Kubisz: Kryzys i grupy sytuowane

26 sierpnia 2011 Audio komentarze: 12

Autor: Jacek Kubisz
Wersja PDF

Posłuchaj komentarza w wersji audio (mp3, 15,5MB).

Na Letnich Seminariach Instytutu Misesa w latach 2009 i 2010 gośćmi specjalnymi byli ekonomiści o poglądach teoretycznych przeciwnych poglądom szkoły austriackiej, a w kwestiach politycznych zajmujący stanowiska antyrynkowe. Jednym z nich był profesor Ryszard Bugaj, który niedawno udzielił wywiadu do pisma skierowanego do masowego odbiorcy. Pokusił się w nim o krótką analizę obecnego kryzysu, a nawet przedstawił ewentualne rozwiązania. Część owego wywiadu ma miły dla libertarianina wydźwięk, część ujawnia niepokojące i niestety przeważające w Polsce tendencje w myśleniu o przedsiębiorcach i opodatkowaniu.

 

Kryzys wewnątrz firm

Profesor Bugaj upatruje jednej z przyczyn kryzysu w zmianach w organizacji pracy wewnątrz przedsiębiorstw. Należy się zgodzić z jego opinią o szkodliwości sytuacji, w której pracodawca postrzega swych pracowników jako złodziei, z kolei oni odwdzięczają mu się uznawaniem go za krwiopijcę. Przykładem odmiennej sytuacji w sferze zarządzania jest dla niego gospodarka amerykańska w pierwszym 30-leciu po wojnie, kiedy pracownicy utożsamiali się z firmami, a ich poziom życia rósł wraz z zyskami pracodawców. Ową sytuację całościowo obrazują słowa Kennedy’ego: „jak fala się podnosi, wszystkie łodzie idą do góry”. To dość prorynkowa opinia, ponieważ dynamiczny rozrost państwa opiekuńczego w USA datuje się od połowy lat 60. XX wieku; wtedy bowiem wprowadzono program Great Society Lyndona Johnsona, więc pierwsze ponad 15 lat prosperity obywało się bez opieki „lewiatana”. W wywiadzie pada stwierdzenie, że gospodarka, w której pracodawcy i pracownicy współpracowali dla dobra firmy, miała „ducha solidarności, a może nawet solidaryzmu” i „świetnie się rozwijała”. Jeśli tak istotnie było, a nie ma powodów, by w to wątpić, udowadnia to tylko słuszność powtarzanego przynajmniej od czasów Adama Smitha stanowiska o godzeniu egoistycznych interesów z dobrem wspólnym w ramach gospodarki rynkowej. Oto współpraca i wzajemny szacunek kapitalistów i pracowników skutkowały obopólnym wzrostem dochodów i prosperity całych krajów. Cieszy, choć dziwi taka opinia o możliwościach rynku wyrażona przez konsekwentnego etatystę.

 

Nieopiekuńcza Polska

Doradca śp. prezydenta Kaczyńskiego pomimo zasadniczo wrogiego wobec neoliberalizmu stanowiska uważa, że „nie można pominąć” krytyki państwa opiekuńczego ze strony neoliberałów.

Zwraca jednocześnie uwagę, że Polska nie jest zbyt „opiekuńcza” i jest „neoliberalnym prymusem”.

O ile trudno się ustosunkować do określenia polskiego prymusostwa, ponieważ „neoliberalizm” ma wiele twarzy, to z tezą, że Polska nie jest państwem opiekuńczym, wypada się zgodzić. Zarówno libertariański Instytut Misesa i inne prorynkowe think tanki, jak i różni neoliberałowie zwracają uwagę na to, że Polska, nakładając wysokie podatki, niewiele daje w zamian. Służba zdrowia, system emerytalny czy rentowy pozostawiają wiele do życzenia, nie mówiąc już o państwowych przedsiębiorstwach — takich jak PKP — które nie mają bezpośredniego związku z opiekuńczą funkcją władzy publicznej. A jednak pomimo pozornej zgody tok rozumowania profesora Bugaja różni się od prorynkowych krytyków „państwa niańki” tym, że jako przykład jego złego funkcjonowania zamiast wyżej wymienionych podmiotów podaje działania wielkich korporacji, a dokładniej banków. Jak twierdzi, „wielkie korporacje traktują klientów jak petentów” i jeśli czyta się umowę, to można nie dostać kredytu. Krytyka polskiej wersji państwa opiekuńczego poprzez krytykę działalności prywatnych podmiotów (banków), z definicji niepaństwowych, jest dosyć znamienna. Wprawdzie nie da się zaprzeczyć istnieniu haniebnych praktyk wśród przedsiębiorców, ale nawet w przypadku ewidentnych niedomagań instytucji państwowych krytyka profesora Bugaja skupia się na sektorze prywatnym. Skutkiem takiego podejścia ludzi określających się jako wrażliwi społecznie jest ciągły rozrost aparatu władzy, przy poparciu większości obywateli. Paradoksalnie celem tej „inflacji administracji publicznej” jest naprawa wad… aparatu władzy. Oczywiście, rezultaty są w większości odwrotne do deklarowanych zamierzeń. A wszystko to dlatego, że prywatne korporacje i rynek przedstawia się jako jeszcze gorsze.

 

Kryzys lepiej sytuowanych

W kwestii obecnego „spowolnienia” gospodarczego profesor Bugaj ubolewa nad brakiem w Polsce partii wrażliwej społecznie, postulującej redystrybucję na rzecz ludzi „w gorszej sytuacji”. Nie dowiadujemy się jednak, co oznacza termin „ludzie w gorszej sytuacji”, i napotykamy pewną niekonsekwencję w postulatach. Na kryzysie wiele stracili kapitaliści i drobni ciułacze (czyli kapitaliści o mniejszym kapitale), ale postulat obniżki podatku od zysków kapitałowych nie pojawia się w wywiadzie. Nie o nich więc chodzi; zresztą chyba nikt na serio się tego nie spodziewał. Niedawny wzrost kursu franka szwajcarskiego uderzył w kredytobiorców — z pewnością znaleźli się w „gorszej sytuacji”. Jednak również nie o nich chodzi — pomysł pomocy dla nich profesor nazwał „bojem o grupy najlepiej sytuowane”. Takie ujęcie problemu jest intrygujące samo w sobie. Kilka wersów wyżej, w odniesieniu do krytyki pseudoopiekuńczości Polski jako przykład pojawia się brak pomocy dla prawnika usiłującego zawrzeć z bankiem umowę kredytu. Wygląda na to, że pomoc prawna udzielana prawnikom przy uzyskaniu kredytu nie jest wspieraniem „grup najlepiej sytuowanych”, ale pomoc tym z nich, którzy te kredyty dostali, już jest… Swoją drogą, w Polsce musi być naprawdę źle, jeśli „grupy najlepiej sytuowane” zaciągają kredyty na mieszkanie, zamiast żyć z zysków kapitałowych we własnych willach.

Z kolei pomysł obniżki akcyzy na paliwa wydaje się pomagać gorzej sytuowanym, chociażby z tej przyczyny, że pomaga niemal wszystkim. Też tak nie jest. Obniżka okazuje się bowiem wspieraniem „osób lepiej sytuowanych” (a więc nieco biedniejszych od frankowych kredytobiorców), które „mają duże samochody i dużo jeżdżą”. Dziwi brak spostrzeżenia, że mieszkańcy wiosek bez dostępu do PKS mogliby mniej zapłacić za dojazd do pracy, jeżdżąc małymi autami, ale jednak nie na wodę, ale na obłożoną akcyzą benzynę. Najwyraźniej nieważne jest również to, że niższe koszty transportu mogłyby obniżyć ceny przewozów czy wręcz towarów dla wszystkich, więc także dla gorzej sytuowanych, ponieważ koszty transportu też mają wpływ na żądaną przez sprzedawców cenę. Dlaczego to, że kilku właścicieli dużych aut też mogłoby sobie pojeździć taniej, jest tak istotne, iż przyćmiewa pozostałe skutki obniżki?

Profesor Bugaj wydaje się przejawiać niezwykle konsekwentną wrogość wobec „lepiej sytuowanych”. Twierdzi bowiem, że pieniądze z nieobniżonej akcyzy powinny trafić „do budżetu, który może służyć całemu społeczeństwu”, zamiast trafić do prywatnych kieszeni, jednak nie zauważa własnych słów z tego samego wywiadu dotyczących dysponentów owego budżetu. Ale po kolei. Po pierwsze, w wyniku obniżki akcyzy pieniądz nigdzie by nie trafił — on w kieszeniach podatników po prostu jest. Jest tam, ponieważ dali oni coś od siebie innym, a owi inni zgodzili się za to dobrowolnie zapłacić (jeśli zaś wzbogacili się, oszukując, to jest to zadanie dla sądu, a nie urzędu skarbowego). Po drugie, w wypowiedzi widać doprawdy zdumiewający błąd nirwany i — być może nieuświadomioną — bardzo złą opinię o Polakach. Otóż proszę zauważyć, że profesor najpierw mówi, iż Polska nie jest państwem naprawdę opiekuńczym, dalej stwierdza, że nie ma też w Polsce siły politycznej, która o gorzej sytuowanych byłaby skłonna zadbać, a na samym końcu postuluje, żeby temu neoliberalnemu aparatowi, bez perspektyw na poprawę wrażliwości, dać pieniądze zarobione przez ludzi ciężką pracą… Jakimi — eufemistycznie ujmując — „godnymi odebrania im ich dochodu” istotami muszą być w jego oczach płacący za benzynę, skoro lepiej ich pieniądze dać niewrażliwym neoliberałom z PO, PSL, PiS i SLD na dalsze pomysły wspierania „grup lepiej sytuowanych”? Zdaniem profesora Bugaja, budżet, nawet w rękach neoliberałów, może służyć całemu społeczeństwu, a kieszeń podatnika, nawet najuczciwszego, nie może.

Na koniec nasuwa mi się dość smutna konstatacja. Skoro nawet nieduża ilość pieniądza uczciwie zarobionego czyni z człowieka istotę gorszą od neoliberalnych niewrażliwców na urzędach, to wszystkie pomysły socjalistów nabierają spójnego, choć prawdopodobnie nieuświadomionego sensu. W trosce o cnotę „gorzej sytuowanych” za wszelką cenę zapobiegają temu, by ci się nie wzbogacili…

 

Podobał Ci się artykuł?

Wesprzyj nas
Avatar

O Autorze:

Jacek Kubisz

Doktorant na Wydziale Prawa, Administracji i Ekonomii Uniwersytetu Wrocławskiego, ekspert Instytutu Misesa. Interesuje się ekonomią praw własności i teorią kapitału.

Pozostałe wpisy autora:

12 Komentarze “Kubisz: Kryzys i grupy sytuowane

  1. Hola Hola. IM trudno uznać za libertariański, gdy organizuje konkursy na liberalną reformę Polski czy czegoś tam. To tak jakby komunistyczna partia organizowała plebiscyt na najlepsze faszystowskie rozwiązanie palących problemów społecznych.

  2. @ 1

    Nietrafione porownanie.

    To jest lepsze: to tak jakby komunistyczna partia organizowala plebiscyt na najlepsza ustawe, ktora zblizy gospodarke do idealu komunizmu.

  3. Mimo że w libertarianizmie można doszukać się dziedzictwa liberalnego, to są to zupełnie różne ideologie, dlatego przybliżanie kształtu państwa do ideału liberalizmu nie jest tożsame z krokiem w kierunku libertariańskiej utopii.

  4. O tak Fender, bo o wiele lepiej jest siedzieć w mieszkaniu, marzyć o anarchii i pisywać na internetowych forach jacy to inni są nielibertariańscy… To na pewno przyniesie lepsze rezultaty 😉

  5. Szkoda, że ta uwaga się nie odnosi do mojego argumentu tylko stanowi ad personam, bo w przeciwnym wypadku znalazłbym czas na ustosunkowanie się do niej.

  6. do fendera:
    to nie sa zupelnie rozne ideologie. libertarianizm jest bardziej skrajna wersja liberalizmu. porownanie ich relacji do relacji faszyzmu i komunizmu jest calkowicie nietrafione.

  7. @fender
    dokładnie tak jak pisze DiesIrae, nie ma to jak w nieskończoność się dzielić aż zostaniesz sam ze swoimi poglądami i nazwiesz je „jedynym prawdziwym libertarianizmem”… No cóż, podobny grzech popełnił autor tekstu porównującego szkołę austryjacką ze szkołą chicagowską dostępny tutaj na IM. Zamiast podkreślić co nas łączy a łączy te dwie szkoły naprawdę wiele to smaruje się bełkocik na dwie strony o tym jak 5% różnic jest istotne… Ręce opadają.

  8. @ fender

    „przybliżanie kształtu państwa do ideału liberalizmu nie jest tożsame z krokiem w kierunku libertariańskiej utopii”

    Komu blizej do Rothbarda? Misesowi czy Hobhousowi?

  9. @Mateusz Porzucek

    O ile zgadzam się z krytyką rozdzielania „prorynkowego włosa na czworo”, o tyle wrzucanie do tego samego worka sporu Chicago-Wiedeń to nie to samo. Zalecenia klasycznego liberalizmu to mniej konsekwentny libertarianizm, ale przesłanki bywają takie same. Z kolei Austriaków i ludzi znad wielkich jezior dzieli na gruncie teorii znacznie więcej – przede wszystkim deklarowana metodologia i poglądy na podstawę praw własności i dobrze jest o tym napisać.

    O ile w sporach politycznych należy szukać sojuszy, o tyle należy też tłumaczyć różnice. Na przykład na własnym podwórku mamy Austriaków freebankerów i stuprocentowców. Choć sympatyzuję z jedną z tych grup nie mam oporów, aby napić się piwa z drugą i „na zewnątrz” wystąpić jako przedstawiciel jednego, nieco heterogenicznego nurtu. Myślę, że podstawa to kultura dyskusji i tyle.

    Pozdrawiam.

  10. @Mateusz Porzucek: Uważam, że należy rozdzielić działalność naukową od politycznej. W polityce podstawą jest efektywność – maksymalizacja liczby zrealizowanych postulatów. W tym celu liberałowie i libertarianie lub też chicagowcy i austriacy powinni się jednoczyć i forsować kwestie kluczowe dla całego ruchu „wolnościowego”. W nauce i filozofii natomiast chodzi o dążenie do prawdy – nie ma więc powodu, dla którego należałoby się powstrzymywać przed publikacją faktów odkrywających fundamentalne różnice pomiędzy „wolnościowymi” grupami. To jest rozwijające intelektualnie i pozwala lepiej zrozumieć cały kontekst. Ja zawsze traktowałem teksty na IM jako naukowo-filozoficzne właśnie, a nie sensu stricte polityczne.

    A ponadto – czasem warto jednoznacznie odciąć się od szkoły chicagowskiej, żeby nie odpowiadać za ich błędy. 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Nasi darczyńcy