Chrupczalski: Exposé i duch Keynesa

1 grudnia 2011 Audio komentarze: 14

Autor: Szymon Chrupczalski
Wersja PDF

Posłuchaj komentarza w wersji audio (mp3 6,86MB).

Analizując niedawne exposé prezesa Rady Ministrów, Donalda Tuska, trzeba dojść do przekonania, że duch Johna M. Keynesa wykazuje ostatnio niezwykłą aktywność i z uporczywą złośliwością podmienia politykom teksty wystąpień.

Na szczególną uwagę zasługuje fragment wystąpienia premiera:

 

Wydaje się także, o tym jeszcze parę słów powiem przy kolejnym punkcie, że podniesienie o dwa punkty procentowe składki po stronie pracodawców dzisiaj, przynamniej na czas kryzysu — ja nie wiem, co zrobią moi następcy, ale dlatego mówimy o tej kadencji, o czterech latach, że na ten czas podniesienie tej składki, wydaje się, że w sposób niewielki spowoduje domknięcie strumienia pieniędzy, który mógłby znaleźć się na rynku.

 

Mówiąc prościej: premier zapowiedział podniesienie podatku od pracy, technicznie księgowanego w państwowym budżecie jako składka rentowa, a jako płatnika wskazał przedsiębiorców — pracodawców. Do polityki obniżania jednych obciążeń podatkowych i cichego zwiększania innych obciążeń „dla dobra obywateli” zdążyliśmy się przyzwyczaić, ale w tym przypadku uzasadnienie, które odczytał premier — zapewne nieświadomy keynesowskiej pułapki — jest szczególne:

 

Ponieważ dzisiaj tak to oceniamy i statystyki tutaj są dość jednoznaczne — dzisiaj firmy i przedsiębiorstwa nie są skłonne, przynajmniej ze względu na to kryzysowe zagrożenie, wydawać pieniądze. I dlatego jest duże prawdopodobieństwo, że istotna część środków, która wpłynie do budżetu państwa z tytułu podwyższenia składki o dwa punkty procentowe, to są pieniądze, które w innym przypadku leżałyby raczej na lokatach, niż pracowały w gospodarce. Mówimy o tym czasie kryzysowym.

 

Jeśli właśnie to chciał powiedzieć premier, lepiej zabrać przedsiębiorcom oszczędności i redystrybuować je za pomocą systemu świadczeń socjalnych i państwowego rozdawnictwa w taki sposób, aby zostały wydane od razu na konsumpcję, ponieważ wówczas będą „pracowały w gospodarce”.

Akumulacja oszczędności nie jest jednak marnotrawstwem — czy którykolwiek z polskich przedsiębiorców pozwoliłby sobie na rozrzutność w „czasie kryzysowym”? Przedsiębiorstwa nie znają przyszłych kursów walutowych, popytu zagranicznych i krajowych kontrahentów czy przyszłego poziomu opodatkowania. Dlatego tworzenie poduszki kapitałowej jest zabezpieczeniem na niepewne czasy, ekonomiczną oczywistością.

 

Stare idee w nowych szatach

Poglądy o bezproduktywnych oszczędnościach czy o zgubnym wpływie oszczędzania są starsze niż Ogólna teoria zatrudnienia, procentu i pieniądza Keynesa — pojawiały się u Thomasa Malthusa, u marksistów czy w książce Business without a Buyer Williama T. Fostera i Waddilla Catchingsa z 1927 r. Według tych ostatnich autorów wyrzeczenia oszczędzających mogą się skończyć rozczarowaniem, ponieważ system gospodarczy nie jest w stanie produktywnie zagospodarować nowych oszczędności. Foster i Catchings przyjęli statyczną wizję gospodarki, w której zwiększone inwestycje przyczynią się co prawda do wzrostu ilości dóbr konsumpcyjnych, lecz nie zwiększą zagregowanego popytu konsumentów. Rynek zostanie zalany towarami, których nie można sprzedać za cenę wyższą niż koszty produkcji, a gospodarka wpadnie w recesję.

Friedrich A. von Hayek obalił pozorny paradoks oszczędności oraz wyjaśnił proces kapitalistyczny, wysuwając argumenty przeciw teorii Fostera i Catchingsa w 1929 r. w artykule Gibt es einen „Widersinn des Sparens”?, później wydrukowanym jako The „Paradox” of Saving, i do dziś trudno o trafniejszą argumentację.

Hayek twierdził, że:

 

jest logiczną sprzecznością uważać, że wzrost konsumpcji przejawia się jako wzrost inwestycji, ponieważ inwestycje mogą rosnąć jedynie dzięki wzrostowi oszczędności[1].

 

Można się tu posłużyć najprostszym przykładem szkoły austriackiej: jeśli Robinson Crusoe poświęca cały swój dzień na łowienie ryb, które później od razu zjada, musi się powstrzymać przez kilka dni od konsumpcji całego swojego połowu i zgromadzić zapasy, aby potem móc przeznaczyć określony czas wyłącznie na budowę sieci. W rezultacie dzięki sieci, czyli prymitywnemu kapitałowi, będzie mógł łowić więcej ryb w krótszym czasie, niż robił to wcześniej.

W realnej gospodarce dobrowolne oszczędności stają się inwestycjami za pośrednictwem rynków finansowych. Jeśli oszczędności pieniężne są zgromadzone na lokatach, nie oznacza to tezauryzacji, czyli chomikowania pieniędzy, lecz większą dostępność kredytu i nacisk na obniżenie stopy procentowej (abstrahując od bieżącej polityki monetarnej i fiskalnej), co jest sygnałem do inwestowania. Hayek argumentuje, że większa produktywność gospodarcza i wzrost dobrobytu muszą oznaczać najpierw względnie zmniejszoną konsumpcję. Odwołując się do teorii austriackiej, Hayek wyjaśnia pojęcie kapitału jako różnorodnego zbioru dóbr (od kopalń po jednostki badawcze czy transport) oraz złożonego, wieloetapowego procesu produkcji. Rolą przedsiębiorców jest łączenie kapitału oraz pracy w najbardziej wydajny sposób, na podstawie pieniężnej kalkulacji ekonomicznej, która sprowadza kapitał do wspólnego mianownika. Zysk mają najbardziej skuteczni przedsiębiorcy — to najcenniejsza informacja od konsumentów, mówiąca o właściwym zaspokajaniu ich potrzeb. Kryzys jest o tyle szczególnym, wspaniałym dla przyszłego rozwoju momentem, że właśnie wówczas niezyskowne inwestycje są likwidowane, a uwolniony kapitał trafia do przedsięwzięć uznanych przez konsumentów za najbardziej pożyteczne.

Inwestycje implikują zmianę całej struktury produkcji — powstają nowe etapy produkcji, a procesy stają się bardziej kapitałochłonne, dzięki czemu ta sama liczba pracowników może wyprodukować więcej dóbr w krótszym czasie. Nowa ulepszona produkcja daje więcej lepszych jakościowo dóbr i usług, lecz popyt pieniężny na te dobra i usługi wcale nie musi się zwiększać (zbędna jest polityka rozdawania pieniędzy) — wytwarzanie dóbr i usług staje się znacznie efektywniejsze, a nowe ceny, dostosowując się do bieżącego popytu, szybko spadają. Pozwala to na wzrost realnych płac i wzrost realnych dochodów właścicieli środków produkcji, co natychmiast przekłada się na wzrost dobrobytu. Warto zauważyć, że zmiany struktury produkcji i przechodzenie to bardziej efektywnych sposobów wytwarzania nie są poprawnie ujmowane w statystykach rządowych, które przesadnie skoncentrowane są na sektorze dóbr i usług konsumpcyjnych.

 

Rząd vs. obywatele

Nie może być żadnych wątpliwości, że to właśnie oszczędności, wynikające z powstrzymania się od konsumpcji, napędzają za pośrednictwem rynków finansowych inwestycje, a te dzięki „pracy w gospodarce” powodują wzrost dobrobytu. Dlaczego więc politycy, niczym doktor Frankenstein, próbują wskrzeszać od dawna martwe ekonomiczne fantasmagorie? Keynesowskie zabobony służą politycznym interesom i otrzymują milczące społeczne przyzwolenie. Odpowiedzialność polityczna w demokracji redystrybucyjno-populistycznej rzadko wykracza poza okres kadencji, więc wydaje się, że premier w exposé mógłby całkiem skutecznie zrzucić winę za eksplozję długu publicznego na poprzedni rząd, a za cztery lata po raz kolejny wygrać wybory. Działalność polityka opiera się też na założeniu, że wyborcy nie są wystarczająco wykształceni i rozgarnięci, aby pojąć sens i skutki wdrażanych właśnie pomysłów dotyczących polityki gospodarczej.

Jak pisał von Mises w Ludzkim działaniu: „Zrozumienie to nie przywilej naukowców, to interes każdego z nas”. Czy zatem dzięki powszechnej edukacji ekonomicznej, jaką zajmuje się m.in. Instytut Misesa, którykolwiek polityk odważy się za kilka lat na podobne słowa, nie narażając się na utratę popularności? Miejmy nadzieję, że keynesistowskie pomysły odejdą w końcu do lamusa.

 


[1] Za: Jesus Huerta de Soto, Pieniądz, kredyt bankowy i cykle koniunkturalne, Instytut Misesa, Warszawa 2009, s. 259.

 

Podobał Ci się artykuł?

Wesprzyj nas
Avatar

O Autorze:

Szymon Chrupczalski

Pozostałe wpisy autora:

14 Komentarze “Chrupczalski: Exposé i duch Keynesa

  1. Szef łódzkiego KASE zwrócił uwagę, że w keynesowskim rozumieniu może nastąpić chomikowanie oszczędności, które nie zostaną przekształcone w inwestycje (zwieszanie sald gotówkowych nie popycha automatycznie akcji kredytowej), czyli „savings glut” (keynesiści potwierdzają?:).
    Nie można oczywiście utożsamiać oszczędności, w sensie kategorii ekonomicznej, ze zwiększaniem sald gotówkowych, jednak (znów abstrahując od polityki monetarnej), oszczędności przekładające się na inwestycje zaczynają się często od zwiększania sald gotówkowych. Proces dalszy jest krokiem w kierunku rozwoju (albo jeśli mamy do czynienia z manipulacją monetarną, popchnięciem w boom cyklu koniunkturalnego).

  2. Ostatnio myślałem nad efektami zwiększania sald gotówkowych, i oczywisty efekt jest taki, że powstrzymywanie się od konsumpcji w celu zwiększenia sald i tak udostępnia na rynku więcej dóbr konsumpcyjnych do wykorzystania w procesach inwestycyjnych, więc automatycznie zwiększa ilość inwestycji, które można przeprowadzić do końca. Więc chowanie pieniędzy w skarpetę bynajmniej nie załamuje gospodarki.

  3. @2. 4.

    * Zależy kosztem czego. Jak salda rosną kosztem strumienia inwestycyjnego, to zmniejszają inwestycje. Jak rosną kosztem strumienia konsumpcyjnego, to zmniejszają konsumpcję. To po pierwsze.

    * Po drugie, opodatkowywanie na rzecz wydatków, jako metoda stymulowania konsumpcji to jakiś nonsens nawet wewnątrz keynesizmu. Jeżeli twierdzi się, że przedsiębiorcy inwestują w salda („kupują” pewność), to nie można potem przypuszczać, że jak się opodatkuje ich wydatki inwestycyjne, to oni to dodatkowe obciążenie sfinansują z salda. Saldo jest na niepewność, dodatkowo obciążenie będzie sfinansowane poprzez krańcową redukcje wszystkich strumieni (najprawdopodobniej): zarówno redukcję wydatków inwestycyjnych (mniej płac, mniejsze zatrudnienie), redukcje wydatków konsumpcyjnych (własnych) i redukcję salda (mniejsze wydatki inwestycyjne to mniej niepewności, mniej niepewności wymaga mniejszej wielkości salda)

    * A po trzecie, nie trzeba być Austriakiem, żeby być sceptycznym wobec keynesistowskich modeli wpływu salda na gospodarkę. Efekt Pigou, antycypowany już przez ex-Austriaka Gottfrieda Haberlera opisuje to zjawisko.

    Oczywiście, ceny nie są doskonale elastyczne, ale elastyczność cen jest funkcją spekulacyjnej aktywności przedsiębiorczej, której trzeba pozwolić działać… I tyle.

    W świetle punktu drugiego, Tusk nie ma nawet przyzwoitych doradców keynesistów najwyraźniej…

  4. Panowie z IM. Czy Wy naprawdę ciągle sądzicie, że taka głupia polityka ekonomiczna prowadzona jest z niewiedzy? Nie zauważyliście, że doprowadzenie do kryzysu może być najlepszą metodą koncentracji władzy?

    Np. pieniądz oparty na złocie nie jest niemożliwy ekonomicznie. Gdyby tak było w Libii nie było by rewolucji. Po prostu złoty denar sam by upadł. Widocznie w USA nie mieli takiej pewności 🙂

    Tak, wiem. Ktoś musi pisać i mówić, jak jest naprawdę…

    Żal mi tylko tych ekonomistów, którzy myślą, że z tym keynesizmem to jest tak na serio…

  5. @ Staszek:
    -czy salda rosną kosztem albo jednych, albo drugich wydatków? Nie znaju, doczytaju, założyłem nacisk na wydatki inwestycyjne (co widać zresztą w statystykach).
    -w zamyśle premiera, jeśli dobrze zrozumiałem, ma nastąpić przesunięcie od sald gotówkowych do wydatków czysto konsumpcyjnych, dokonywanych przez beneficjentów wyższych składek (rząd + otrzymujący świadczenia społeczne).
    -Ha, więc nie wierzysz w lepkość cen i rosnące pensje miliona urzędników? ;-)))

    @6 – podcinanie gałęzi, na której się siedzi, jest po prostu głupie. Takie historie zdarzają się w Zimbabwe, ale u nas? Nie chcę wierzyć w celowy rozkład gospodarki, w perspektywie kadencji keynesizm jest fajny i chyba traktowany serio, bo ładnie rosną cyferki w statystykach. Że potem kryzys? Rządzić będzie kto inny, a wyborcy zapomną.

  6. @8: A skąd Pan wie, że wszyscy siedzimy na tej samej gałęzi? Ludzie coś muszą produkować, żeby przeżyć. Muszą używać pieniędzy, które kto inny produkuje. Zabierając każdemu z mieszkańców Ziemi codziennie choćby po jednym cencie wąska grupa osób może całkiem nieźle prosperować, pomimo ogólnego spadku poziomu życia 🙂

  7. Nie przekonuje mnie ten artykuł. Być może byłby prawdziwy gdybyśmy mieli system całkowitej rezerwy ale tak nie jest; mamy przecież system rezerwy cząstkowej. Przyznam szczerze, że nie tylko nie wiem jakie są możliwości prowadzenia akcji kredytowej w chwili obecnej przy obecnych rezerwach ale nawet nie chcę wiedzieć. Z ilości ulotek i reklam zachęcających mnie bym się zadłużał, zadłużał, zadłużał i jeszcze trochę zadłużał wnioskuję jednak, że znaczne. No ok., zdaję sobie sprawę z tego, że ilość ulotek nie jest najlepszym wskaźnikiem jednak chyba zgadzamy się, że problemem nie jest brak kredytów, tylko wręcz ich nadmiar 😉

    Prowadzi mnie to do wniosku, że wyższy poziom oszczędności nie wpłynie na większą ilość inwestycji bo niby jak? W chwili obecnej można otrzymać wsparcie i realizuje się nawet najbardziej absurdalne projekty jak np. swiatkowtow.pl. Ciężko mi wyobrazić sobie by inwestycji było więcej bo już dziś jest ich bardzo dużo. Można byłoby się faktycznie zastanowić, czy większa ilość oszczędności nie wpłynie na zmniejszenie kosztów kredytów ale to jak dla mnie byłoby nielogiczne. Więcej lokat to przecież konieczność płacenia większych odsetek. Jeśli przyjmiemy, że rynek kredytów jest już dziś nasycony to nie jest to ekonomicznie uzasadnione. Oczywiście nie wiemy czy jest nasycony ale tak samo nie wiemy czy nie jest. Sygnały takie jak stały wzrost zadłużenia wskazują, że jest.

    Najlepszym dowodem na to, że banki nie potrzebują pieniędzy jest oprocentowanie lokat. Jakby na nie nie patrzeć to zawsze poniżej inflacji. Gdyby pieniędzy faktycznie brakowało to banki zabijałyby się o lokaty, a przynajmniej ja nie obserwuję tego zjawiska.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Nasi darczyńcy