Chodorov: Psychologia klasy politycznej

7 sierpnia 2011 Filozofia polityki komentarze: 2

Autor: Frank Chodorov
Źródło: mises.org
Tłumaczenie: Andrzej W. Hak
Wersja PDF

klasa politycznaByłoby wielką przesadą twierdzić, że wszyscy politycy są „oszustami”. Odsetek nieuczciwości — w rozumieniu, w jakim to uwłaczające słowo jest wykorzystywane — nie jest wyższy wśród zaangażowanych w politykę niż wśród handlowców, lekarzy czy rolników. Przypuszczam, że pracownicy korporacji są nawet bardziej skłonni niż urzędnicy poddać się pokusie zarobienia „łatwego pieniądza”. Uważam tak z prostego powodu: skutki ich działań mogą dotknąć jedynie akcjonariuszy, którzy nie są skłonni robić wielkiego zamieszania wokół drobnych malwersacji finansowych, jeśli tylko regularnie otrzymują swoją dywidendę. Z drugiej jednak strony, jeśli dziennikarz np. ujawni informację o tym, że krewna urzędnika przyjęła od przestępcy podatkowego coś tak wartościowego jak futro z norek, to sugestywne tytuły artykułów, które zostaną zaraz po tym wydarzeniu opublikowane, wywrą wrażenie, że nie można ufać żadnej osobie publicznej mającej cokolwiek wspólnego z pieniędzmi. To nie jest prawdą — można.

W zupełnie innym sensie słowo „oszust” jest stosowane wobec wszystkich polityków, ale jest to sens, w jakim to słowo nigdy nie jest używane. Mam na myśli fakt, że dla osoby całkowicie zanurzonej w życiu politycznym myślenie w sposób normalny lub „prosty” (jeśli można niepolityczny umysł określić w ten sposób) jest niemożliwe. Jeżeli przyjmiemy za „normalny” proces myślowy ludzi zarabiających na życie na rynku — stenotypistów, bankierów lub redaktorów — to wtedy wszelkie wykręty umysłów politycznych muszą być traktowane jako nienormalne lub „oszukańcze”.

Przejdźmy jednak do rzeczy. Sposób myślenia polityka różni się od sposobu myślenia zwykłych zjadaczy chleba, a jeśli chcemy zrozumieć polityków, to różnica ta powinna być zbadana. My, Amerykanie, którzy mówimy tak wiele o sprawach publicznych, nigdy nie będziemy wiedzieć, o czym mówimy — aż do chwili, w której weźmiemy pod uwagę fenomen psychologii politycznej.

By zilustrować to, co mam na myśli, nie posługując się jednocześnie uwłaczającymi porównaniami, zakładam, że zjawisko psychologii politycznej istnieje. Przyjmuję jako pewnik, że nałogowy przestępca ma skrzywioną psychikę, zakładając jednocześnie, że my, jednostki przerażone wizją złamania prawa, jesteśmy przy całkowicie zdrowych zmysłach. W podobny sposób powinniśmy oceniać sprzeczności i niespójności toku myślenia polityków — jako ryzyko zawodowe. Do czasu, gdy my — lub psychologia — nie wymyślimy jasnego sposobu analizy umysłów politycznych, nigdy nie będziemy w stanie zrozumieć osobliwości ich działań, a otoczenie polityczne, w którym przyszło nam żyć, będzie nadal wydawać się chaotyczne i nieuporządkowane.

Sądzę, że badania psychologiczne należy zacząć od założenia, iż umysł polityczny jest cechą nabytą. Tak jak nie ma dowodów na istnienie wrodzonego umysłu kryminalisty, tak samo musimy założyć, że polityk był dość „normalną” osobą, zanim zaczął politykować. W obu przypadkach główną przyczyną zmian są uwarunkowania środowiskowe (choć istnieją również potężne argumenty przemawiające na korzyść tezy, iż zarówno politycy, jak i przestępcy urodzili się predysponowani do swoich trybów życia).

Psychologia, jeśli chce się zajmować naukami politycznymi, musi zapytać: co sprawia, że istnieje mentalność polityczna? Odpowiedź jest prosta: świat kręci się wokół tworzenia i egzekwowania prawa. Przeciętny obywatel — który postrzegany jest jako „normalny”, tylko dlatego, że należy do większości — żyje w zgodzie z prawem. Przestępca kojarzony jest z łamaniem prawa i życiem poza nim. Polityk jest inny, gdyż jego sposób myślenia kształtuje się „za” prawem. Można wyróżnić te trzy grupy właśnie ze względu na podejście do regulacji — każda z nich posiada inne nawyki mentalne z nimi związane.

Jest pewne, że te wszystkie trzy typy ludzi posiadają wspólny mianownik: konieczność zarabiania na życie — jest to przyczyna wszystkich ludzkich poczynań. Większość z nas utrzymuje się dzięki produkcji dóbr i usług, przez co musi stosować się do reguł wolnego rynku. Jesteśmy skłonni przestrzegać prawa z jednego prostego powodu — jest to najprostszy przepis na życie. To dostosowanie powoduje wykształcenie się wygodnych nam schematów myślowych i sposobów zachowania, które traktujemy jako „twarde zasady”.

Przykładowo, my — należący do „normalnej” grupy — twierdzimy że: „uczciwość jest najważniejsza”. Może jest, a może nie — ale doświadczenie podpowiada nam, że postępując nieuczciwie, utracimy wsparcie otoczenia, dzięki czemu życie stanie się trudniejsze. Celem zarówno rzeźnika, piekarza, jak i producenta świeczników jest branie z życia jak najwięcej, ponosząc przy tym jak najmniejsze koszty. Jednak konkurencja zmusza ich do dawania z siebie mniej więcej tyle samo, ile dostają. Właśnie konkurencja ta wymusza na nas respektowanie prawa.

W przypadku zarabiania na życie w sposób nielegalny, jak to się dzieje w półświatku przestępczym, przestrzegane są inne „zasady”. Dla umysłu kryminalisty najważniejszym „dobrem” jest przejęcie cudzej własności przy jak najmniejszym ryzyku aresztowania. W tym świecie mianem „arystokraty” określa się przywódcę grupy lub organizacji przestępczej działającego pod polityczną ochroną, chociaż w gruncie rzeczy jest on tylko wyolbrzymioną formą zwykłego kieszonkowca. Główną „zasadą” przestępców jest unikanie odpowiedzialności. Zwróćmy uwagę, że przestępca nie widzi żadnej moralnej różnicy między swoim sposobem zarabiania na życie a sposobem utrzymywania się zwykłych ludzi czy polityków. Każdy z nich jest formą wyzysku — z tą różnicą, ze jedne z nich są legalne, a inne nie. Taki jest sposób myślenia przestępcy.

Kilka lat temu przypadkowa obserwacja nieistotnych zdarzeń zmusiła mnie do przemyśleń nad „umysłem politycznym”. Jechałem samochodem, który prowadził ubrany po cywilnemu oficer policji. Ponieważ śpieszyliśmy się, nie zwracał on uwagi na przepisy ruchu drogowego. Stróże prawa dwukrotnie zatrzymywali nas w celu wypełnienia swoich obowiązków i dwukrotnie zauważyłem ujawnienie się świata „za prawem”, gdy tylko zauważyli odznakę mojego kierowcy. Policjanci, mimo że podlegali jurysdykcji innego stanu, za każdym razem puszczali nas wolno, dowodząc istnienia cichego porozumienia, które można najpewniej przypisać „świadomości klasowej”.

Co odróżnia świat stojący „za prawem” od pozostałych dwóch światów? Jest on skoncentrowany wokół przejmowania władzy nad ludźmi — zarówno nad przestępcami, jak i przeciętnymi zjadaczami chleba. Jedynym jego zadaniem jest sprawowanie kontroli nad aparatem przymusu, na co posiada monopol. My, którzy stoimy po drugiej stronie, nadajemy temu światu miano „rządu” — tak jak gdyby był on rodzajem usług specjalistycznych, tak jak służba zdrowia czy handel. Ale wcale tak nie jest. Żadna z usług, które tworzy nasz świat, nie może cieszyć się przywilejem ustanawiania prawa — albo świadczymy pożądane przez innych usługi, albo ponosimy smutne konsekwencje nieprzestrzegania zasad współżycia z innymi ludźmi. Patrząc z drugiej strony, rząd nie podlega zasadom konkurencji i nie rozwija się proporcjonalnie do liczby świadczonych usług, ale do wielkości posiadanej władzy.

Stąd proponowane badania psychologiczne muszą skoncentrować się na naturze władzy politycznej, aby można było przekonać się, w jaki sposób proces przeprowadzenia jej sprawowania wpływa na sposób myślenia samych badanych. W jaki sposób tworzy się ten specyficzny stosunek zaobserwowany wcześniej między szeryfem a oficerem policji? Psychologia nie umie znaleźć jednoznacznej nazwy na tego rodzaju postawę — sugerowałbym określenie: „kompleks władzy” — ale tymczasowo możemy temu nadać miano obsesji, gdyż najważniejszymi „dobrami” dla tej grupy stają się: regulacja, kontrola i dominacja. „Główną zasadą” wynikająca z takiego podejścia jest myśl: „prawo jest najważniejsze”, co implikuje stwierdzenie, że stróże tego prawa są najważniejszymi obywatelami w kraju.

My, posiadający „normalny” stan umysłu, zwracamy baczną uwagę na takie przypadki, ponieważ stosujemy inne podejście do życia. Oczekujemy od państwowych przedsiębiorstw, takich jak TVA[1] czy poczta, że będą funkcjonować sprawnie, bez deficytu. Jednak ta efektywność w przypadku spraw publicznych nie znajduje wyrazu w rachunku zysków i strat, ale odzwierciedla się przy urnach wyborczych. Mamy skłonność do opisywania działań rządu przy pomocy teorii ekonomicznych. Przeciętny obywatel wie, że życie ponad stan wiąże się z bankructwem — natomiast rząd, mający monopol na produkcję pieniędzy, nie może zbankrutować, więc nie zawraca sobie głowy problemem finansowania deficytu. Wyborca sądzi, że opowiada się za pewnymi zasadami, ale rzeczywistość wygląda inaczej.

Mówiąc w skrócie, sposób myślenia ludzi stojących „za” prawem różni się od nabytego w „normalnym” świecie praworządnych obywateli oraz w „nienormalnym” światku przestępczym. Może, choć nie musi, być psychopatyczny — ale na pewno jest inny.

Psycholodzy z pewnością odnajdą wiele stadiów i odmian tego „kompleksu władzy”. Zarówno pospolity złodziej, jak i fałszerz posiadają odmienne cechy psychiczne, mimo że ich podejście do życia jest podobne. Można także wskazać wyraźną różnicę między postawami typowego urzędnika i gubernatora stanu — być może różnica ta jest współmierna do wielkości posiadanej władzy. Jestem skłonny uwierzyć, że procesy myślowe biurokraty i wybranego w wyborach oficjela są tak odmienne, że mogą stanowić podstawę głównej klasyfikacji „kompleksu władzy”.

Najbardziej uderzającą cechą urzędnika, ujawniającą się w kontakcie z petentami, jest szczególny rodzaj służalczości z domieszką arogancji. W kontakcie ze swoim przełożonym lub dobroczyńcą okazuje on szacunek i sprawia wrażenie, że niczym nie różni się od służącego. Jednak w stosunku do ogółu społeczeństwa przedstawia postawę butną i protekcjonalną — zachowuje się dokładnie tak jak rząd wobec obywateli. Być może to podświadomość, zdająca sobie sprawę z jego całkowitej bezużyteczności i pasożytniczego charakteru, nakazuje mu się tak napuszać. Jest to niewątpliwie charakterystyczne dla wszystkich urzędników — nawet dla zwykłej recepcjonistki dopuszczającej interesantów do „sanktuarium” swojego przełożonego.

Z drugiej strony, urzędnik wybrany w wyborach wykazuje nieco większą złożoność. Często jego umysł pracuje prawie tak jak te należące do jego wyborców — tj. wydaje się „normalny”. Być może przyczyną jest zależność od głosów, dzięki której nie jest on izolowany od świata „zgodnego” z prawem, a wręcz jest zmuszony być z nim w kontakcie. Jednak, jeśli dokładnie przeanalizujemy jego sposób myślenia, okaże się, że on i jego wyborcy to dwa różne światy. Wyborcy myślą o nim jak o człowieku reprezentującym ich interesy (co jest dla niego bardzo wygodne), lecz on w głębi serca wie, że jedynym jego interesem jest zostanie ponownie wybranym. Innymi słowy: dba on tylko o swoją ciepłą posadkę.

W każdym razie jest to temat, który powinien być zbadany przez jakiegoś ambitnego psychologa, który z pewnością wyświadczyłby społeczeństwu ogromną przysługę, gdyby zanalizował umysły polityczne i tym samym znalazł odpowiedź choć na część nurtujących nas pytań.

 


[1] TVA — Tennessee Valley Authority — amerykańskie przedsiębiorstwo państwowe działające w dolinie Tennessee.

Podobał Ci się artykuł?

Wesprzyj nas
Avatar

O Autorze:

Frank Chodorov

Pozostałe wpisy autora:

2 Komentarze “Chodorov: Psychologia klasy politycznej

  1. Strasznie tandetne.. 🙂
    „Przypuszczam, że pracownicy korporacji są nawet bardziej skłonni niż urzędnicy poddać się pokusie zarobienia „łatwego pieniądza”.”
    Ukraść długopis w gminie lub w firmie wypada pewnie w tej samej skali ryzyka, ale wyrolować firmę na 1M lub urząd to chyba już gorzej.. na rzecz korporacji. Skorumpowanie urzednikow wydaje sie prostsze niz audytorium firmowe. A moze to jednak porownywalny problem? Zalezny od kreatywnosci i zaangazowania ? Gdzie jest wiekszy odsetek wykrywalnosci machlojek i dlaczego ?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Nasi darczyńcy