Machaj: Ekonomia parytetów i związków partnerskich

3 listopada 2011 Audio komentarze: 26

Autor: Mateusz Machaj
Wersja PDF

Posłuchaj komentarza w wersji audio (mp3, 4MB).

parytetyPo ostatnich wyborach parlamentarnych w Polsce stopniowo powraca debata dotycząca związków partnerskich oraz parytetów. Niestety, zgodnie z naturą polityki cała dyskusja jest mocno zideologizowana. Do problemu można jednak podejść bardzo ekonomicznie, ponieważ umożliwia to sformułowanie pewnych uniwersalnych obserwacji o tych i innych pomysłach. Naukowe wnioski z tych obserwacji zachowują swoją moc niezależnie od tego, jaki światopogląd wyznajemy. Właśnie w tym tkwi siła ekonomicznego rozumowania i jego przewaga nad ideologizacją rzeczywistości.

Przede wszystkim należy podkreślić, że żyjemy w systemie, który jest regulowaną gospodarką rynkową. To oznacza, że chociaż aparat przymusu ustala w dużym zakresie funkcjonowanie mechanizmów rynkowych, to jednak samo ich działanie nie podlega dyskusji. Po upadku systemów centralnego planowania większość ekonomistów akceptuje to, że rynek jest podstawową gospodarczą instytucją. Kwestią dyskusyjną pozostaje tylko, w jakim stopniu państwo powinno w ten rynek interweniować.

Rynek spełnia niezwykle ważną funkcję, jaką jest adekwatna alokacja zasobów. Opiera się na swobodzie umów i pozwala na zatrudnianie czynników produkcji tam, gdzie są najbardziej potrzebne. A zatem prawdziwie konkurencyjny rynek, skuteczny w dostarczaniu dóbr konsumentom, to rynek opierający się na dużej mobilności czynników produkcji. Mobilność czynników produkcji jest zagwarantowana wtedy, kiedy państwo nie wkracza ze swoimi niepotrzebnymi klasyfikacjami tych czynników, które utrudniałyby ich alokację i realokację.

Przykładem takiego ograniczenia jest rejestrowanie przez państwo płci obywatela zaraz po jego urodzeniu na podstawie kryteriów biologicznych. Tymczasem społeczeństwo jest zbudowane na relacjach dużo poważniejszych niż kryteria biologiczne. Co więcej, człowiek, stopniowo wrastając w społeczeństwo, wykształca całą masę charakterystyk znacząco oderwanych od jego biologiczności. Dlatego w celu zwiększenia mobilności czynników produkcji należałoby zlikwidować administracyjne określanie płci obywatela. O ile może ono mieć sens początkowo (gdy na noworodka spogląda się okiem biologa), o tyle z punktu widzenia mechanizmu rynkowego z czasem płeć powinna być określana deklaratywnie.

Innymi słowy dla mobilności czynników produkcji poważny problem stanowi to, że dzisiaj obywatel nie może pójść do urzędu i nie może zadeklarować zmiany swojej płci, tak jak zmiany adresu zamieszkania. Takiej swobody wymaga natomiast mobilność czynników. Człowiek jest przede wszystkim tworem psychicznym i społecznym, a nie czysto anatomicznym; w związku z tym całkowicie ekonomicznie nieuzasadnione jest określanie płci za pomocą swoistej decyzji administracyjnej. Jeśli rynek ma działać skutecznie, to każdy powinien móc wybrać swoją płeć — obywatelowi powinno przysługiwać prawo zadeklarowania urzędnikowi, że jest np. kobietą, mimo że zdaje się posiadać ciało mężczyzny.

Obecnie informacja o zmianie płci wymaga zaangażowania mnóstwa czasu, zasobów, administracji i aparatu sądowego. Z punktu widzenia mechanizmu rynkowego to zupełne marnotrawstwo. Swobodna deklaracja dotycząca własnej płci umożliwiłaby uwolnienie rynku czynników produkcji ze sztucznych biologicznych ograniczeń. Jednocześnie znikłaby niepotrzebna administracyjna dyskryminacja tych czynników produkcji — deklaratywność płci oznacza również, że ustawowe rozróżnienie na „kobietę” i „mężczyznę” straciłoby swój pierwotny sens; zamiast niego wszędzie funkcjonowałoby skutecznie określenie „człowiek”. Prawdziwa równość i obojętność prawa na płeć zostałyby osiągnięte[1]. Niezależnie od tego możliwe stałoby się wreszcie wprowadzenie parytetów 50/50. Co więcej, w liberalnym wariancie deklaratywności płci, który sprzyjałby mniejszościom seksualnym, cały spór o parytety zniknąłby od razu.

Drugą kontrowersyjną sprawą są tzw. związki partnerskie, które pozwalałyby rozliczać się wspólnie różnym parom osób, ułatwiać dziedziczenie, zmniejszać opodatkowanie etc. Samo rozwiązanie to krok w stronę przywrócenia bardziej rynkowej alokacji zasobów, tak aby unikać obciążeń fiskalnych i parafiskalnych aparatu administracyjnego. Idea jest zgodna z duchem regulowanej gospodarki rynkowej, jeśli celem ma być sprawna alokacja prywatnie posiadanych zasobów. Pomija się tu jednak dwie rzeczy.

Po pierwsze, pod znakiem zapytania należy postawić ideę państwowych małżeństw. Z punktu widzenia dystrybucji i produkcji marnotrawstwem jest angażowanie na koszt podatników aparatu państwowego do organizowania ceremoniałów. Po to w regulowanej gospodarce rynkowej istnieją możliwości zakładania kościołów czy klubów, aby ceremoniały przeprowadzać za prywatne pieniądze i w zgodzie z własnymi preferencjami. Wprowadzanie państwowych pojęć „mąż” i „żona” to kolejne przykłady niepotrzebnego nazewnictwa czegoś, co mogłoby bez problemów zniknąć z ustawodawstwa (jeśli tym nazwom przypisuje się pewne przywileje, to można je rozszerzyć na większą grupę ludzi).

Po drugie zaś, sama koncepcja „związków partnerskich” zdaje się niewolnikiem rozpowszechniania światopoglądu, który często określa się jako patriarchalny. Nadmierne wspieranie przez państwo idei monogamicznego i heteroseksualnego związku bywa krytykowane jako przejaw niepotrzebnej indoktrynacji. Jednak idea wprowadzenia „związków partnerskich” również jest nasycona wirusem monogamii oraz pewnej wersji seksualności.

Najważniejsza jest strona ekonomiczna — gospodarka skorzysta na swobodnej dystrybucji zasobów. To, czy ktoś z kimś znajduje się w stosunku seksualnym oraz czy jest to w pewnej sferze monogamiczna relacja seksualna, staje się całkowicie nieistotne. Fascynacja obecną wersją „związków partnerskich” to owoc fascynacji ideami „patriarchalnymi”. Aby alokacja zasobów była sprawna, zamiast wprowadzać „związki partnerskie”, należałoby raczej znieść małżeństwa i wprowadzić na ich miejsce „umowy stowarzyszeniowe”, do których mogłaby przystępować dowolna liczba ludzi, dowolnej płci (która mogłaby być swobodnie zmieniana).

Z punktu widzenia ekonomii (a ideologii szczególnie) niezrozumiałe jest wprowadzanie przywilejów dla dwóch osób homoseksualnych, a ograniczanie przywilejów „kobiet” pragnących mieć kilku „mężów” i kilka „żon” albo ograniczanie przywilejów „mężczyzn”, którzy chcą mieć kilka „żon” lub kilku „mężów”. W dodatku jest całkowicie niezrozumiałe, jakie znaczenie dla kwestii majątkowych ma ewentualne seksualne współżycie tych ludzi. Dlaczego wspólnie nie mogą się rozliczać rodzeństwa, rodziny, sąsiedzi albo koledzy z pracy? Dlaczego, jeśli mają się rozliczać, muszą się grupować w dwójki i to w dodatku w dwójki, które ze sobą sypiają? Czyż nie jest to skutek nadmiernej fascynacji zasadami tradycyjnego małżeństwa, do którego chce się wprowadzić międzypłciową substytucję?

Podsumowując: poprawna alokacja kapitału i pracy wymaga swobodnej, nieograniczonej niepotrzebną administracją możliwości przenoszenia zasobów. Mogłoby to zostać osiągnięte za pomocą wprowadzenia deklaratywności płci (przed wprowadzeniem parytetów), a także dzięki zniesieniu małżeństwa i wprowadzeniu „umów stowarzyszeniowych” możliwych do zawarcia między dowolną liczbą ludzi.

Gdzie leży problem? W tym, że „umowy stowarzyszeniowe” mogą rodzić pewne kłopoty fiskalne? Zatem teraz rozmawiamy o kwestiach ekonomicznych, a nie ideologicznych? No cóż — najwyższa pora.

 


[1] Nie zmienia to oczywiście faktu, że gdyby obywatel np. podpisał umowę z firmą ubezpieczeniową, ta zgodnie z zasadami pomiaru i wyceny ryzyka mogłaby klasyfikować człowieka w dowolne grupy według własnego uznania (tak aby dostarczać odpowiednio wycenione polisy i zwiększać przez to ogólne korzyści dla konsumentów). Regulamin byłby tutaj określony zasadą swobody umów.

 


Podobał Ci się artykuł? Chcesz czytać ich więcej? Wesprzyj mises.pl!


Podobał Ci się artykuł?

Wesprzyj nas
Mateusz Machaj

O Autorze:

Mateusz Machaj

dr hab. Mateusz Machaj - Instytut Nauk Ekonomicznych Uniwersytetu Wrocławskiego, założyciel oraz główny ekonomista Instytutu Misesa.

Pozostałe wpisy autora:

26 Komentarze “Machaj: Ekonomia parytetów i związków partnerskich

  1. Z punktu widzenia „ekonomicznego” bardzo możliwe, że tak jest. Jednakże ten punkt widzenia staje się mało istotny, gdy rozmawiamy o płci i związkach. Związki oprócz aspektu ekonomicznego (łaczenie majątków, rodów itp) posiadają także aspekt uczuciowy. Jak bowiem inaczej nazwać mezalians? Ludzie to nie tylko maszyny. Bardzo możliwe, że dla Ekonomi, czy też wolnego rynku najlepsze byłoby deklarowanie płci (o płci decydowałoby upodobanie podmiotu w danym okresie, być może decydowałby rynek), a związki byłyby takiego rodzaju jaki życzyłyby sobie strony(umowy). Ale czy o tym, że śliwka jest śliwką, też miałby ktoś decydować? Czy decydowałby o tym rynek? Pomyślmy, że ktoś chce kupić dwie tony złota. Umowa jest podpisana i facet przywozi dwie tony czarnego, polskiego złota. I … do sądu. Upraszczamy sobie życie w taki sposób, że wiemy … na ogół co to jest jabłko (są różne) i w 99,99% wiemy co to jest mężczyzna a co kobieta. Wiemy też, że nie zatrudnię do męskiego klubu do tańca na barze faceta. Do noszenia mebli raczej nie zatrudnię pani (tak na 99%)i to nie dlatego, że nie lubię kobiet. W prawie istnieje pewien rodzaj umowy, który jest nazwany małżeństwem. Ułatwia to parę rzeczy – zawarcie takiego aktu tłumaczy w miarę dokładnie co tam się działo i dziać będzie. Małżeństwo pociąga za sobą kilka następstw. Oczywiście samo dobranie się w parę wynika zupełnie z innych pobudek niż ekonomicznych (choć może i z takich!). Tak jak łatwiej mi pójść do sklepu i kupić, po prostu kupić chleb niż podpisywać umowę, ustalać jej warunki za każdym razem, ponieważ jest standardowa umowa, zwyczaj zawarowany prawem, tak łatwiej mi zawrzeć małżeństwo niz zawiązać umowę o świadczeniu sobie nawzajem i ewentualnemu potomstwu pewnych usług, opieki itp. Z punktu widzenia ekonomii dodatkowe ulgi, udogodnienia dla małżeństw są bezsensowne. Ktoś inny mógłby zawiązać taką samą umowę nawet we trójkę, w piątkę – czemu nie? Tak nie jest. Małżonkowie mogą się rozliczać razem (ulga – wyjątkowe prawo), dziedziczą po sobie, adoptują dzieci i jeszcze inne takie, których nie pamiętam. Niektóre z tych praw są jedynie ekonomiczne – inne wynikają z tradycji i kultury. Ekonomiczne możnaby zdjąć (jak nie ma obciążenia, nie ma ulg).

  2. „że żyjemy w systemie, który jest regulowaną gospodarką rynkową” – optymista! Ja bym powiedział – gospodarką przydziałowo-etatystyczną ze znamionami kapitalizmu 😉

    A tekst, jak zwykle, Panie Machaj, klasa!

  3. @Machaj

    „Kwestią dyskusyjną pozostaje tylko, w jakim stopniu państwo powinno w ten rynek interweniować.”

    Stopień dzisiejszej interwencji w rynek najłatwiej ocenić słuchając „wolnorynkowych” ekonomistów takich jak np. Arthur Laffer, twórca tzw. „krzywej Laffera”, doradca ekonomiczny Reagana – tutaj w rozmowie z WOLNORYNKOWYM ekonomistą Peterem Schiffem:

    http://www.youtube.com/watch?v=DpHZ-c3kw98

    Można też ocenić na podstawie zaangażowania państwa w redystrybucje. Wikipedia podaje 4 rodzaje redystrybucji:

    (1) redystrybucja dobrowolna – zasada produktywności – zakłada, że każdy podmiot ma nienaruszalne prawo do produktów swojej pracy i kapitału i dlatego redystrybucja jest możliwa tylko na zasadzie dobrowolnych transferów.

    (2) redystrybucja startowa – zasad równych szans – redystrybucja dozwolona tylko w celu wyrównania „startu” jednostki na wolnym rynku np. poprzez państwową edukację ubogiej młodzieży.

    (3) redystrybucja ciągła – zasada niwelowania skrajności – podejmowanie działań przez państwo w zakresie zapewniania dostępu do dóbr podstawowych jak i regulowaniu dochodu do potrzeb danego człowieka.

    (4) redystrybucja totalna – zasada równego
    statusu – redystrybucja jest ciągła i całkowita. Status materialny jednostki nie jest związany z posiadanymi możliwościami i jej pracą.

    Imo dzisiaj mamy do czynienia z redystrybucją typu 4, ewentualnie czymś pomiędzy 3 i 4 – jesteśmy zatem przy końcu skali. Postulaty redystrybucji na odcinku operacji zmiany płci, rozdawania prezerwatyw, ratowania „świętych miejsc pracy” (korporacje, banki), wreszcie fakty, że w takiej RFN budżet ministerstwa zdrowia wzrósł pomiędzy 2005 a 2010 rokiem o 350% – te i inne zjawiska są jednoznacznym dowodem na to, że bezczelność politycznych decydentów, widzących w redystrybucji prostą drogę do koryta, oraz zdemoralizowanie „mi też się należy” plebsu przekroczyły WSZELKIE normy i że redystrybucja nie ma już NIC wspólnego z opcją nr 2 (o opcji nr 1 nawet nie wspominam).

  4. Dodam od siebie, że umowy stowarzyszeniowe miałyby szanse rozwiazac kilka problemow spolecznych.

    Oczywistym dla mnie skutkiem umow stowarzyszeniowych jest mozliwosc przystepowania do umow osob nie posiadajacych dochodow, co skutkowaloby mniejszym obciazeniem fiskalnym dla pozostalych dobrze zarabiajacych czlonkow takiej umowy. Jestem w stanie sobie wyobrazic, ze w zamian za darowizne do umow stowarzyszeniowych przyjmowane bylyby osoby bezrobotne – co stanowiloby swobodny przeplyw pieniadza w kierunku potrzebujacych i to BEZ POSREDNICTWA URZEDNIKOW!

    Niegdyś palce problemy spoleczne byly rozwiazywane przez spolecznosci lokalne z energia oddolnej inicjatywy. Dzis ludzie oduczeni odpowiedzialnosci za samych siebie ze rozwiaze to za nich aparat panstwowy. Dajac stosowne narzedzie moznaby przywrocic naturalny porzadek rzeczy.

  5. Czy człowiek, będący „przede wszystkim tworem psychicznym i społecznym, a nie czysto anatomicznym” powinien mieć prawo rejestrowania w urzędzie faktu, że nie czuje się już człowiekiem, co wynikałoby z jego budowy anatomicznej a co urząd nieopatrznie założył w momencie jego narodzin a człowiekiem-psem?

  6. O ile popieram zrezygnowanie z małżeństw rejestrowanych przez państwo (choć uważam, że jest wiele rzeczy, które należało by wcześniej zmienić), to ciężko mi się zgodzić na uznawanie płci na podstawie deklaracji.

    Płeć jest cechą biologiczną, którą (zazwyczaj) można jednoznacznie określić. Tak jak kolor oczu czy wzrost. Określając płeć jako „to co sobie ktoś zadeklaruje” pozbawiamy to słowo jakiegokolwiek znaczenia. W zamian za to uzyskujemy nędzne obejście niektórych[0] przepisów.

    [0] W porównaniu z innymi niezbyt kłopotliwych.
    [1] Choćby z tego powodu, że im mniej słów o dobrze określonym znaczeniu tym ciężej prowadzić dyskusję.

  7. A mnie się wydaje, że tutaj trzeba jeszcze wziąć pod uwagę kwestię szeroko rozumianej kultury i tradycji. Podejrzewam, że wszystkie regulacje dotyczące małżeństwa miały na celu wzmocnienie rodziny. Podejrzewam też, że mogą przynieść skutek odwrotny do zamierzonego: ludzie są na siłę wtłaczani w pewne ramy sprzeczne z ich systemem wartości (do których często nie dojrzeli) i na siłę chronieni przez państwo przed skutkami swoich (często nieodpowiedzialnych) działań. Prowadzi to do tego, że i tak dochodzi do rozkładu tradycyjnego modelu rodziny. Do tego ludzie, którzy przyjmują „nieefektywnie społeczne” systemy wartości, są chronieni przez państwo i nie odczuwają od razu skutków swoich wyborów. W tym kontekście specjalne przywileje dla par homoseksualnych (włącznie z adopcją dzieci) są już szczytem absurdu. Dojdzie do tego, że pary, które z natury rzeczy nie mogą być płodne i mieć potomstwa i którym większość heteroseksualnych rodziców nie powierzyłaby swoich dzieci, będą miały przywilej posiadania tegoż „potomstwa”.

    Wychodzi na to, że nie da się zadbać o rodziny wbrew nim samym. Nie da się administracyjnie narzucić ludziom porządku wartości, do którego sami nie dorośli.

    Myślę, że jednocześnie trzeba sobie zdawać sprawę, że społeczeństwo, które nie jest zakorzenione w jakimś realnym systemie wartości, nie przetrwa.

  8. Przyznam się, że trochę nie rozumiem tej części o płci. Piszesz, Mateuszu, o tym, że rynek adekwatnie alokuje zasoby, jednak nie uważam, aby płeć stanowiła „zasób” w jakimkolwiek znaczeniu tego słowa. Nie możemy jej posiadać tak samo, jak posiadamy np. sztabki złota. Ona jest naszą immanentną cechą.
    Problemem nie jest zatem, jak mi się wydaję, rejestracja płci obywatela zaraz po urodzeniu, tylko w ogóle rejestracja urodzin i ewidencja ludności.
    Pozdrawiam Serdecznie!

  9. Wolny rynek dość mocno wytrzebił by związki partnerskie bez pomocy państwa, a dlaczego?
    Wolny rynek to:
    -Rozdzielność majątkowa.
    -dobrowolne uznanie dziecka przez ojca.
    -małżeństwo byłoby umową majątkowo-osobową, nie tylko pomiędzy mężem i żoną, ale także resztą rodziny(zrękowiny).
    -altruizm krewniaczy(miłość) to najmocniejszy egoizm
    jaki istnieje na tej planecie i jest wyjątkowo mocno tępiony przez współczesną ponowoczesność.
    -ludzie by wybrali od razu własność rodową w postaci fundacji rodzinnej, z własnym prywatnym statutem(zadruga)
    -Małżeństwo jest jedyną formą umowy społecznej rozpoznawanym na całym świecie(globalizacja).
    Kłania się antropologia, polecam.

  10. naginanie rzeczywistości do sztucznego systemu podatkowego – bez sensu i wogóle nie wolnościowe. Podatki powinny być proste i niskie a pewne kwestie biologiczne jednak determinują tożsamość. Więcej nie chce mi się pisać bo już późno.

  11. Tak głupiego art. Już dawno nie czytałem, nie mozna wezystkiego rozpatrywać przez soczeeke ekonomii. prowadzi to do właśnie takich wypaczen. Najważniejsza czescia społeczeństwa jest rodzina tradycyjna, pozbadz się tego a ekonomią też padnie. W ekonomii wartosci, moralność i uczciwość mają też znaczenie, mimo że są niedefiniowalne. Widać autor o tym zapomniał

  12. @14 Jakich wypaczeń? Dlaczego moralność i uczciwość miałyby być niedefiniowalne w ekonomii i dlaczego autor miałby o nich zapomnieć?

  13. Już dawno po dyskusji, ale może jeszcze ktoś zajrzy z opóźnieniem, jak ja 😉

    Mnie nasuwa się jedno pytanie: Jaki sens mają parytety z punktu widzenia wolnorynkowego? Niezależnie od tego, czy mówimy o parytetach płci, orientacji seksualnej, rasy czy koloru włosów, to są one fundamentalnie sprzeczne z prawem własności i ze swobodą zawierania umów. Jak można uzasadnić zmuszanie człowieka, by zatrudnił kogoś nie na podstawie własnej oceny przydatności tej osoby, czy jakiegokolwiek kryterium, które sam uznał za decydujące, a na podstawie odgórnej, arbitralnej decyzji urzędniczej? Wolny uczestnik gospodarki powinien sam decydować, z kim chce współpracować, komu oferować swoje towary lub usługi, a komu nie. Rynek sam te wybory oceni.
    Parytety nie mają żadnego sensownego uzasadnienia, są obarczone dużym ryzykiem negatynego wpływu na alokację zasobów (bo nie wybieramy najlepszego kandydata do współpracy, ale przedstawiciela tzw. mniejszości społecznej), a ponadto nie sprawdzają się w praktyce, co można prześledzić na podstawie gospodarczej polityki anty-rasistowskiej w USA (sztuczne zmuszanie ludzi do kontaktów doprowadziło jedynie do powstania napięć i konfliktów; cały postęp w tej dziedzinie dokonał się na drodze dobrowolnych relacji).

  14. Co do małżeństw, już się nie będę rozpisywał, ale po krótce wspomnę. Małżeństwa państwowe to farsa, na dodatek nikomu nie potrzebna. Jeśli chcemy wspierać tradycyjną rodzinę ulgami i przywilejami, to nie powinny one przysługiwać za posiadanie papierka, który można w każdej chwili unieważnić, ale za posiadanie dzieci (czy to własnych czy adoptowanych). Tylko to ma ekonomiczne i społeczne. A jeśli osoby tej samej płci w dowolnej liczbie czy ktokolwiek inny chce zawrzeć umowę i nazywać ją małżeństwem, to nikt nie powinien im tego zabraniać. Tak samo nikt nie powinien zmuszać tradycjonalisty, żeby on to małżeństwem nazywał.
    Co do deklaracji płci, patrząc na mój komentarz odn. parytetów powyżej, nie widzę korzyści takiego rozwiązania. Płeć sama w sobie nie powinna mieć nadmiernego wpływu na relacje człowieka z państwem, więc po co ją deklarować?

  15. Małżeństwa heteroseksualne mają przywileje bo mogą robić dzieci i tylko wyłącznie dlatego, inne nie mogą choćby na głowie stawali, mogą jedynie wychowywać adoptowane czy z innych związków. Państwa zgadzają się na przywileje dla małżeństw własnie z tego prostego powodu, choć cała istota małżeństw przy założeniach systemu podatkowego który ma to gdzieś też przestaje mieć znaczenie.

  16. @2
    A do czego w kwestii uczuciowej potrzebne jest państwo? Każdy sobie zdaje sprawę że małżeństwo to nie tylko kwestie ekonomiczne, ale także uczuciowe. Z tym że czy do kwestii uczuciowych potrzebujesz państwowego papierka?

  17. „Małżeństwa heteroseksualne mają przywileje bo mogą robić dzieci i tylko wyłącznie dlatego, inne nie mogą choćby na głowie stawali, mogą jedynie wychowywać adoptowane czy z innych związków.”

    Związek dwóch lesbijek jest potencjalnie dwukrotnie „wydajniejszy reprodukcyjnie” niż para heteroseksualna, jeśli już patrzeć na ludzi głównie przez taki pryzmat 😉 W związkach, z punktu widzenia państwa przydatne są też takie cechy jak stabilność, oparcie w drugim (trzecim i dziesiątym też) człowieku które owocuje silniejszymi psychicznie jednostkami, a siła państwa tkwi właśnie w silnych, świadomych siebie i mających poczucie bezpieczeństwa obywatelach. Niedopuszczanie do pewnych sfer życia i możliwości jak. np. adopcja, dziedziczenie itp., tworzenie podziału urzędowego na „my, heteroseksualni, normalni, ze ślubem” i „tych innych, dziwnych, co to lepiej, żeby do dzieci nie podchodzili” prowadzi do sztucznego wywyższania (a więc m.in. obniżenia świadomości!) jednych, obniżenia poczucia wartości i bezpieczeństwa drugich, a w konsekwencji do osłabienia wszystkich obywateli i państwa.

  18. „siła państwa tkwi właśnie w silnych, świadomych siebie i mających poczucie bezpieczeństwa obywatelach.”

    Chyba odwrotnie: im obywatele bardziej ogłupieni, słabsi, ubezwłasnowolnieni i rozbrojeni, tym państwo silniejsze.

  19. Siła ludzi, społeczeństwa czy narodu jako zbioru jednostek, suwerennych w swoim decyzjach.
    Jeśli jednak myśleć o państwie jako o etatystycznej maszynie, kirujacej poczynaniami obywateli, to ta siła jest przywszczona, im więcej się traci takiej siły, tym mniej mniejsze będzie bezpieczeństwo. Dla niektoryxh za to poczucie bezpieczeństwa może być większe, w końcu każdy może się mylić.

  20. Jestesmy pierwszym w historii Europy pokoleniem, które nie przeżyło wojny.Proponuję każdemu głobokie zastanowienie się nad skutkami tego faktu.
    Widać prof. Machaj jest jednym z dowodów zasadniczego skutku życia bez wojny. Kryzysu rozumu. Pokolenie bez wojny żegna się z rozumem.
    A co będą miały pod czaszką dzieci takiego pokolenia?

  21. @24

    Jam prosty chłop, który podobnie jak moje pokolenie nie doświadczył wojny. Nie pojmuję też tego postu. Jeśli możliwe byłoby wytłumaczenie co oznacza, do czego zmierza.

    Pokolenie nie doświadczyło wojny, jakiż jest tego wniosek? W jaki sposób prof. Machaj (lub ktoś inny) ma być tego dowodem? Dowodem czego konkretnie, bo tutaj umknęła mi teza?
    Kryzys rozumu? Ja zdecydowanie tego nie pojmuję, gdzieś mi umykają słowa, które wydają mi się być gdzieś pomiędzy.

  22. A ja chcę pogratulować Panu Mateuszowi zdobycia tytułu profesora. Jak już dwie osoby tak napisały to nie może to być pomyłka.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Nasi darczyńcy