Kelly: Jak naprawdę działa giełda papierów wartościowych i gospodarka?

13 maja 2011 Finanse komentarze: 52

Autor: Kel Kelly
Źródło: mises.org
Tłumaczenie: Dariusz Bogdanowicz
Wersja PDF

Giełda nie funkcjonuje tak, jak się to powszechnie sądzi. Istnieje bowiem przekonanie, zarówno wśród zwykłych ludzi, jak i na Wall Street, że boom giełdowy jest odzwierciedleniem rozwijającej się gospodarki. Jeśli gospodarka lepiej funkcjonuje, to przedsiębiorstwa zarabiają więcej i wzrasta ich wartość giełdowa, zgodnie ze wzrostem ich realnej wartości. U podłoża tego przekonania leży założenie, iż optymistycznie nastawieni konsumenci, którzy w konsekwencji więcej wydają, są czynnikiem napędzającym wzrost gospodarczy.

Z drugiej strony, załamanie na giełdzie jest postrzegane jako wynik pogorszenia nastrojów u konsumentów i przedsiębiorców oraz spadku wydatków — z powodu inflacji, rosnących cen ropy, wysokich stóp procentowych itd. lub spadku wydatków całkowicie bez powodu — co prowadzi do obniżenia się dochodów z działalności i do rosnącego bezrobocia. Cokolwiek jest zakładaną przyczyną, w powszechnej opinii słabnąca gospodarka powoduje spadek dochodów przedsiębiorstw i niższe od spodziewanych przyszłe zyski, co przekłada się na spadającą wartość realną przedsiębiorstw i spadające ceny akcji.

Powyższe rozumienie zwyżkujących i zniżkujących rynków, przyjęte w kręgach akademickich, profesjonalnych inwestorów, jak i inwestorów indywidualnych, formalnie rzecz biorąc, wydaje się poprawne, jeśli patrzeć powierzchownie. W rzeczywistości rozumowanie to jest chybione i opiera się na błędnej finansowej i ekonomicznej teorii.

Tak naprawdę jedyną realną siłą, która ostatecznie sprawia, że rynek akcji lub inny rynek rośnie (to samo w znacznym stopniu dotyczy spadku) w dłuższym okresie, jest po prostu zmiana ilości pieniądza i wielkości wydatków w gospodarce. Akcje drożeją, kiedy ma miejsce nadmuchiwanie podaży pieniądza (więcej pieniądza w gospodarce i na rynkach). Z teorii tej wynika wiele konsekwencji, które należy rozważyć.

Rynki akcji mogą zniżkować — i często zniżkują — w różnym stopniu z licznych powodów (wliczając w to spadek ilości pieniądza i spadek wydatków). W tym miejscu skupimy się na tym, dlaczego w dłuższym terminie rynki akcji mogą rosnąć tylko w sztucznie podtrzymywany sposób.

 

Podstawowe źródło wszystkich rosnących cen

Na moment odłóżmy ceny akcji na bok i upewnijmy się, że rozumiemy, jak rośnie zagregowany poziom cen dóbr konsumpcyjnych. W skrócie, ogólne ceny mogą rosnąć tylko wtedy, gdy ilość pieniądza w gospodarce rośnie szybciej niż ilość dóbr i usług. (W kraju, w którym sytuacja gospodarcza pogarsza się, ceny mogą rosnąć, kiedy podaż dóbr zmniejsza się, podczas gdy podaż pieniądza może pozostawać taka sama lub nawet spadać.)

Kiedy podaż dóbr i usług rośnie szybciej niż podaż pieniądza — jak to miało miejsce przez większość XIX wieku — jednostkowa cena każdego dobra i usługi spada, ponieważ dana podaż pieniądza musi wykupić („pokryć”) wzrastającą podaż dóbr i usług. George Reisman zaproponował kluczowy wzór na pochodzenie ogólnego poziomu cen w gospodarce[1]:

W tym wzorze, cena (P) ustala się jako stosunek popytu (D) do podaży (S). Wzór pokazuje nam, iż matematycznie niemożliwe jest, aby zagregowany poziom cen wzrósł w inny sposób niż poprzez wzrost popytu lub spadek podaży, czyli poprzez większą ilość pieniędzy wydawanych na zakup dóbr lub poprzez mniejszą ilość dóbr w sprzedaży.

W naszej rozwiniętej gospodarce, podaż dóbr nie spada albo przynajmniej nie spada w takim tempie, by podnieść ceny średnio o 3-4 procent rocznie. Ceny rosną, gdyż więcej pieniędzy napływa na rynek.

Ten sam wzór może być również użyty do wyznaczenia cen aktywów — akcji, obligacji, towarów, domów, ropy, dzieł sztuki itd. Ma on zastosowanie do dochodów i zysków przedsiębiorstw. Jak stwierdził Fritz Machlup:

 

Niemożliwy jest wzrost zysków wszystkich lub większości przedsiębiorstw bez wzrostu w rzeczywistym obiegu pieniężnym (poprzez kreację nowego kredytu lub wydawanie oszczędności)[2].

 

Wracając do rynku akcji, na którym skupiamy się w szczególności, powinno być teraz widoczne, iż rynek ten nie może ciągle, w nieustanny sposób rosnąć bez napływu do niego większej ilości pieniędzy, szczególnie kredytu bankowego.

Istnieją inne sposoby, aby rynek wzrastał, ale efekty są chwilowe. Na przykład, wzrost oszczędności netto pociągający za sobą zmniejszenie wydatków na dobra konsumpcyjne i zwiększenie inwestycji na rynku akcji (co powoduje niższe ceny dóbr konsumpcyjnych) może spowodować wzrost cen na giełdzie, ale tylko w pewnym zakresie, ograniczonym przez nowe oszczędności, i zakładając, że wszystkie z nich są przesuwane na rynek akcji.

To samo tyczy się obniżki podatków. Efekt będzie chwilowy, wystąpi ograniczony wzrost na giełdzie, który będzie musiał się skończyć. Dodatkowe pieniądze, będące wynikiem niższych podatków, mogą wywindować rynek do góry. Kiedy jednak wszystkie te pieniądze znajdą się na rynku, nie będzie więcej bodźców do ustalania się wyższych cen. Jedynym źródłem paliwa popychającego rynek — jakikolwiek rynek aktywów — wyżej jest nowy i dodatkowy kredyt bankowy. Jak napisał Machlup:

 

Gdyby nie elastyczność kredytu bankowego, boom na rynku papierów wartościowych trwałby przez krótki okres czasu. W sytuacji braku inflacyjnego kredytu, wolne środki dostępne dla kredytobiorców chcących zainwestować je w papiery wartościowe wkrótce by się skończyły, gdyż nawet duża podaż jest w końcu ograniczona. Podaż środków pochodzących całkowicie z obecnych nowych oszczędności i obecnych ulg amortyzacyjnych jest dość nieelastyczna. (…) Tylko gdy struktura kredytowa banków (kredyt inflacyjny) lub pozbywanie się oszczędności na masową skalę przez społeczeństwo powoduje, iż podaż dostępnych środków staje się mocno elastyczna, a trwający boom może się rozwinąć. (…) Wzrost na rynku papierów wartościowych nie może trwać długo, chyba że społeczeństwo chce i jest w stanie zwiększyć zakupy[3].

 

Ostatnie zdanie cytatu ukazuje, iż ani wzrost populacji, ani nastroje konsumentów nie mogą spowodować wzrostów cen na giełdzie. Obojętnie, jak duża jest populacja, w użyciu jest skończona ilość pieniędzy. Obojętnie, jakie są nastroje społeczne, społeczeństwo musi mieć możliwości wpuszczenia na rynek dodatkowych pieniędzy w celu wywindowania cen[4].

Zrozumienie, że napłynięcie nowo wykreowanych pieniędzy jest decydującą siłą powodującą wzrost na rynkach aktywów, ma wiele konsekwencji, o czym będzie więcej w dalszej części artykułu.

 

Związek pomiędzy gospodarką a rynkiem akcji

Podstawowy związek pomiędzy giełdą a gospodarką, rozpatrywaną jako wielkość zagregowana, jest taki, że wzrost ilości pieniądza i kredytu powoduje równocześnie wzrost PKB, jak i wzrosty na rynku akcji.

Rozwijająca się gospodarka to taka, w której więcej dóbr jest produkowanych z upływem czasu. Chodzi o wzrost produkcji realnych dóbr, nie zaś o wzrost ilości pieniędzy jako takich. Im więcej samochodów, lodówek, jedzenia, ubrań, leków, hamaków posiadamy, tym zamożniejsi jesteśmy. Jeśli dobra są produkowane w szybszym tempie niż pieniądze, ceny spadną. Przy stałej podaży pieniądza, płace nominalne pozostaną takie same, podczas gdy ceny spadną, ponieważ podaż dóbr wzrośnie, a podaż pracowników nie zmieni się. Nawet gdy ceny wzrosną z powodu pieniędzy powstających szybciej niż dobra, realnie ceny spadną, ponieważ płace wzrosną szybciej niż ceny. W obu przypadkach, jeśli produktywność i wydajność wzrastają, dobra stają się realnie tańsze.

W rozwijającej się gospodarce ceny oczywiście spadają, nie rosną. Niezależnie od tego, jak dużo dóbr jest produkowanych, jeśli ilość pieniądza pozostaje stała, jedynymi pieniędzmi, jakie mogą być wydane w gospodarce, są pieniądze w niej istniejące. Natomiast szybkość obiegu, czy też zmienna, która mówi o tym, ile razy wydawany jest każdy dolar, nie może zmienić się istotnie, jeśli podaż pieniądza pozostaje niezmieniona.

Z powyższego wynika, że PKB nie mówi nam zbyt wiele o liczbie rzeczywistych dóbr i usług. Wiemy tylko tyle, że jeśli PKB (nawet PKB realne) wzrasta, podaż pieniądza musi rosnąć, ponieważ wzrost PKB jest matematycznie możliwy, tylko jeśli ceny poszczególnych produkowanych dóbr wyrażone w pieniądzu wzrastają do pewnego stopnia[5]. Z drugiej strony, przyjmując stałą podaż pieniądza i stałe wydatki, całkowita ilość pieniędzy, jaką zarabiają przedsiębiorstwa — suma cen sprzedaży wszystkich produkowanych dóbr — PKB — pozostanie siłą rzeczy stałe rok do roku.

To samo ujęcie ma zastosowanie na rynku akcji. Jeśli istnieje stała ilość pieniądza w gospodarce, kapitalizacja giełdy nie może wzrosnąć. Dodatkowo, jeśli zyski przedsiębiorstw, w ujęciu zagregowanym, nie wzrastają, nie będzie zagregowanego wzrostu w zyskach na akcję. Zysk na akcję ma wpływ na cenę akcji.

W gospodarce, w której ilość pieniądza jest stała, poziomy indeksów giełdowych, rok do roku, będą prawie równe, lub będą nieznacznie się obniżać[6] — w zależności od tempa wzrostu emisji nowych akcji. Przedsiębiorstwa w ujęciu zagregowanym będą sprzedawać większą ilość dóbr po niższych cenach i całkowite przychody pozostaną bez zmian. W ten sam sposób przedsiębiorstwa będą kupować więcej dóbr po niższych cenach każdego roku, utrzymując różnicę pomiędzy kosztami a przychodami mniej więcej na tym samym poziomie, co oznacza stałość zagregowanych zysków.

Zgodnie z tymi warunkami, zyski z handlu akcjami (zyski z kupowania akcji tanio i sprzedawania drogo) mogą być osiągnięte tylko poprzez stock picking — inwestowanie w przedsiębiorstwa, które zwiększają udziały w rynku, wprowadzają nowe produkty itd. W ten sposób przedsiębiorstwa bardziej innowacyjne i efektywne osiągają większe dochody i zyski, kosztem przedsiębiorstw mniej innowacyjnych i nieefektywnych.

Ceny akcji zyskownych przedsiębiorstw będą rosły, podczas gdy ceny innych akcji będą spadać. Ponieważ przeciętna akcja tak naprawdę nie zwiększa swojej wartości, większość zysków inwestorzy otrzymają w formie dywidend. Porównując do dzisiejszego świata, większość akcji przedsiębiorstw — dobrych i złych — rośnie podczas inflacyjnego rynku zwyżkującego, a spada podczas rynku zniżkującego. Akcje dobrych przedsiębiorstw po prostu rosną szybciej od akcji przedsiębiorstw złych.

Na podobnej zasadzie ceny domów w warunkach stałej podaży pieniądza będą w rzeczywistości nieznacznie spadać — chyba że ich wartość wzrośnie na skutek renowacji czy przeprojektowania. Starsze domy będą sprzedawane za dużo mniej niż domy nowsze. Dla porównania rozważmy sytuację wysokiej inflacji. Cena używanych samochodów będzie wzrastać tak jak i cena nowych aut, tylko w wolniejszym tempie. Ceny niemal wszystkich produktów pójdą w górę, tak jak ma to miejsce w państwach z hiperinflacją. Wielkość, o którą dany dom „zyskał na wartości” przez 30 lat, tak naprawdę pokazuje po prostu siłę nabywczą utraconą przez trzymane przez nas dolary. Podczas gdy dolar traci siłę nabywczą, domy — i inne aktywa, których wzrost podaży jest ograniczony — utrzymują siłę nabywczą.

Ponieważ, jak widzimy, zarówno giełda akcji, jak i PKB nie mogą nieustannie rosnąć bez dopływu pieniędzy, które popychają je do wzrostu, możemy łatwo zrozumieć, że lepszy stan gospodarki nie oznacza wzrostu PKB, ani też nie powoduje wzrostu na rynku akcji.

Nie chodzi o to, że w naszym dzisiejszym inflacyjnym świecie nie istnieje związek pomiędzy pieniędzmi zarabianymi przez przedsiębiorstwa a ich wartością na giełdzie. Natomiast parametry mierzące ten związek — relacje takie jak cena/zysk czy wielkość kapitalizacji giełdy/PKB — są raczej elastyczne, i jak zobaczymy poniżej, zmieniają się wraz z upływem czasu. Pieniądze czasami napływają w większej ilości na rynek akcji, innym razem więcej pieniędzy wpływa bezpośrednio do spółek, zmieniając stosunek szacowanych relacji.

 

Wymuszone inwestowanie

Jak widzimy, całe pojęcie wzrastających cen aktywów i inwestycji giełdowych o ciągle rosnącej wartości jest ekonomiczną iluzją. Tak naprawdę obserwujemy ciągłą dewaluację naszych środków płatniczych dokonywaną przez bank centralny. Ceny akcji, domów, złota itd. tak naprawdę nie rosną, a jedynie lepiej utrzymują swą wartość niż gotówka i cyfrowe rachunki bieżące, ponieważ ich podaż nie rośnie w takim samym tempie.

Fakt, że musimy oszczędzać na przyszłość, jest w rzeczywistości zbrodnią. Gdyby nie pieniądze drukowane przez państwo i banki, dobra stawałyby się z upływem czasu coraz tańsze i nie potrzebowalibyśmy więcej pieniędzy na emeryturę, ponieważ koszty utrzymania każdego dnia malałyby. Dziś natomiast jesteśmy zmuszeni inwestować w zmanipulowanym przez rząd inflacyjnym świecie, aby tylko utrzymać naszą siłę nabywczą na stałym poziomie.

W pewnym stopniu część z nas jest nawet bliska sukcesu, ale cały czas zostajemy w tyle, gdyż nasze „zyski” są opodatkowane. Cały system inflacyjny istnieje jedynie w celu kradzieży i redystrybucji dóbr. W świecie wolnym od rządowych pras drukarskich i opodatkowania majątku, rzesze doradców inwestycyjnych, zarządców funduszy emerytalnych, planistów przestrzennych, prawników i księgowych pomagających nam w planowaniu przyszłości w większości by nie istniały. Ci ludzie zamiast tego pracowaliby w innych branżach, wytwarzając dobra i usługi, które naprawdę zwiększają nasz poziom życia.

 

Fundamenty nie są fundamentami

Jeśli to przede wszystkim nowo wydrukowane pieniądze wpływają na ceny akcji i innych aktywów, jakie jest prawdziwe znaczenie tak zwanych czynników fundamentalnych — dochodów, zysków, przepływów pieniężnych itd.? W przypadku czynników fundamentalnych, nowo wydrukowany pieniądz z banku centralnego także wywołuje zmiany — finansowe fundamenty są w dużym stopniu zdeterminowane przez zmiany gospodarcze.

Na przykład, dochody, i częściowo zyski, rosną i maleją wraz z odpływem i napływem pieniędzy oraz wydawaniem wynikającym z kreacji kredytu wywołanego przez bank centralny. Kiedy rząd tworzy nowe pieniądze i wprowadza je do gospodarki, powodują one wzrost dochodów przedsiębiorstw ze sprzedaży, zanim jeszcze spowodują wzrost ich kosztów. Kiedy dochody ze sprzedaży rosną szybciej niż koszty, marża zysku rośnie.

Precyzując, nowe pieniądze tworzone elektronicznie przez rząd i pożyczane poprzez banki, są wydawane przez zadłużające się przedsiębiorstwa[7]. Te wydatki oznaczają nowe, dodatkowe dochody ze sprzedaży dla innych przedsiębiorstw. Ale wiele kosztów odpowiadających nowym dochodom jest opóźnionych w czasie z powodu formalnych metod księgowania, takich jak podział kosztów aktywów na okres użytkowania produktu (amortyzacja) i odkładania uznawania kosztów sprzedaży, dopóki produkt nie zostanie sprzedany (koszty sprzedanych towarów). Te praktyki opóźniają pojawienie się kosztów w rachunku zysków i strat.

Ponieważ koszty te są przedstawiane przez przedsiębiorstwa w rachunku zysków i strat w ujęciu miesięcznym lub rocznym, po tym, gdy rzeczywiście zostały poniesione, ich wartość pieniężna jest pomniejszona przez inflację, zanim zostaną dostrzeżone. Na przykład, jeśli przedsiębiorstwo wykazuje 1 milion dolarów w kosztach za sprzęt zakupiony w 1999 roku, to obecnie 1 milion dolarów jest warty mniej niż w 1999. Natomiast w sprawozdaniu finansowym odpowiadające kosztom przychody przedstawione są według dzisiejszej siły nabywczej. Dlatego istnieje odpowiednio większa ilość przychodów wydawanych dzisiaj na te same rzeczy co 10 lat temu (ponieważ więcej pieniędzy potrzeba, aby kupić te same dobra, z powodu dewaluacji środka płatniczego).

Patrząc z innej strony, jeśli wraz z upływem czasu tworzonych jest więcej pieniędzy, wielkość przychodów jest zawsze większa niż wielkość kosztów, ponieważ większość kosztów jest ponoszona, gdy istnieje mniej pieniędzy. W ten sposób, z powodu inflacji, całkowita pieniężna wielkość kosztów działalności w danym okresie jest mniejsza niż odpowiadająca im pieniężna wartość przychodów z działalności. Gdyby nie było inflacji, koszty mniej więcej równałyby się przychodom, nawet jeśli ich rozpoznanie byłoby opóźnione.

Podsumowując, ekspansja kredytowa zwiększa różnicę pomiędzy przychodami a kosztami, zwiększając marżę zysku. Olbrzymia ilość pieniędzy wytworzona w 2008 i 2009 roku jest odpowiedzialna za dzisiejsze fantastyczne zyski przedsiębiorstw (pomimo że ilość pieniędzy pożyczanych była mała w stosunku do wzrostu w bazie monetarnej).

Ponieważ przychody przedsiębiorstw ze sprzedaży wzrastają bardziej niż koszty, z każdą kolejną rundą drukowania nowych pieniędzy marże zysku przedsiębiorstw zostają zwiększone. Marże zysku wzrastają także wraz ze wzrastającym tempem inflacji. Jest to jeden z powodów wyjaśniających, dlaczego państwa o wysokiej inflacji mają wysoki poziom zysków[8]. Podczas trudnych dla gospodarki czasów, gdy rząd przestaje drukować pieniądze w wysokim tempie, zyski kurczą się, natomiast w okresie deflacji przychody ze sprzedaży spadają szybciej niż koszty.

Zastrzyki nowych pieniędzy z banku centralnego do przemysłu są także główną przyczyną pozytywnych zmian w popularnych wskaźnikach, takich jak produkcja przemysłowa, wydatki na dobra konsumpcyjne trwałego użytku, sprzedaż detaliczna. Kiedy ma miejsce kreacja pieniądza, wskaźniki te rosną w konsekwencji zwiększonej podaży pieniądza, a nie z powodu kontynuowanego rzeczywistego wzrostu gospodarczego.

Ostatnim przykładem pokazującym, jak pieniądz wpływa na czynniki fundamentalne, są stopy procentowe. Kiedy stopy procentowe spadają, to według powszechnie używanej metody dyskontowania przyszłych spodziewanych przepływów pieniężnych, wykorzystującej rynkowe stopy procentowe, giełda akcji powinna wzrosnąć, ponieważ przyszłe dochody powinny być wyżej wyceniane. Jest to prawdą zarówno pod względem logicznym, jak i matematycznym. Ale, patrząc w wielkościach zagregowanych, jeśli nie ma więcej pieniędzy, które wywindują ceny akcji, to trudno, aby ceny wzrosły, chyba że stopa procentowa obniżyła się na skutek zwiększonych oszczędności.

W rzeczywistości zaniżone stopy procentowe pomagają giełdzie rosnąć. Bank centralny obniża stopy procentowe poprzez tworzenie nowych pieniędzy, które trafiają na rynek kredytów. Wzrost podaży środków kredytowych powoduje niższe stopy. Te nowe pieniądze trafiają na giełdę, co popycha ją w górę.

(Osobiście twierdzę, iż większość z obliczeń zdyskontowanej przyszłej wartości [PV] prezentowanych w podręcznikach finansowych i mających zastosowanie na Wall Street jest źle pojmowana. W świecie o stałej podaży pieniądza i spadających cen, przyszła wartość pieniężna dochodów przeciętnego przedsiębiorstwa byłaby mniej więcej równa wartości obecnej. Nie byłoby potrzeby dyskontowania przyszłej wartości, biorąc pod uwagę preferencję czasową [i matematycznie nie miałoby to sensu], ponieważ niższe ceny dóbr konsumpcyjnych w przyszłości „zajęłyby się” tym. Jednak analitycy inwestycyjni wierzą, że powinni dyskontować przyszłe wartości. Według mnie nie powinni — powinni za to dyskontować inflację dochodów i aktywów, rosnące w różnym tempie[9].)

 

Inflacja aktywów vs CPI (wskaźnik cen towarów konsumpcyjnych)

Nowo wydrukowane pieniądze mogą wpłynąć na ceny aktywów bardziej niż na ceny dóbr konsumpcyjnych. Większość ludzi uważa, że Rezerwa Federalna wykonała dobrą robotę w zapobieganiu inflacji na przestrzeni ostatnich ponad 20 lat. W rzeczywistości wytworzyła ona ogromne ilości pieniądza, które jednak zamiast do rzeczywistej gospodarki — co oznaczałoby drastyczną inflację cenową — trafiały w znacznie większej części na rynki finansowe.

Są dwa główne powody napływania pieniędzy na rynki finansowe. Pierwszym są zmiany w systemie finansowym w połowie i pod koniec lat 80., kiedy to nastąpił gwałtowny rozwój krajowych kanałów kredytowania poza tradycyjnym bankowym systemem udzielania kredytów. Drugim powodem jest wzrost deficytu handlowego USA w późnych latach 80., kiedy to zagranica reinwestowała wpływy z eksportu, poprzez zagraniczne banki centralne, w amerykańskie aktywa[10]. Jak zauważył ekonomista Peter Warburton:

 

Zróżnicowanie metod kredytowania przeniosło punkt ciężkości poza tradycyjny, bankowy system udzielania kredytów. Dominacja rynków finansowych i szybki wzrost liczby krajowych dróg kredytowania poza tradycyjnym systemem pieniężnym szybko zmniejszyły powiązania pomiędzy (…) ekspansją kredytową a inflacją cenową w wielkich zachodnich gospodarkach. Imponujący spadek inflacji jest niebezpiecznym złudzeniem. Spadek ten został osiągnięty głównie poprzez zastąpienie jednych problemów innymi[11].

 

Jak powiedział Bill Gross, guru funduszu obligacji:

 

To, co teraz wydaje się bańką na rynku nieruchomości, zostało w zasadzie napompowane przez prawie 1 bilion dolarów napływających co roku na rynek amerykańskich obligacji skarbowych i hipotecznych. (…) Ten obcy kapitał wytwarza sztucznie niskie oprocentowanie. (…) Panuje niemal jednomyślność, że 800 miliardów dolarów rocznie wpływa z tego powodu na rynek obligacji i akcji[12].

 

Wyjaśnienie braku inflacji cenowej w ostatnich dekadach powinno pokazać również, że ogromna ilość rezerw wytworzonych przez Fed w 2008 i 2009 roku — w odpowiedzi na recesję — może nie doprowadzić do oczekiwanej przez wszystkich gwałtownej inflacji cenowej dóbr konsumpcyjnych, kiedy w końcu pieniądz opuści system bankowy. Zamiast tego, może wystąpić gwałtowna inflacja cen aktywów.

Jednym z efektów nowych pieniędzy wpływających nierównomiernie na ceny aktywów jest fakt, iż Fed nie może „pobudzić gospodarki” tak mocno jak kiedyś, ponieważ większość nowych pieniędzy wytworzonych w systemie bankowym wpływa na ceny aktywów, a nie na PKB. Ponieważ powszechnie uważa się, że kreacja pieniądza jest niezbędna do wzrostu gospodarki, a Fed tworzy realny popyt (nie tylko popyt pieniężny), Fed wpompowuje coraz więcej pieniędzy do gospodarki celem „pobudzenia”.

To również znaczy, że więcej pieniędzy — względnie do rozmiaru gospodarki — wycieka do cen aktywów niż to miało miejsce w przeszłości. Rezultatem jest nie tylko wzrost cen aktywów w USA, bańki na NASDAQ i rynku nieruchomości, ale także w innych państwach świata, gdzie docierają nowe pieniądze[13].

Drugim rezultatem większej ilości nowych pieniędzy wpływających na ceny aktywów jest fakt, iż tradycyjne wskaźniki wycen giełdowych wznoszą się na wyższy poziom. Na przykład, aktualnie stosunek ceny akcji do zysków (P/E) wynosi średnio 20, podczas gdy dawniej mieścił się w przedziale 10-15. Najniższe osiągane poziomy to dziś 12-16, zamiast dawnych 5. Podobny wzrost poziomu odnosi się do wskaźnika q-Tobina, miary giełdowej wartości przedsiębiorstwa w stosunku do jego wartości księgowej. Zmiany we względnym przepływie nowych pieniędzy do aktywów w ostatnich latach być może najlepiej przedstawione są na poniższym wykresie, który pokazuje szokujący wzrost w całkowitej kapitalizacji giełdy, wyrażony jako procent PKB (wykres 1).

 

Wykres 1: Rozmiar giełdy w stosunku do PKB

Źródło: Thechartstore.com

 

Zmiany we wskaźnikach wyceny, które zaprezentowałem powyżej, ukazują że czynniki fundamentalne łączące dochody przedsiębiorstw i ich wycenę giełdową mogą ulec zmianie na skutek przepływów pieniężnych pochodzących z banku centralnego.

 

Czy wydatki rządowe mogą naprawić rynek akcji i gospodarkę?

Odpowiedź brzmi: tak i nie. Wydatki rządowe nie przywrócą rzeczywistego popytu, tylko nominalny, pieniężny popyt. Popyt wyrażony w pieniądzu nie ma całkowicie związku z realną gospodarką, na przykład realną produkcją, tworzeniem dóbr i usług, wzrostem płac realnych czy zdolnością do konsumpcji rzeczywistych dóbr. Ma natomiast wpływ na obliczane wielkości PKB.

Wydatki rządowe niszczą gospodarkę i uniemożliwiają jej wyleczenie. Myśl, że stymulowane wydatki (na przykład zabranie pieniędzy z sektora produkcji — deakumulacja kapitału — i użycie ich do konsumpcji istniejących dóbr lub użycie ich, aby przesunąć dobra kapitałowe do działalności nieprzynoszącej zysków) mogą wytworzyć nowy rzeczywisty majątek netto — realne dobra i usługi — jest niedorzeczna.

Gospodarka podczas recesji najbardziej potrzebuje tego, aby pozwolono jej pozbyć się sztucznych nadmiarów i uruchomić się ponownie, na solidnej podstawie. Zrujnowane gospodarki cierpią z powodu złej alokacji zasobów, która jest konsekwencją wcześniejszych rządowych interwencji i dlatego może być wyleczona tylko poprzez pozwolenie, aby naturalna równowaga została przywrócona. Spadające ceny oraz brak wydatków rządowych i konsumpcyjnych są częścią tego procesu.

Skoro wydatki rządowe nie mogą pomóc realnej gospodarce, czy mogą one pomóc konkretnemu wskaźnikowi, zwanemu PKB? Tak, mogą. PKB jest w większości miarą inflacji. Jeśli banki chcą pożyczać, a pożyczkobiorcy chcą zaciągać pożyczki, to nowo stworzone pieniądze, które wydaje rząd, trafią do gospodarki. Jeśli banki pożyczają pieniądze, kiedy tylko je otrzymają, zacznie działać mnożnik pieniężny i podaż pieniądza wzrośnie, co podwyższy PKB.

Jeśli chodzi o twierdzenie, jakoby rządowe wydatki pomagały giełdzie, analiza jest trochę bardziej skomplikowana. Wydatki rządowe jako takie nie mogą pomóc giełdzie, gdyż tylko niewielka część pieniędzy, jeśli jakaś w ogóle, trafi na rynki finansowe. Ale kreacja pieniądza, która występuje, kiedy bank centralny (pośrednio) kupuje nowy dług rządowy, może z pewnością podwyższyć ceny na giełdzie. Jeśli nowe pieniądze pożyczane są poprzez banki, wiele z nich trafi na giełdę akcji i inne rynki finansowe, podwyższając ceny.

 

Podsumowanie

Najważniejszym gospodarczym i finansowym wskaźnikiem w dzisiejszym inflacyjnym świecie jest podaż pieniądza. Próba przewidywania zmian na rynku akcji i zmian PKB poprzez analizowanie tradycyjnych gospodarczych i finansowych wskaźników może prowadzić do błędnych prognoz. Poleganie na tych „fundamentach” oznacza ignorowanie sił ekonomicznych, które najbardziej znacząco na nie oddziałują, a są to zwłaszcza zmiany w podaży pieniądza. Dlatego śledzenie wskaźników monetarnych zapewni najlepsze zrozumienie zmian przyszłych cen akcji i wzrostu PKB.


[1] Zobacz G. Reisman, Capitalism: A Treatise on Economics (1996), s. 897. Większość spostrzeżeń w tym artykule pochodzi z zaawansowanych teorii wyłożonych przez Reismana. Dodatkowe spostrzeżenia związane z tematem w Reisman, The Stock Market, Profits, and Credit Expansion, The Anatomy of Deflation oraz Monetary Reform.

[3] Ibidem, s. 92, 78.

[4] Dla holistycznego spojrzenia na proste matematyczne równania opisujące zmiany ogółu cen w gospodarce, w zależności od ilości pieniądza, zobacz: K. Kelly, The Case for Legalizing Capitalism (2010), s. 132–133.

[5] Wzrosty cen są ponoć uwzględniane, ale „deflatory” nie pokazują całej zmiany cen. Dowodem na to jest właśnie fakt, iż nawet jeśli wzrost cen jest rzekomo skorygowany w PKB dzięki deflatorowi, ceny stale rosną (PKB realne nadal rośnie). Bez wzrostu ilości pieniądza, taki wzrost cen byłby matematycznie niemożliwy.

[6] Aby zrozumieć zmianę stopy dochodu (w tym przypadku dywidendy) podczas spadku cen, zobacz: Thorsten Polleit, The Free Money Against ‘Inflation Bias’.

[7] Większość środków jest pożyczana przez banki na inwestycje biznesowe, tylko niewielka ilość na cele konsumpcyjne. Nawet pożyczki na trwałe wydatki konsumpcyjne, takie jak domy czy samochody, stanowią małą część wszystkich pożyczek bankowych.

[8] Innym ważnym powodem jest fakt, iż państwa ubogie mają mało kapitału. Im więcej kapitału, tym mniejsza będzie stopa zysku, i odwrotnie (chociaż nigdy nie osiągnie zera).

[9] Jeśli którykolwiek z czytelników jest zainteresowany badaniem i wyszukiwaniem słabych punktów tej teorii razem ze mną, niech się ze mną skontaktuje.

[10] Reinwestowanie to zostało określone przez przyjaciela Misesa, francuskiego ekonomistę Jacquesa Reuffa, jako „dziecięca gra, w której, po każdej z rund, zwycięzcy oddają swoje kulki przegranym” (cytowane za Richardem Duncanem, The Dollar Crisis (2003), s. 23).

[11] P. Warburton, Debt and Delusion: Central Bank Follies that Threaten Economic Disaster (2005), s. 35.

[12] William H. Gross, 100 Bottles of Beer on the Wall.

[13] Tak naprawdę to nie amerykański dolar (zarówno w formie banknotów, jak i na kontach bankowych) krąży po świecie, gdyż większość dolarów musi pozostać w USA. Dla większości dolarów otrzymywanych przez zagranicznych eksporterów, zagraniczne banki centralne tworzą dodatkową ilość lokalnej waluty, w celu utrzymania kursów wymiany. Te nowo wytworzone pieniądze — razem z tymi, których kreacja bierze się ze „skoordynowanej” polityki monetarnej pomiędzy krajami — wypychają ceny zagranicznych, jak i krajowych aktywów ku górze.

Podobał Ci się artykuł?

Wesprzyj nas
Avatar

O Autorze:

Kel Kelly

Pozostałe wpisy autora:

52 Komentarze “Kelly: Jak naprawdę działa giełda papierów wartościowych i gospodarka?

  1. Żal, że zamieszczacie tłumaczenia tego ignoranta Kelly’ego. Ten pan ma spore braki w wiedzy ekonomicznej – począwszy od negowania koncepcji PKB, po super bystre koncepcje wyżej przedstawiane że wyłącznie inflacja napędza rynki finansowe. No naprawdę, już lepiej puszczajcie Rothbarda.

  2. @1:
    Wydaje mi się, że nie on jeden krytykuje PKB.
    Jeśli np. do PKB wlicza się wydatki na biurokrację, to traktowanie PKB jako optymalizowanego wskaźnika w gospodarce siłą rzeczy prowadzi do wzrostu tych wydatków.

    Ciekawy zresztą jestem, jakie skutki dla rodzinnego budżetu miałoby zastosowanie podobnej metodologii 🙂

  3. panika2008 ma rację, a Kelly się myli w kwestii „matematycznej niemożliwości” wzrostu PKB bez inflacji. Jeżeli mielibyśmy doskonałe statystyki (praktycznie niemożliwe), zawsze moglibyśmy skorygować PKB o deflator.

    Przedobrzył z interpretacją cytowanego przez siebie Machlupa – cóż, The Stock Market, Credit and Capital Formation ukaże się nakładem IM wspólnie z Fijjor Publishing, więc będzie można sięgnąć do źródeł.

    Skądinąd prawdą jest, że nie wiem jaki przyjąć wskaźnik inflacji dla giełdy. Korzystanie z ruchów cen na dobrach konsumpcyjnych czy produkcyjnych jest trochę bez sensu. Więc w kwestii giełdy jest dosyć ważne to co mówi: staranie się pobudzić gospodarkę przez pompowanie pieniądza przez system bankowy może hipotetycznie spowodować jedynie ruchy, które objawią się tylko na rynku akcji, a nie zobaczymy ich w CPI albo PPI. Z resztą niskie stopy procentowe i wzrost relatywnego poczucia bogactwa, jakie niosą, na pewno wpycha dużo więcej ludzi na giełdę, niż miałoby to miejsce bez manipulacji monetarnych.

    EDIT: zmodyfikowałem zdanie, bo widzę po cytacie w komentarzu 5., że było nieco niezrozumiałe.

  4. @3:
    Rynek nie jest grą o sumie zerowej, więc oczywiste jest, że można mieć realny wzrost PKB bez wzrostu podaży pieniądza. Aby mieć wzrost PKB wyrażonego w pieniądzu, rzeczywiście trzeba by uwzględnić wzrost siły nabywczej tego pieniądza. Tylko komu jest w ogóle potrzebny PKB?

  5. @2, ZTCW normalnie do PKB z reguły zalicza się wydatki na biurokrację (pensje czy np. utrzymanie biur), ale nie wlicza w oczywiście bezproduktywny sposób (nie związany z produkcją) wydawanych pieniędzy (np renty, emerytury, zasiłki). Jest to oczywiście kontrowersyjne i tym bardziej wątpliwe, im większą część gospodarki stanowi sektor publiczny. Z drugiej strony – argumentacją takiego podejścia jest to, że w ten sposób niejako społeczeństwo płaci biurokracji za jej usługi, na które w jakiś tam wydumany i chybotliwy teoretycznie sposób podobno wyraża zapotrzebowanie (że niby chodzą ludzie na wybory); nawet, jeśli duża część tych usług jest głupia i bezproduktywna, to część nie jest i miałaby swój odpowiednik także na całkowicie wolnym rynku (np. policja, sądy, urbanistyka, wojsko i sporo innych). Ze względu na to, że trudno jest wydatki sektora publicznego podzielić na relatywnie sensowne (i często produktywne) i bezsensowne, a sam podział zależy ściśle od ideologii, takiego podziału normalnie się chyba raczej nie robi i wali wszystko do jednego worka.

    @3, wg mnie nie ma co „filozować” i dzielić włos na czworo. Trzeba inwestować i kasę zarabiać, a jaki benchmark człowiek przyjmie sobie to już osobista kwestia – jeden porównuje wyniki z cenami nieruchomości, inny z cenami chleba, trzeci znowu z ceną złota. Prawdziwie prawdziwej inflacji nikt nigdy nigdzie jeszcze nie zmierzył.

    „staranie się pobudzić gospodarkę przez pompowanie pieniądza przez system bankowy może spowodować jedynie ruchy na rynku akcji” – no jest to raczej nieprawda, ilość pieniędzy wydawanych akurat przez banki bezpośrednio i pośrednio na spekulacje na giełdzie chyba jest mała w porównaniu z finansowaniem nieruchomości.

  6. A z moją krytyką krytyki PKB chodziło o to, że czepianie się PKB jest tak samo sensowne, jak mówienie że ceny aktywów są bez sensu, bo mierzą tylko aktywa, a nie pasywa (które często są gdzieś tam poukrywane). Albo że P/E jest bez sensu, bo nie uwzględnia długu. Itd itp.

  7. Panika z Twojego postu nic nie wynika. Ten tekst wygląda na solidna analizę, chętnie bym się dokładnie dowiedział gdzie Kelly się myli a gdzie ma rację.

  8. Ad 1, 3

    Albo Kelly ma sporo racji, albo tu jest zle tlumaczenie, albo do konca ja go nieuwaznie przeczytalem, wiec moze powiem po swojemu.

    Wychodzac od stalej podazy pieniadza nominalny dochod narodowy jest NEGATYWNIE SKORELOWANY Z DOBROBYTEM. I tu Kelly ma absolutna racje. I chyba wlasnie o to mu chodzilo. Przy stalej podazy pieniadza NOMINALNY wzrost dochodu narodowego jest mozliwy tylko przy spadku dobrobytu (konsumpcji kapitalu, ktory nie chodzi w sklad PKB).

    Przy stalej podazy pieniadza tylko SPADEK nominalnego dochodu moze prowadzic do WZROSTU GOSPODARCZEGO i WZROSTU DOBROBYTU.

    Zeby to zauwazyc trzeba zrzucic keynesistowskie okulary i przyzwyczajenia. Poczytajcie Davida Ricardo.

    Pozdrawiam

  9. A mnie z kolei W OGÓLE nie interesuje PKB – to zresztą kolejny wynalazek służący jako podkładka pod intelektualny onanizm rozmaitym centralnym planistom. A premier zawsze musi mieć się czym pochwalić. To samo z żywnością. W III RP podobnie jak w PRL-u ceny żywności mają charakter polityczny. Są podstawą, na której władza realizuje potrzebę dialogu elit z tzw. normalnymi ludźmi. Premier musi mieć przecież możliwość publicznego pochwalenia się, że żywność nie podrożeje. Mogą podrożeć szyny kolejowe, lokomotywy czy też akceleratory cząstek, ale nie ŻYWNOŚĆ. Choć tak jak w PRL-u, tak i w III RP żywność drożeje, więc te dywagacje są w sumie bezsensowne :).

  10. Nowe prawo zapobiegnie spekulacjom na giełdzie.
    Jedna akcja każdej spółki będzie kosztować tyle samo = 100 zł. I wtedy jedna akcja spółki A = 100 zł, jedna akcja spółki B = 100 zł, jedna akcja spółki C = 100 zł. I wtedy z giełdy znikną spekulanci, a zostaną prawdziwi inwestorzy czerpiący zyski z dywidend.

  11. @ panika

    „A z moją krytyką krytyki PKB chodziło o to, że czepianie się PKB jest tak samo sensowne, jak mówienie że ceny aktywów są bez sensu, bo mierzą tylko aktywa, a nie pasywa (które często są gdzieś tam poukrywane). Albo że P/E jest bez sensu, bo nie uwzględnia długu”

    A oto i kolejny strawman autorstwa paniki.

    Nikt rozsadny nie krytykuje PKB jako samego w sobie. Krytyka PKB Austriakow odnosi sie oczywiscie do WYKORZYSTANIA tego wskaznika. A wskaznik ten jest wykorzystywany do uzasadniania keynesowskich bredni.

  12. Puste Kłamstwa Brutto, „Wychodzac od stalej podazy pieniadza nominalny dochod narodowy jest NEGATYWNIE SKORELOWANY Z DOBROBYTEM” – bzdura. No chyba, że uważasz, że posiadanie dwóch samochodów wartych np. po 8 jednostek monetarnych każdy jest w jakimkolwiek sensie gorsze dla dobrobytu, niż posiadanie jednego takiego samego, wartego 10 jednostek.

    „Przy stalej podazy pieniadza NOMINALNY wzrost dochodu narodowego jest mozliwy tylko przy spadku dobrobytu” – no to masz dobry punkt startowy do doktoratu z ekonomii, a potem nawet nagrody Nobla, bo odwróciłbyś wyniki badań i teorii praktycznie wszystkich szkół od kilkuset lat. Powodzenia!

    @BR, to zupełnie normalne, że Cię nie obchodzi, mnie w gruncie rzeczy też; tak samo mało mnie obchodzą (jak na razie, jak na razie, hehe) ceny Bentley’ów. Ale żeby mówić, że ceny Bentley’ów – albo PKB – jest bez sensu… please…

    @Miś kolorowy, mylisz się że jest to straw man – nie tym razem, hahaha! Że się mylisz, stałoby się dla Ciebie jasne, gdybyś przeczytał powyższy tekst. Cytuję: „Wiemy tylko tyle, że jeśli PKB (nawet PKB realne) wzrasta, podaż pieniądza musi rosnąć”. Koniec cytatu, co było do udowodnienia.

  13. Jeszcze ad Miś kolorowy, oczywiście chodzi mi o to, że tak naprawdę Kelly krytykuje PKB, którego nei rozumie. Co tym bardziej dziwne, bo przedstawia się jako macher od giełd, spec od łol strit, 13 lat na parkiecie, doradca dla największych spółek, analityk i co tam jeszcze.

  14. Pytanie jak długi okres autor ma na myśli.
    Od 10 lat giełdy w US miotają się wokół tych samych poziomów.
    Podobnie było w latach 70-tych mimo 2 cyfrowej inflacji.

    Można powiedzieć, że tylko część podaży pieniędzy wzbudza inflację, a reszta powoduje wzrosty cen aktywów (nieruchomości, akcje, obligacje, dzieła sztuki itp), ale w różnym stopniu w różnych okresach.

    Poza tym duże znaczenie ma optymizm inwestorów (np. w postaci P/E). Są długie okresy przewartościowania i niedowartościowania.

  15. @ panika

    „Bzdura”.

    Bzdurne bzdurny na bzdurnietych bzdurach. Juz? Czy moze jeszcze troche pobawimy sie w piaskowicy zanim przejdziemy do powaznej rozmowy?

    Wstyd – Dorosly facet, a porywa sie na takie zagrywki.

    A teraz do rzeczy i troche na powaznie.

    „No chyba, że uważasz, że posiadanie dwóch samochodów wartych np. po 8 jednostek monetarnych każdy jest w jakimkolwiek sensie gorsze dla dobrobytu, niż posiadanie jednego takiego samego, wartego 10 jednostek.”

    Przeczytaj sobie raz jeszcze co napisalem i zwroc uwage na slowo NOMINALNY dochod narodowy (chodzi nominal national income).

    „no to masz dobry punkt startowy do doktoratu z ekonomii, a potem nawet nagrody Nobla, bo odwróciłbyś wyniki badań i teorii praktycznie wszystkich szkół od kilkuset lat.”

    Wcale nie, bo kazdy mainstreamy ekonomista sie z tym zgodzi. A dla Austriaka to jest oczywista oczywistosc, ze przy stalej podazy pieniadza nominalny dochod narodowy musi spadac, zeby byl wzrost gospodarczy.

    Bo wydatki wliczane w PKB sie zmniejszaja na rzecz wydatkow niewliczanych. Wystarczy wyjac nos z ksiazek keynesowskich i poczytac Hayeka i Rothbarda.

    Jesli podaz pieniadza jest stala, linia budzetowa sie nie przesuwa. Wzrost gospodarczy wynika z oszczednosci i redukowania wydatkow konsumpcyjnych. Przy stalej podazy pieniadza oznacza to, ze wzrost dobrobytu pojawia sie wraz ze spadkiem wydatkow na konsumpcje i wzrostem wydatkow na sektor, ktory nie jest wliczany w national income.

    Wszystko jest w Man, Economy, and State oraz w Prices and Production.

  16. @Puste Kłamstwa, „Wcale nie, bo kazdy mainstreamy ekonomista sie z tym zgodzi.” – poproszę mnie naprowadzić. Jakiś cytat może, odnośnik do literatury.

    Pamiętaj, że masz udowodnić, że PKB musi spadać przy stałej podaży pieniądza, nie wydatki na konsumpcję. Jeśli nie widzisz różnicy, czas sięgnąć do wprowadzających książek do ekonomii, albo i chociażby do wikipedii (tudzież zalecane jeśli nie rozróżniasz GDP, GNP, GNI, wydataków na konsumpcję, wydatków na inwestycje itd – bo mam wrażenie że to wszystko Ci się zlewa w głowie w amorficzną jedność).

  17. Sugeruje sciagnac plik: http://www.mediafire.com/?f7kazov8z07uzaq

    Szczegolnie rozdzial 15. Jak nie masz czasu na doglebna lekture, to zwroc uwage na podrozdzial 4. Od niego sa przypisy z odnosnikami do innych miejsc w ksiazce. I sa rysunki, ktore pokazuja to ladnie.

    Siegnij sobie rowniez do podstawy tego: Hayeka Prices and Production oraz Rothbarda Ekonomii wolnego rynku. Tam jest pokazane, ze ogrom wydatkow w gospodarce to wydatki na dobra kapitalowe. W PKB „I” obejmuje tylko wierzcholek gory lodowej. Pomija znaczna czesc wydatkow inwestycyjnych i popytu na dobra kapitalowe.

    Zreszta matematycznie to jest oczywiste, ze jesli jest stala podaz pieniadza i jesli wszystkie wydatki wchodza w PKB, to PKB i tak nie moze rosnac. Bedzie stale. Sek w tym jednak, ze tak nie jest i duza czesc wydatkow inwestycyjnych NIE WCHODZI W PKB. Dlatego spadek konsumpcji na rzecz wzrostu popytu na dobra kapitalowe przy stalej podazy pieniadza OZNACZA SPADEK national income.

    Jak zauwaza Reisman:

    „What the present analysis shows is that in the total absence of inflation, indeed, precisely in the context of an invariable money, in which the quantity of money and the aggregate demand for the products of business remain absolutely fixed, national income and economic progress are inversely related.”

    W kontekscie mainstreamu, ktory to zauwazyl dla przypadku rosnacej podazy pieniadza:

    „national income and economic progress can be inversely related. Economists have long known this to be the case in the context of inflation, in which national income rises merely as the
    result of rapid increases in the quantity of money and volume of spending, which at the same time undermine capital accumulation”

    I a propos wzrostu sily nabywczej:

    „This conclusion that the fall in national income is the accompaniment of more rapid economic progress must cause bewilderment to people who are accustomed to think of economic well-being and rising money income as inseparable. Thus, it is necessary to stress that the improvement in economic well-being is still fully present.
    It merely takes the form of falling prices of products. In an economic system with an invariable money—that is, once again, a fixed quantity of money and a fixed volume of aggregate spending to buy the products of business—a rise in the relative demand for capital goods
    and the growing supply both of capital goods and consumers’goods that it causes results in a continuing fall in the prices of capital goods and consumers’ goods. Thus, from one year to the next, the diminished monetary amount of national income has a greater buying power.”

    U Hayeka i Rothbarda tez to jest pokazane.

    Problem polega na tym, ze w national income statistics POPYT NA DOBRA KAPITALOWE nie wystepuje. Dlatego wzrost gospodarczy, ktory wynika ze WZROSTU POPYTU NA DOBRA KAPITALOWE, oznacza przy stalej podazy pieniadza spadek nominalnego national income.

    Zobacz tez ksiazke Huerty de Soto, gdzie pisze o wskazniku Skousena.

    I pytanie na koniec – kiedy przestaniesz byc zlosliwy? Nie mozesz normalnie dyskutowac?

  18. @panika2008

    „Ale żeby mówić, że ceny Bentley’ów – albo PKB – jest bez sensu… please…”

    Ale ja nie twierdzę, że PKB jest bezsensu. PKB ma jak najbardziej głęboki sens – dla tych, co go wyliczają. Ilu ludzi ma prace tylko dlatego, że ktoś wymyślił, iż warto jednak obliczać PKB? Pewnie więcej niż z tytułu walki a narkotykami.

  19. A co do cen Bentleyów – jak będzie mnie stać na zakup jednego z salonu, to cena będzie dla mnie sprawą drugorzędną, tj. będzie właśnie bezsensowna 🙂

  20. @Puste Kłamstwa Brutto, czekaj czekaj, mainstreamowi ekonomiści… Rothbard, de Soto, Skousen, Reisman… no tak… jest Hayek, przepraszam. Ale cytaty to raczej z Reismana są.

    Ja nie przeczę że najbardziej twardogłowa część ekonomistów szkoły austriackiej, pod wpływem demagogii jak sądzę wywodzącej się głownie od Rothbarda, utrzymuje taki pogląd – niezgodnie zresztą z danymi historycznymi – ale Ty coś mówiłeś o mainstreamie. A może mi się przewidziało.

  21. jeśli ta strona ma mieć walor edukacyjny dobrze byłoby gdyby jej autorzy czasem zabrali głos w sprawie budzącej kontrowersje..oczywiście nie na zasadzie roma locuta causa finita

  22. Panika,

    Nie powiedzialem, ze o tym pisza mainstreamowcy. Powiedzialem, ze kazdy mainstreamowy ekonomista sie z tym zgodzi. Zgodzi sie z tym, bo to nie jest kontrowersyjne, a wynika z naliczania rachunku narodowego.
    Mainstreamowi ekonomisci w duchu Lucasa-Friedmana pokazuja, jak przy wzrostach podazy pieniadza i wydatkach na konsumpcje dochodzic moze jednoczesnie do konsumpcji kapitalu. Jesli to pokazuja, to tak samo mozna im pokazac podobne przypadki przy STALEJ podazy pieniadza.

    Dlatego napisalem, ze rozsadny mainstreamowiec sie bez problemow z tym zgodzi. Bo tu nie ma specjalnej kontrowersji.

    WRACAJAC DO SEDNA: Jesli w rachunku dochodu narodowego (wszystko jedno, czy pkb, pnb etc.) wlicza sie WSZYSTKIE wydatki, to przy stalej podazy pieniadza dochod narodowy jest caly czas staly. Nieprawdaz? Bo wydatek w jednym miejscu zmienia sie w wydatek w drugim. Spadek konsumpcji jest rekompensowany wzrostem inwestycji.

    A teraz zwrocmy uwage, ze nie kazdy wydatek wlicza sie w rachunek narodowy. Sa wydatki na dobra kapitalowe, ktore traktuje sie jako „podwojne ksiegowanie” i ktorych sie nie wlicza w dochod narodowy. Czyli przy stalej podazy pieniadza, jesli konsumpcja spada na rzecz wzrostu popytu na dobra kapitalowe, to dochod narodowy spada. Bo tylko czesciowo wzrost popytu na dobra kapitalowe wchodzi do dochodu. Wchodzi tylko wierzcholek gory lodowej. A cala reszta, do ktorej przyczynil sie spadek konsumpcji, jest schowana pod woda (poza rachunekiem narodowym).

    Dlatego wzrost dobrobytu jest NEGATYWNIE skorelowany z nominalnym dochodem narodowym przy stalej podazy pieniadza.

    To jest naprawde proste matematycznie i pisza o tym wszyscy Austriacy.

    Nawet David Ricardo o tym pisal.

  23. @PKB, a ja ciągle czekam na cytaty. Nie z Reismana.

    „Jesli w rachunku dochodu narodowego (wszystko jedno, czy pkb, pnb etc.) wlicza sie WSZYSTKIE wydatki, to przy stalej podazy pieniadza dochod narodowy jest caly czas staly. Nieprawdaz?” – bzdura na resorach. Rodzina Kowalskich ma na koncie milion PLN, Nowaków też. Kowalscy kupili w 2011 mieszkanie za 800 tys, a resztę wydali na konsumpcję. Nowak kupił lexa za 200 tys, na konsumpcję wydał 50k (a co, wiadomo że ci co lexami jeżdżą to sknery).

    „David Ricardo o tym pisal.” – gdzie, kiedy?

  24. PS Hayek i Reisman pod wplywem „demagogii Rothbarda”?

    To o czym tutaj pisze przewija sie od Ricardo, Rothbard konczyl nosic pieluchy jak pisal o tym Hayek, a Reisman piszac „Capitalism” rzucal lotkami w podobizne Rothbarda, ktorego nie znosil i uwazal za kompletnie sprzecznego mysliciela.

    Moze zamiast popisywac sie swoja zlosliwoscia jednak siegniesz do literatury, hm?

  25. Sięgnąłbym jak mi wskażesz miejsce, gdzie niby te rzeczy są napisane. Bo na razie to mnie odsyłasz do literatury – ale jakiej, ciągle nie wiem.

  26. Juz odsylalem, co nazwales blednie i zlosliwie „demagogia Rothbarda”.

    Ale wracajac do sedna, zebysmy jednak nie uciekli od NAJWAZNIEJSZEGO – rozumiem, ze dyskusja forumowa rzadzi sie swoimi prawami i nie wymaga pewnego rygoru, ale ciagle nie odniosles sie do sedna argumentacji, ktora w skrocie powtorze podpunktami:

    1. Przy stalej podazy pieniadza, zagregowane wydatki na wszystko nie moga rosnac. Beda ciagle stale.

    2. W rachunku dochodu narodowego czesc z tych zagregowanych wydatkow jest brana pod uwage (C+I+G), a spora czesc nie jest (popyt na dobra kapitalowe i posrednie wielokrotnie obracane miedzy przedsiebiorstwami).

    3. Wzrost gospodarczy bierze sie ze wzrostu oszczednosci (prowadzacych do wzrostu produktywnosci), ktory to wzrost przy stalej podazy pieniadza musi oznacza spadek konsumpcji (skads te forse trzeba wziac).

    4. Spadek konsumpcji o pewna sume X bedzie oznaczal odebranie tego wkladu w rachunek dochodu narodowego. Z drugiej strony nie cale „X” zostanie umieszczone w rachunku narodowym pod postacia zwiekszonego „I”, poniewaz lwia czesc wydatkow na dobra kapitalowe nie jest w nim umieszczona.
    Innymi slowy nowa konsumpcja wyniesie C-X, a nowe inwestycje I+V, gdzie V jest mniejsze od X.

    5. Ergo PRZY STALEJ PODAZY PIENIADZA w momencie wzrostu oszczednosci nominalny dochod narodowy BEDZIE SPADAL. A zatem dobrobyt jest negatywnie skorelowany z dochodem narodowym.

    Tak jest chyba przejrzyscie. Z ktorym punktem rozumowania sie nie zgadzasz? To bede mogl wiedziec, gdzie zapelnic luki w mojej argumentacji.

  27. „Przy stalej podazy pieniadza, zagregowane wydatki na wszystko nie moga rosnac.” – nieprawda, już Ci podawałem przykład, dlaczego. Ale to nie jest jedyny powód. Może też rosnąć po prostu ilość dokonywanych transakcji (prędkość obiegu pieniądza), a że ceny są ustalane na marginesie, to a priori nie możemy stwierdzić, czy spowoduje to spadek, brak zmiany, czy wzrost zagregowanej wartości transakcji.

  28. Jaki przyklad podawales, ktory, gdzie?

    Co do transakcji, niech Ci bedzie, dobrze, ales sie czepil. Zaraz pewnie napiszesz, ze Milton Friedman gada bzdury, ze inflacja jest zjawiskiem pienieznym, bo przeciez ludzie moga zaczac szybciej forse wydawac…

    Ale dobra, niech bedzie punkt dla Ciebie za czepienie sie o brak wyluskania do czystosci zalozenia o sztywnej podazy pieniadza.

    Masz dodatkowe zalozenie, ktore bywa implicite oczywiste przy rownowagowym opisywaniu obiegu okreznego, struktury produkcji (dlatego Friedman mowil, ze inflacja jest zjawiskiem pienieznym). Zwlaszcza dla Austriaka: popyt na pieniadz jest stabilny.
    Zreszta zmiany popytu na pieniadz przy stalej podazy pieniadza sa dosyc ograniczone. Nagly spadek popytu na pieniadz jest incydentalny i pojawia sie w sytuacji, jak wczesniej zostaly zakumulowane salda gotowkowe.

    Wiec niech Ci bedzie. Poprawiam punkt pierwszy:

    1. Przy stalej podazy pieniadza i stabilnym popycie na pieniadz zaagregowane wydatki na wszystko nie moga rosnac.

    Lepiej?

  29. PKB może rosnąć przy stałej podaży pieniądza, jak też przy stałej łącznej kwocie dokonywanych transakcji w gospodarce, jeśli będzie następował spadek ogólnego poziomu cen (deflacja cenowa). W takim przypadku taki sam nominalny PKB będzie oznaczał wyższy realny PKB.
    To, że nie da się tego dokładnie policzyć, to inna kwestia, ale chodzi o zasadę.

  30. ciekawa dyskusja..Panika w dalszym ciągu nie wykazał jak nominalny wzrost pkb mógłby wystąpic przy stałej podazy pieniądza..argument z ze zmianą szybkosci obiegu jest naciągany..tego nie da sie porzadnie zmierzyć..a i w historii nie było chyba takiego wypadku..chyba całe nieporozumienie bierze sie ze stałe pkb mierzone wielkością wydatków kojarzy się z regresem..inni mierzą go ilością dostępnych dóbr..czy sytuacja kiedy mamy dostęp do dodatkowych 4 krzeseł po 101zł za każde jest lepsza od takiej kiedy mamy 5 po 80 za sztuke?..zakładam tą samą jakośc

  31. Mógłbym prosić o wyjaśnienie, czemu niektórych wydatków na dobra kapitałowe, które traktuje się jako „podwójne księgowanie” nie wlicza się do PKB? Chodzi o amortyzację? Z góry dziękuję za odpowiedź.

  32. Drobna korekta, bo wkradaja sie pewne niescislosci. PKB moze rosnac przy stalej podazy pieniadza na przyklad jak rosnie konsumpcja kosztem popytu na dobra kapitalowe. Tylko, ze wzrost tych wydatkow bedzie oznaczal spadek wzrostu gospodarczego (spadek oszczednosci).
    Dokladnie tak jak spadek konsumpcji na rzecz wzrostu oszczednosci oznacza spadek nominalnego PKB i zwiekszenie wzrostu gospodarczego.

    @ 29

    tu rosnie realny PKB, a mowa jest o nominalnym.

    ad 30

    No niestety Panika sie czepil szybkosci obiegu. Niby mozna, ale przeciez nie jest to sedno problemu. Ale niech mu bedzie, juz poszerzylem grono zalozen dla niego, ktore uznawalem za oczywiste. Moj blad.

    ad 31

    Czy liczy sie make w PKB, skoro liczy sie chleb? Czy liczy sie zelazo, skoro sie liczy samochod?

    Wracajac do sedna.

    To jest proste jak konstrukcja toporka i powinien to wiedziec kazdy z lektury Prices and Production Hayeka. Przy stalej podazy pieniadza (i stalej szybkosci obiegu) spadek konsumpcji na rzecz wydatkow inwestycyjnych oznacza (1) wzrost gospodarczy, (2) spadek dochodu narodowego.

    Nie wiem juz z ktorym chce dyskutowac Panika. Z (1) czy (2)?

  33. @PKB, „przy rownowagowym opisywaniu obiegu okreznego” – w takim scenariuszu („gospodarka równo obracająca się”) można udowodnić dużo ciekawsze rzeczy, np. to, że wartość pieniądza wynosi zero. No bo po co Ci pieniądze, jak ich obieg jest niezmienny i całkowicie stabilny.

    „Przy stalej podazy pieniadza i stabilnym popycie na pieniadz zaagregowane wydatki na wszystko nie moga rosnac” – to jest na pewno bliższe prawdy, ale ciągle nie uwzględnia faktu, że część podaży pieniądza może być trwale wycofana z obiegu (vide Tyberiusz 33 AD), a potem do obiegu włączona – z przyczyn często nie stricte ekonomicznych. Tak wiem, to jest czepianie się, bo można powiedzieć, że to, co jest w skarbcu, uszczupla podaż pieniądza. Ale wtedy pojawia się kolejny problem – jak w ogóle zmierzyć podaż pieniądza. Azali czyż nie może być tak, że M1 rośnie, a M3 maleje? No jacha że może, spójrzmy na USA. A odwrotnie? Ależ spoko, USA pod koniec XIX wieku. Takie to różne są ciekawostki, które psują proste modele – zarówno neoklasyczne, keynesowskie jak i austriackie.

    @legrand, „argument z ze zmianą szybkosci obiegu jest naciągany” – jest całkiem realny, spytaj nie mnie – tylko operatorów kart kredytowych.

    „czy sytuacja kiedy mamy dostęp do dodatkowych 4 krzeseł po 101zł za każde jest lepsza od takiej kiedy mamy 5 po 80 za sztuke?” – odpowiedzią jest oczywiście 42.

    @PKB, 32, „spadek wzrostu gospodarczego (spadek oszczednosci).” – to też nie jest prawda; ogólnie oszczędności nie muszą mieć nic wspólnego z poziomem inwestycji (pieniądze ulokowane na noc w kasynie to nie jest wzrost gospodarczy), chociaż fakt ze z reguły chyba dość dobrze z nim korelują; oczywiście pojawiają się tutaj też problemy czy rozważamy gospodarkę otwartą, czy zamkniętą.

  34. @PKB, jeszcze jeden komentarz – podsumowujący, jak sądzę, to, co miałem do przekazania – jak słusznie zauważasz naprowadzony moim narzekaniem na niedostatecznie mocne podstawy teoretyczne hipotez wysuwanych np. przez Reismana czy Rothbarda – spadek popytu na pieniądz może doprowadzić do wzrostu nominalnego PKB nawet przy stałej podaży pieniądza. Dlaczego upieram się, że to nie jest czcze rozważanie? Ano dlatego, że trwały i głęboki spadek popytu na pieniądz charakteryzuje długotrwałe okresy stabilności geopolitycznej i gospodarczej – a więc jest nierozerwalnie związany z sukcesywnie rosnącym dobrobytem i stanem bezpieczeństwa finansowego.

  35. dwie sprawy:

    1. Kelly pisze: „Wiemy tylko tyle, że jeśli PKB (nawet PKB realne) wzrasta podaż pieniądza musi rosnąć” – tego się fragmentu czepiłem.

    PKB realne może rosnąć bez wzrostu podaży pieniądza. Wystarczy nominalne PKB skorygować o deflator mniejszy od 100. Taki „inflator”.

    2. Z Paniką to strach się zgodzić, bo potem nas do jednego worka wrzucają…

    Puste Kłamstwo Brutto vel PKB ma rację w tym, co pisze o NOMINALNYM PKB przy stałej podaży pieniądza i stałym popycie.

    Jeżeli część strumieni pieniężny wychodzi z konsumpcji a trafia do inwestycji, to jest jasne, że w PKB zaksięgujemy mniejszy wzrost z I, niż spadek w C. Takie zjawisko – wolnorynkowe przesunięcie strumieni – oznacza/prowadzi do/generuje – zwał jak zwał – wzrost gospodarczy?

    Z tym chyba Paniko nie polemizujesz?

    To, że wahania w popycie na pieniądz mogą to zaciemnić nie ma znaczenia. Można to założenie odrzucić i napisać, że wahania w popycie na pieniądz mogą osłabić tę tendencję lub ją wzmocnić; ale to nie sprawia, że analiza staje się błędna.

    Prices and Production też na szczęście IM opublikuje – praca wre, będzie można sobie poczytać po Polsku.

    PS. A czepiania się PKB postu 32. to już kompletnie nie rozumiem. Zdanie zawierające krytykowany przez Ciebie fragment „spadek wzrostu gospodarczego (spadek oszczednosci)” ma w kontekście poprzedniego zdania sens, który ignorujesz; przyczepianie się jakiegoś kasyna w tym świetle nie łapię.

  36. Bo dla mnie wzrost gospodarczy = praktycznie wzrost inwestycji (wartości, wydajności kapitału), bo praktycznie nie ma możliwości przyszłego wzrostu produkcji bez tego, ale wzrost oszczędności nie musi implikować wzrostu inwestycji/rozwoju kapitału/wzrost bazy produkcyjnej. Oszczędności to po prostu pieniądze nie wydane na konsumpcję – wg tradycyjnych definicji. Nie oznacza to że muszą być automatycznie wydane na rozbudowę gospodarki.

  37. „np. to, że wartość pieniądza wynosi zero. No bo po co Ci pieniądze, jak ich obieg jest niezmienny i całkowicie stabilny” etc.

    Tak, tak, zbaczaj dalej z tematu. Zwlaszcza, ze nic nie pisalem o ERE, tylko o rownowadze. Jak zapewne wiesz sa rozne koncepcje rownowagi i tu akurat mialem mysli rownowage w popycie na pieniadz, wyjscie od gospodarki stacjonarnej.

    Bo jak napisal Pan Kwiatkowski od kwestii pieniadza sie abstrahuje (po to zakladam stala podaz pieniadza), zeby wylapac elementarna zaleznosc.

    A elementarna zaleznosc jest taka ze: DOBROBYT JEST NEGATYWNIE SKORELOWANY Z NOMINALNYM DOCHODEM. Cieszy mnie to, ze dostarlismy do momentu, w ktorym nie kwestionujesz tej oczywistej tezy, a pozostaje Ci jedynie odwolywanie sie do czynnikow zaklocajacych te zaleznosc takich jak „popyt na pieniadz”.

    To jest nauka, ktora tluka rozni austriacy z roznych pokolen, ktorej za bardzo nie chca sluchac keynesistowskie chóry. I to jest powod dla ktorego austriacy maja taka obsesje (czasem przesadzona) na punkcie tego, ze „C+I+G to bzdura”. Cos, czego Ty uparcie nie chcesz dostrzec.

    A to jest kwintesencja austriackiej teorii od czasow Boehm-Bawerka.

    O stabilnosci popytu na pieniadz mozemy sobie pogadac i problemach empirycznych z tym zwiazanych. Nie ma sprawy. Tylko, ze to jest cos innego. Naszym celem bylo wylapanie zaleznosci miedzy dochodem narodowym a wzrostem gospodarczym. Jak kazdy ekonomista wie przy takich rozwazaniach nalezy stosowac metode ceteris paribus. Mozesz sobie lamac te metode, zeby „podwazac” przedstawiona przeze mnie zaleznosc, ale w gruncie rzeczy jej nie podwazasz, tylko zmieniasz inne warunki.
    Ja do Ciebie, ze jak umieszcze dwa jablka w pustym kapeluszu, a nastepnie 2, to bede mial w sumie 4. A Ty do mnie, ze niekoniecznie, bo przeciez mozesz znienacka wpasc i wrzucic jeszcze jedno dodatkowe.
    I z radoscia stwierdzasz, ze nie podalem dodatkowego zalozenia, ze nikt inny nie moze dorzucic kolejnego jablka.

    Tak wiec prosze Cie, nie pisz, ze to sa jakies „niedostatecznie mocne teoretyczne podstawy” Rothbarda i Reismana, bo nie sa. To jest Twoje czepialstwo do moich „niedostatecznie mocnych teoretycznych podstaw” w MOICH FORUMOWYCH WYPOWIEDZIACH.
    Super, wykazales moja „niedokladnosc” na forum i to, ze nie rozpisalem dokladnego elaboratu moich rozwazan.

    Gdybys zamiast popisywac sie zlosliwosciami na forum, siegnal do lektury Reismana, Hayeka i Rothbarda, to bys zobaczyl, ze oczywiste jest, ze w szukaniu rownowagowych zaleznosci miedzy relatywna struktura wydatkow agregatowych koledzy ci otwarcie i wyraznie uwzgledniaja sprawy zmian popytu na pieniadz. A potem podazy pieniadza. Tylko, ze najpierw wychodza od pewnej rownowagi dla pieniadza, zeby zauwazyc zaleznosc miedzy alternatywnymi pomyslami na wydanie pieniedzy.

    Dla mnie to bylo oczywiste. Podobnie jak oczywiste bylo dla mnie to, ze tez sobie z tego zdajesz sprawe i ze sie tego nie czepisz.

    Jak widac, w tym drugim pomylilem sie.

  38. Tak samo jest popyt na pieniądz „drobnym szczegółem” zakłócającym czynnikiem miar PKB, jak popyt na nieruchomości „drobnym szczegółem” zakłócającym ich ceny. No można i tak. Bo przecież po co rozmawiać o rzeczywistości.

    „PKB=C+I+G+NX to bzdura” (there you go, poprawiłem za Ciebie) tak samo, jak to, że „2+2=4”. No można również tak. Bo przecież po co uznawać oczywiste prawidła księgowości.

    Moje czepianie się Rothbarda i Reismana (a nie tylko Ciebie) jest uzasadnione. Nie zmuszaj mnie, żebym ich ośmieszał odpowiednimi cytatami.

  39. PKB, wróć jeszcze do komentarza 34 i go przeczytaj ze zrozumieniem, bo niestety, ale to Ty odrzucasz jako nieistotne czynniki komplikujące proste modele równowagi monetarnej, co jest domeną naiwnych keynesistów, tak przez Ciebie krytykowanych.

  40. Panika:

    „Tak samo jest popyt na pieniądz „drobnym szczegółem” zakłócającym czynnikiem miar PKB”

    Nie jest to drobny szczegol. Jest to INNA rzecz. Na przyklad, jak ktos uczy sie na ekonomii „teorii imputacji” i zaleznosci miedzy cenami produkcyjnymi i cenami konsumpcyjnymi, to pomijane sa „wplywy zaklocajace” pieniadza. To nie znaczy, ze to „drobne szczegoliki”. To znaczy, ze sluzy to innej analizie.

    „Moje czepianie się Rothbarda i Reismana (a nie tylko Ciebie) jest uzasadnione. Nie zmuszaj mnie, żebym ich ośmieszał odpowiednimi cytatami.”

    Wolalbym Cie zmusic do ich przeczytania. Nie pod katem szukania wyrwanych cytatow, tak jak to lubisz robic, ale pod katem merytorycznej zawartosci calego rozdzialu o rynku pieniadza i struktury produkcji z Man, Economy and State, oraz rozdzialu z Capitalismu o zagregowanych wydatkach.
    To, ze mozna u nich znalezc miejsca gdzie sie myla, to zadne novum. Latwe to i mozliwe dla kazdego mysliciela, ktory duzo tworzyl.

    Chcesz tracic czas na powierzchowne skakanie po zdaniach az bedzie mogl znalezc jakies i powiedziec „o, jest, jest! ale bzdura! patrzcie jak sie facet kompromituje”, to zycze milego marnowania czasu.

    „bo niestety, ale to Ty odrzucasz jako nieistotne czynniki komplikujące proste modele równowagi monetarnej”

    NIE ODRZUCAM.

    Ja powtarzam jedna zasadnicza teze, z ktora na szczescie nie chcesz juz polemizowac:

    ZALEZNOSC MIEDZY NOMINALNYM DOCHODEM A WZROSTEM GOSPODARCZYM JEST ODWROTNA (ceteris paribus).

    I twoje odwracanie uwagi do watkow pobocznych nic tu nie da.

  41. @ panika2008

    „Nie zmuszaj mnie, żebym ich ośmieszał odpowiednimi cytatami.”

    Jaaaaaa cieeee!! Pif-paf normalnie.
    O wielka Paniko, osmiesz ich, osmiesz. Zrob to dla nas. Obdaruj nas tym wielkim zaszczytem.

  42. nie znęcajcie się nad paniką..on nie zna austriackiej ekonomii..oszczędności dla niego to pieniądze nie wydane na konsumpcje..pytanie czym to się rózni od popytu na pieniądz..

  43. @legrand, cytuję siebie, „Oszczędności to po prostu pieniądze nie wydane na konsumpcję – wg tradycyjnych definicji”. Jeśli uważasz, że lepszą definicją jest „oszczędności to różowe słonie” – nie mam nic przeciwko.

  44. @ legrand

    tu bym sie Paniki nie czepial; mozna definiowac sobie oszczednosci jak sie chce; wazne tylko zeby to zakomunikowac.
    W jednym artykule Hulsmann tak samo definiuje „oszczednosci” jak Panika. Free-bankerzy podobnie.
    Natomiast oszczednosci od czasu Bohm-Bawerka u wiekszosci Austriakow sa uwazane za produktywne wydatki na rzecz dobr kapitalowych. Zwiekszenie salda gotowkowego jest uwazane za wzrost popytu na pieniadz. I ten sposob definiowania mi bardziej odpowiada. Ale to kwestia umowienia sie.

    Panika to jest w porzadku chlop. Czasem go jednak w ferworze dyskusji ponosi forumowa atmosfera i niepotrzebnie zbacza na tematy poboczne, zapominajac o sednie. Tak jak tutaj najpierw atakowal glowna teze, a potem gdy okazalo sie, ze glowna teza jest solidna, zaczal atakowac zasade ceteris paribus.

  45. A ja bym się czepiał. Oszczędności to nie są po prostu „pieniądze niewydane na konsumpcję”. Oszczędności to „odroczona konsumpcja w czasie”. To dość istotna różnica, której niestety panowie Selgin i White nie są w stanie pojąć.

  46. @arkazy, kiedy w tym sęk, że nie wiesz, czy przyszła konsumpcja w ogóle nastąpi. Ktoś, kto kitra pieniądze, nie musi robić tego w celu wydania ich na przyszłą konsumpcję. Może to robić dla samego kitrania (Tyberiusz, numizmatycy), dla przyszłego podarowania komuś, dla przyszłego zainwestowania, dla przyszłego przetopienia na złoty łańcuch (demonetaryzacja), dla przyszłego użycia w przedsięwzięciu bezproduktywnym (np. hazard) itd – możliwości jest wiele.

  47. Czyli skonsumują, na swój sposób, subiektywnie przez nich rozumiany sposób.
    Nie widzę przeszkód aby ktoś swoją konsumpcję widział w kolekcjonowaniu monet, tak samo jak inni kolekcjonują znaczki, butelki. Tych ostatnich nie nazywa się pieniądzem, toteż jakoś nikt się ich nie czepia, że konsumują te produkty nieco inaczej niż inni.
    W odróżnieniu od groma ludzi, dla nich kolekcjonowanie jest celem, jest konsumpcją. Większość jednak zbiera pieniądze, żeby na coś je wydać, co nie oznacza jeszcze, że daje to nam prawo określać, że w każdym przypadku będzie to tak wyglądać.

  48. @ 45, 46

    zeby bylo zabawniej uzyliscie argumentow przeciwko sobie

    ad 45

    „Oszczędności to „odroczona konsumpcja w czasie”.”

    No ok, ale to oznacza, ze KAZDE niekonsumowanie teraz bedzie konsumpcja w przyszlosci. Bo inwestycje przyniosa owoce konsumpcji, albo saldo gotowkowe bedzie wydane na konsumpcje w przyszlosci, albo bedzie wydane na przyszle inwestycje, ktore w koncu przyniosa kiedys konsumpcje.

    Wiec jakby nie patrzec kazde niekonsumowanie przenosi konsumpcje na przyszlosc…
    Bez wzgledu na to, czy to wydawanie na oszczednosci, czy trzymanie forsy w szufladzie.

    ad 46

    „Ktoś, kto kitra pieniądze, nie musi robić tego w celu wydania ich na przyszłą konsumpcję. Może to robić dla samego kitrania (Tyberiusz, numizmatycy), dla przyszłego podarowania komuś, dla przyszłego zainwestowania, dla przyszłego przetopienia na złoty łańcuch (demonetaryzacja), dla przyszłego użycia w przedsięwzięciu bezproduktywnym (np. hazard) itd – możliwości jest wiele.”

    No dokladnie!
    I to jest wlasnie powod, dla ktorego saldom gotowkowym nadaje sie specjalny status, specjalna definicje, ktora odroznia je od „oszczednosci”, polegajacych na inwestowaniu pieniedzy i wydawaniu ich w celu osiagniecia zysku.
    Bo oszczedzanie w sensie Boehm-Bawerka to wydawanie na cos w celu osiagania nadwyzki pienieznej i wiekszej konsumpcji w przyszlosci.
    A trzymanie pieniedzy to cos specjalnego, nie do konca wiadomo, czym majace sie skonczyc.

    Otoz to.

    Kazdy z Was poargumentowal swoja wypowiedzia na rzecz drugiej strony 😀
    Arkazy podal taka definicje, ktora sprawia, ze salda gotowkowe mozna potraktowac jako oszczednosci.
    A Panika podal argument za tym, zeby saldo gotowkowe od oszczednosci odroznic.

    Nice.

  49. @48, „Wiec jakby nie patrzec kazde niekonsumowanie przenosi konsumpcje na przyszlosc” – no nie koniecznie. Zob. #46. Jeszcze jedna możliwość – wezmę pieniądz i go zniszczę (w przypadku złota – wyślę rakietą w kosmos, na słońce). Irracjonalne powiesz. A kupowanie cukru w PL po 6zł/kg gdy często 50-100 km dalej za zachodnią granicą był po 2,50 – to jest racjonalne? 😀

    Nawet, jeśli zdefiniujesz oszczędzanie jako utrzymywanie sald gotówkowych celem ich powiększania (chociaż to już nie jest utrzymywanie sald gotówkowych – chyba że w systemie rezerwy częściowej znienawidzonej tutaj – ale pomińmy ten wieczny spór), to nie musi mieć bezpośredniego związku z inwestycjami. Zysk z inwestycji (pośredni przez bank albo i bezpośredni) związanej z przyszłą produkcją nie jest przecież jedyną możliwością powiększenia salda gotówkowego. Równie dobrze można powiększyć saldo gotówkowe pożyczając komuś pieniądze na procent; ten ktoś nie musi wiązać tej pożyczki z inwestowaniem (może to być np. linia kredytowa, która nie zostanie wykorzystana – czyli czysty przepływ gotówki z jednej kieszeni do innej).

  50. Kolejny przykład, że oszczędności definiuje się w reczywistym świecie – co zupełnie naturalne IMHO – jako po prostu nie wydane dochody – zgodnie, jak zauważa PKB, z metodologią Hulsmanna i freebankerów: http://www.bea.gov/national/pdf/nipaguid.pdf – „Personal saving (3–8) is personal income less the sum of personal outlays and personal current taxes”. Dalej: „Personal saving may also be viewed as the net acquisition of financial assets (such as cash and deposits, securities, and the change in life insurance and pension fund reserves), plus (…) less the net increase in financial liabilities (…)”.

  51. @ panika
    Ale co z tego, że nie wiem, czy przyszła konsumpcja nastąpi? Czy muszę wyjaśniać, że z prakseologicznego punktu widzenia, chodzi o cel, jakie stawiają sobie jednostki? Jeżeli jednostka odracza konsumpcję w czasie, to z prakseologicznego punktu widzenia oszczędza, przecież odracza ją TERAZ. A to, że w wyniku nieprzewidzianych przyczyn może oszczędzać krócej, to już inna sprawa.

    Co do definicji oszczędności jako niewydanych dochodów – nie ma to jak być kryptokeynesistą, co? 🙂 Naprawdę nie dostrzegacie różnicy między popytem na pieniądz a oszczędnościami? Zwiększony popyt na pieniądz wskazuje na intensywniej odczuwaną niepewność dotyczącą przyszłości, a nie zwiększoną gotowość do poświęcenia obecnego zadowolenia w zamian za przyszłe zadowolenie (Hoppe). Zupełnie dwie inny sprawy! Toż to nawet Selgin i White dostrzegli, że „wzrost popytu na pieniądz nie jest tożsamy ze wzrostem całkowitych oszczędności”!

  52. Arkazy, kierunek strzałek Ci się pomylił. Z tego, że odraczasz konsumpcję, wynika, że oszczędzasz (no powiedzmy – jeśli zdefiniujemy konsumpcję jako zakup towarów/usług konsumpcyjnych). Rozmawialiśmy o wnioskowaniu w drugą stronę – czy z tego, że oszczędzasz wynika, że odraczasz konsumpcję.

    PS. Wiarygodność komentarza nie rośnie wraz z ilością użytych neologizmów typu „prakseologia”.
    PPS. „nie ma to jak być kryptokeynesistą” – skoro Hulsmanna uważasz za kryptokeynesistę… mi to nie wadzi, na mój gust możesz mnie nawet nazwać różowym słoniem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Nasi darczyńcy