosunku do udziałowców przy podziale majątku.

    Nie mówię, że takie ramy prawne są idealne, ale wydają mi się dość sensowne i zasadniczo nie sądzę, żeby inaczej rozwiązał to 100% wolny rynek – taki, gdzie nie ma przymusowego kph i prawa bankowego, a wszelkie relacje między udziałowcami, wierzycielami i klientami są regulowane wyłącznie na drodze dobrowolnych umów. A nawet, gdyby ostateczne rozwiązanie było inne, to nie można powiedzieć, żeby taka konstrukcja prawna, jaka jest teraz była jakoś tam niesprawiedliwa czy nadmiernie oddalona od rzeczywistości (disclaimer: nie mam tu na myśli tej części prawa, która gwarantuje bankom zwolnienie z dużej części ryzyka i przeniesienie go na podatników!)

  5. Łukasz M. Woś, nie kojarzę, żeby FDIC, Departament Skarbu i Fed – w zakresie, w jakim ma monopol na emisję dowolnej ilości pieniądza z efektywnym pokryciem przez amerykańskiego podatnika – były częścią wolnego rynku. Może się mylę, rozwiń swoją myśl…

  6. porównywanie rezerwy cząstkowej do kradzieży czy morderstwa uważam za nadużycie, a także niespójność ze zdaniem:
    „Ludzie mogą osiągać swoje cele przy użyciu bardzo różnych środków, ale działanie w ramach rynku zawsze musi iść w parze z poszanowaniem praw własności innych jednostek.”
    wkładając do banku pieniądze, mam świadomość, że będą one przedmiotem dalszego obrotu, dokonuje się to więc za moją wiedzą i (domyślnie?) zgodą – gdzie jest tu nadużycie prawa własności?
    Pan Hülsmann zdaje się lepiej od właścicieli wiedzieć kiedy są naruszane ich prawa (skąd my to znamy;) )
    widzę tu podobieństwo do wynajęcia komuś mieszkania z prawem do dalszego podnajmu (pojedynczych pokoi lub całości) – ciekawe czy Pan Hülsmann jest przeciwnikiem takich transakcji…

  7. Czy nie najrozsądniejsze byłoby dopuszczenie do istnienia zarówno banków o rezerwie 100%, jak i rezerwie cząstkowej (wolna bankowość) – zamiast wprowadzania w tym zakresie przymusu państwowego (bo tak skończyłby się pomysł Austriaków, libertarian itd.)? Dziś wydaje się to możliwe – banki mogą mieć 100% rezerw, a określana jest jedynie minimalna stopa. Dodatkowo nic nie stoi na przeszkodzie (poza nielicznymi wyjątkami dot. wymogu posiadania konta), aby całe swoje pieniądze trzymać w tzw. „skarpetce”. Większość ludzi jednak tego nie robi. Wydaje się, że problemem nie jest kwestia rezerwy (zakładając rachunek podpisujemy kontrakt, w którym zgadzamy się na rezerwę cząstkową), ale kwestia emisji pieniądza. Tzn. kto i ile może.

  8. ad 7
    Załóżmy, że mamy papier zaświadczający o posiadaniu rachunku w banku z rezerwą cząstkową, powiedzmy nawet, że z klauzulą opcyjną (nazwijmy go banknot A) i papier zaświadczający o posiadaniu rachunku w banku ze stuprocentową rezerwą (banknot B). W każdym banku składamy 100 uncji złota. Nie bardzo widzę powód, dlaczego oba te papiery miałyby być przyjmowane po równej wartości nominalnej. Byłbym skłonny przyjąć banknot B jako uregulowanie długu wynoszącego 100 uncji złota, ale na pewno nie banknot A, bo ma on większe ryzyko niewypłacalności. Jako że nie tylko ja bym takich papierków nie przyjmował, ale też Hulsmann, Block, Salerno, Hoppe i paru innych czytelników mises.org i mises.pl, to trudno by było nazwać banknot A powszechnym środkiem wymiany – pieniądzem; trudno też byłoby osiągnąć wymienialność banknotu A do złota i banknotu B w stosunku 1:1. Jeśli zaś pojawiłoby się jakieś dyskonto, to znaczyłoby to natychmiastowy run na banki. Z tych powodów uważam, że rezerwa cząstkowa bez wsparcia władz i ewentualnego oszukiwania klientów nie mogłaby się pojawić i trwać dłużej.

  9. @8:
    Czy jest pewne, że to banknot B będzie więcej warty niż banknot A – oczywiście o tym samym nominale? Taki bank musi sobie zarobić aby być wstanie utrzymać swoją działalność. Łatwiej ma bank, który przenosi ryzyko na klientów. Najlepiej gdy robi to w sposób uregulowany na dobrowolnych warunkach – np, że zobowiązuje się utrzymywać 50% rezerwy, mieć pokrycie pieniądza w np złocie, srebrze aby ograniczyć wizję szalejącej inflacji. Klienci “płacąc” ryzykiem umożliwiają inwestycje w umowy z producentami kart płatniczych, bankomatów i innych cudów. Banknot A może być szerzej akceptowany.

    Jeśli chcemy aby nasze pieniądze były bezpieczne możemy je sami zamknąć w skrytce, własnym sejfie lub zakopać obok drzewa w ogródku. Jeśli boimy się również tego, że pewni nieodpowiedzialni ludzie będą drukować bez opamiętania możemy przecież wymienić je na inną walutę lub inne dobra, które uważamy za bezpieczniejsze. Jeśli nawet żaden bank nie chce oferować usług opartych na 100% rezerwie, to istnieje wolna droga do utworzenia pierwszego takiego banku.
    Jeśli na (już) wolnym rynku byłaby potrzeba na usługi gdzie deponowanych pieniędzy ab-so-lut-nie nikt nie będzie dotykał to takie usługi by powstały. Dla hardcorowców pojawiły by się pewnie nawet wersje 200% rezerwy, takiej pewności na pewno.

    Nie wydaje mi się abyśmy mieli prawo wymagać od banku stosowanie się do tego co my chcemy. To, że na bazarze sprzedawca zachwala swoje ziemniaki, nie znaczy to jeszcze, że te ziemniaki są na prawdę takie dobre. Podobnie w reklamach proszków do prania. Zawsze obowiązuje zasada ograniczonego zaufania. Po za tym, jak wyżej napisałem, na wolnym rynku jest wolna droga – jeśli uważamy, że 100% rezerwa jest tak dobra, to powinna się sprawdzić w działaniu.

  10. ad 9
    No rozumiem, że za wydanie banknotów o nominale 100, będę musiał w przypadku B zapłacić dodatkowo, powiedzmy, 5, a w przypadku A nic. Jednak kupując banknot B mam prawo własności do zdeponowanych w banku 100 uncji złota zawsze, a w przypadku A prawo do 100 uncji złota pod warunkiem, że bank nie skorzysta akurat z klauzuli opcyjnej. To są prawa do innych rzeczy i nie rozumiem jak można by je traktować na równi. Banknot B jest substytutem złota banknot A już nie bardzo.

  11. Ja nie chcę ich traktować na równi. Wydaje mi się jedynie, że ten “zły” banknot wcale nie musi być mniej warty, może być nawet warty więcej. Gdzie jednego dnia Józiek sprzedaje Kazikowi 100zł na banknocie B(100%) za 104zł z banku A(rezerwa cząstkowa). Dlaczego dodaje więcej? Bo akurat bank B każe sobie płacić za przelewy, a A nie. Ewentualnie wolę zaryzykować niż pomniejszać swój depozyt o 5zł.
    Zgodzę się, że banknot A nie jest substytutem złota i wcale tego tutaj nie oczekuję. Byleby też nikt ode mnie nie wymagał, że 100zł z A mam tak samo traktować jak 100zł z B.

  12. Może punktem wyjścia jest to, czy się przyjmuje Austriacką Teorię Cykli Koniunkturalnych?

    Bo jeśli przyjmuje się ATCK, to z tego wynika, że przyjmuje się również, że ekspansja kredytowa ma wpływ na strukturę kapitału i jest przyczyną sztucznego boomu i będącego jego konsekwencją kryzysu. Skutki kryzysu dotykają wszystkich, a nie tylko bank i jego klienta.

  13. @7
    W ktorym miejscu dowolnej umowy o konto jest mowa o rezerwie czastkowej? Prosze o wskazanie chociaz 1 umowy.

  14. @8, primo, powód jest bardzo prosty, zarówno bank A, jak i bank B, na rządanie wydają 100 uncji złota. Nikt Cię oczywiście nie zmusza do przyjmowania pieniądza fiducjarnego. Teoretycznie* możesz też np. wybudować sobie dom bez kibla, ewentualnie mieszkać w jaskini, nie handlować z nikim i żyć z darów natury.

    secundo, to, że 100 czy 1000 czy 100 tysięcy ludzi by z przyczyn religijno-ortodoksyjnych nie przyjmowało takich papierków nie czyni ich pieniądzem w mniejszym stopniu, niż np. franków szwajcarskich, którymi wszakże w polskich sklepach też nie zapłacisz 😉

    * w praktyce oczywiście faszystowskie prawo budowlane tego zabrania – czemu stanowczo się sprzeciwiam!

  15. @4

    W dalszym ciągu nie rozumiem, dlaczego, Panika, tak chętnie przyznajesz bankom prawo do jednostronnego łamania warunków umowy. Ja twierdzę, że nawet jeśli w umowie, regulaminie czy dodatkowych załącznikach jest zapis o wysokości rezerwy cząstkowej, to zmiana wartości tego współczynnika wymaga aneksowania umowy. To trochę tak, jakbyś w imię swobody zawierania umów optował za prawem przedsiębiorcy do zmiany wynagrodzenia pracownikowi bez konieczności aneksowania umowy. Absurd! A prawo bankowe nie ma tu nic do rzeczy, gdyż jest ono akurat wbrew wolnemu rynkowi i swobodzie zawierania umów, którą głosisz.

    Jeśli twierdzisz, że ludzie tak bardzo potrzebują „usługi” handlowania ryzykiem stóp pokrycia rezerw, to proszę bardzo, zawieraj osobne kontrakty na depozyty niepokryte w 100%. Ale z pieniądzem będzie to miało niewiele wspólnego, gdyż jedną z głównych cech pieniądza jest względnie stała wartość w czasie, a takie kontrakty spekulacyjne tego nie dają. Tylko przymus wymienialności takich kontraktów na realny pieniądz w stosunku 1:1 nadawał by im znamion pieniądza. Ale gdzie tu wolny rynek? Podpisuję się pod stwierdzeniem MB z @8, że: „rezerwa cząstkowa bez wsparcia władz i ewentualnego oszukiwania klientów nie mogłaby się pojawić i trwać dłużej”.

    Żebyś mnie dobrze zrozumiał. Ja też jestem za swobodą zawierania umów. I też nie uważam, że słuszne jest używanie przymusu państwowego do ustanowienia 100% pokrycia rezerw. Jednak władza powinna stać na straży przestrzegania zawartych umów i jest dla mnie nie do przyjęcia zgoda na jednostronne łamanie umowy przez bank poprzez produkowanie inflacji. Jak również nie do przyjęcia jest stosowanie przymusu w celu zapewnienia wymienialności jakościowo różnych pieniędzy po stałym kursie.

  16. ad 14
    Ale przecież bank A zastrzega sobie prawo, że czasami nie wyda „na rzadanie (sic!)”, gdyż może się zdarzyć, że chwilowo nie będzie miał płynności i wtedy korzysta z klauzuli opcyjnej. W banku B tego rodzaju klauzuli nie ma.

  17. @15, „dlaczego, Panika, tak chętnie przyznajesz bankom prawo do jednostronnego łamania warunków umowy” – nie przyznaję. Ale jeśli w umowie jest zapisane, że zmiana poziomu rezerw zostaje w gestii przedsiębiorcy, to nie widzę w tym nic zdrożnego. Szczerze mówiąc, nie widzę też nic zdrożnego, jeśli pracownik godzi się na umowę o pracę z klauzulą możliwości jednostronnej zmiany płacy przez pracodawcę. Możliwości rozwiązania umowy wykluczyć się nie da.

    „proszę bardzo, zawieraj osobne kontrakty na depozyty niepokryte w 100%” – wow, dzięęęęęki, stary. Dobrze że nie wszyscy jednak są tak zaślepieni wizją lepszego świata, jak Rothbard, który zabroniłby tego dobrowolnie działającym stronom na wolnym rynku.

    „jedną z głównych cech pieniądza jest względnie stała wartość w czasie” – inflacja i deflacja w XIX wieku, google is your friend 🙂

    @16, no dobrze dobrze, na Żądanie może nie wydać. Ale w 99% wyda, a w pozostałych 1% opóźni o 3 dni, tydzień, góra dwa. Oczywiście jest miejsce na dyskonto, ale jest raczej pewne, że to dyskonto będzie minimalne, znacznie mniejsze, niż koszt przechowywania złota w banku ze 100% rezerwą. Co jest powodem, że banki ze 100% rezerwą będą zdecydowanie niekonkurencyjne na rynku i prawdopodobnie wyparte przez te z rezerwą częściową (ale to moje gdybanie, co ja tam w sumie wiem o rynku bankowym).

  18. To co jest napisane w umowach ma oczywiście znaczenie z punktu widzenia formalno-prawnego, ale z punktu widzenia ekonomicznego liczy się tylko to, co się ludziom wydaje, że podpisują. Jeśli komuś, przykładowo, wydaje się, że zawiera z bankiem umowę depozytu płatnego na każde żądanie, chociaż umowa twierdzi inaczej, to z ekonomicznego punktu widzenia zawiera umowę depozytu płatnego na każde żądanie. Ekonomia to nauka o świadomych ludzkich działaniach.

  19. @panika
    „wow, dzięęęęęki, stary”

    czy ty zawsze musisz prowadzić dyskusje w takim samym tonie? zmień to bo jest to bardzo irytujące.

  20. @RR, absolutnie się nie zgodzę z poglądem, że „Ekonomia to nauka o świadomych ludzkich działaniach”. Naiwność ludzka nie zna granic. Wykluczanie ekonomicznych działań nieświadomych z zakresu badań ekonomii byłoby niepotrzebnym krępowaniem tej ważnej branży nauki.

    Przykład pierwszy z brzegu: sprzedaż wyspy Manhattan 😉

    Dalsze rozwinięcie tematu: handel w warunkach asymetrii informacyjnej.

    Trzecia niezmiernie ciekawa kwestia mocno zahaczająca o to, czy ludzie są w ogóle świadomi tego, co robią: ekwiwalencja ricardiańska.

  21. to nie jest kwestia fizycznego dyskonta. Po prostu papierki fiducjarne beda akceptowane tylko na rynku finansowym, a w lokalnym sklepie sprzedawca bedzie na nie plul.

    Frank szwajcarski, paniko, nie jest pieniadzem w polsce. Pieniadzem jest POWSZECHNIE akceptowany srodek wymiany, zlotowka akurat. Podkreslam slowo POWSZECHNIE. Dlatego rezerwa czastkowa nie bedzie pieniadzem, tylko srodkiem wymiany.

  22. @Balcerek, ale kiedy mi naprawdę ulżyło że chociaż jeden zwolennik 100% rezerwy dopuszcza możliwość, że ja z moim bankiem to chcę tak inaczej. No taki zboczony jestem, co ja poradzę.

    @dyskonter: to możliwe! sprawdźmy w praktyce – na wolnym rynku 🙂 Jak jednak banki emitujące pieniądz bez 100% pokrycia zdobędą znaczne prowadzenie w walce konkurencyjnej – stawiasz mi jakieś naprawdę dobre piwo, oki? 😉

    BTW – nie tylko rynki finansowe wchodzą w co bardziej skomplikowane formy rozliczeń. Kartą kredytową możesz na każdej stacji benzynowej płacić. To mnie utwierdza w przypuszczeniu, że banki z rezerwą częściową zdobędą wolny rynek szturmem.

    No ale oczywiście rynek rozsądzi. Jak wróci obieg złotych monet, to stawiam kolejkę wszystkim tu w komentarzach obecnym.

  23. Nie mogę się zgodzić z forsowaniem tego, że banki bazując na rezerwie cząstkowej są jakby z gruntu nieuczciwe, że klienci są celowo wprowadzani w błąd, że banki muszą wyglądać tak a nie inaczej. Jeśli klienci są wprowadzani w błąd i potrafią udowodnić, że celem bankiera było oszustwo – drzwi do sądów otwarte. Jeśli jednak uświadomimy to klientom, to czy nadal nie będą świadomi jakie umowy zawierają? Co jeśli po kolosalnych odszkodowaniach i wielu spektakularnych bankructwach i tak będą zawierać takie same umowy? Nie można argumentować przeciwko rezerwie cząstkowej tak, że klienci sami nie wiedzą co robią – zatem my im już pomożemy wybrać dla nich dobrze. Jak klienci nie widzą co robią i są wprowadzani w błąd, to po prostu należy dochodzić swojego w sądach.

    Dlaczego banków miała by nie dotyczyć wspominana asymetria informacji? Czy my mamy świadomość na czym sobie producenci telewizorów oszczędzają? Na czym oszczędzają producenci wędlin, którzy niechybnie oszukują nas i nasze zdrowie?
    Mnie się jednak wydaje, że to nasza rola w tym abyśmy byli możliwie najlepiej zorientowani w decyzjach jakie podejmujemy. Jeśli dodatkowo potrafimy dowieść nieczystych zagrań wobec nas – dobra nasza.

    Można natomiast być zdania, że w warunkach wolnej konkurencji wygrałaby 100% rezerwa lub zbliżona do niej, można być też przeciwnego zdania. Rozwalmy więc państwowy nadzór i wszelkie regulacje i zobaczmy co faktycznie jest najlepsze. Nie zabierajmy się do sprawy od – za przeproszeniem – dupy strony. W przypadku wolnej konkurencji wierzę, że otrzymamy banki, które będą się trzymać właśnie 100% rezerwy lub czegoś bliskiego temu. W tej kolejności. Dopiero wtedy gdy osławioną rządzę zysku zestawimy z odpowiedzialnością za swoje działanie. Nie otrzymamy jednak wolnej konkurencji działając od tyłu – najpierw wprowadzając wymóg 100% rezerwy. Jeśli 100% rezerwa jest taka dobra, to bezsprzecznie wygra na wolnym rynku. Ważniejszy jest wolny wybór od tego co nasz pogląd mówi czym dokładnie pieniądz jest. Nasz pogląd to nasz pogląd, od tego jest rynek by go zweryfikować. Jeżeli 100% rezerwa faktycznie jest czymś w rodzaju prawa, to na wolnych warunkach będzie ono obowiązywać samo, bez potrzeby jego regulowania. Najpierw trzeba doprowadzić sprawy na wolny grunt.
    Samą krytykę rezerwy cząstkowej widzę tak, że przyczynę tego stanu upatruje w interwencjonizmie, że opłaca się niedostatecznie dbać o klienta. Naruszać jego własność, narażać go na ryzyko. Nadmierne. Że są to niepożądane skutki do których doprowadza interwencjonizm, gdzie rozwiązaniem nie jest więcej interwencjonizmu, lecz jego brak. Według mnie niezbyt dobitnie się to podkreśla, stąd tyle niejasności i kontrowersji.

    Nie może być słuszne – ani prawnie, ani ekonomicznie, ani moralnie – zabranianie zakładania dobrowolnych umów, które w nikogo nie godzą bo wszyscy uczestnicy wiedzą w co się pakują.
    Można się wyśmiewać lub ubolewać, że klienci grają w trochę mniej(a może i nie mniej?) pechowe lotto, wtedy jednak równie dobrze można się też wyśmiewać z ludzi(lub nad nimi ubolewać), którzy kupują drogie telefony, drogie komputery, drogie samochody.

  24. @ 20
    Ale Indianie pewnie uważali, że robią świetny interes 🙂 To, że popełnili błąd to tylko nasze subiektywne odczucie.
    Podobnie w sytuacji handlu w warunkach asymetrii informacyjnej obie strony uważają, że postępują dla siebie korzystnie. I dopóki ktoś lub coś nie rozwieje ich złudzeń, to rzeczywiście transakcja będzie korzystna. A jeśli będą żałować, to to też jest jakiś akt świadomości, chociaż faktycznie zdanie sobie sprawy z czegoś trudno nazwać „działaniem”.
    Przy okazji przyszła mi do głowy taka kwestia do rozważenia: czy jeśli jedna strona transakcji informuje drugą o istotnych faktach, ale czyni to w sposób dla niej nieczytelny, np. podaje numery ustaw zamiast prostym językiem wyjaśnić o co chodzi, to czy likwiduje asymetrię informacyjną czy nie?

  25. “czy likwiduje asymetrię informacyjną czy nie?”
    Albo nawet ją pogłębia sztucznie wprowadzając “zawodowy bełkot”?:)

  26. @24, brak wiedzy o otaczającym świecie u Indian – czyli że ci kolonizatorzy są z dramatycznie bardziej rozwiniętej cywilizacji i za tą ziemię w istocie mogliby „wyrwać” znacznie więcej to właśnie brak świadomości w mojej opinii. Brak świadomości pełni warunków, w których operujemy, który prowadzi nas do podejmowania irracjonalnych decyzji. Może to kiepski przykład, bo można to zakwalifikować jako zła ocena sytuacji, a nie brak świadomości. Ale są inne, bardziej jaskrawe przypadki braku świadomości w działaniach ekonomicznych; łatwo podawać przykłady działań z brakiem świadomości kosztów – np. zakup dużego domu, którego się potem nie jest w stanie utrzymać (znany mi przykład wśród znajomych), czy też działań podejmowanych z punktu widzenia ekonomii całkowicie irracjonalnie, np. składanie ofiar religijnych związane z destrukcją dóbr.

    Co do cytowania ustaw – wg mnie trudna do rozstrzygnięcia a priori sprawa. Myślę, że może to zahaczać, acz nie musi, o oszustwo. Z jednej strony nie ma takiej możliwości we współczesnym świecie (czy też nawet hipotetycznym ultralibertariańskim z prywatnym prawem), żeby przekazać CAŁOŚĆ warunków co bardziej skomplikowanej umowy w zrozumiały sposób w jednym dokumencie, który nie będzie 50-stronicową książką, do przeczytania której człowiek obyty w temacie będzie potrzebował cały dzień, a laik – tydzień plus trzy tysie na radcę prawnego. Z drugiej – oczywiście nie można bagatelizować faktu umieszczania w umowach różnych zapisów „drobnym druczkiem” i „pod gwiazdkami”…

  27. panika2008, co do umów – umowa dwustronna może powołać się na zarejestrowane warunki lub inne zasady ujęte w dokument sporządzony przez dowolną osobę, organizację – czyli na taki oddolnie opracowany kodeks. Nic nie stoi na przeszkodzie, żeby sądy rejestrowały takie kodeksy jako zestawy zasad (regulaminy), którym dowolne osoby mogą się podporządkować na okoliczność zawieranych umów. Przyjdzie sobie dublet do archiwum sądowego lub kupi wydanie książkowe takiego regulaminu (zestaw regulaminów do wyboru), a może nawet ściągnie se PDF-a z sieci, po czym może już podjąć decyzję co do przywołania go w umowie.

    Poza tym nie jestem pewien, czy skomplikowane umowy nie są przypadkiem skutkiem inflacji prawa, której jesteśmy świadkami od dobrych paru lat.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Nasi darczyńcy