Wozinski: A priori sprawiedliwości

9 grudnia 2011 Prawo komentarze: 55

Autor: Jakub Wozinski
Wersja PDF

Poniższy tekst jest częścią większej pracy, która dostępna jest w całości w języku angielskim oraz jako e-book po polsku pt. A priori sprawiedliwości. Libertariańska teoria prawa.

Wstęp[1]

Każda teoria prawa konstruowana jest na podstawie pewnej odpowiadającej jej koncepcji sprawiedliwości. Historia ludzkości pokazuje, że owo odniesienie rozumiano nieraz w sposób bardzo swobodny, mimo iż wydaje się to całkowicie niewyobrażalne z naukowego punktu widzenia. Tytuł tej pracy odwołuje się do teoretycznie uzasadnionego przekonania, iż sprawiedliwość nie jest czymś, co można ustalić w sposób arbitralny, lecz polega na właściwym odczytaniu rzeczywistości. Bliższe przyjrzenie się temu, czym jest prawo i na czym polegają jego zasady, przynosi w rezultacie pewien dający się jasno wyodrębnić szkielet, który można określić mianem a priori sprawiedliwości.

Współcześnie prawo stanowione jest przez parlamenty, które poddają projekty pod głosowana, a następnie ogłaszają je obowiązującymi w dziennikach ustaw. Tak praktykowane, prawo stoi w całkowitej sprzeczności z mechanizmami, na których które zbudowano cywilizację łacińską.

Najbardziej w całej tej sytuacji rzuca się w oczy bierna postawa społeczeństwa, które akceptuje narzucanie mu skrajnie nieuczciwych przepisów i zasad. Ludzie nie wykazują chęci do zmiany stanu rzeczy, będąc całkowicie przekonani, że nie mają na to żadnego wpływu. Tego rodzaju zobojętnienie poddał bardzo ostrej krytyce Étienne de La Boétie w swej Rozprawie o dobrowolnej niewoli:

 

O nieszczęśni, nędzni i głupi ludzie, narody pogodzone z własnym niepowodzeniem i ślepe na własne dobro! Na własnych oczach pozwalacie się pozbawiać większej części swej dochodów; wasze pola są plądrowane, wasze domy okradane, pozbawiani jesteście waszych pamiątek rodzinnych. Żyjecie tak, że nie możecie nazwać własną żadnej rzeczy; i wydaje się, że nawet uważacie, że macie szczęście, że wasza własność, rodziny i życie jest wam udzielana w formie pożyczki. Całe to zamieszanie, niepowodzenie, spustoszenie spada na was nie z rąk wrogich sił, lecz ze strony przeciwnika, którego sami uczyniliście tak potężnym; dla którego idziecie mężnie na wojnę, za którego wielkość nie odmawiacie złożyć własnych ciał w ofierze[2].

 

Wiele osób zgadza się z pierwszą częścią powyższej krytyki mówiącej o kondycji współczesnego człowieka, ale już druga część bardzo często podawana jest w wątpliwość. Ludzie przyjmują najczęściej postawę pogodzenia z losem i za wszelką cenę dbają o to, by nie wychylić się z szeregu. Ale czy zwykli ludzie naprawdę nie mają żadnego wpływu na kształt stanowionego prawa? Wręcz przeciwnie. Historia Rzymu i średniowiecznej Europy pokazuje, że najlepsze prawo powstawało na drodze rynkowej konkurencji między prywatnymi prawnikami. Władza ustawodawcza nie ingerowała wówczas w działanie sądów tak bardzo jak dziś.

Niestety, rozrastająca się stale od końca XIV w. władza królów i książąt wpłynęła na zagarnięcie stanowienia prawa w sferę dominacji państwa. Dziś, po kilku wiekach państwowego monopolu w tej sferze, ludziom jest nawet ciężko sobie wyobrazić sytuację, w której prawo mogłyby ustalać prywatne osoby. Znamienity włoski teoretyk prawa, prof. Bruno Leoni, wyjaśniał całą sprawę następująco:

 

W kontynentalnej Europie, gdzie tory i sieć telegraficzna są zmonopolizowane przez rządy od bardzo długiego czasu, bardzo niewiele osób, nawet wśród dobrze wykształconych, jest sobie w stanie wyobrazić, że tory i sieć telegraficzna mogą być przedsięwzięciami prywatnymi, tak jak kina, hotele lub restauracje. Staliśmy się coraz bardziej przyzwyczajeni do opinii, że tworzenie prawa dotyczy jedynie zgromadzeń ustawodawczych, a nie zwykłych ludzi z ulicy (…) Fakt, że proces tworzenia prawa jest, lub raczej był, zasadniczo prywatnym przedsięwzięciem, angażującym miliony osób poprzez setki pokoleń i rozciągającym się na wiele wieków przechodzi kompletnie niezauważony nawet wśród wyedukowanych elit[3].

 

Wszechobecność państwa i jego bezwzględna polityka sprawiła, że perspektywy współczesnego człowieka są niezwykle ograniczone. Cały czas wydaje się mu, iż wszystko, co istnieje, musiało kiedyś zostać zaplanowane przez Lewiatana. A tymczasem, jak pokazuje dobitnie przykład prawa, sprawy miały się zupełnie inaczej.

Bruno Leoni w swej znamienitej pracy Freedom and the Law wykazuje, że rzymska koncepcja prawa prywatnego — ius civile — polegała na jego całkowitej niezależności od woli ustawodawców. Taki stan rzeczy utrzymywał się przez niemal cały okres Republiki i Imperium. Były co prawda wyjątki, tak jak przykładowo za panowania Cezara, ale ogólna perspektywa prawa była biegunowo różna od stanu dzisiejszego. Tradycje rzymskie podtrzymywała także chrześcijańska Europa, w której jedną z podstawowych zasad był rozdział iurisdictio od Imperium.

Prawnik był niegdyś osobą o statusie zbliżonym do naukowca. Przychodziło się do niego z prośbą o rozwiązanie kwestii, które, jak uważano, posiadają swoje obiektywnie umocowane rozwiązanie. Leoni porównuje pracę dawnego prawnika do inżyniera, który udziela rady przedsiębiorcy. Inżynier ten nie próbuje narzucić swemu klientowi oraz całemu światu wymyślonych przez siebie zasad, ale dokonuje wysiłku aby odkryć prawidła mechaniki i fizyki i odpowiednio zastosować je do konkretnego przypadku. Tak rozumiane prawo posiadało swą rzeczywistą autonomię wobec władzy. Było przedsięwzięciem prywatnym, podlegającym prawom rynku. Rozmaite szkoły prawa oraz niezawisłe sądy konkurowały doprowadzając całą cywilizację do wysokiego stopnia rozwoju. Niestety, tylko do czasu.

Frank Chodorov, opisując zmiany, które nastąpiły w USA na przestrzeni ostatnich wieków wskazał na przemianę stolicy — Waszyngtonu. Była to niegdyś wieś nad rzeką Potomac, w której przez kilka miesięcy obradował niewiele znaczący Senat. Ponieważ USA nie prowadziły do I wojny światowej zbyt wielu wojen, parlamentarzyści nie mieli dużo pracy. Podobną funkcję spełniały niegdyś parlamenty europejskie — decydowały głównie o okresowych podatkach nakładanych na okres wojen.

Niestety, toczone z coraz większą częstotliwością wojny sprawiły, że stan wyjątkowy stał się normalnym. Państwo jest instytucją, która uwielbia wojnę — pod pretekstem zagrożenia zewnętrznego i wewnętrznego może nakładać coraz większe podatki w rozmaitych formach. Parlamenty przestały pełnić rolę okresowo istniejących ciał doradczych i przerodziły się w ślepą legislacyjną machinę. Narzucają nowe prawa z niespotykaną dotąd częstotliwością i z pominięciem osób prywatnych. Ich siedziby przeniosły się do centrum wielkich metropolii, a wokół nich kręcą się ludzie, którzy pragną wykorzystać ich potęgę do zaprowadzenia regulacji prawnych, sprzyjających ich partykularnym interesom.

Mając chyba w pamięci dawną, ograniczoną rolę ciał ustawodawczych, przywódcy państw cały czas podtrzymują atmosferę zagrożenia — stanu wyjątkowego uzasadniającego permanentne trwanie legislacyjnego potwora. Kiedyś ciała ustawodawcze zbierały się w przypadku zagrożenia ataku zewnętrznego i nakładano podatek wojenny do sfinansowania obrony przed Tatarami, Turkami, Szwedami, Niemcami lub Rusinami. Dzisiaj, wedle propagandy państwa, zagrożeniem są nie tylko sąsiedzi, ale także czynniki kulturowe i cywilizacyjne. Obecny stan wyjątkowy i nakładane przez państwo podatki oraz ustalane prawo mają nas chronić przed: globalnym ociepleniem, dzikim kapitalizmem, terroryzmem, męskim szowinizmem, antysemityzmem, faszyzmem, homofobią czy też eurosceptycyzmem.

De la Boetie, gdyby żył w naszych czasach, nazwałby nas „nędznymi i głupimi”. I miałby słuszność, gdyż jak na dłoni widać, że wszystkie te domniemane zagrożenia są tworzone przez samego Lewiatana, na którego sami dajemy zezwolenie. Dajemy się nabrać na istnienie permanentnego stanu zagrożenia i wierzymy w teorię, że jedynie państwo ma środki, aby wyjść cało z sytuacji chaosu.

Nasze czasy można śmiało nazwać bezprawiem. Od kiedy prawo zostało ukradzione prawom rynku, żyjemy w epoce obozów koncentracyjnych, zamierzonego głodu i wojen totalnych. Jednoznaczną przyczyną tego stanu rzeczy jest absurdalne podporządkowanie prawa i sądów państwu. Usługi sądownicze i prawne prowadzone są w totalnym oderwaniu od praw rynku. Skutkuje to przede wszystkim mizerną jakością oferowanych usług oraz, co najważniejsze, nietykalnością państwa. Państwo nie podlega prawu, lecz dyktuje je innym. Państwo to bezprawie.

 

Co to jest prawo?

Najważniejszą kwestią w książce na temat prawa powinno być ustalenie, czym ono tak naprawdę jest. Kilkusetletnia praktyka stanowienia prawa przez władców i parlamenty przysporzyła naszemu rozumieniu tego terminu sporego zamieszania. W związku z tym wśród współczesnych ludzi przeważa wizja prawa jako jednostronnego przedsięwzięcia państwowego prawodawcy. Nawet nasz codzienny język naznaczony jest dominującym obecnie przekonaniem, że prawo musi być stanowione przez organizację mającą monopol na stosowanie przymusu. Tymczasem, jak wskazuje Bruce Benson, współczesne nam instytucje prawne, zarządzane przez państwo, stanowią eksperyment ostatnich kilku wieków:

 

Publiczna policja (public forces) pojawiła się w Stanach Zjednoczonych i w Wielkiej Brytanii dopiero w połowie dziewiętnastego wieku, a ofiary przestępstw występowały w Anglii jako oskarżyciele aż do początku obecnego [XX — przyp. JW] wieku. Publicznie finansowane i zarządzane więzienia również stanowią względnie nowy wynalazek, który pojawił się w Anglii pod koniec osiemnastego wieku, a w Stanach Zjednoczonych jeszcze później[4].

 

Eksperyment, w którym żyjemy, uzyskał twarz totalitaryzmu i masowego ludobójstwa, lecz mało kto ma odwagę powiedzieć, jakie są prawdziwe przyczyny tego stanu. Co jednak najbardziej zatrważające, państwo nadal otrzymuje dla swoich poczynań nieustanny i niczym nieograniczony kredyt zaufania.

Inną, bardzo znamienną cechą państwowego systemu prawnego jest to, iż posiada on mnóstwo niewspółmiernych, a nieraz i barwnych teoretycznych uzasadnień. Otóż to: nie ma jednej, spójnej teorii państwowego stanowienia prawa; istnieją ich całe miriady, niejednokrotnie o bardzo odmiennym charakterze. Inaczej uzasadnia państwową hegemonię prawną zwolennik monarchizmu, inaczej rawlsowski liberał, a jeszcze w inny sposób chrześcijański demokrata. Nie przeszkadza to oczywiście im wszystkim we współtworzeniu instytucji państwowych i czerpaniu z nich korzyści.

W przeciwieństwie do pozytywizmu prawnego, któremu hołdują wszyscy zwolennicy stanowienia prawa przez państwo, libertarianizm głosi przekonanie o istnieniu naturalnego kodeksu etyczno-prawnego. Co więcej, libertarianizm potrafi ów kodeks w całości uzasadnić i wykazać jego niepodważalny charakter. Prawo naturalne nie jest w tym ujęciu zaledwie życzeniowym myśleniem, ale realną podstawą dla kształtowania wszelkiego rodzaju praw szczegółowych.

Prawdziwy obraz prawa i zagadnień z nim związanych uzyskamy dopiero wtedy, gdy zwrócimy uwagę na jego rynkowy charakter. Za tezą tą świadczą także obszerne badania historyczne[5], które jednak nie stanowią zasadniczego tematu rozważań tej pracy. Będziemy się w niej starali raczej skupić na ogólnych zasadach stojących za tym, co uważa się zazwyczaj za teorię i praktykę prawa. Innymi słowy, naszym zadaniem będzie dotarcie do samej istoty prawa i rozpoznanie, wedle jakich kryteriów można oceniać je jako sprawiedliwe lub też nie.

Wedle przyjętej przez nas perspektywy należy wpierw rozróżnić dwie podstawowe warstwy prawa: warstwę teoretyczną oraz warstwę przedsiębiorczą (praktyczną). Konieczność istnienia tych obydwu warstw wypływa z samego faktu refleksji nad prawem. Czym innym bowiem jest namysł nad prawem, a czym innym jego praktyka. Każda z tych sfer zachowuje swoją odrębność i nie sposób jej sprowadzić do drugiej. Dokładne omówienie tego zagadnienia nie jest możliwe bez odpowiednich wyjaśnień, które czytelnik znajdzie w tekście książki. Będą one dotyczyły przedmiotu prawa, podmiotu stanowiącego prawo, a następnie egzekucji prawa. Do teoretycznej warstwy prawa można zaliczyć np. tę pracę i zawarte w niej rozważania. Warstwę praktyczną stanowią jednostki i wynajęte przez nie podmioty — prywatni przedsiębiorcy.

Podkreślmy więc, że celem tej książki nie jest formułowanie szczegółowych zasad prawa w sposób, który wyszczególniałby kary za wszelkiego rodzaju przestępstwa. Tym, jak już wspomniałem, powinny zajmować się osoby prywatne, zaangażowane w rynek usług prawnych w sposób bezpośredni — przedsiębiorcy. W pracy tej skupimy się niemal wyłącznie na teoretycznej warstwie prawa, którą będziemy rozumieć jako ogólny i niepisany kodeks prawny. Ów kodeks wsparty będzie przede wszystkim na nienaruszalności prawa własności, retrybucyjnej teorii kary oraz prawnym personalizmie.

 

Teoria a priori argumentacji

Libertarianie są przekonani, że proponowany przez nich niepisany kodeks prawny jest warunkiem koniecznym do zaistnienia uczciwego i moralnego systemu społecznego[6].  Określenie „konieczny” jest tu użyte z pełną świadomością — koncepcja libertariańska wsparta jest na teorii, która rości sobie pretensje do bezwzględnego obowiązywania bez względu na kontekst czasowo-przestrzenny. Twórcą tego podejścia do kwestii filozoficznego uzasadnienia podstawowych twierdzeń ekonomii, etyki oraz filozofii jest Hans-Hermann Hoppe. Korzystając z dorobku naukowego prof. Murraya Rothbarda, stworzył własną koncepcję, tzw. argumentacji a priori. Polega ona na odszukiwaniu twierdzeń, którym nie można zaprzeczyć bez jednoczesnego popadania w sprzeczność. Ich prawdziwość i zasadność bazuje na samym fakcie uczestniczenia w dyskusji. Twierdzenia te jako takie nie posiadają żadnych dowodów przeprowadzonych wprost, lecz obowiązują na mocy zawartej w nich treści i stanowią podstawy ludzkiej wiedzy. Filozof Mieczysław A. Krąpiec wyjaśnia to zagadnienie w następujący sposób:

 

Innym absurdem wynikającym z ewentualnej dążności do konstrukcji dowodu na każde twierdzenie jest bezpośrednie następstwo popadnięcia w sofizmat „błędnego koła”. Tego bowiem, czego chce się ostatecznie dowieść, dowodzi się przez zasadę (nie)sprzeczności, a jeśli ostatecznie chce się „dowieść” apodyktycznie zasadę (nie)sprzeczności, popada się w „błędne koło”, albowiem dowodzi się tego samego przez to samo (idem per idem).

Z tego więc tytułu, stojąc na gruncie realizmu poznawczego, nie można wszystkiego w sensie ścisłym dowodzić, lecz należy przyjąć pewne zdanie jako oczywiste z samej indukcji. Przyjęcie tych zdań nie jest dowolne, bo zdania te z jednej strony zmuszają intelekt do przyjęcia ich swoją koniecznością, kryjącą się w ich treści, a z drugiej można je uzasadnić elenktycznie przez zbicie stanowiska negującego wartość tych właśnie zdań[7].

 

Choć koncepcja ta zrodziła się na gruncie badań stricte ekonomicznych, Hoppe stopniowo ją rozwijał, wskazując na rozległe zastosowania w metodologii nauk, a nawet filozofii w ogóle.

Współczesnemu filozofowi koncepcja teorii argumentacji kojarzy się niewątpliwie najmocniej z osobą innego niemieckiego filozofa — Jürgena Habermasa. W swych dziełach rozwijał on teorię etyki dyskursu, jednakże jego rozwiązania poszły w kierunku diametralnie odmiennym od tego, który proponuje Hoppe[8].

Podstawowym wyróżnikiem teorii argumentacji Hoppego jest poszukiwanie racji czyniących daną wypowiedź niesprzeczną[9]. Punktem wyjścia dla całej teorii stało się dzieło austriackiego ekonomisty Ludwiga von Misesa — Ludzkie działanie. Mises zaproponował w nim, by gmach ekonomii oprzeć na niedającym się obalić stwierdzeniu głoszącym, że człowiek działa.

 

Prakseologia i ekonomia, opierając się na niewzruszonym fundamencie kategorii ludzkiego działania, drogą dyskursywnego rozumowania dochodzą stopniowo do kolejnych odkryć. Formułują precyzyjnie założenia i opisują warunki, by zbudować system pojęć i wyprowadzić z nich wnioski za pomocą niepodważalnych argumentów[10].

 

Stwierdzeniu „człowiek działa” nie sposób zaprzeczyć bez jednoczesnego popadnięcia w sprzeczność z samym sobą, gdyż samo zaprzeczenie jest już rodzajem działania. Mises, wychowany w tradycji filozofii niemieckiej, uznał, że fakt ważności aksjomatu działania ma charakter aprioryczny. Prakseologia, czyli nauka o działaniu:

 

dąży do poznania ważnego we wszystkich tych sytuacjach, w których warunki odpowiadają dokładnie warunkom podanym w jej założeniach i wnioskowaniach. Jej twierdzenia i ustalenia nie wynikają z doświadczenia. Podobnie jak twierdzenia logiczne i matematyczne, są one zdaniami apriorycznymi. Nie podlegają weryfikacji ani falsyfikacji na gruncie doświadczenia i faktów. Zarówno pod względem logicznym, jak i chronologicznym poprzedzają wszelkie zrozumienie faktów historycznych[11].

 

Widać więc wyraźnie, że Mises widział ufundowaną przez siebie prakseologię w perspektywie filozofii kantowskiej. Przynajmniej takie można odnieść wrażenie, biorąc pod uwagę słownik filozoficzny, którym się posługiwał[12]. Jednakże bardziej szczegółowa analiza jego koncepcji przynosi zupełnie odmienne wnioski. Jak zauważył komentujący spuściznę Misesa David Gordon:

 

Choć Mises rzeczywiście ucieka się do kantowskiego języka, żaden z jego argumentów nie zależy od systemu Kanta. (…) Przykładowo, gdy Mises korzysta z terminu „sąd syntetyczny a priori”, oznacza to jedynie sąd, który jest w sposób konieczny prawdziwy, a nie tautologię. Ci, którzy wolą podejście arystotelesowskie, mogą z łatwością przetłumaczyć terminy stosowane przez Misesa na preferowany przez siebie język[13].

 

Idąc za sugestią Gordona, możemy więc misesowski sąd syntetyczny a priori nazywać sądem koniecznościowo-prawdziwym. Jego prawdziwość, jak będziemy dalej wykazywali, jest oparta na strukturze samego aktu działania, uczestniczenia w dyskusji oraz, co najbardziej znamienne, na samej strukturze rzeczywistości.

Z sugestii Davida Gordona nie skorzystał sam Hans-Hermann Hoppe, który nadal obstaje przy terminologii związanej z kantyzmem. Dalej zmuszeni będziemy więc korzystać z używanego przez niego języka, nie zapominając oczywiście o tym, że możliwa jest także nazywanie zdań prawdziwych apriorycznie sądami koniecznościowo prawdziwymi.

Hoppe, analizując „aksjomat działania” Misesa, dochodzi do kolejnych wniosków. Mises, oparłszy prakseologię na kantowskim schemacie, „prowadzi kantowską epistemologię poza punkt, w którym pozostawił ją sam Kant[14]. Mianowicie, zdaniem Hoppego, Mises przełamał idealizm Kanta, polegający na zamknięciu człowieka w sferze apriorycznych kategorii. Aparat poznawczy człowieka był w tej konstrukcji więźniem schematów poznania, które blokowały dostęp do sfery pozapodmiotowej. Jednak wraz z przedstawieniem aksjomatu działania Ludwig von Mises pokazał, że sądy syntetyczne a priori są możliwe właśnie jako sądy traktujące o ludzkim działaniu. W przeciwieństwie więc do Kanta, który ograniczył sądy syntetyczne a priori do dziedziny matematyki i wąsko rozumianej metafizyki poznania, Mises przełamał idealizm i powiązał dziedzinę myśli z rzeczywistością zewnętrzną. Jak precyzuje to sam Hoppe:

 

Rozpoznając w działaniu most, łączący umysł z rzeczywistością zewnętrzną, [Mises] znalazł rozwiązanie dla kantowskiego problemu, czy możliwe są sądy syntetyczne a priori[15].

 

Sądami syntetycznymi a priori są zatem twierdzenia oparte na aksjomacie działania. Hoppe dowodzi, że działanie stoi u podstaw wszelkiej ludzkiej wiedzy. Przykładowo, arytmetyka jest zrozumiała jedynie dzięki naszemu doświadczeniu powtarzalności działań[16]. Podobna sytuacja ma miejsce w geometrii, logice i innych dziedzinach wiedzy.

Wedle Hoppego, tak szerokie zastosowanie i doniosłe znaczenie aksjomatu działania ma swoje źródło w ludzkiej zdolności do argumentacji. Obok aksjomatu działania autor proponuje więc drugi podstawowy aksjomat – a priori argumentacji. Jego klasyczne sformułowanie brzmi następująco: „ludzie są zdolni do argumentacji, a przez to znają znaczenie prawdy i jej obowiązywanie[17]. Tak jak w przypadku aksjomatu działania, nie sposób powyższemu twierdzeniu zaprzeczyć bez popadania w sprzeczność z samym sobą. Każda bowiem próba zaprzeczenia jest już per se dowodem ludzkiej zdolności do argumentacji i znajomości prawdy.

Łącząc aksjomat argumentacji z aksjomatem działania, Hoppe wyprowadza cały szereg pojęć, których nie da się sprowadzić do danych obserwacyjnych. Tymi pojęciami są podstawowe dla ekonomii terminy: wartości, cele, środki, wybór, preferencja, koszt, zysk i strata. Owe kategorie działania uzyskują swój nieobalany status dzięki aksjomatowi argumentacji. Jak wyjaśnia to sam Hoppe:

 

każda próba obalenia zasadności tego, co Mises zrekonstruował jako zawartość samego pojęcia działania, musiałaby dążyć do pewnego celu, wymagałaby środków, wyłączałaby inny przebieg zdarzeń, pociągałaby za sobą koszty oraz poddawałaby działającego możliwości osiągnięcia lub nieosiągnięcia pożądanego celu, a przez to prowadziłaby do zysku lub straty. Jest zatem wyraźnie niemożliwe, aby podać w wątpliwość czy udowodnić fałsz intuicji Misesa[18].

 

Lista kategorii działania nie ogranicza się oczywiście do tych wymienionych powyżej. Następne będą się pojawiać sukcesywnie w kolejnych partiach książki. Hoppe wyszczególnił powyższe kategorie w celu wykazania zasadności teorii austriackiej szkoły ekonomii. Jego zdaniem u samego serca całej ekonomii, teorii prawa, a nawet filozofii w ogóle, leży właśnie aksjomat działania wsparty przez aksjomat argumentacji. Czy należy mu w tym poglądzie przyznać rację?

Zanim rozstrzygniemy tę kwestię, zwróćmy jedynie uwagę, że wbrew sugestiom samego Hoppego, jego teorię z trudem można nazwać kolejną wersją kantyzmu. Oto, co Hoppe ma do powiedzenia na temat kluczowego dla teorii Kanta podziału sądów na analityczne i syntetyczne:

 

Co zaś się tyczy pozytywistycznej, rzekomo wyczerpującej, klasyfikacji sądów jako analitycznych, empirycznych lub przejawów emocji, należy zadać sobie pytanie: jaki jest status owego aksjomatu? Musi być albo sądem analitycznym, syntetycznym, albo wyrazem emocji. Jeśli uznamy go za sąd analityczny, to stanowi on jedynie pustą paplaninę (…). Należałoby zatem jedynie wzruszyć nad nim ramionami, zapytując „I cóż stąd wynika?”. Taka sama odpowiedź byłaby właściwa, jeśli pozytywistyczny argument uznać za sąd empiryczny. Skoro tak, należałoby przyznać, że sąd ten mógłby równie dobrze być fałszem oraz trzeba by podać kryterium, na bazie którego ów sąd uznano by za fałsz. Co bardziej istotne, jako sąd empiryczny mógłby jedynie przedstawiać historyczny fakt i być przez to zupełnie nieistotny, gdy idzie o ustalenie, czy możliwe byłoby kiedykolwiek wydanie sądów, które byłyby empiryczne, a mimo to niefalsyfikowane, albo normatywne, a mimo to nieemotywne. Wreszcie, gdyby pozytywistyczny tryb rozumowania uważało się za sąd emotywny, to, wedle swoich własnych założeń, byłby poznawczo pozbawiony znaczenia, nie niósłby ze sobą jakiegokolwiek roszczenia do bycia prawdziwym i nie trzeba by okazywać mu więcej uwagi niż szczekającemu psu[19].

 

Odrzucając jeden z dogmatów współczesnej filozofii, Hoppe postuluje filozofię aprioryczną, lecz zespoloną z rzeczywistością zewnętrzną aksjomatem działania. Tak skonstruowany racjonalizm prowadzi konsekwentnie do realizmu poznawczego, gdyż u swoich podstaw odwołuje się rzeczywistości pozapodmiotowej. Tak jak Mises, Hoppe odwołuje się do języka filozofii współczesnej, proponując jednocześnie rozwiązania typowe dla nurtów przednowoczesnych.

Zasygnalizowana powyżej przez Davida Gordona spójność koncepcji sądów syntetycznych a priori z arystotelesowską koncepcją sądów koniecznościowo prawdziwych, pozwala ukazać dążenia Hoppego w zupełnie nowym świetle. Już bowiem Arystoteles wskazywał na niedowodliwość pierwszych przesłanek:

 

twierdzimy, że nie wszelka wiedza jest demonstratywna, gdyż znajomość przesłanek bezpośrednich jest niezależna od dowodu, a konieczność tego jest oczywista; skoro bowiem musimy znać pierwsze przesłanki, na których opiera się dowód, i skoro cofanie się musi się zatrzymać na przesłankach bezpośrednich, to muszą być one niedowodliwe. Taki zatem jest nasz pogląd, a w dodatku twierdzimy, że nie tylko istnieje wiedza naukowa, ale także jakiś jej początek, dzięki któremu możemy poznać twierdzenia końcowe[20].

 

W opinii Hoppego owymi pierwszymi przesłankami są aksjomaty działania i argumentacji, przy wskazaniu na większą doniosłość pierwszego z nich. Co równie ważne, Hoppe nie upatruje w wiedzy systemu dedukcyjnego, posługującego się metodami współczesnej logiki, lecz widzi ją w perspektywie prymatu prakseologii, odnoszącej nas do rzeczywistości. Tak więc kształt nauk jest podyktowany charakterem samego świata, a nie tworzonych przez umysł konstrukcji. Nie jest zatem możliwe sformalizowanie i zaksjomatyzowanie teorii Hoppego, gdyż musiałoby się ono dokonać w oderwaniu od samego działania. Przyczyną tego jest to, iż wszystkie sądy wypowiadane w odniesieniu do aksjomatu działania czerpią swoją ważność i obowiązywanie z racji niemożliwości zaprzeczenia im. Gdyby jednak ktoś podjął się próby przełożenia twierdzeń zawierających w sobie pojęcie działania, musiałby w pewnym momencie zaproponować zdania w rodzaju: „Niech każde działanie oznaczone będzie znakiem «Đ»” lub „Niech podmioty działania będą oznaczone zmiennymi «x», «y», «z»” — a tego typu twierdzenia pozbawione są już odniesienia do aksjomatu działania i ich treść nie pociąga za sobą sprzeczności prób zaprzeczenia im.

 

Argumentacyjna etyka

Nim przejdziemy do wniosków o bardziej metodologicznym charakterze, płynących z teorii argumentacji a priori, zajmijmy się jeszcze przez chwilę związanymi z nią konsekwencjami natury etycznej. Hoppe ostro krytykuje nawet sam postulat etycznego relatywizmu jako sprzeczny z faktem działania i argumentacji.

 

Tak jak niemożliwe jest powiedzieć, że nie ma czegoś takiego jak obiektywna prawda bez jednoczesnego zakładania obiektywnych kryteriów zastosowania pojęć, tak też niemożliwe jest opowiadanie się za etycznym relatywizmem. Jest tak, ponieważ aby ktoś w ogóle mógł opowiadać się za jakimkolwiek stanowiskiem etycznym, trzeba wpierw pozwolić mu w ogóle coś powiedzieć, zamiast zamykać mu usta i uciszać go, a zatem, wbrew przesłaniu relatywizmu, wypowiadający je musi w rzeczywistości założyć istnienie dających się obiektywnie ustalić absolutnych praw[21].

 

Wedle Hoppego etyka również znajduje swe oparcie w aksjomatach działania i argumentacji. Jej kształt wyznaczony jest rzadkością dóbr dostępnych człowiekowi. Gdyby bowiem wszystkie rzeczy (włączywszy w to człowieka i jego ciało) były dostępne bez ograniczeń, wszelki konflikt byłby nieobecny. Niestety jednak rzeczywistość jest naznaczona rzadkością — ograniczona jest zarówno ilość rzeczy, jak i dostęp do nich[22].

Zręby etyki argumentacyjnej stworzył Murray Rothbard w swej Etyce wolności[23]. Jako kluczowy aspekt ekonomii oraz całej filozofii społecznej przedstawił bazującą na myśli Johna Locke’a teorię własności[24]. Skoro wszelki konflikt rodzi się z powodu dóbr rzadkich, zadaniem etyki jest przede wszystkim ustalenie zasad dysponowania dobrami, czyli ustalenie zasad prawa własności. Teorię tę zręcznie streścił sam Hoppe w przedmowie do Etyki:

 

(…) w Etyce wolności Rothbard daje następującą odpowiedź na pytanie o to, do czego jestem uprawniony, działając tu i teraz: każda osoba posiada swoje fizyczne ciało, a także wszystkie dobra naturalne, których zaczyna używać z pomocą swego ciała, zanim zrobi to ktokolwiek inny; posiadanie to implikuje prawo osoby do używania tych zasobów tak długo, jak uzna to za stosowne, nie zmieniając przy tym fizycznej integralności własności innej osoby ani nie ograniczając kontroli osoby nad jej własnością bez jej zgody. W szczególności, gdy dobro zostało po raz pierwszy zawłaszczone lub zagospodarowane przez „zmieszanie z nim czyjejś pracy” (wyrażenie Locke’a), wtedy w jego posiadanie można wejść jedynie poprzez dobrowolne (w postaci umowy) przeniesienie tytułu jego własności z poprzedniego na nowego właściciela. Prawa te są absolutne. Każde ich naruszenie jest przedmiotem prawnego oskarżenia przez ofiarę tego naruszenia lub jej przedstawiciela i jest zaskarżalne zgodnie z zasadami ścisłej odpowiedzialności i proporcjonalności kary.

(…) Rothbard zaproponował swój ostateczny dowód na to, że zasady te są sprawiedliwe: gdyby osoba A nie była właścicielem swego fizycznego ciała i wszystkich dóbr przez siebie pierwotnie zawłaszczonych, wyprodukowanych lub dobrowolnie nabytych, istniałyby tylko dwie możliwości. Albo inna osoba B musi być uważana za właściciela osoby A i rzeczy przez nią zawłaszczonych, wyprodukowanych lub dobrowolnie nabytych lub obie osoby A i B muszą być uznane za równych współwłaścicieli obu ciał i dóbr.

W pierwszym przypadku osoba A byłaby niewolnikiem osoby B i przedmiotem eksploatacji. Osoba B posiadałaby osobę A i rzeczy przez nią pierwotnie zawłaszczone, wyprodukowane lub nabyte, ale A nie posiadałaby B i dóbr przez nią zagospodarowanych, wyprodukowanych lub nabytych. Na tej zasadzie stworzone zostałyby dwie klasy ludzi: eksploatatorów (B) i eksploatowanych (A), do których odnosiłyby się różne „prawa”. Stąd zasada ta nie przechodzi „testu uniwersalizacji” i jest od początku zdyskwalifikowana nawet jako potencjalna ludzka etyka, ponieważ aby zasada mogła być „prawem” (sprawiedliwym), niezbędne jest, aby była uniwersalnie — równo — obowiązująca dla każdego.

W drugim przypadku uniwersalnego współposiadania wymóg równych praw dla wszystkich jest oczywiście spełniony. Jednak alternatywa ta wykazuje inną fatalną wadę, gdyż każda czynność osoby wymaga zastosowania rzadkich dóbr (co najmniej jej ciała i przestrzeni przez nie zajmowanej). Jeśli wszystkie dobra są wspólną własnością każdego, to nikt nigdy i w żadnym miejscu nie mógłby uczynić czegokolwiek bez wcześniejszej zgody wszystkich współwłaścicieli. Na dodatek jak ktoś może dać takie pozwolenie, jeśli nie jest nawet jedynym właścicielem swego ciała (i strun głosowych)? Jeśli mielibyśmy podążyć za zasadą kolektywnej własności, ludzkość natychmiast wymarłaby. Czymkolwiek by ona była, również nie może być etyką dla gatunku ludzkiego.

Dlatego zostajemy z pierwotnymi zasadami samoposiadania i pierwszego użycia — pierwszego posiadania, tj. pierwotnego zawłaszczenia, zagospodarowania. Spełniają one test uniwersalizacji, gdyż obowiązują tak samo wszystkich i mogą jednocześnie zapewnić ludzkości przetrwanie. Zasady te i tylko one są zatem niehipotetycznie albo też absolutnie prawdziwymi zasadami etycznymi i prawami ludzkimi[25].

 

Komentując w innym miejscu[26] teorię własności Rothbarda, Hoppe zwraca uwagę, że jej rdzeniem są zasady argumentacji a priori. Przede wszystkim, nie sposób jest zaprzeczyć własności swojego ciała, gdyż do zaprzeczenia trzeba by było użyć właśnie jego. Co zaś się tyczy rzeczy zawłaszczanych w sposób pierwotny lub uzyskiwanych od innych dobrowolnie, ich przynależność do konkretnych jednostek opiera się w sposób konieczny na uznanej uprzednio własności ciała. Rzeczy mogą bowiem stać się czyjąś własnością jedynie za sprawą działania osoby posiadającej własne ciało. Nadto, jak wykazał w powyższym cytacie Hoppe, nie można utrzymywać koncepcji własności innej niż prywatna, gdyż prowadzi to do praktycznej sprzeczności, czyli śmierci głodowej lub innej katastrofy.

Sam Rothbard nigdy nie nazwał swej metody argumentacją a priori, lecz odwoływał się do tradycji prawa naturalnego. Jednak, jak zauważa Hoppe, „za kluczowy argument w obronie etyki prywatnej własności, [Rothbard] nie tylko obiera ten sam punkt wyjścia — argumentację — ale daje również usprawiedliwienie przy użyciu rozumowania a priori[27]. W rzeczy samej, Rothbard w tym zasadniczym dla etyki i ekonomii zagadnieniu sięga właśnie po aksjomat działania i wykazuje niemożliwość racjonalnego zaprzeczenia temu argumentowi właśnie na podstawie metody argumentacji.

Hoppe wzmacnia tę tezę, wykazując ponadto, że popularny w tradycji prawa naturalnego postulat „uniwersalizacji” jest sam w sobie mylny, jeśli nie odwołuje się do aksjomatu argumentacji:

 

Jednakże, choć pewne normy mogą przejść test uniwersalizacji, gdy przyjrzeć im się dokładnie, okazuje się, że przechodzą go nawet najbardziej absurdalne formuły (i co bardziej istotne, nawet wyraźnie sprzeczne). Przykładowo, „każdy musi upić się w niedzielę pod karą grzywny” lub „każdy pijący alkohol będzie ukarany” są zasadami, które nie uprzywilejowują żadnych grup osób, a zatem mogą spełniać warunek uniwersalizacji[28].

 

Formuły etyczne uzyskują swą moc jedynie na zasadzie odwołania do prawa własności, opartego na aksjomacie działania.

 

Można więc orzec, że kiedykolwiek jakaś osoba twierdzi, iż pewne zdanie może być uzasadnione, przynajmniej domyślnie zakłada, że możliwą do uzasadnienia jest także następująca norma: »nikt nie ma prawa dokonywać agresji na ciele żadnej innej osoby, a przez to ograniczać lub zawężać jej kontroli nad swoim ciałem«. Zasadę tę implikuje koncepcja argumentacyjnego uzasadnienia. Uzasadniania, czyli nieopierania się na przymusie. W rzeczywistości, gdyby sformułować przeciwieństwo tej zasady (tj. że każdy ma prawo nieproszony dokonać agresji na innych [przy okazji warto zauważyć, iż jest to zasada, która formalnie przeszłaby test uniwersalizacji!], łatwo dostrzec, że nie broni się ona ani nawet nie daje się obronić w ramach argumentacji. Uczynienie tego [sformułowanie zasady agresji — JW] zakładałoby ważność czegoś zupełnie przeciwnego (tj. powyżej wspomnianej zasady nieagresji)[29].

 

Kształt etyki jest zatem wyznaczony prawem własności: własnego ciała oraz rzeczy zawłaszczanych w sposób pierwotny lub dobrowolnie uzyskiwanych od innych osób. W ten sposób da się również uzasadnić podstawowe prawidła rozumu praktycznego. Przykładowo, formuła „Dobro należy czynić”[30] znajduje swoje uzasadnienie właśnie w niezaprzeczalnym fakcie posiadania swojego ciała. Jak wykazał w powyższym cytacie Hoppe, już samo zaistnienie dyskusji zakłada obowiązywanie obiektywnych reguł dopuszczania do zabrania głosu oraz zasady wyłącznego posiadania swego ciała.

Jednym z najczęstszych zarzutów stawianych teorii Hoppego jest to, iż nawet jeśli wyznaczone przez działanie i argumentację sądy są prawdziwe, to i tak nie są obowiązujące. Zarzut ten można sformułować następująco: przyjmując nawet, że argumentacyjna etyczna zasada nieagresji jest prawdziwa, to w jaki sposób sprzeciwia się to samej agresji? Hoppe odpiera ten zarzut w następujący sposób:

 

Rzeczywiście, dlaczego?! [nie dokonywać agresji — przyp. JW.] Lecz wówczas jaką robi różnicę to, że 1+1=2? Można przecież nadal działać tak, jakby 1+1=3. Oczywista odpowiedź brzmi: “ponieważ istnieje propozycjonalne uzasadnienie dla robienia tej, a nie innej rzeczy”. Ale dlaczego powinniśmy posługiwać się rozumem? — taki byłby następny zarzut. Ponownie, odpowiedź jest oczywista. Po pierwsze, ponieważ byłoby niemożliwe argumentować za czymś przeciwnym; a poza tym, ponieważ czyniący tę propozycję afirmowałby wykorzystanie rozumu przez sam fakt kwestionowania[31].

 

Czy zatem wszelka etyka musi mieć odniesienie do prawa własności? Choć Hoppe zdaje się nie wypowiadać tego nigdzie wprost, odpowiedź przecząca wydaje się w świetle jego teorii całkowicie niemożliwa. Oparłszy całą etykę na teorii własności autorstwa Rothbarda, Hoppe nie pragnie bynajmniej wywrócić jej do góry nogami, lecz jedynie wskazać na leżące u jej podstaw założenia i zasady. Te zaś, jak w nauce Arystotelesa, były wyznaczane przy użyciu dowodzenia elenktycznego, czyli sprowadzania zdania przeciwnego w stosunku do zdania bezpośredniego do absurdu.

Aby lepiej zrozumieć to zagadnienie, przyjrzyjmy się pozostałym zastosowaniom metody argumentacji a priori.

 

Aprioryczność podziału rzeczywistości na sferę kazualną i teleologiczną. Dalsze implikacje

Zasada przyczynowości miała w historii filozofii niezliczonych wrogów. Za największego z nich uważa się Davida Hume’a[32]. I choć współczesność zgodnie orzekła, że Hume miał rację, Hoppe dowodzi, że popełnił on kardynalne błędy i sformułował sprzeczne twierdzenia. Odwołując się, tradycyjnie już, do aksjomatu argumentacji, Hoppe wykazuje, że zasadzie przyczynowości nie sposób racjonalnie zaprzeczyć. Przyczynowość rzeczywistości jest jego zdaniem nieodłącznie związana z nastawionym na cel ludzkim działaniem[33]. Fakt argumentacji daje nam pewność, że istnieją dwie podstawowe sfery badań: kauzalna i teleologiczna.

 

W rzeczywistości, nie można ani zaprzeczyć, ani unieważnić poglądu, że istnieją dwie zasadniczo różne sfery zjawisk, gdyż tego rodzaju próby musiałyby zakładać przyczynowo powiązane zdarzenia jako działania, które mają miejsce w dającej się zaobserwować rzeczywistości, jak również istnienie zjawisk powiązanych przyczynowo, a nie intencjonalnie, po to, by interpretować takie zjawiska jako mające czemuś zaprzeczyć. Nie da się uzasadnić ani kauzalnego, ani teleologicznego monizmu bez popadania w jawną sprzeczność: fizycznie wyrażając którekolwiek z tych stanowisk oraz twierdząc, że się naprawdę ma to na myśli, opowiadamy się w rzeczywistości za niekwestionowalną komplementarnością obu sfer zjawisk przyczynowych i celowych[34].

 

Przeprowadzając ten tok rozumowania Hoppe bierze w obronę nie tylko zasadę przyczynowości, ale i wolność ludzkiej woli. Działanie człowieka nie podlega determinacji, lecz wolnej woli. Z kolei przyczynowość jest zawarta już w samym fakcie działania-argumentacji na rzecz jakiejkolwiek tezy:

 

zasada przyczynowości musi być rozumiana jako zawarta w naszym rozumieniu działania, czyli  ingerencji w dającym się zaobserwować świecie, poczynionej w intencji odwrócenia „naturalnego” biegu zdarzeń po to, by wydać inny, preferowany stan rzeczy, tj. sprawienie,  aby stało się coś, co w przeciwnym razie by nie wystąpiło, a to z kolei zakłada pojęcie zdarzeń powiązanych ze sobą poprzez niezmienne w czasie przyczyny[35].

 

Uzasadniając istnienie przyczynowości w świecie, Hoppe niestety nie podejmuje zagadnienia niemożliwości regresu przyczyn w nieskończoność, choć wniosek ten aż prosi się o dostrzeżenie. Dla Hoppego przyczynowość to przede wszystkim jedna z kategorii działania. Nie oznacza to oczywiście, by przyczynowość była przynależna jedynie działaniu — jest to wystarczająco jasne po uwzględnieniu dwóch powyższych cytatów. Sformułowanie „kategoria działania” ma tutaj jednak inny wydźwięk. Dla Hoppego działanie to „kotwica rzeczywistości” i sposób na przełamanie idealizmu. W tej perspektywie argumentacja a priori ufundowana na aksjomacie działania to gwarant metodycznego realizmu. Hoppe, w swych wysiłkach na rzecz obrony metody ekonomii, zupełnie nieświadomie natknął się na zasadę filozoficzną o fundamentalnym znaczeniu.

Wyjdźmy więc na chwilę poza sformułowania samego Hoppego i zestawmy jego dorobek z filozofią realistyczną. Wszystkie pierwsze zasady i pojęcia tomizmu egzystencjalnego dadzą się przeformułować na język teorii argumentacyjnej. Nie jest to bynajmniej pusty postulat, ale wynik uważnej obserwacji podstawowej metody uzasadniania twierdzeń metafizyki[36].

Jednym z najlepszych przykładów na poparcie tego jest uzasadnienie, jakie M.A. Krąpiec podaje dla zasady przyczynowości:

 

Zasady przyczynowości, podobnie jak i innych pierwszych zasad, nie można wprost udowodnić, bez równoczesnego popełniania sofizmatu «błędnego koła». Każdy bowiem dowód «wprost» opiera się właśnie na zasadzie przyczynowości, opiera się więc na tym, czego istnienia miałby dowodzić[37].

 

W sposób argumentacyjny Krąpiec uzasadnia również zasadę racji dostatecznej (czyli formuły, że wszystko, co jest, ma swoją rację dostateczną albo w sobie, albo poza sobą — w sobie wówczas, gdy chodzi o elementy konstytutywne bytu, poza sobą we wszystkich innych wypadkach).

 

Kto by negował rację bytu (dostateczną) wewnętrzną, przez to samo negowałby zasadę tożsamości, która jest podstawą każdego poprawnie zbudowanego sądu, czyli ludzkiego myślenia. Jeśli bowiem trójkąt nie jest trójkątem przez swoją strukturę — tedy jest on trójkątem i nie jest nim równocześnie, co jest absurdem[38].

 

Argumentacyjnie dają się obronić w zasadzie wszystkie zasady metafizyczne. Wykazaliśmy już powyżej niemożność zaprzeczenia zasadzie niesprzeczności, przyczynowości, celowości oraz racji dostatecznej. Zasadę tożsamości można łatwo udowodnić w sposób niemal identyczny do sposobu udowadniania zasady niesprzeczności. Proponowana przez Hoppego metoda stanowi więc tak naprawdę ponowne odkrycie starych pryncypiów filozoficznych, na użytek filozofii praktycznej i teorii prawa, ekonomii i społeczeństwa.

Jak już wiadomo na podstawie powyższych fragmentów, Hoppe nadał prymat aksjomatowi działania oraz aksjomatowi argumentacji jako jego szczególnemu przypadkowi. Wedle niego, bezdyskusyjność faktu działania wiąże naszą siatkę pojęć z realnym światem i gwarantuje ich adekwatność. I właśnie na tej koncepcji wsparta jest libertariańska teoria prawa: posługujący się niezachwianą i konieczną struktura pojęciową libertarianizm nie jest zaledwie jedną z propozycji, ale fundamentem wszelkich możliwych propozycji. Aprioryczny fundament prakseologiczno-argumentacyjny nie jest i nie może być jedynie jedną z możliwości. To dopiero dzięki niemu różne możliwości się pojawiają.

Teoria Hoppego oparta jest na twierdzeniach mających status koniecznościowych i stąd roszczenie do powszechnego obowiązywania libertariańskiego kodeksu prawnego. Rdzeń tego kodeksu zawarty jest we wszystkich szczegółowych punktach niepisanej części prawa. W związku z tym zakwestionowanie jakiegokolwiek z nich wiąże się z popadaniem w tzw. performatywną (czynnościową) sprzeczność.

W świetle powyższych rozważań stało się jasne także to, dlaczego pozostałe teorie prawa tak bardzo różnią się od tej prezentowanej w niniejszej pracy. Otóż libertariańska teoria prawa — kodeksu społecznego, oparta jest na absolutnych fundamentach nauk o człowieku. Co najważniejsze jednak, nie stanowi ona efektu myślenia w duchu abstrakcyjnych wizji szczęśliwej, lepszej przyszłości. Libertariańska teoria prawa jest wynikiem refleksji nad tym, co czyni ludzkie działanie i argumentowanie niesprzecznym. Wszystkie dowodzone przez nas tezy i schematy działania prywatnych przedsiębiorstw nie pojawiły się jako owoc bujnej wyobraźni teoretyków libertarianizmu, lecz jako pewny, niekwestionowalny fundament dla wszelkich teorii i propozycji[39].

W tym miejscu wspomnijmy jeszcze o tym, że prawo i etyka nie mają nic wspólnego z kwestią wiedzy. Za autora takiego podejścia do tej tematyki uważać można Fryderyka von Hayeka, który w wielu pracach i artykułach przekonywał, iż kluczowy problem socjalizmu, a co za tym idzie także i prawa, jest spowodowany scentralizowaniem wiedzy[40]. Wiedza jest jednak czymś jednostkowym, a więc dostępnym tylko konkretnym ludziom tu i teraz. Nadużycia ze strony państwa oraz idące za tym niepożądane efekty w postaci spadku wydajności oraz błędnych inwestycji miałyby mieć swoje źródło właśnie w ignorowaniu faktu rozproszenia wiedzy. Niestety to podejście należy jednak uznać za błędne, ponieważ brak w nim odwołania do prakseologii i prawa własności. Hayek definiuje wolność jako stan, w którym jednostka ma pełną wolność w dysponowaniu swoją wiedzą, ale całkowicie pomija przez to odniesienie do faktu samoposiadania[41]. Tymczasem, jak dowiedliśmy powyżej, owo odniesienie jest zawarte w każdym twierdzeniu powiązanym z działaniem. Wyakcentowanie problemu wiedzy prowadzi także do subiektywizmu, którym skażony jest filozoficzny system Hayeka[42].

Jak już wspominałem na samym początku, prawo ma jeszcze warstwę praktyczną. Czy i jej przysługuje status koniecznościowy? Ktoś mógłby przecież zauważyć, że jeżeli libertarianie roszczą sobie prawo do apodyktycznej pewności w warstwie teoretycznej prawa, nie powinni mieć problemów z zastosowaniem swej wiedzy w warstwie praktycznej. Nasza odpowiedź brzmi, że niekoniecznie. Przedsięwzięcie egzekwowania prawa, w odróżnieniu od tworzenia teorii ważnej bez względu na czas i przestrzeń, jest zawsze usytuowane w pewnym konkretnym kontekście. W przeważającej ilości przypadków mordercę/złodzieja trzeba znaleźć, przedstawić dowody oraz uzyskać szerszy ogląd środowiska. Żadne z tych wymagań nie może być spełnione poprzez argumentacyjną spekulację — musi istnieć ktoś, kto „oczyści” daną sprawę z kontekstu sytuacyjnego i wyabstrahuje z niej element, który dopiero wtedy będzie można osądzić wedle ogólnych przesłanek. Przeprowadzenie tego typu wyłuszczenia istotnych dla sprawy elementów to pewnego rodzaju sztuka, a każda sztuka ma swoich mistrzów i wyrobników. Stąd właśnie potrzeba rynkowego współzawodnictwa w stanowieniu prawa praktycznego w oparciu o reguły libertariańskiego prawa uniwersalnego.

 

Własność ciała i pierwotne zawłaszczenie

Po zagłębieniu się w metodologiczne uzasadnienie libertariańskiego kodeksu prawnego, możemy wreszcie udzielić odpowiedzi na pytanie zawarte w tytule rozdziału: co to jest prawo?

Na ogół uważa się, że prawo to zespół norm, których należy przestrzegać w życiu społecznym oraz zestaw kar przewidzianych dla tych, którzy popełniają wykroczenia. Intuicja ta jest niezwykle słuszna, ale jednocześnie bardzo nieprecyzyjna. Jak bowiem ustalić zestaw norm, skoro tak bardzo różnimy się w wielu poglądach na zasadnicze kwestie? A nadto, jak ustalić zestaw kar, skoro i one podlegają rozmaitym ocenom i poglądom? Ponownie, w sukurs przychodzi nam koncepcja Hoppego, która skłania nas do zwrócenia uwagi na pewne założenia, których nikt nie może uniknąć, jeśli tylko dokonuje dowolnego typu refleksji. Odpowiedź na kluczowe dla niniejszej pracy pytanie zawarte jest w prozaicznym zdawałoby się fakcie prowadzenia dyskusji i działania.

Każdy wywód teoretyczny zakłada posiadanie przez nas własnych ciał. Słowa nie mogą przecież być wypowiadane same przez siebie — muszą istnieć ludzie, którzy je wypowiadają, korzystając ze swych ograniczonych ciał. Rzadkość (ograniczoność) ciał daje się uzasadnić dzięki samemu faktowi uczestniczenia w dyskusji: skoro rozmawiamy, musimy stanowić odrębne jednostki[43]. W przeciwnym razem, gdyby cała rzeczywistość sprowadzała się do jednej tylko osoby, wymiana zdań nie miałaby sensu. Chcą zatem uczestniczyć w argumentacji musimy uznać swoją odrębność, a zatem i ograniczoność swoich ciał. Nasze ciała są więc rzadkim zasobem — jako mój rozmówca nie masz do mojego ciała dostępu (oczywiście, zawsze można dokonać na drugiej osobie aktu przemocy i próbować nie dopuścić jej do głosu, lecz taki sposób komunikowania się jest irracjonalny)[44].

Ustaliwszy bezsporność posiadania przez wszystkich ludzi podstawowego rzadkiego zasobu — ciał — możemy z łatwością dostrzec niemożliwy do zakwestionowania fakt rzadkości wszystkich zasobów dostępnych w naturze. Wszelki konflikt jest uwarunkowany rzadkością. Wchodzimy w spory właśnie dlatego, że świat jest rzeczywistością ograniczoną, z ograniczoną ilością dostępnych zasobów. Sytuacja, w której wszystkich rzeczy byłoby pod dostatkiem dla każdego jest niemożliwa do osiągnięcia, gdyż zakładałoby ona absolutny monizm i niosłaby w sobie sprzeczność. Jak już dowiedliśmy, rzeczywistość jest jednak pluralistyczna i dlatego muszą istnieć pewne określone zasady korzystania z zawartych w niej przedmiotów.

Okazuje się więc, że sama refleksja nad argumentacją, czyli zaledwie narzędziem dociekania natury prawa, przynosi nam już odpowiedź na interesujące nas pytanie. Skoro bezwzględnie obowiązujące są zasady samoposiadania oraz pierwotnego zawłaszczenia zasobów dostępnych w naturze, każde wykroczenie przeciw nim jest złe. Prawo, jako zespół norm i kar, musi więc także podlegać pod absolutnie obowiązujące prawo własności ciała i zawłaszczonych zasobów. Podlegać, czy być z nim tożsamym?

Dokonana przez Hoppego refleksja nad charakterem etyki prowadzi nas do zaskakującego wniosku. Etyka i ekonomia, twierdzi Hoppe, są potrzebne tylko o tyle, o ile istnieją rzadkie dobra[45]. Myśli ludzkie nie są rzadkie, może je mieć każdy. Każdy może pomyśleć o dowolnej sprawie, bez uszczerbku dla innych. Nie mamy także dostępu do cudzych myśli; jesteśmy tylko samymi sobą i nie możemy nawet wyobrazić sobie posiadania dwóch tożsamości[46]. Dywagacje na temat niepowtarzalności niektórych myśli (np. w umyśle geniuszy) zupełnie chybiają celu. Raz odkryta przez kogoś genialna myśl może się stać udziałem wielu. Dowodem na to jest chociażby wykorzystywany dziś wynalazek koła albo rachunek różniczkowy.

Prawo własności nie może więc dotyczyć sfery myśli, gdyż ta nie jest rzadkim zasobem[47]. Racjonalnie dający się ująć konflikt dotyczy więc tylko i wyłącznie rzadkich zasobów[48]. Prawo, zespół norm i kar, powinno być zatem rozumiane jako zestaw zasad stanowiących rozwinięcie prawa własności do własnego ciała i innych rzadkich zasobów nabytych poprzez pierwotne zawłaszczenie lub wymianę z innymi osobami. Teoria prawa jest zatem tożsama z teorią prawa własności. Jej zasadniczym zadaniem jest wykazanie, w jaki sposób ogólne zasady samoposiadania ciała oraz własności przedmiotów zawłaszczonych pierwotnie lub uzyskanych na drodze wymiany stosują się do konkretnych przypadków.

Jak już wspominaliśmy powyżej, dokładne ustalenie wszelkich okoliczności złamania prawa własności należeć powinno do przedsiębiorców — osób, które osiągnęły w tej dziedzinie biegłość. Zadaniem teoretyka prawa powinna być jedynie obrona podstawowych zasad, przedstawionych jako argumentacyjno-prakseologiczne pewniki oraz wytyczenie ogólnych ram kontekstowych. Żyjemy bowiem w niezwykle zróżnicowanym świecie — wokół siebie spotykamy wiele rozmaitych dziedzin działalności, specjalizacji zawodowych, a prócz tego zróżnicowanie geograficzne i kulturowe. W dalszych częściach książki skupimy się więc na kluczowych dla prawa zastosowaniach teorii własności, które możemy śmiało uznać za całkowicie niezależne od kontekstu dziejowego i kulturowego. Konkretne rozwiązania czy wyroki należy pozostawić przedsiębiorcom — dla nas kluczowa będzie teoretyczna warstwa prawa ze wszystkimi jej rozgałęzieniami, uwarunkowanymi złożonością otaczającej nas rzeczywistości.

 

Pierwotne zawłaszczenie

W tym miejscu możemy uznać dyskusję na temat rzekomych alternatywnych teorii prawa własności za zamkniętą i skupić się na mechanizmie działania libertariańskiej teorii własności. W poprzednim rozdziale wskazaliśmy na jej fundament — czyli samoposiadanie ciała oraz rzeczy uzyskanych drogą pierwotnego zawłaszczenia lub na drodze wymiany. Cechą zasadniczą pierwotnego zawłaszczenia jest to, iż wymaga ona konkretnego przekształcenia rzeczywistości zewnętrznej. Innymi słowy, w wyniku aktu pierwotnego zawłaszczenia rzecz zmienia swoją fizyczną właściwość[49], a mianowicie zmienia swoje miejsce położenia. Najczęstszym przykładem jest tu podniesienie leżącego pod drzewem jabłka. Jako właściciele swoich ciał, o ile oczywiście dokonujemy tego jako pierwsi, poprzez wzięcie jabłka do ręki uzyskujemy pełne prawo do kontroli nad nim.

Oczywiście, nie wszystkie rzeczy można przecież przenieść, np. ziemi. Istnieje więc pokusa, żeby pierwotne zawłaszczenie uznać także w wypadku zmiany kształtu. Ostatecznie jednak tego typu zmiana również sprowadza się do przemieszczenia danej rzeczy, choć na mniejszą skalę. Uprawianie ziemi polega przede wszystkim na jej cyklicznym oraniu, czyli przemieszczaniu jej warstw. Żadnej rośliny nie da się zresztą uprawiać na zasadzie bezwładnego rzucania na nią ziaren — konieczne jest uzdatnienie gleby do przyjęcia ich. Zwyczajne przechadzanie się po ziemi także nie czyni jej niczyją własnością, o ile nie jest ono celowym działaniem, służącym przemieszczeniu jej wierzchniej warstwy.

Zmianie miejsca związanego z pierwotnym zawłaszczeniem także nie sposób zaprzeczyć bez popadnięcia w sprzeczność. Prowadzenie dyskusji polega na aktywnym korzystaniu z pierwotnego, rzadkiego zasobu — ludzkiego ciała. Byłoby to niemożliwe bez aktywnego poruszania ciałem — ruchu ust, posługiwania się długopisem (w przypadku dyskusji prowadzonej pisemnie) itd. Nasza zdolność do korzystania z ciała manifestuje się więc przede wszystkim w komunikacyjnym wysiłku dokonywania ruchu częściami naszego ciała.

Gdyby rzeczy stawały się naszą własnością na zasadzie pomyślenia o nich, natrafilibyśmy na nierozstrzygalny konflikt ustalenia pierwotności czyjejś myśli. Poza tym, myśl nie może stanowić przedmiotu własności, o czym wspominaliśmy już w Rozdziale I. Pierwotne zawłaszczenie polega więc na realnym kontakcie dwóch jednostek: ludzkiej oraz nie-ludzkiej. Inne osoby nie należą do zakresu zasobów, podlegających pierwotnemu zawłaszczeniu z tego powodu, iż każdy człowiek stoi już przed faktem pierwotnego zawłaszczenia swego ciała. Człowiek poczyna się wraz ze swoim ciałem i od tego momentu jest też jego właścicielem — pierwotnym zawłaszczycielem. Nadajemy przemieszczeniu status wyróżniony, ponieważ jest to jedyna możliwa oznaka zapanowania nad danym przedmiotem oraz ponieważ nasze samoposiadanie (podstawa wszelkiej własności) daje się uzasadnić jedynie na drodze komunikacji, polegającej na przemieszczaniu rzadkiego zasobu, czyli ciała. Proponowana przez Locke’a praca lub Rothbardowska energia stanowią zawodne kryterium, gdyż kładą one nacisk na proces zawłaszczania. Energia lub też wysiłek nie są jednak w stanie same przyczynić się do zawłaszczenia danej rzeczy. Przykładowo: wiele osób może włożyć wysiłek w złapanie i oswojenie konia, ale jedynie osoba zdolna do zapanowania nad nim może nazywać się jego właścicielem. Panować nad rzeczą oznacza być w stanie zmienić jej uprzednie, naturalne położenie.

Istnieje jeszcze jeden wymóg związany z pierwotnym zawłaszczeniem: chodzi mianowicie o uczynienie go rozpoznawalnym dla innych osób. Problem ten byłby nieobecny jedynie w takim świecie, w którym żyłby tylko jeden osobnik gatunku ludzkiego. Jako że żyjemy w świecie zamieszkałym przez wiele osób, konieczne jest zamanifestowanie swego zawłaszczenia względem innych osób. Gdyby bowiem opisywany przez Locke’a człowiek najpierw zebrał leżące pod drzewem żołędzie, później porozrzucał je z powrotem na ziemi w nieładzie, sprawiłby w ten sposób nie lada kłopot innej osobie, która natknęłaby się na nie później i rościła sobie do nich pretensje. Innymi słowy, dokonywane przez nas przemieszczenie danych zasobów musi być rozpoznawalne dla innych potencjalnych pierwotnych zawłaszczycieli.

Problem „rozpoznawalności” dokonanego uprzednio pierwotnego zawłaszczenia znajduje swoje naturalne rozwiązanie w chronologii wydarzeń. Każdy nas przychodzi na świat nagi i posiada początkowo jedynie własne ciało. Najpierw dysponujemy mieniem swoich rodziców bądź opiekunów, nadal będąc niezdolnymi do rozwinięcia swego stanu posiadania. Dorastając, uczymy się korzystać ze swego ciała do nabywania coraz to nowych przedmiotów. Gromadzimy je w naszych dłoniach, torbach, kieszeniach, pokojach, domach, mieszkaniach, działkach — umieszczamy je w konkretnych miejscach. Rozpoznawalność pierwotnego zawłaszczenia polega więc na przeniesieniu nowego przedmiotu do miejsca już uprzednio zawłaszczonego (w przypadku osób żyjących w wynajmowanych lokalach lub na wynajmowanych działkach istotne jest to, iż dany przedmiot opuszcza swe miejsce za sprawą czyjegoś ciała).

Kryterium tego nie można uznać za ograniczanie prawa własności i czynienie ustępstw względem społeczeństwa. Należy je raczej postrzegać jako naturalny wymóg współistnienia ze sobą ludzi, którzy mogą wejść w konflikt, dotyczący danego rzadkiego zasobu. Manifestując zawłaszczenie czynimy jednocześnie zabezpieczenie przed tym, aby samemu nie znaleźć się w sytuacji niepewności względem pewnego przedmiotu, co do którego nie wiemy, czy został już zawłaszczony, czy nie. Przemieszczenie danego przedmiotu w zakres już zawłaszczonych zasobów (ciała, budynku lub ziemi) czyni nadto nasze zawłaszczenie o wiele lepiej zabezpieczonym względem innych, potencjalnych zawłaszczycieli.

W tym miejscu wspomnijmy jeszcze o narzędziowości, związanej z pierwotnym zawłaszczeniem. Podstawowym narzędziem, prawdziwą bazą, służącą do nabywania innych przedmiotów, jest nasze własne ciało. Człowiek dość wcześnie nauczył się posługiwać rozmaitego rodzaju przedmiotami, ułatwiającymi mu życie. Rybak łowi ryby siecią, drwal rąbie drzewo siekierą itd. We współczesnym świecie zdarza się bardzo często, że proces pozyskiwania pewnego dobra jest niemal całkowicie zautomatyzowany, właściciel zaś nigdy nie ma z nim bezpośredniej styczności. Tego typu sytuacje wcale nie świadczą przeciw proponowanej przez nas teorii. Wręcz przeciwnie: potwierdzają ją, wskazując na schemat pierwotnie posiadanego ciała, służącego jako narzędzie do pozyskiwania innych przedmiotów, które później same mogą stać się narzędziem do uzyskania kolejnych rzeczy. Wszystkie rzeczy, jakie posiada człowiek, można więc podzielić na te, które zawłaszczył bezpośrednio przy użyciu swojego ciała i na te, które pozyskał przy użyciu zawłaszczonych uprzednio przedmiotów.

 

Transfer zawłaszczonych zasobów

Wszystkie rzeczy materialne, które zna człowiek można podzielić na:

— przedmioty już zawłaszczone na zasadzie zmiany miejsca;

— przedmioty jeszcze niezawłaszczone, pochodzące z zasobów naturalnych lub niegdyś przez kogoś opuszczone.

Pierwszą klasę rzeczy można z kolei podzielić na:

— przedmioty pierwotnie zawłaszczone, które nie zmieniły właściciela;

— przedmioty pierwotnie zawłaszczone, które zmieniły właściciela.

O ile przedmioty zawłaszczone w sposób pierwotny (wydobyte ze stanu natury) zostały zmodyfikowane na zasadzie przemieszczenia, o tyle zmiana, która jest podstawą transferu tytułu własnościowego, polega już na czymś innym. Naturalnym następstwem zawłaszczenia sobie danej rzeczy z naturalnych zasobów jest możliwość przekazania jej komuś innemu. Można to uczynić za pewną z góry ustaloną cenę lub też przekazać daną rzecz za darmo. Kwestia ceny nie jest w przypadku prawa własności nazbyt istotna. Jedyną rzeczą, która ma znaczenie, jest dobrowolność wymiany. W przeciwieństwie więc do pierwotnego zawłaszczenia, to właśnie dobrowolny i obustronny akt zgody na dokonanie transakcji czyni daną uprzednio, zawłaszczoną pierwotnie rzecz czyjąś własnością. W przypadku transferu tytułu własności do danej rzeczy ona sama może pozostać pod względem zajmowanego miejsca całkowicie niezmieniona, lecz przemieszczeniu musi ulec przynajmniej jeden inny przedmiot będący wobec niej rękojmią.

Pierwotne zawłaszczenie jest najczęściej znamieniem społeczeństwa na wczesnym etapie rozwoju. Ma ono do czynienia przede wszystkim z dziewiczą ziemią, którą trzeba odpowiednio przysposabiać do własnych potrzeb: ludzie pierwotni karczują las, polują na dziką zwierzynę, uczą się uprawiać ziemię. Wraz ze stopniowym rozwojem cywilizacyjnym coraz większa część zasobów naturalnych jest już w pewien sposób przekształcona. Społeczeństwo zaczyna więc tworzyć dobra wyższego rzędu[50]. Przykładowo, przy użyciu przeznaczanych niegdyś jedynie na opał kawałków drewna i mchu, człowiek pierwotny zaczyna budować sobie szałas. Z czasem wykształca się specjalny zawód cieśli, którzy wycinkę drzewa pozostawiają drwalom. Ich specjalizacja jest możliwa jedynie dzięki prawu własności, które przynależy najpierw drwalom, następnie flisakom, a na samym końcu cieślom. Zawłaszczone przez drwali drewno staje się ich własnością, ale dzięki dobrowolnej umowie z flisakami zrzekają się go na rzecz pieniędzy, które otrzymują później sami flisacy po dostarczeniu drewna do cieśli.

Choć może wydać się to dziwne, w przypadku dokonania wymiany tytułów własnościowych także mamy do czynienia z przemieszczeniem (zmianą zajmowanego miejsca) danej rzeczy. Żyjąc w dobie płatności internetowych, nawet nie zdajemy sobie sprawy z tego, że u podstaw każdej wymiany leży fizyczne i namacalne przekazanie innej osobie konkretnego przedmiotu.

Aby lepiej zrozumieć to zagadnienie, wyobraźmy sobie dwie pierwotne osoby. Pierwsza z nich jest rybakiem, druga drwalem. Obie chcą się zamienić swoimi zawłaszczonymi pierwotnie przedmiotami: rybak pragnie wzbogacić się o drewno na opał, a drwal o ryby, potrzebne mu jako pożywienie. Uprzednio każdy z nich zawłaszczył (czyli przemieścił) odpowiednie potrzebne do wymiany zasoby. Aby dana rzecz mogła być spożytkowana przez swego nowego właściciela, musi on dokonać jej przemieszczenia — w przypadku pierwotnego człowieka sięgnąć po nią ręką.

Wraz z rozwojem cywilizacji, zawłaszczane pierwotnie zasoby stają się coraz bardziej obfite — w związku z tym pojawia się techniczny problem, w jaki sposób dany zasób (np. wiele metrów sześciennych drewna wyrąbanego przez drwala) może stać się w danej chwili czyjąś własnością, bez konieczności osobistego przeniesienia wielokilogramowego (wielotomowego) ciężaru. W celu pokonania tego problemu człowiek nauczył się posługiwać przedmiotami będącymi rękojmią wymiany. Ową rękojmią może być cokolwiek: złoto, kawałek papieru czy też dowolny inny przedmiot. Z naturalnych względów, które wyjaśnimy za chwilę, najlepszą rękojmią okazała się spisana na kartce papieru umowa (która dzisiaj coraz częściej zastępowana jest przez odpowiedni zapis cyfrowy).

Skoro dana rzecz jest zbyt duża, zbyt odległa lub z jakiegokolwiek innego względu nie nadaje się do bezpośredniego i osobistego przemieszczenia jej, ale istnieje obustronna wola do dokonania wymiany, obie strony transakcji w sposób intencjonalny nadają innej, bardziej poręcznej rzeczy charakter rękojmi. Ich wzajemna umowa nie może mieć jednak charakteru jedynie myślowego[51] — w związku z tym w sposób konieczny muszą zgodzić się, aby zamiast właściwego przedmiotu kontraktu, jego rolę pełnił pewien materialny substytut. Murray Rothbard, twierdząc w Etyce wolności[52], że obietnica nie jest wiążącym kontraktem, ponieważ ewentualne jej złamanie nie gwałci niczyjego prawa własności, oparł swoje twierdzenie właśnie na tym, iż obietnicy brakuje materialnej rękojmi. Obietnica jest tylko myślą ucieleśnioną poprzez nasze ciało — ale nasze własne ciało jest i zawsze pozostanie jedynie naszą własnością; jest niezbywalne. Dopiero przeniesienie obietnicy za sprawą intencjonalnego aktu obu wymieniających się osób na pewien inny przedmiot — rękojmię, może uczynić z niego kontrakt, czyli pełnoprawną wymianę[53].

We wczesnej fazie rozwoju cywilizacji rękojmią mogły być przedmioty dowolnego rodzaju. Lecz jak już wspominaliśmy, charakter rzeczywistości i dostępnych w niej zasobów wymaga doskonalenia tego narzędzia. Przykładowo: zamówienie przez kupca drewna może być zrealizowane jedynie w określonym czasie i miejscu i jest uwarunkowane wieloma innymi czynnikami. Jeżeli obydwie strony bardzo sobie ufają (np. są członkami tej samej rodziny), mogą w ogóle nie skorzystać z jakiejkolwiek rękojmi i wierzyć sobie „na słowo”. Dzięki temu mogą sobie oszczędzić czasu i formalności (to właśnie dlatego rodzinne interesy są nieraz tak bardzo udane), ale w przypadku konfliktu pozostaną bez jakiegokolwiek narzędzia, które mogłoby im pomóc w wyegzekwowaniu od innych swoich oczekiwań. Dlatego właśnie, a więc z powodu braku pewności co do wypełnienia danego kontraktu, ludzie nauczyli się spisywać umowy, które szczegółowo wymieniają warunki wymiany. Kontrakt spisany jest także najbardziej naturalną formą dla rękojmi, ze względu na możliwość najpełniejszego rozjaśnienia wszystkich jego punktów. Intencjonalność kontraktu znajduje swój najlepszy wyraz w formie pisanej, która pozwala na uszczegółowienie wszelkich elementów związanych z fizycznym udostępnieniem danego dobra.

Rzecz jasna, rękojmia jest całkowicie dobrowolna. Ma ona sens jedynie wtedy, gdy jedna strona (bądź obie) zażąda od drugiej gwarancji wykonania kontraktu[54]. Jak już wspomnieliśmy powyżej, przekazujący sobie dobra bez żadnej umowy członkowie rodziny lub dobrzy przyjaciele mogą się bez niej całkowicie obyć. Ich wzajemne zaufanie jest samo przez się czymś analogicznym do rękojmi (choć nie jest nią samą). Dlatego też ogromna ilość rękojmi (znanych nam najczęściej w formie umów pisanych małym druczkiem, dołączanych do produktów) znana nam ze świata współczesnego świadczy o wzroście niepewności wobec innych ludzi. Przewidywalność otoczenia społecznego nie rodzi potrzeby zabezpieczenia obietnicy ustnej materialną rękojmią, potrzeba ta bierze się z racji braku pewności co do poszanowania prawa własności[55].

O żyjącej ze sobą rodzinie nie mówi się zazwyczaj jako grupie osób, która dokonuje transferu (wymiany) posiadanych zasobów, choć w rzeczywistości to właśnie ma miejsce. Fakt, iż dzielą się dostępnymi im rzeczami (pieniędzmi, jedzeniem, środkami transportu itd.) bez jakiejkolwiek umowy lub innego rodzaju rękojmi wcale nie oznacza, że ich wymiany są nieważne lub nieobecne. Wręcz przeciwnie — istnieją i mają dużą częstotliwość, lecz z racji braku materialnego uprzedmiotowienia w rękojmi nie mają mocy prawnej.

 


[1] Fragmenty wstępu ukazały się uprzednio w tygodniku „Najwyższy Czas!” (nr 1027) jako tekst noszący tytuł: Bezprawie.

[2] Étienne de La Boétie, The Politics of Obedience: The Discourse of Voluntary Servitude, Ludwig von Mises Institute, Auburn 2008, s. 46.

[3] Bruno Leoni, Freedom and the Law, Nash Publishing, Los Angeles 1972, s. 88-89.

[4] Bruce Benson, To serve and protect, New York University Press, New York 1998, s. 4.

[5] Literatura libertariańska obfituje w rozległe opisy funkcjonujących niegdyś przez wiele lat  bezpaństwowych systemów prawno-ochroniarskich. Najlepszym i najwszechstronniejszym opracowaniem historycznych oraz współczesnych przykładów funkcjonowania prywatnie stanowionego prawa jest książka Bruce’a Bensona The Enetrprise of Law. Justice without the State, Pacific Research Institute for Public Policy, San Francisco 1990. Godne uwagi są także inne publikacje Bensona oraz pojedyncze opracowania innych autorów. Por. pracę Davida Friedmana o dawnej Islandii Private Creation and Enforcement of Law: A Historical Case, „Journal of Legal Studies”, 8 (March 1979): 399-415.; społeczeństwo indiańskiego plemienia Kwakiutlów opisał D. Johnsen, The Formation and Protection of Property Rights, „Journal  of Legal  Studies”,  15  (January 1986); a plemię Yurok Walter Goldsmith: Ethics and the Structure of Society: An Ethnological  Contribution to  the Sociology of Knowledge,  „American Anthropologist”, 53 (October-December 1951) s. 506-524.

[6] Wyraz takiemu przekonaniu daje Murray Rothbard: „każdą osobę, w każdym miejscu i czasie, obejmują podstawowe zasady: posiadania samego siebie, posiadania wcześniej nieużywanych zasobów, które się zajęło i przekształcało; i posiadania wszystkich tytułów zaczerpniętych z podstawowego posiadania — albo przez dobrowolne wymiany albo podarunki. Zasady te — które możemy nazwać „zasadami naturalnego posiadania” — mogą być bardzo jasno stosowane, a takie posiadanie bronione, niezależnie od miejsca i czasu oraz niezależnie od gospodarczych osiągnięć społeczeństwa. Jest rzeczą niemożliwą, aby jakikolwiek inny system społeczny zakwalifikował się jako uniwersalne prawo naturalne; bo jeśli istnieje jakikolwiek przymusowy rząd jednej osoby lub grupy osób nad innymi (a wszystkie rządy są taką hegemonią), to niemożliwe jest zastosowanie tej samej zasady do wszystkich; tylko pozbawiony rządów, czysto libertariański świat może spełnić kwalifikacje naturalnych uprawnień i prawa naturalnego albo, co ważniejsze, może spełnić warunki uniwersalnej etyki dla całego społeczeństwa” — Murray Rothbard, Etyka wolności, Fijorr Publishing, Warszawa 2010, s. 84.

[7] Mieczysław A. Krąpiec, Realizm ludzkiego poznania, RW KUL, Lublin 1995, s. 232.

[8] Więcej informacji o etyce argumentacji rozwijanej przez Habermasa i innych niemieckich filozofów czytelnik znajdzie w: K.O. Apel, Transformation der Philosophie, (Frankfurt/M: Suhrkamp, 1973); Jürgen Habermas, Teoria działania komunikacyjnego, Wydawnictwo naukowe PWN, Warszawa 2004; oraz Jürgen Habermas, Zur Logik der Sozialwissenschaften (Frankfurt/M.: Suhrkamp, 1970).

[9] Najogólniejszą zasadą całej otaczającej nas rzeczywistości jest zasada niesprzeczności. Jej pierwsze filozoficzne sformułowanie pochodzi od Arystotelesa: „Istnieje zasada odnosząca się do rzeczy, co do której nie można się mylić, lecz przeciwnie, musimy zawsze uznawać jej prawdziwość, mianowicie „że to samo w jednym i tym samym czasie nie może być i nie być”. (…) Kto jednak chciałby wykazać twierdzącemu, że zdania sprzeczne są zarazem prawdziwe, iż jest w błędzie, powinien by przyjąć jakieś zdanie, które by było identyczne z zasadą orzekającą, że ta sama rzecz nie może zarazem być i nie być w jednym i tym samym czasie, lecz które nie wyda się przeciwnikowi identyczne. Tylko bowiem w taki sposób można zbić twierdzenie tego, kto utrzymuje, iż jest możliwe, ażeby zdania sprzeczne odnoszące się do tego samego przedmiotu były równocześnie prawdziwe. Ci zatem, którzy chcą podjąć z kimś dyskusję, muszą się w pewnej mierze nawzajem rozumieć; bo jeżeli się nie uwzględni tego warunku, to jak można podjąć z kimś dyskusję. Dlatego też każde słowo musi być zrozumiałe i odnosić się do czegoś; nie do wielu rzeczy, lecz tylko do jednej; a jeżeli oznacza więcej niż jedną rzecz, należy wyjaśnić, do której z nich się odnosi. Kto zatem twierdzi, że „to jest i nie jest”, zaprzecza temu, co twierdzi, tak iż twierdzi, że słowo nie oznacza tego, co oznacza, a to jest niemożliwe. Jeżeli zatem wypowiedź „to jest” coś oznacza, nie może być równocześnie prawdziwe jej zaprzeczenie”. Arystoteles, Metafizyka, (ks. K, rozdz. 3-4, 1062a), PWN Warszawa 2009, s. 196. Arystoteles do wykazania sprzeczności zawartej w naukach presokratyków i sofistów użył metody sprowadzania do absurdu (reductio ad absurdum), która w sporej mierze oparta była na zarysowanej powyżej metodzie odwołania się do racji uznawanych przez dyskutanta. W identyczny sposób dają się udowodnić także zasady: wyłączonego środka oraz tożsamości.

[10] L. von Mises, Ludzkie działanie, Instytut Misesa, Warszawa 2007, s. 57.

[11] Tamże, s. 27-8.

[12] Więcej o aprioryzmie i metodologii prakseologii w: L. von Mises, The Ultimate Foundation of Economic Science, Kansas City: Sheed Andrews and McMeel, 1978.

[13] D. Gordon, The Philosophical Origins of Austrian Economics, Auburn, 1996, s. 8.

[14] H-H. Hoppe, Economic Science and Austrian Method, Auburn, 1995, s. 8.

[15] Tamże, s. 9.

[16] Tamże, s. 30.

[17] Tamże, s. 27.

[18] Tamże, s. 25.

[19] H-H. Hoppe, The Economics and Ethics of Private Property, Ludwig von Mises Institute, Auburn 2006, s. 363.

[20] Arystoteles, Analityki wtóre, w: Dzieła wszystkie, t. 1, Warszawa 2003, s. 259 (72b).

[21] H-H. Hoppe, In Defense of Extreme Rationalism: Thoughts on Donald McCloskey’s ‘The Rhetoric of Economics’, „The Review of Austrian Economics”, vol. 3, s. 185.

[22] H-H. Hoppe, The Economics …, dz. cyt., s. 333.

[23] M. Rothbard, The Ethics …, dz. cyt.

[24] Historyczny proces ustalania się poglądu, iż ekonomia (prakseologia) jest w sposób nieodłączny związana z prawem oraz kluczową rolę w tym procesie myślicieli szkoły austriackiej i jej poprzedników ukazuje Josef Sima w: Praxeology as Law & Economics, „Journal of Libertarian Studies”, (jesień 2004), s. 73-89.

[25] Tamże, s. xvi-xvii.

[26] H-H. Hoppe, The Economics …, s. 331.

[27] Tamże., s. 321.

[28] Tamże, s. 318

[29] Tamże., s. 318

[30] Por. M. Krąpiec, Ja — człowiek, Lublin 1991, s. 229-230, gdzie autor wskazuje na maksymę „dobro należy czynić” jako na fundament poznania fronetycznego i odpowiednik zasady (nie)sprzeczności w postępowaniu. Zasada (nie)sprzeczności zaś znajduje u Krąpca uzasadnienie całkowicie argumentacyjne: „Ten, kto poddaje w wątpliwość zasadę (nie)sprzeczności, przez sam fakt wątpienia coś myśli i myśli te jakoś wyraża. Myślenie jest znakiem (formalnym, znakiem przejrzystym) rzeczy, a wyrażanie w słowie czy piśmie jest znakiem (nadrzędnym) myślenia. Jeśli więc wątpiący o zasadzie (nie)sprzeczności coś wyraża i przez to samo coś myśli, to rzeczywiście posługuje się znakowaniem, czyli oznacza byt różny od niebytu; stwierdza, że jego myślenie jest czymś, jest jakimś bytem, który równocześnie i pod tym samym względem nie jest niebytem, nie jest niemyśleniem” (M. Krąpiec, Realizm ludzkiego poznania, Lublin 1995, s. 120).

[31] H-H. Hoppe, The Ethics …, dz. cyt., s. 407.

[32] D. Hume, Traktat o naturze ludzkiej, Kraków 1951.

[33] Naturę celowości jako kategorii działania pokazaliśmy powyżej.

[34] H-H. Hoppe, The Ethics …, s. 291.

[35] H-H. Hoppe, Economic Science … , s. 31.

[36] Por. analizy Krąpca zawarte szczególnie w dziełach: Metafizyka, Lublin 1997; Realizm ludzkiego poznania.

[37] M. Krąpiec, Realizm …, s. 159.

[38] Tamże, s. 140.

[39] Niezwykle wpływowy teoretyk prawa, Lon Fuller, ujął formalne wymogi prawa w postaci ośmiu zasad, takich jak: uczynienie przepisów prawnych powszechnie znanymi, zrozumiałość zasad czy też rzadkość przeprowadzania zmian (Lon Fuller, The Morality of Law, Yale University Press, New Haven, s.3 8-39.). Na próżno jednak szukać u niego dogłębnego uzasadnienia tych zasad oraz sposobu ich wyłonienia. Jedynie libertarianizm potrafi nadać swoim zasadom charakter koniecznie obowiązujących tez.

[40] Problem ten wyakcentowany został przede wszystkim w pracach: Konstytucja wolności, Wydawnictwo naukowe PWN, Warszawa 2006; The Counterrevolution of Science, The Free Press of Glencoe, London 1955; oraz Law, Legislation and Liberty, t. I, University of Chicago Press, Chicago 1960. Wśród wielu zainspirowanych twórczością Hayeka teoretyków wymienić możemy tu także Randy’ego E. Barnetta, autora pracy: The Structure of Liberty. Justice and the Rule of Law, Oxford University Press, 1998.

[41] Gruntownej krytyce koncepcji Hayeka poświęcony jest artykuł Hansa-Hermanna Hoppego: Socialism: A Property Or Knowledge Problem?,The Review of Austrian Economics”, t. 9, nr.1, 1996, s. 143-149.

[42] Jakub Wozinski, Hayek i odejście od prakseologii, tekst dostępny na stronie www.mises.pl.

[43] Podobnie twierdzi Frank van Dun: „Sama idea dialogu zakłada nieredukowalny pluralizm naturalnych osób. A zatem, w naszej dyskusji, ani ja, ani ty nie możemy zaprzeczyć, że drugi z nas jest oddzielną, niezależną osobą”. Frank van Dun, Argumentation Ethics and the Philosophy of  Freedom,  „Libertarian  Papers”, 1, 19 (2009), s. 6.

[44] Por. analizę Hoppego: „A zatem, należy więc wysnuć wniosek, że norma zawarta w argumentacji głosi, że każdy ma prawo do wyłącznej kontroli nad swym ciałem jako własnym instrumentem działania i poznania. Argumentacja może mieć miejsce tylko jeśli istnieje przynajmniej domniemane uznanie wzajemnego prawa do swojego własnego ciała”.     H-H. Hoppe, A Theory of socialism … , s. 132.

[45] H-H. Hoppe, The Economics and Ethics … , s. 333.

[46] Spotykane niekiedy zaburzenie podwójnej świadomości wcale nie jest tu kontrprzykładem, ale pokazuje, że osoby cierpiące na zaburzenia świadomości nie są w stanie funkcjonować bez pomocy innych osób o właściwie funkcjonującej świadomości.

[47] Rzadkość to wyłącznie cecha materii. Jak wyjaśnia Mieczysław A. Krąpiec: „W człowieku istnieje taka [niematerialna — JW.] strona, gdyż fakt świadomości mówi nam o tożsamości nas samych. Zanegowanie tożsamości nas samych nie jest racjonalne. Zatem obok materii przemiennej jest w nas coś, co jest racją tej bytowej tożsamości w ciągu całego życia ludzkiego. Owa realna „racja” tożsamości jest samoświadoma, albowiem wiem dokładnie, że to ja sam, jako ten sam byt, jestem ciągle tym samym centrum, ku któremu odnoszę wszystkie moje akty zmienne, fizjologiczne, jak i akty czysto psychiczne. Czuję się bytem tym samym i mam samoświadomość mojej tożsamości. Obok elementu zmiennego jest we mnie element samoświadomy, będący racją tożsamości i niezmienności, ten właśnie element, który w samoświadomym „ja” stanowi ostateczną bytową rację tożsamości. Jeśli zatem w „jaźni” odkrywamy przez wyjaśnienie filozoficzne duszę ludzką, to właśnie dusza ludzka jako racja tożsamości jest racją samoświadomości „ja”. Nie jest ona czymś bytowo zmiennym ani racją przemienności, ale przeciwnie, będąc racją samouświadomionej tożsamości jest tym samym „niematerialną” stroną człowieka. (…) Gdy zaś zwrócimy uwagę, że posiadamy takie pojęcia, które są niematerialne, to jeszcze dowodniej ukaże się niematerialność jaźni. Gdyby bowiem w człowieku istniał tylko materialny podmiot poznania, wówczas podmiot taki mógłby poznawać tylko to, co jest materialne, co oddziaływa nań jako bodziec. Tymczasem rozumiemy takie przedmioty, jak: „jedność”, „dobro”, „piękno”, „byt”, „przyczyna”, „relacje”, „nauka” itd. O tych sprawach wydajemy sądy. Wszystkie tego rodzaju przedmioty nie stanowią w swej strukturze niczego, co by było jakimś kontinuum czasowo-przestrzennym w jakikolwiek sposób wymiernym ilościowo. Przedmioty będąc same w sobie niematerialne nie stanowią bodźca materialnego dla poznania; a jednak są poznawalne, budzą dyskusje itd., zatem poznający je podmiot jest współmierny do tego typu przedmiotów, nie ma więc w sobie, w swej strukturze materii”. Ja — człowiek, Wydawnictwo KUL, Lublin 2005, s. 148-149.

[48] Nawet jeżeli ktoś nie zgadza się jedynie z naszymi myślami, i tak odwołuje się w ten sposób do rzadkiego zasobu — czyli naszego ciała i pragnie, abyśmy z niego korzystali w inny sposób. Choć nasze myśli nie są rzadkie, to i tak nie byłyby możliwe bez naszego ciała, czyli rzadkiego zasobu.

[49] John Locke uważa, że czynnikiem decydującym w pierwotnym zawłaszczeniu jest praca: „Ten, kto żywi się żołędziami, które zebrał pod dębem lub jabłkami zebranymi z drzew w sadzie z pewnością zawłaszczył je dla siebie. Nikt nie może zaprzeczyć, że to pożywienie należy do niego. Pytam zatem kiedy zaczęło ono do niego należeć? … I jest jasne, że jeśli pierwsze zawłaszczenie nie uczyniło go jego własnością, to nie mogło tego sprawić nic innego. Ta praca wniosła rozróżnienie między własnością wspólną a jego własną”. John Locke, An Essay Concerning the True Origin, Extent, and End of Civil Government, V. s. 27-28, in Two Treatises of Government, P. Laslett, (red.) (Cambridge: Cambridge University Press, 1960), s. 305-7.

[50] Wyśmienity opis społecznego przechodzenia do kolejnych etapów tworzenia dóbr coraz wyższego rzędu czytelnik znajdzie w: Carl Menger, Principles of Economics, Ludwig von Mises Institute, Auburn 2006, szczególnie na stronach: 51-89.

[51] O tym, że myśl nie może stać się przedmiotem własności wspominaliśmy już w Rozdziale I.

[52] M. Rothbard, The Ethics …, dz. cyt., s. 79.

[53] Myli się zatem Stephan Kinsella, który krytykuje stanowisko Murraya Rothbarda jako „fiksację” na punkcie słowa obietnica: „Ogólnie rzecz biorąc, tytuł jest przekazywany poprzez okazywanie czyjejś intencji przekazania własności lub tytułu na kogoś innego. Obietnica może być jednym ze sposobów uczynienia tego, lecz wcale nie jest to konieczne. Rothbard i Evers wydają się zafiksowani na punkcie słowa „obietnica” i nie zgadzają się na to, aby obietnica zdolna była przenieść tytuł. Wydają się myśleć, że skoro obietnica nie jest egzekwowalna, nie może też służyć do przeniesienia tytułu własności. Jednakże, obietnica może być zamierzona i zrozumiana jako nośnik tytułu, a zatem może służyć do tego celu. W pewnych kontekstach złożenie obietnicy może pełnić rolę okazania czyjejś intencji do przekazania tytułu”. Stephan Kinsella, A Libertarian Theory of Contract: Title Transfer, Binding Promises, and Inalienability, w: „Journal of Libertarian Studies Volume”, 17, nr 2 (wiosna 2003), s. 11-37. Kinsella zapomina jednak o tym, że do prawnie wiążącego kontraktu (wymiany tytułów) potrzebne jest fizyczne, zbywalne podłoże. Bez tego substratu obietnica pozostaje jedynie słowem-myślą.

[54] Murray Rothbard świetnie opisuje mechanizm gwarancji wypełnienia kontraktu oraz śledzi historyczne źródła tego typu zjawiska w: Etyka…, dz. cyt., s. 137-8.

[55] Instytucja państwa, jako stale podnosząca ludzką preferencję czasową, jest bezpośrednio odpowiedzialna za proces rozbudowywania umów (rękojmi) poprzez nieustanne wywłaszczanie, a przez to obniżanie pewności dysponowania własnymi zasobami.

 

Podobał Ci się artykuł?

Wesprzyj nas
Avatar

O Autorze:

Jakub Wozinski

Pozostałe wpisy autora:

55 Komentarze “Wozinski: A priori sprawiedliwości

  1. Autor szuka Świętego Graala filozofii i oczywiście go nie znajduje.

    Weźmy cytat z Hoppego:

    „Tak jak niemożliwe jest powiedzieć, że nie ma czegoś takiego jak obiektywna prawda bez jednoczesnego zakładania obiektywnych kryteriów zastosowania pojęć, tak też niemożliwe jest opowiadanie się za etycznym relatywizmem. Jest tak, ponieważ aby ktoś w ogóle mógł opowiadać się za jakimkolwiek stanowiskiem etycznym, trzeba wpierw pozwolić mu w ogóle coś powiedzieć, zamiast zamykać mu usta i uciszać go, a zatem, wbrew przesłaniu relatywizmu, wypowiadający je musi w rzeczywistości założyć istnienie dających się obiektywnie ustalić absolutnych praw”

    Wg mnie relatytywizm etyczny nie neguje istnienia obiektywnych praw a jedynie obiektywnych norm etycznych. A zatem zaprzeczając istnieniu obiektywnych norm etycznych nie popadam w sprzeczność.

  2. „Przede wszystkim, nie sposób jest zaprzeczyć własności swojego ciała, gdyż do zaprzeczenia trzeba by było użyć właśnie jego.”

    A od kiedy fakt, że czegoś używam, logicznie implikuje moje prawo własności do tego?

  3. Tekst b. ciekawy, gratulacje!

    Mogę mieć jednak parę pytań do pierwotnego zawłaszczenia?

    Piszesz, że „Cechą zasadniczą pierwotnego zawłaszczenia jest to, iż wymaga ona konkretnego przekształcenia rzeczywistości zewnętrznej. Innymi słowy, w wyniku aktu pierwotnego zawłaszczenia rzecz zmienia swoją fizyczną właściwość , a mianowicie zmienia swoje miejsce położenia”.

    Czy jednak aby na pewno sama zmiana miejsca położenia wystarczy?
    Czy jeżeli po prostu bezmyślnie kopnę jabłko, to też nabywam je na własność?
    Wydaje mi się, że nie – Hoppe zresztą pisze gdzieś, że produkcja to przekształcenie natury zgodnie z planem.

    Nie rozumiem też tego o zawłaszczaniu ziemi. Załóżmy, że nie chcę jej orać, tylko postawić na niej chałupę – wtedy nie przemieszczę żadnej warstwy ziemi.
    Wydaje mi się też, że można prowadzić dyskusję, nie zmieniając miejsca [rozumianego literalnie].

    Piszesz też: ” Innymi słowy, dokonywane przez nas przemieszczenie danych zasobów musi być rozpoznawalne dla innych potencjalnych pierwotnych zawłaszczycieli”, a z kolei Rothbard twierdził, że o tym, czy dane dobro jest już czyjąś własnością, powinien dowiedzieć się potencjalny kolejny właściciel, m.in. przy pomocy specjalnych agencji, które wyspecjalizowałyby się w rejestrowaniu własności.
    Czy nie natykamy się tutaj na problem tego, co to znaczy „rozpoznawalny”? Dla każdego będzie to oznaczało przecież coś innego.

    PS. A co w sytuacji, w której celowo pragnę nie przekształcać kawałka ziemi, ponieważ np. chcę czerpać użyteczność z kontemplowania nieskażonej, nienaruszonej natury? Jak mam wtedy jednocześnie zmienić położenie (kształt) tego obszaru i zachować w pierwotnym stanie?

    Pozdrawiam Serdecznie!

  4. @ ChrisMB:
    Ale właśnie uczestniczenie w dyskusji zakłada istnienie normy etycznej: „człowiek ma prawo korzystać ze swego ciała do komunikacji”. To nie jest prawo, bo prawo ma strukturę: „jeśli coś, to coś innego”, a norma to właśnie np. dopuszczenie do dyskusji.

    Zwróć uwagę, że nie mówimy o używaniu „czegoś”, lecz używaniu „ciała”. Ono zawsze jest moją własnością, nawet jeśli czasowo komuś je „wynajmuję”, np. poddając się operacji. Ludzkie ciało to fundament wszelkiej własności.

    @ Arkazy
    Poza kryterium zmiany miejsca podaję również zachowanie kontroli nad położeniem. Dlatego też kopnięte jabłko nie jest moją własnością (tak jak te, które chwieje się na gałęzi po mojej nieskutecznej próbie zerwania go), lecz tylko takie, które zjadam lub zabieram do kieszeni i zanoszę do domu.

    Co do chałupy: żeby ją postawić, trzeba wykopać fundament i w ten sposób ziemia zmienia swoją fizyczną właściwość celowością twojego działania. Poza tym, nie zostawiasz jej samej sobie (jak np. idąc gdzieś), lecz zostajesz na miejscu i ograniczasz dostęp do niej budynkami).

    Dyskusję można prowadzić bez zmiany miejsca, ale dyskusja nie jest możliwa bez ruchu ciała. Gdyby człowiek nie mógł poruszyć nawet powieką (jak w filmie „Motyl i skafander”), nie mógłby się komunikować.

    Z rozpoznawalnością chodzi tylko o to, że nie można jabłka wpierw wziąć do kieszeni, potem rzucić pod jabłoń, a następnie wrócić i nazywać złodziejem kogoś, kto to jabłko chce zabrać. Ta manifestacja przywłaszczenia oznacza jedynie konieczność połączenia nowego zasobu z uprzednio nabytymi.

    Co zaś się tyczy kontemplacji nieskażonej przyrody: niestety, zmysły nie mają mocy uczynienia niczego naszą własnością. Miłośnik takiej rzeczy może albo jeździć w dzikie miejsca i tylko się zachwycać albo zapłacić architektowi krajobrazu za zaaranżowanie czegoś podobnego na własnej działce.
    Miłośnicy nieskazitelnie czystej natury są dziś często ekoterrorystami oraz pomagają państwu w utrzymywaniu niesprawiedliwie posiadanych tytułów własnościowych do puszcz, gór, itd.

    Również pozdrawiam

  5. ad autor

    1. Czy jesli napisze ksiazke, w ktorej napisze „nie nalezy wydawac ksiazek”, to wpadam w samozaprzeczenie? Czy wykladajac na panstwowej uczelni, ze nie powinno byc panstwowych uczelni, popadam w samozaprzeczenie?

    2. Czy jesli przylapie kogos na kradziezy mojego roweru i powiem mu „oddaj mi to”, przez co odwoluje sie do jego woli i tlumacze mu w dyskusji, ze to nalezy do mnie, to uznaje jego prawo wlasnosci do roweru?

  6. Ad remek
    1. W przypadkach, które podałeś samozaprzeczenie miałoby następujące formy:
    – nie można napisać książek,
    – nie może być państwowych uczelni.
    Przykłady, które podałeś to tylko opinie, które nie są samozaprzeczeniem.

    2. Tego nie zrozumiałem.

    Co do tekstu,
    „Przykładowo, „każdy musi upić się w niedzielę pod karą grzywny” lub „każdy pijący alkohol będzie ukarany” są zasadami, które nie uprzywilejowują żadnych grup osób, a zatem mogą spełniać warunek uniwersalizacji”,
    czy to nie jest tak, że w pierwszym przypadku faworyzowani są alkoholicy a w drugim abstynenci?

  7. Ad 6.

    1. Niezla sztuczka, ale niestety nie zadziala. Co oznacza slowo „mozna”? Jest to stwierdzenie normatywne czy pozytywne? Samozaprzeczeniem bedzie napisanie w ksiazce „ksiazki nie moga istniec”, a nie „nie powinno sie pisac ksiazek”.

    Dlatego nie ma zadnego zaprzeczenia w tym, gdy ktos mowi „ludzie nie powinni miec prawa do wlasnego ciala”. Dlatego nikt, kto glosi poglady socjalistyczne nie dokonuje samozaprzeczenia, bo mozna uzywac prywatnych srodkow do tego, zeby promowac okreslona normatywna wizje.

    2. Jeszcze raz. Hoppe/Wozinski argumentuja, ze skoro z kims argumentuje, to znaczy ze uznaje jego prawo do samoposiadania, uznaje ze maja legalny i uzasadniony tytul wlasnosci do niego. Skoro tak, to analogicznie jesli prosze zlodzieja, zeby odstawil moj rower i przestal go krasc, to na tej samej zasadzie uznaje ze „wlasnosc” nalezy do zlodzieja.

  8. Szanowny Panie,

    Chciałbym się odnieść to poglądów przedstawionych w powyższym tekście. Ponieważ teskt jest dość rozległy będę odnosił się po kolei, do poszczególnych fragmentów.

    1.”Współcześnie prawo stanowione jest przez parlamenty, które poddają projekty pod głosowana, a następnie ogłaszają je obowiązującymi w dziennikach ustaw. Tak praktykowane, prawo stoi w całkowitej sprzeczności z mechanizmami, na których które zbudowano cywilizację łacińską.”

    2. „Ale czy zwykli ludzie naprawdę nie mają żadnego wpływu na kształt stanowionego prawa? Wręcz przeciwnie. Historia Rzymu i średniowiecznej Europy pokazuje, że najlepsze prawo powstawało na drodze rynkowej konkurencji między prywatnymi prawnikami. Władza ustawodawcza nie ingerowała wówczas w działanie sądów tak bardzo jak dziś.”

    3.”Niestety, rozrastająca się stale od końca XIV w. władza królów i książąt wpłynęła na zagarnięcie stanowienia prawa w sferę dominacji państwa. Dziś, po kilku wiekach państwowego monopolu w tej sferze, ludziom jest nawet ciężko sobie wyobrazić sytuację, w której prawo mogłyby ustalać prywatne osoby.”

    Jednym z fundamentów cywilizacji łacińskiej jest prawo rzymskie. Wypowiada się Pan szeroko co do prawa mimo, że wyraźnie widać, że nie ma Pan zielonego pojęcia ani na temat jego historii ani jego samego. Otóż głównymi źródłami prawa rzymskiego były konstytucje cesarskie oraz uchwały senatu(instytucje publiczne). Następnie w praktyce gdy dwóch Rzymian było w sporze a przepisy wydawane przez władze państwowe były niejasne szli oni to pretora, który również był de facto rzymskim urzędnikiem. Prawdą jest, że konkurencja miało tu znaczenie ale w tym sensie, że gdy powstał ciekawy spór prawny, którego nie do końca dało się rozstrzygnąć na kanwie edytków itd. Rozstrzygał to pretor. Prywatne osoby jednak prawa nie ustalały. Co więcej okres największej świetności prawo rzysmkie przeyżyło na przełomie II/III w. n.e. Gdy juryści rzymscy (Ulpian, Papinian) działając na cesarskim dworze(!) w dużej mierze poukładali przepisy zebrane przez poprzednie wieki. Jak jest teraz? Również państwo, tak jak Pan stwierdził, tworzy prawo. Praktycy zaś je stosują a gdy pojawiają się wątpliwości, są stworzone odpowiednie instytucje rozstrzygające kwestie soprne (Trybunał Konstytucyjny czy Sąd Najwyższy). Czyli istnieje ten sam łańcuch- uchwała senatu czy ustawa – praktyka prawników- pretor/SN. Czy dalej Pan uważa, że brak w funkcjonwaniu naszegpo Państwa tradycji łacińskiej? (Polacam lekturę Kazimierz Kolańczyk, Prawo Rzymskie, Warszawa 2007, Wyd. LexisNexis). To co napisałem jest jest zupełnie sprzeczne z pańskimi twierdzeniami, „że rzymska koncepcja prawa prywatnego — ius civile — polegała na jego całkowitej niezależności od woli ustawodawców. Taki stan rzeczy utrzymywał się przez niemal cały okres Republiki i Imperium. Były co prawda wyjątki, tak jak przykładowo za panowania Cezara, ale ogólna perspektywa prawa była biegunowo różna od stanu dzisiejszego.” Na prawdę nie wiem skad Pan wyciągnął te wnioski, bo na pewno nie z faktów historycznych czy opracowań i analiz historyków.

    Co do fragmentu nr 2. Co do starożytnego Rzymu wypowiedziałem się powyżej. Zaś co do średniowiecznej Europy. Europa zaczęła rozkwitać gospodarczo po I krucjacie (handel lewantyński i te sprawy ale nie jest to wykład z historii). Obrót prawny znów nabrał na sile. Wtedy zaś nastąpiła recepcja prawa rzymskiego. (Jego źródła w dużej mierze ocalały dzięki działalności kościoła, de facto tutaj też działającego jak organizacja państwowa a nie pewno nie wolnorynkowa, polecam książkę Antoniego Dębińskiego, Kościół i prawo rzysmkie). To zaś jak powstało prawo rzymskie wyjańiłem powyżej. Co tego czy nastąpiły zmiany w prawie rzymskim i jak się dokonały? Również dzięki pomocy władzy cesarskiej . Proszę poczytać o konstytucji Habita wydanej przez Fryderyka Barbarossę (cesarza!) w 1158 r. na prośbę bolońskich profesorów. (Czyli takich naukowców o jakich Pan pisze). Tak samo recepacja prawa rzysmkiego i jego rozwój za Justyniana w Bizancujm miała miejsce dlatego, iż zajął się tym cesarz. Bowiem cesarz miał władze i możliwości stworzenia warunków dla naukowców. Tak było jest i będzie (Kodeks Napoleona, Tagancewa- XIX w.) czy Polski Makarewicza z 1932 r. Tak jest i teraz. Przy rządzie działają Komisje kodyfikacyjne czy prawa karnego czy cywilnego. Co do ingerencji władzy ustawodawczej w sądownictwo. Chciałbym zauważyć, że o tych pojęciach trudno wogóle pisać w aspeckcie średniowicza. Stworzył je bowiem Monteskiusz, czyli trochę po 1492 r. Powiedzmy jednak, że intuicyjnie wiem o co Panu chodzi. Otóż jest zupełnie inaczej. Owszem był okres, że prywatne osoby stanowiły prawo na swoim de facto prywatnym terenie (głownie między upadkiem cesarstwa rzymskiego na państwem Karola Wielkiego). Było to związane z systemem feudalnym. Np. Wasal otrzymywał przywilej, że swoich ziemiach może sam tworzyć prawo i sam sądzić (czyli połączenie władzy ustawodawczej z sądowniczą , było to de dacto sądownictwo prywatne). Sprowadzało się to do tego, że wszystko można było załatwić gdy miało się pieniądze. W zasadzie oficjalnie, można było wykupić swoje zbrodnie.(Nie jest to jak już napisałem wykład z historii ale polecam podręcznik Powszechana historia Prawa, A. Dziadzio, Wyd. PWN, fragment o średniowieczu) . Pisze Pan o libertarianiźmie a wie Pan jak wyglądało prawo na terenach obecnej Anglii we wczesnych wiekach średnich gdy nie było centralnej władzy państwowej , która strzegła porządku a lokalnie wataszkowie sami ustanawiali prawo? Np. Należało chodzić głównym traktem. Gdy się szło przez las z góry było się traktowanym jak złodziej, gdyż wychodzono z założenia, że na pewno mamcy coś to ukrycia, skoto nie idziemy głowną drogą. W Imperium Rzymskim, gdzie już wiemy jak było tworzone prawo, byłoby to nie do pomyślenia.Zgodzę się, że teraz nie jest idealnie ale ze względu na rozwiązania systemowe (np. Kadencja sędziów TK trwa 9 lat, gdyby byli wybierani dożywotnio byliby bardziej niezależni). Żadnych tego typu przykładów Pan jednak nie podaje, stwiedziając tylko fakt, że wg Pana jest tak a nie inaczej, To też swiadczy o braku wiedzy na temat prawa i jego funkconaowania zarówno w praktyce jak i tworzeniu.
    Do punktu trzeciego to XIV wiek jest okresem osłabiania się władzy królewskiej. Jest to bowiem okres narodzin monarchii stanowej i odejście od monarchii patrymonialnej. Na czym polegała monarchia stanowa? Na tym, że swoje stany miały reprezentantów, którzy mieli wpływa na tworzenie prawa. W morachii patrymonialnej (czyli przed XIV w. byłoby to nie do pomyślenia). Co najlepsze, na koniec tej cześci, wpierw twierdząc, iż prawo powinno byc tworzone przez osoby prywatne cytuje Pan teoretyka. Tworzenie prawa przez prywatne osoby było znane we wczesnym okresie istnieia państwowości rzymskiej. Ludzie po prostu stosowali siłę wg zasady „Ja mam rację”. W momecnie kształtowania się prawa rzymskiego zaćżęto to ukracać. Świadczą o tym ustawy juliskie ” w sprawie przemocy w życiu publicznym i prywatnym”.Czy w takim razie byłow państwie rzymskim tj Pan twierdzi? Co jest zatem dorobkiem kultury łacińskiej? To, że idziemy jak kulturalni ludzie do niezawisłego sądu aby rozstrzygnął spór czy załatwiamy to międzu sobą siłą? Jak zresztą wyobraża sobie Pan dwóch przedsiębiorców, którzy mają w stosunku do siebie roszczenia z tytułu umowy sprzedaży? Że ich prawnicy będą tworzyć prawo (zapewne każdy pod siebie)? Historia pokazała, że prowadzi to do anarchii a anarchia do przemocy. Weżmy prosty przykład. Czy jak zamówił Pan 5 butelek soku pomarańczowego a dostał Pan 5 butelek soku jabłkowego to czy jest to niewykonania zobowiązania czy nienależyte wykonanie? Któż inny jak nie ustawodawca, który jest obiektywny (w porównaniu do stron) powienien ustalać reguły stosowanie przez niezawisły sąd.
    Co twierdzenia, że „Tradycje rzymskie podtrzymywała także chrześcijańska Europa, w której jedną z podstawowych zasad był rozdział iurisdictio od Imperium”. Pozwolę sobie tylko zacytować prof. Kolańczyka: „Od samego początku państwo rzymskie powierzyło wymiar sprawiedliwości – iurisdictio dzierżycielom silnej władzy. Iurisdictio było częścią składową najwyższej władzy państwowej”. No to jest rozdzielenie iurisdictio od imperium czy nie?
    „prawo posiadało swą rzeczywistą autonomię wobec władzy. Było przedsięwzięciem prywatnym, podlegającym prawom rynku. Rozmaite szkoły prawa oraz niezawisłe sądy konkurowały doprowadzając całą cywilizację do wysokiego stopnia rozwoju. Niestety, tylko do czasu.”. Jest to koleny fragment pańskiej pracy. Udowodniłem już w poprzednich fragemntach, tłumacząc jak powstawało w Rzymie i teraz prawo, że jest Pan w błędzie. Prawo ma tylko autonomię wobec władzy, w takim zakresie że władza się związana ustalonym przez siebie prawem. Prawo nigdy nie posiadało pełnej autonomii wobec władzy gdyż władza je tworzyła i tworzy (zwłaszcza w Rzymie i średniowieczu). Co do sądów to nie jest to element wolnorynkowy. One mają orzecz, kto w sporze ma rację.. Zaś cywilizację i prawo do wysokiego rozwoju stworzył system, który przed tu opisałem. Konkurecja była w tym senie rozwojowa, że tworzyła nowe stany faktyczne, często ciekawe, który rozstrzygały sądy (ale o tym też pisałem powyżej). Tak było i jest. Z konkurencją między sądami nie ma to jednak nic wspólnego.

    „Nasze czasy można śmiało nazwać bezprawiem. Od kiedy prawo zostało ukradzione prawom rynku, żyjemy w epoce obozów koncentracyjnych, zamierzonego głodu i wojen totalnych. Jednoznaczną przyczyną tego stanu rzeczy jest absurdalne podporządkowanie prawa i sądów państwu. Usługi sądownicze i prawne prowadzone są w totalnym oderwaniu od praw rynku. Skutkuje to przede wszystkim mizerną jakością oferowanych usług oraz, co najważniejsze, nietykalnością państwa. Państwo nie podlega prawu, lecz dyktuje je innym. Państwo to bezprawie.” Co kolejnego fragmentu. Gdyby Pan miał styczność z prawem wiedziałby Pan, że rynek się rozwija a państwo dostosowuje przepisy do nowych realiów (praktyka oczywiście też w zakresie w orzekania). Co do nietykalności Państwa to nie wiem czy Pan wie, że Skarb Państwa ponosi odpowiedzialność za uchwalenie prawa, które przyniosło obywatelowi szkodę. A fakt, państwo dyktuje prawo. Bo jak inaczej? Każdy ma je sam sobie dyktować? Zna Pan zasadę, że nikt nie jest sędzą we własnej spawie? I jeszcze jedno! Sądownictwo to nie usługa. Sąd jest emenacją państwa, które stoi na straży porządku i sprawiedliwgo obrotu wolnorynkowego a nie handlarzem, którego mozna przekupić lub który sprzeda towar temu kto więcej zapłaci. Tak jak pisałem, taki system istniał we wczesnych wiekach średnich. Jak Pan poczyta to się Pan dowie z jakim skutkiem.

    Jeszcze co do jednego cytatu: „ofiary przestępstw występowały w Anglii jako oskarżyciele aż do początku obecnego [XX — przyp. JW] wieku”. Rozumie, że nie podoba się Panu, że teraz tak nie jest?
    Jeszcze raz polecam postudiowanie prawa zanim się Pan zacznie na jego temat wypowiadać. Otóż wiele przestępstw w Polsce jest ściganych z oskrażnenia prywatnego!. Co więcej, zawsze można być w sprawie tzw, oskrżyciele posiłkowym, który ma szerokie uprawnienia Proszę jeszcze pamiętać, że ofiar przesępstw czasami już nie ma (zabójstwo) lub jest to dla nich za duża trauma aby przeżywać to wszystko w sądzie po raz kolejny. Niektórzy też chcą żeby organy państwowe się zajęły przestępstwami lub chcą w miarę mozliwości jako ofiary pozostać anonmowi. (Proszę poczytać o wiktymiazacji wtórnej zwłaszcza w kontekście gwałtu).
    Chętnie bym się odniósł co do reszty Paskiej pracy ale niestety nie mam czasu. Ponieważ wypowiada się Pan co do prawa polacałbym się w większym stopniu opierać na literaturze prawniczej. Tu nie widziałem odniesienia co do żadnej. To zbyt dobrze to świadczy o merytorycznym poziomie pracy. Nie wątpie (co widać), że ma Pan szeroką wiedzę z filozofii. Dlatego polecam zająć się tym. A kwestie prawne zostawić prawnikom.

    Z poważaniem
    student prawa

  9. Ad Remek 5 i 7
    1. Jeżeli „napisze ksiazke” jest czynnością ludzką to jej przeciwieństwem jest jej nie napisanie czyli niemożliwość napisania książki. „ksiazki nie moga istniec” sugeruje, że jest to niemożliwe fizycznie.

    „Dlatego nie ma zadnego zaprzeczenia w tym, gdy ktos mowi „ludzie nie powinni miec prawa do wlasnego ciala”. Dlatego nikt, kto glosi poglady socjalistyczne nie dokonuje samozaprzeczenia, bo mozna uzywac prywatnych srodkow do tego, zeby promowac okreslona normatywna wizje”.
    Odpowiedź masz w teksćie:
    „Rothbard zaproponował swój ostateczny dowód na to, że zasady te są sprawiedliwe: gdyby osoba A nie była właścicielem swego fizycznego ciała i wszystkich dóbr przez siebie pierwotnie zawłaszczonych, wyprodukowanych lub dobrowolnie nabytych, istniałyby tylko dwie możliwości. Albo inna osoba B musi być uważana za właściciela osoby A i rzeczy przez nią zawłaszczonych, wyprodukowanych …”
    „W pierwszym przypadku osoba A byłaby niewolnikiem osoby B …”. Dlatego albo chcesz tym co napisałeś zrobić z drugiej osoby niewolnika, albo unicestwić działanie co opisał Rothbard w drugiej możliwości.

    2. Mógłbyś mi pokazać fragment testu, który o tym mówi?

  10. @ Jakub Wozinski

    ‚Ale właśnie uczestniczenie w dyskusji zakłada istnienie normy etycznej: „człowiek ma prawo korzystać ze swego ciała do komunikacji”.’

    Nie zgadzam się. Uczestniczenie w dyskusji zakłada tylko fizyczną możliwość argumentacji. Ale nawet gdyby przystać na ten tok rozumowania, wówczas a priori argumentacji udowadnia co najwyżej prawo do korzystania z ciała właśnie w celu ARGUMENTACJI.

    @ grudge

    Rothbard też mnie nie przekonuje. Zaklada on (Hoppe zresztą też), że jedyną opcją jest absolutna własność. Tymczasem istnieje masa pośrednich niesprzecznych możliwości np.: „mam prawo do dysponowania swoim ciałem w zakresie na jaki zezwala mi demokratycznie wybrana władza”.

  11. Napisałem:

    „mam prawo do dysponowania swoim ciałem w zakresie na jaki zezwala mi demokratycznie wybrana władza”

    Ponieważ zaraz będzie mowa o wymogu udzielenia zgody, przeregaguję:

    „mam prawo do dysponowania swoim ciałem w zakresie niezabronionym przez demokratycznie wybraną władzę”

  12. ad 9.

    2. Okolice 44 i 45 przypisu w tekscie.

    1. Zaden z cytatow ani zadne zdanie, ktore tutaj pada nie kwestionuje tego, co powiedzialem:

    Mozna napisac ksiazke z normatywna teza „nie nalezy pisac ksiazek” i nie ma tu zadnego samozaprzeczenia.

    W zwiazku z tym mozna korzystac z obecnie obowiazujacego prawa wlasnosci do wlasnego ciala i powiedziec „nie powinienem posiadac wlasnego ciala”. Tym bardziej mozna argumentowac, ze inni nie powinni swoich cial posiadac. I w trakcie argumentacji wcale nie trzeba zakladac, ze taka wlasnosc jest sluszna.

    Co oznacza, ze podstawowa teza Hoppego/Wozinskiego upada.

  13. Ad remek 9
    1. Tylko, że przeciwieństwem „nie nalezy pisac ksiazek” jest stwierdzenie należy pisać książki. Nie jest to jednak działanie jak pisać książki, a jedynie sugestia.
    Przeciwieństwem „nie powinienem posiadac wlasnego ciala”, jest powinien posiadać własne ciało. Posiadanie ciała jest to jednak tak jak na przykład leżenie stan, a nie czynność sama w sobie (to tak jak istnienie bądź nie istnienie książki). Żeby wprowadzić się w ten stan tak ja z leżeniem (trzeba się położyć)musimy wykonać czynność, czyli jak to było w artykułu choćby użyć aparatu mowy do konwersacji. Stąd implikacja, że jeżeli ktoś uważa, że „nie powinienem posiadac wlasnego ciala” to przeczy, że go używa, co jest samozaprzeczeniem.

    2. Nadal nie widzę w tekście tego co sugerujesz, dlatego może na ten temat nie będę się wypowiadał.

    Ad remek i Chris 10 i 11
    „mam prawo do dysponowania swoim ciałem w zakresie na jaki zezwala mi demokratycznie wybrana władza”
    Demokratyczna władza wybiera, że nie mogę popełnić samobójstwa. Spróbujcie mnie od tego powstrzymać. Oczywiście możecie wstrzyknąć mi środek zwiotczający mięśnie i zrobić ze mnie warzywo ale „Tym bardziej mozna argumentowac, ze inni nie powinni swoich cial posiadac” też nie możecie korzystać z mojego ciała tzn. z mojego działania.

  14. ad 13.

    Grudge, mieszasz stan faktyczny z norma. Stan faktyczny stanem faktycznym. Zeby cos robic trzeba tym czyms dysponowac. Ale w dyskusji etycznej nie chodzi o dysponowanie, tylko UNORMOWANIE kwestii dysponowania. Dlatego, odpowiadajac na to:

    „Stąd implikacja, że jeżeli ktoś uważa, że „nie powinienem posiadac wlasnego ciala” to przeczy, że go używa, co jest samozaprzeczeniem.”

    Jesli za „posiadanie” rozumiesz „w danej chwili wladanie”, to niech bedzie. Ale po pierwsze, wladanie w danej chwili nie oznacza WLASNOSCI, czyli uniwersalnej normy. Bo mozna wladac w danej chwili cialem i twierdzic, ze nie powinno sie miec do niego tytulu wlasnosci. Tak jak mozna pisac w panstwowym wydawnictwie, ze nie powinno byc panstwowych wydawnictw. Bez popadania w samozaprzeczenie.
    Jesli uwazasz inaczej, to wiedz ze socjaldemokraci moga skonczyc z libertarianami dyskurs w piec sekund, uznajac, ze prakseologicznie przyznajesz im racje.

    Po drugie, skoro to dziala w przypadku wlasnej osoby, to tym bardziej mozna argumentowac, ze ktos inny nie powinien posiadac wlasnego ciala.

    „Demokratyczna władza wybiera, że nie mogę popełnić samobójstwa. Spróbujcie mnie od tego powstrzymać.”

    Wyjatkowo slaby argument. Jego odrzucenie powyzej. Znowu mieszasz faktyczne dysponowanie z NORMA o WLASNOSCI.

    A prawo naturalne mowi, ze nie nalezy mordowac, a Putin na to „Sprobujcie mnie od tego powstrzymac”. Pomieszanie normy z uwarunkowaniem dzialania. To sie nie da. Prakseologicznie nie da sie podwazyc wszystkich systemow normatywnych. Nie ma takiej mozliwosci, dlatego ten projekt a priori musi upasc.

  15. Ad remek 12 i 14
    Widzę, że wpadłeś w mentorski, a więc dobrze.
    „Co oznacza, ze podstawowa teza Hoppego/Wozinskiego upada”.
    „Prakseologicznie nie da sie podwazyc wszystkich systemow normatywnych. Nie ma takiej mozliwosci, dlatego ten projekt a priori musi upasc”.
    To tylko Twoje zdanie, w dodatku błędne.

    „Jesli za „posiadanie” rozumiesz „w danej chwili wladanie”, to niech bedzie. Ale po pierwsze, wladanie w danej chwili nie oznacza WLASNOSCI, czyli uniwersalnej normy. Bo mozna wladac w danej chwili cialem i twierdzic, ze nie powinno sie miec do niego tytulu wlasnosci”.
    Proszę mi nie przypisywać czegoś czego nie napisałem. W przypadku samoposiadania działanie jest czynnikiem ciągłym.

    „Jesli uwazasz inaczej, to wiedz ze socjaldemokraci moga skonczyc z libertarianami dyskurs w piec sekund, uznajac, ze prakseologicznie przyznajesz im racje”.
    Socjaldemokratom w myśleniu, że mają rację nie przeszkadzają żadne racjonalne argumenty dlatego nie sądzę żeby było inaczej też w tym przypadku.

    „Tak jak mozna pisac w panstwowym wydawnictwie, ze nie powinno byc panstwowych wydawnictw. Bez popadania w samozaprzeczenie”.
    Toteż Ci tłumaczę, że w podanym przez Ciebie przykładzie piszesz o sugestii, natomiast w kwestii posiadania jest o działaniu, któremu nie można zaprzeczyć.

    „„Demokratyczna władza wybiera, że nie mogę popełnić samobójstwa. Spróbujcie mnie od tego powstrzymać.”

    „Wyjatkowo slaby argument. Jego odrzucenie powyzej. Znowu mieszasz faktyczne dysponowanie z NORMA o WLASNOSCI”.
    „A prawo naturalne mowi, ze nie nalezy mordowac, a Putin na to „Sprobujcie mnie od tego powstrzymac”. Pomieszanie normy z uwarunkowaniem dzialania”.
    „Grudge, mieszasz stan faktyczny z norma. Stan faktyczny stanem faktycznym. Zeby cos robic trzeba tym czyms dysponowac”.
    Tak słaby argument ale obalić go nie sposób.
    Nie wiem dlaczego prakseologia miałaby podważać coś co jedynie stwierdza fakty ale narzucenie, że inni nie powinni używać własnego ciała skutkowało w przeszłości niewolnictwem, faszyzmem i komunizmem. Historycznie i empirycznie zostało potwierdzone to co można wywnioskować z prakseologii (o czym wspomina cytowany fragment z postaciami A i B).

  16. @Michał Gądek

    „Skarb Państwa ponosi odpowiedzialność za uchwalenie prawa, które przyniosło obywatelowi szkodę.”

    Dowcip Roku 2011.

  17. Czytając cały ten tekst i komentarze poniżej mogę śmiało powiedzieć jako osoba z zewnątrz, że osoby piszące artykuły na mises.pl nie mają kompletnie żadnej wiedzy z zakresu prawa oraz jego historii, a całą swoją wiedzę z tego zakresu czerpią garściami w 100% od anarchofantastów jak Hoppe czy Rothbard. Jednym słowem tragedia. Właściciele mises.pl może by tak jednak warto było mieć w swoich szeregach prawnika albo chociaż studenta prawa jak Michał Gądek, aby nie popełniać artykułów jak powyższe?

    Michale Gądku, dziękuję Ci za tak wyczerpujący tekst, bo jest on na wagę złota. Serdecznie pozdrawiam!

  18. Krzysztof – zarówno Ty jak i Michał możecie zawsze przysłać do redakcji mises.pl tekst do opublikowania. Może być to polemika z tekstem Jakuba Wozinskiego lub artykuł na zupełnie inny temat.

    Feel free to do it 🙂

  19. Ad Krzysztof Zawada
    Pan Michał Gądek odniósł się tylko co do części historycznej, nie zajał stanowiska odnośnie meritum. Nie mogę się też zgodzić z jego zdaniem: „A kwestie prawne zostawić prawnikom”. Przykład Stanów Zjednoczonych dowodzi, że nie jest to dobre wyjście.

  20. ad 15

    Grudge,

    Osoba, ktora argumentuje, ze nie argumentuje w danej chwili popada w samozaprzeczenie. Tyle. Z tym kazdy sie zgadza. Nikt przy zdrowych zmyslach nie twierdzi, ze argumentujac nie uzywa sie wlasnego ciala.

    Ale mozna jednoczesnie argumentowac, ze NIE NALEZY argumentowac. Robie to co noc, gdy zwracam uwage sasiadom, ze za glosno dyskutuja, a ja spac nie moge.

    Zaden jeszcze nie zastosowal powyzszego killer-argumentu o tym, ze skoro sie odzywam i im cos argumentuje, to proszac o to, zeby nie argumentowac, sam sobie zaprzeczam.

    Na tym w istocie polega problem z teza Autora tekstu. Ze z jednostkowych obserwacji i stanow faktycznych chce wyekstraktowac normy spoleczne. A to sie nie da.

  21. Ad Grudge

    A komu według Pana mamy to pozostawić? Kucharzom? Sprzątaczkom? Proktologom?

    Ad artykuł
    Polecam Panu Wozinskiemu nie popełniać takich artykułów jak w/w, bo wiedza Rothbarda i jego uczniów z zakresu prawa jest doprawdy żenująca. A brak odwołań do literatury prawniczej to jest faux pas i kolega Michał Gądek ma w 100% rację.

  22. Rozważania Rothbarda i Hoppa na temat samoposiadaniaia aksjomatów to kompletnie oderwane od rzeczywistości rojenia. Dlatego ja już od dawna nie czytam ich wynurzeń na ten temat. Jest milion ważniejszych spraw do obgadania jak np. ostatnio opublikowany nowy Manifest komunistyczny, który nawołuje do zniszczenia liberalizmu jako głównej przyczyny obecnej sytuacji:

    http://libertarianizm.net/thread-2075-post-33004.html#pid33004

  23. Ad Krzysztof Zawada 21
    Chodzi mi o to, że kwestie prawne można regulować dobrowolnie zawartymi umowami.

  24. Ad remek 7 i 20
    „Dlatego nie ma zadnego zaprzeczenia w tym, gdy ktos mowi „ludzie nie powinni miec prawa do wlasnego ciala”. Dlatego nikt, kto glosi poglady socjalistyczne nie dokonuje samozaprzeczenia, bo mozna uzywac prywatnych srodkow do tego, zeby promowac okreslona normatywna wizje”.
    „Ale mozna jednoczesnie argumentowac, ze NIE NALEZY argumentowac. Robie to co noc, gdy zwracam uwage sasiadom, ze za glosno dyskutuja, a ja spac nie moge”.
    Wnioskuję z Twoich wypowiedz, że jeżeli nie powinno się/nie należy czegoś robić to powinno się/należy robić coś przeciwnego. Czy dobrze rozumuję?

  25. @ remek
    1. grudge odpowiedział prawidłowo
    2. nie rozumiem również

    @ grudge
    Ze względu na preferencje alkoholicy/abstynenci może i są faworyzowani,

    ale sama reguła jako taka dotyczy wszystkich bez wyjątku

    @ remek 7
    również polecam odpowiedż grudge’a 9.

    @ Michał Gądek
    Cóż, Panie Michale, dziękuję za długi komentarz.
    Rozumiem Pana zastrzeżenia, gdyż starożytny Rzym ani Średniowiecze nie

    były na pewno czasami libertariańskimi. Na pewno jednak w ówczesnym

    prawodawstwie było wiele elementów o wiele bardziej libertariańskich

    niż współcześnie. Nie byłem ani nie jestem studentem prawa tak jak Pan,

    ale proszę zawuażyć, że mój tekst dotyczy filozofii prawa, a w zasadzie

    jest to tekst filozoficzny. Wstęp posłużył tu głównie jako ilustracja i

    napisałem zresztą, że nie obchodzi mnie zanadto to, co było i jest, ale

    prawo libertariańskie, który ma inny charakter niż to, którego Pan się uczy na studiach u Lewiatana.
    Nie znaczy to oczywiście, że zgadzam się z Pana argumentacją. Pisząc o

    niezależnosci prawników od władzy wykonawczej powołałem się na Bruno

    Leoniego, który wydaje się mieć większą wiedzę w omawianym zakresie niż

    polscy specjaliści (z całym szacunkiem dla nich). Podobnie ma się

    sprawa ustawodawstwa plemion germańskich i średniowiecznego –

    libertariańska bibliografia jest na ten temat wyjątkowo bogata. Jeżeli

    chciałby Pan na ten temat coś poczytać, służę pomocą.
    Co zaś się tyczy reszty Pana rozważań, naprawdę polecam lekturę mojego

    tekstu w całości. W ogóle nie odniósł się Pan do fundamentów

    przedstawionej teorii, lecz jedynie odnosi się Pan do status quo.
    Wydaje mi się, że mnie Pan zupełnie nie rozumie i mówimy o czymś innym:

    mój tekst to filozofia prawa, Pan wypowiada się z pozycji

    prawoznawczej. To dwie różne dziedziny.

    @ Krzysztof Zawada
    Tak jak powyżej. Pan nie zrozumiał, o czym jest ten tekst. Jako

    anarchofantasta domagam się od anarchosceptyka, czyli Pana, rzeczowych

    argumentów.

    @ ChrisMB
    Uczestniczenie w dyskusji nie udowadnia jedynie prawa do korzystania z

    ciała w celu argumentacji; przecież wszystkie prawa muszą być udowodnione poprzez wyrażenie ich w formie słownej. Pierwotne zawłaszczenie również opiera się na argumentacji, a to podstawa posiadania wszystkich przedmiotów.

    @kawador
    Uważam, że wypowiedzi kawadora to „rojenia”. Mogę to odwołać, ale prosiłbym wpierw o rzeczowe argumenty.

    @grudge
    Dziękuję za pomoc w odpieraniu zarzutów.

    Dziękuję wszystkim za przeczytanie tekstu i pozdrawiam

  26. ad grudge + Autor

    @ grudge

    „Wnioskuję z Twoich wypowiedzi, że jeżeli nie powinno się/nie należy czegoś robić to powinno się/należy robić coś przeciwnego. Czy dobrze rozumuję?”

    Nie wiem za bardzo do czego zmierza to pytanie. Być może, to pewnie zależy od tego, co kryje się pod „robieniem” i „czymś przeciwnym”. Nie chciałbym wchodzić w taką sofistykę, dlatego pozwolę sobie coś powtórzyć poniżej.

    Nie mozemy rozmawiac o argumentach, ktore przedstawiam?

    @ Autor

    Niestety grudge nie odpowiedzial mi na jeden powtarzany przeze mnie do znudzenia zarzut, ktory podsumuje w nastepujacy sposob: Z LOGIKI DZIALANIA NIE DA SIE DOWIESC NIEMOZLIWOSCI OBRONY SYSTEMOW NORMATYWNYCH. Samozaprzeczenie nie moze dotyczyc samego systemu normatywnego, a jedynie zaprzeczenia w zdaniu stwierdzeniom obiektywnym i pozytywnym.

    Zeby to zademonstrowac posluze sie prostym przykladem:

    1. „Nie pisze tego, co wlasnie napisalem” – Performatywna sprzecznosc jest tutaj jasna, poniewaz zaprzeczam stanowi faktycznemu, ktory konstytuuje sie udzielaniem tej wypowiedzi.

    2. „Nie POWINIENEM pisac tego, co wlasnie napisalem” – Brak performatywnej sprzecznosci, poniewaz nie zaprzeczam zadnemu stanowi faktycznemu.

    Wniosek: mozna argumentowac, ze nie nalezy argumentowac bez popadania w samozaprzeczenie. Mozna rowniez argumentowac, ze nie powinno sie posiadac wlasnych cial. Mozna argumentowac, ze inni nie powinni posiadac wlasnych cial. Mozna argumentowac, ze zawlaszczanie powinno odbywac sie inaczej niz sie obecnie odbywa.

    Proponowana przez Hoppego polityka imigracyjna tez by oznaczala, ze nie moglby emigrowac do USA. Czy to oznacza, ze jego argumentacja nie ma sensu?

    Skadze znowu. Dlatego sugeruje udowodnic, ze Hoppe mowiacy, ze nalezy ograniczac emigracje do USA, nie popada w samozaprzeczenie. A nastepnie uzyc analogicznych argumentow w obronie systemow normatywnych, ktorze rzekomo maja oznaczac performatywna sprzecznosc.

    Wracajac do argumentu od argumentu. Uzyjmy go do naszej dyskusji. Rzeczywiscie nonsensem bedzie twierdzenie, ze nie argumentujemy, poniewaz probujemy przekonac siebie na wzajem. Ale nie bedzie nonsensem proba przekonywania siebie na wzajem, ze NIE POWINNISMY argumentowac, czyz nie?

    pozdrowienia

  27. Proszę sobie nie zawracać głowy argumentami Pana M. Gądka; praktycznie każdemu jego stwierdzeniu mogę przeciwstawić co najmniej dziesięć artykułów, przeważnie anglojęzycznych, w których autorzy są odmiennego zdania. Pan Gądek nie ma ZIELONEGO pojęcia czym jest współczesna nauka historii, kto pisze tę historię, w jakim celu się ją pisze; a przede wszystkim: JAK się ją pisze.
    z poważaniem,
    historyk

  28. Ad remek
    „Dlatego nie ma zadnego zaprzeczenia w tym, gdy ktos mowi „ludzie nie powinni miec prawa do wlasnego ciala”. Dlatego nikt, kto glosi poglady socjalistyczne nie dokonuje samozaprzeczenia, bo mozna uzywac prywatnych srodkow do tego, zeby promowac okreslona normatywna wizje”.
    „Ale mozna jednoczesnie argumentowac, ze NIE NALEZY argumentowac. Robie to co noc, gdy zwracam uwage sasiadom, ze za glosno dyskutuja, a ja spac nie moge”.
    W pierwszym przypadku wychodzi na to, że skoro „ludzie nie powinni mieć prawa do własnego ciała” to inni ludzie (socjaliści) mają prawo używać ich środków (ciał) do propagowania własnych środków.
    W drugim, że skoro nie należy argumentować to należy nie argumentować.
    Teraz najważniejsze z punktu 27:
    „Nie POWINIENEM pisac tego, co wlasnie napisalem”.
    Oznacza to, że powinienem nie pisać tego co właśnie napisałem. Co jeśli przyjmiemy argumentację dotyczącą przykładu z socjalizmem (przekładając odwrotność na działanie) to oznacza, że argumentujesz, że nie należy argumentować i piszesz, że nie powinno się pisać.

    Jeśli jest inaczej to Twój przykład nie ma sensu gdyż mówi o opiniach, których nie tylko nie można przerzucić na działanie innych ludzi (bez ich zgody czyli działania) ale też dotyczą trybu przypuszczającego czyli nie oceniają faktów jako takich (normatywne) ale wyrażają pożądany przez autora kierunek czyli są pozytywne.

    Każdy inny przypadek oznacza potwierdzenie działania.

  29. ad Autor i Grudge

    Rozprawa karno-sadowa to jedna wielka argumentacja, a konczy sie zastosowaniem przemocy. Jak to sie ma do tezy o sprzecznosci argumentacji i przemocy, skoro okazuje sie, ze mozna argumentowac o koniecznosci uzyciu przemocy bez popadania w samozaprzecznie?

  30. ad Grudge

    „W pierwszym przypadku wychodzi na to, że skoro „ludzie nie powinni mieć prawa do własnego ciała” to inni ludzie (socjaliści) mają prawo używać ich środków (ciał) do propagowania własnych środków.”

    Tak! O ile nie zgadzam sie z tego typu argumentem, o tyle nie widze, gdzie tutaj ma byc wewnetrzna sprzecznosc w argumentacji, ze komus nalezy odebrac prawo do samo-posiadania, albo posiadania wlasnosci. Historia ludzkosci to historia takich sporow, a jakos nikt nie wpadl na dziwaczny pomysl, zeby je zakonczyc stwierdzeniem, ze zanim otworzymy usta sprawa jest rozstrzygnieta.

    „Oznacza to, że powinienem nie pisać tego co właśnie napisałem. Co jeśli przyjmiemy argumentację dotyczącą przykładu z socjalizmem (przekładając odwrotność na działanie) to oznacza, że argumentujesz, że nie należy argumentować i piszesz, że nie powinno się pisać.”

    Otoz to. Nie musimy wchodzic ponownie w te zabawy i pisac wiecej przykladow i chyba mozemy sie zgodzic co do sedna mojej tezy: MOZNA ARGUMENTOWAC, ZE NIE NALEZY ARGUMENTOWAC BEZ POPADANIA W SAMOZAPRZECZENIE, prawda?

    „Każdy inny przypadek oznacza potwierdzenie działania.”

    Ja nie przecze, ze dzialaniem potwierdza sie dzialanie. Tu Mises mial racje. Polemizuje z teza, ze dzialaniem udowadniamy niemozliwosc obrony jakiegokolwiek systemu normatywnego innego niz libertarianizm. To jest mocno naciagany zabieg, ktory wymaga definicyjnych manipulacji duzo wiekszych niz u Habermasa.

  31. @28

    To cudownie, serio:) Skoro to takie proste, to jako libertarianin bardzo proszę o przynajmniej 1 artykuł na 1 argument, bo gdyby mi kiedyś przyszło dyskutować na ten temat, to nie chcę używać argumentu „Kolańczyk i Litewski są do d…, bo kiedyś na mises.pl jakiś Nowak napisał, że może im przeciwstawić masę innych artykułów”. Sam Pan przyzna, że to nie jest poważne. Skoro już dorzucił Pan post, to prosiłbym o konkrety. Przypuszczam, że nie jestem w tym osamotniony.

  32. Ad remek
    Remku tak jak przypuszczałem Twoja argumentacja działa na zasadzie sztuczki słownej: Czy od dawna bije pan żonę (gdy ja jej w ogóle nie biję)?
    Skoro prakseologia to nauka o ludzkim działaniu i w argumentacji odwołujemy się do działania (działania mister T!) to propomuję remku abyś sprawdził w słowniku języka polskiego co oznacza słowo „powinno”.

  33. @32

    Nie jesteś osamotniony, bo sam jestem ciekaw czy kolega, który „pluje dla plucia” potrafi merytorycznie się wypowiedzieć i zaproponować coś w zamian czy to po najzwyklejsze zaniedanie rodzicielskie. Być może mama Witka Nowaka nie zorientowała się, która godzina i że już dobranocka się skończyła, a sprytny Witek zdążył jeszcze siąść wieczorkiem przed komputerkiem i wysmarować konstruktywnego posta jak ten powyżej.

  34. Szanowni Państwo,

    @16 kawador
    Art. 417 z ind.1 par 1 KC i przykładowe orzeczenie 1. Jeżeli szkoda doznana przez osobę na skutek ograniczenia możności skorzystania z uprawnienia do zaliczenia przewidzianego w art. 212 u.g.n., wyrażająca się obniżeniem wartości tego uprawnienia, jest wynikiem obowiązywania przepisów prawa, których niezgodność z Konstytucją RP stwierdził Trybunał Konstytucyjny, za szkodę tę odpowiedzialność ponosi Skarb Państwa. (Wyrok Sądu Najwyższego z z dnia 12 stycznia 2005 r., sygn I CK 457/04)

    @ Jakub Woziński

    Udowodniłem Panu, że nie ma Pan wiedzy na temat prawa (przypominam przykładowy fragment mojego pierwszego komentarza „Co twierdzenia, że „Tradycje rzymskie podtrzymywała także chrześcijańska Europa, w której jedną z podstawowych zasad był rozdział iurisdictio od Imperium”. Pozwolę sobie tylko zacytować prof. Kolańczyka: „Od samego początku państwo rzymskie powierzyło wymiar sprawiedliwości – iurisdictio dzierżycielom silnej władzy. Iurisdictio było częścią składową najwyższej władzy państwowej”. No to jest rozdzielenie iurisdictio od imperium czy nie?” Jak Pan zatem może mi odpisywać, że ” Na pewno jednak w ówczesnym (rzymskim, średniowicznym)
    prawodawstwie było wiele elementów o wiele bardziej libertariańskich
    niż współcześnie” skoro nie może Pan mieć porównania gdyż brak Panu wiedzy na temat zarówno dzisiejszego jak i dawnego prawa?
    Proszę, też nie wychodzić z założenia że Leoni jest na pewno bardziej wybitnym człowiekiem niż Polscy naukowcy. Zna Pan jakichś w ogóle czy tylko tak Pan napisał?

    Kolejna kwestia to taka, że ja odniosłem się w pierwszym komentarzu bezpośrednio do pańskich wypowiedzi. Pan zaś zarzuca mi, że nie odniosłem się co całości tekstu tylko do samego wstępu. To nie jest odpowiedź na moje zarzuty. Ja nie chce oceniać Pańskiego subiektywnego podejścia do rozumienia sprawiedliwości jako filozofa. Ja chciałem zareagować na to, że we wstępnie podaje Pan fakty, które są NIEPRAWDĄ!!! Proszę zrozumieć, że są pewne fakty, które nie podlegają ocenie (takie jak zacytowany powyższy fragment z mojego pierwszego komentarza czy fragment dotyczący monarchii stanowej w XIV w. ) Chciałem po prostu pokazać pańską niewiedzę na ten temat. Bitwa pod Grunwaldem była i koniec. To nie jest fakt podlegający ocenie tak samo jak fakt, że od XIV władza, królewska ulegała osłabieniu. Powiem wprost, że nie lubię jak ludzie niekompetetni wypowiadają się na tematy na, które nie mają zielonego pojęcia. Tym bardziej nie podoba mi się, że dzieje się to na takiej stronie jak strona instytutu misesa. Tak swoją drogą, jeśli we wstępie pracy podaje Pan nieprawdziwe fakty to uważa Pan, że jest sens odnosić się do reszty tekstu? Ja mam wątpliwości. No bo Pana teskt wygląda trochę tak jakbym wstępie twierdził, że nie było hołdu pruskiego a potem wyciągał z tego wnioski…. Uważam też, że chciał Pan odwrócić kota ogonem twierdząc, że nie zrozumiałem całości pańskiego tekstu. W swoim komentarzu praktycznie w ogóle nie odniósł sie Pan do mojego komentarza, podczas gdy ja odnosiłem sie szczegółowo do danego fragmetu pańskiego artykułu. Specjalnie też staralem sie podować literaturę (fachową) żeby Pan zrozumiał, że Pan po prostu bredzi. Szczerze mówiąc liczyłem na bardziej fachowy komentarz z pańskiej strony a nie ucieczkę od meritum mojej wypowiedzi, gdyż tak naprawdę w ogóle odniosł się Pan do tego, że zarzucam Panu pisanie nieprawdy.Jeśli Pan uważa, że sądownictwo powinno być prywatne i Pan to będzie argumentował to proszę bardzo. Ale proszę nie pisać, że jedną z podtaw ustroju rzymskiego był rozdział iurisdictio od imperium bo to jest najnormalniejsza NIEPRAWDA!!!

    Ponadto pański tekst ma niewiele wspólnego z filzofią prawa. Proszę zobaczyć czym się zajmują filozofowie prawa. Oczywiście tamtejsci pracwonicy też piszą o filozofii ale wtedy nikt nie nazywa tego filozofią prawa. Nie jest bowiem prawdą, że można patrzyć na prawo z perpsktywy raz filozofa raz prawnika. Owszem można z perspektywy filozofa ale nie ma wtedy nic wspólnego z filozofią prawa. Tym samym nie jest prawdą jak to Pan napisał, że są to ‚dwie różne dziedziny”. Filozofia prawa jest jego częścią i zajmuje się kwestiami, które mogą być przydatne w praktyce . Także nawet nie powinienm się odnosić do meritum pańskiego tekstu (bo na filozofii się nie znam a pański tkest jesy z filozofii) tak jak Pan powinien zostawić prawo w spokoju. Pan wygłaszane libertariańskie poglady to czysta filozofia.

    @ Witek Nowak

    Ja powiem Panu tyle. Ja powoływałem się na autorów, którzy są autorytetami ze swoich dziedzin. Pan jedynie skrytykował mój teskt bez podstawy merytorycznej oraz stwierdził, że w zasadzie nie rozumiem otaczającej mnie rzeczywistości. Jeśli w takim razie jest Pan w stanie mi udowodnić, że np. w XIV umocniała się władza królewska (przypomnę, iż są to czasy panowania np. Kazimierza
    Wielkiego za czasów, którego ukształtowała się monarchia stanowa) to zapraszam do dyskusji. Tylko ostrzegam, że zanim się Pan będzie mógł na kogoś powołać to wpierw sam będzie Pan musiał napisać artykuł na ten temat.

  35. @Michał Gądek

    „przykładowe orzeczenie”

    Ale bełkot.

    Krótko: mogę pozwać Skarb Państwa za to, że jego siepacze zmuszają mnie siłą do korzystania z usług, z których nie chcę korzystać? TAK/NIE?

    Jeśli TAK – jaką mam szansę na wygraną?

    Czy mogę pozwać Skarb Państwa za podwyższenie podatku VAT bez mojej zgody? TAK/NIE? Skarb Państwa działał tu wyraźnie na moją niekorzyść.

    I tak dalej.

  36. @Michał Gądek

    „których niezgodność z Konstytucją RP stwierdził Trybunał Konstytucyjny, za szkodę tę odpowiedzialność ponosi Skarb Państwa. ”

    I to jest właśnie ten bełkot. Dla mnie np. konstytucja III RP, na która powołuje się TK przy orzekaniu zgodności czy niezgodności, to dokument skandaliczny w swej treści. Konsekwentnie staram się nie powoływać więc na konstytucję. Tam znajdują się zapisy, które są sprzecznie z tym, co staram się sobą reprezentować. Gdyby zapisali w niej jakieś wskazanie zegarka dobowego, to przynajmniej byłaby ona prawdziwa codziennie raz na dobę, co nie znaczy oczywiście, że miałaby jakikolwiek sens.

    Dlatego to wszystko jest prawniczym bełkotem i dlatego Skarb Państwa nigdy nie naprawi szkód, które mi wyrządził.

    Nadal zatem podtrzymuję to, co napisałem – dowcip roku 2011.

  37. ad grudge

    Nie mam pojecia, co ma przyklad z biciem zony wniesc do mojej tezy, ktora powtarzam od dluzszego czasu i pozwole sobie przytoczyc ponownie: NIE DA SIE Z PRAKSEOLOGII DZIALANIA DOWIESC NIEMOZLIWOSCI LOGICZNEJ OBRONY SYSTEMU NORMATYWNEGO (innego niz libertarianizm).

    Jesli jedyne na co Pana stac w argumentacji to odeslanie mnie do slownika i sprawdzenia slowa „powinno” (co z ciekawosci uczynilem), to naprawde slabo.

    Czynnosc argumentowania nie musi niczego zakladac o slusznosci podejmowanego dzialania. Jak widze konsekwentnie odmawia Pan uznania tej obserwacji jako poprawnej, lub tez konsekwentnie nie chce Pan na ten zarzut odpowiedziec.

    Podobnie Autor.

  38. Ad remek
    Sądzę, że doczytałeś tylko do tego fragmentu:
    „Polega ona na odszukiwaniu twierdzeń, którym nie można zaprzeczyć bez jednoczesnego popadania w sprzeczność. Ich prawdziwość i zasadność bazuje na samym fakcie uczestniczenia w dyskusji. Twierdzenia te jako takie nie posiadają żadnych dowodów przeprowadzonych wprost, lecz obowiązują na mocy zawartej w nich treści i stanowią podstawy ludzkiej wiedzy”.
    Definicja słowa Twierdzenie ze strony sjn.pwn.pl: «zdanie oznajmujące wyrażające jakiś pewnik lub czyjeś mocne przeświadczenie o czymś»
    Z dalszej części artykułu wnioskuję (tutaj muszę prosić Pana Wozińskiego o potwierdzeni bądź zaprzeczenie), że chodzi o pewnik czyli stwierdzenie faktycznego zdarzenia.
    Domyślam się, że potraktowałeś słowo twierdzenie jako „czyjeś mocne przeświadczenie o czymś” skoro używasz takiego sformułowania jak „powinno”.

    Te cytaty według mnie świadczą o tym, że Hoppe’mu chodziło o to pierwsze pojęcie jako działanie:
    „Hoppe dowodzi, że działanie stoi u podstaw wszelkiej ludzkiej wiedzy”.
    „Wedle Hoppego, tak szerokie zastosowanie i doniosłe znaczenie aksjomatu działania ma swoje źródło w ludzkiej zdolności do argumentacji. Obok aksjomatu działania autor proponuje więc drugi podstawowy aksjomat – a priori argumentacji”.
    „W opinii Hoppego owymi pierwszymi przesłankami są aksjomaty działania i argumentacji, przy wskazaniu na większą doniosłość pierwszego z nich. Co równie ważne, Hoppe nie upatruje w wiedzy systemu dedukcyjnego, posługującego się metodami współczesnej logiki, lecz widzi ją w perspektywie prymatu prakseologii, odnoszącej nas do rzeczywistości”.

    Dlaczego podkreślam znaczenie działania w argumentacji? Działanie oznacza czynność czyli w języku polskim określenie czasownika i odpowiedzieć na pytanie co robi?
    Co robi? Działa, pisze, mówi itd.
    Teraz Twoje sformułowanie zaprzeczenia.
    Co oznacza słowo powinno?
    Cytat ze strony sjw.pwn.pl:
    1. «jest pożądane, konieczne, żeby ktoś coś zrobił, np. Powinien spłacić dług.»
    2. «coś jest spodziewane, przewidywane, np. Powinien zaraz wrócić.»
    3. «jest wskazane, żeby jakaś osoba, rzecz lub jakieś wydarzenie spełniały określone warunki, np. Zupa powinna być gorąca.»
    Jest to przypuszczenie czyli inaczej prywatna sugestia lub opinia. Powinno nie oznacza musi ale jedynie może.

    Dlaczego napisałem, ze jest sztuczka językowa?
    Co prawda jest to czasownik modalny, jednak pochodzący od imiesłowów. Widzimy po synonimach, które są przymiotnikami, że do działania to stwierdzenie ma się nijak.

    Co do prywatnych opinii to Hoppe odniósł się też do argumentów opartych na opiniach jak Twoja:
    „Co zaś się tyczy pozytywistycznej, rzekomo wyczerpującej, klasyfikacji sądów jako analitycznych, empirycznych lub przejawów emocji, należy zadać sobie pytanie: jaki jest status owego aksjomatu? Musi być albo sądem analitycznym, syntetycznym, albo wyrazem emocji. Jeśli uznamy go za sąd analityczny, to stanowi on jedynie pustą paplaninę (…). Należałoby zatem jedynie wzruszyć nad nim ramionami, zapytując „I cóż stąd wynika?”. Taka sama odpowiedź byłaby właściwa, jeśli pozytywistyczny argument uznać za sąd empiryczny. Skoro tak, należałoby przyznać, że sąd ten mógłby równie dobrze być fałszem oraz trzeba by podać kryterium, na bazie którego ów sąd uznano by za fałsz. Co bardziej istotne, jako sąd empiryczny mógłby jedynie przedstawiać historyczny fakt i być przez to zupełnie nieistotny, gdy idzie o ustalenie, czy możliwe byłoby kiedykolwiek wydanie sądów, które byłyby empiryczne, a mimo to niefalsyfikowane, albo normatywne, a mimo to nieemotywne. Wreszcie, gdyby pozytywistyczny tryb rozumowania uważało się za sąd emotywny, to, wedle swoich własnych założeń, byłby poznawczo pozbawiony znaczenia, nie niósłby ze sobą jakiegokolwiek roszczenia do bycia prawdziwym i nie trzeba by okazywać mu więcej uwagi niż szczekającemu psu[19]”.
    „W opinii Hoppego owymi pierwszymi przesłankami są aksjomaty działania i argumentacji, przy wskazaniu na większą doniosłość pierwszego z nich. Co równie ważne, Hoppe nie upatruje w wiedzy systemu dedukcyjnego, posługującego się metodami współczesnej logiki, lecz widzi ją w perspektywie prymatu prakseologii, odnoszącej nas do rzeczywistości. Tak więc kształt nauk jest podyktowany charakterem samego świata, a nie tworzonych przez umysł konstrukcji. Nie jest zatem możliwe sformalizowanie i zaksjomatyzowanie teorii Hoppego, gdyż musiałoby się ono dokonać w oderwaniu od samego działania. Przyczyną tego jest to, iż wszystkie sądy wypowiadane w odniesieniu do aksjomatu działania czerpią swoją ważność i obowiązywanie z racji niemożliwości zaprzeczenia im. Gdyby jednak ktoś podjął się próby przełożenia twierdzeń zawierających w sobie pojęcie działania, musiałby w pewnym momencie zaproponować zdania w rodzaju: „Niech każde działanie oznaczone będzie znakiem «Đ»” lub „Niech podmioty działania będą oznaczone zmiennymi «x», «y», «z»” — a tego typu twierdzenia pozbawione są już odniesienia do aksjomatu działania i ich treść nie pociąga za sobą sprzeczności prób zaprzeczenia im”.

  39. Ad Grudge,

    dyskutujemy troche obok siebie. Czesc cytatow, ktore przytaczasz sa do zaakceptowania. Czesc nie jest. Dla mnie teoremat a priori argumentacji oznacza, ze „nie mozna argumentowac, ze nie mozna argumentowac”. Tylko, ze ja uwazam, ze na tym sie konczy. Tymczasem Hoppe/Wozinski uwazaja, ze jakims cudem z tego zdania da sie dowiesc, ze jesli ktokolwiek nie popiera teorii zawlaszczenia Locka, to sam sobie zaprzecza. Ja tego nie widze i moim zdaniem cala zabawa uzasadniajaca to polega na wygibasach slownych.

    Doceniam, ze poswieciles wiecej uwagi i zrobiles dluzszy wpis, ale niestety nie widze nadal odpowiedzi na podstawowy zarzut: mozna argumentowac, ze srodki, ktore uzywamy w danej chwili do argumentacji powinny byc w dyspozycji kogos innego niz my / lub oponent. Nie ma tu zadnego samozaprzeczenia. Nawet jesli z tych srodkow korzystamy.

    Rozumiem Twoja sugestie o tym, ze opinie sobie moga byc kosmiczne i oderwane od rzeczywistosci i dlatego przytaczasz cytaty. Ale ja nie mowie o rzeczach niemozliwych, tylko jak najbardziej mozliwych.

  40. @kawador

    „Krótko: mogę pozwać Skarb Państwa za to, że jego siepacze zmuszają mnie siłą do korzystania z usług, z których nie chcę korzystać? TAK/NIE?„
    „Czy mogę pozwać Skarb Państwa za podwyższenie podatku VAT bez mojej zgody? TAK/NIE? Skarb Państwa działał tu wyraźnie na moją niekorzyść. „

    Kawador, wydajesz się być rozsądnym gościem, a wypowiadasz się w duchu iście libertariańskim, tzn. takiej odmianie, która jest w oderwaniu od rzeczywistości.
    Naprawdę wierzysz w to, że po nawet obaleniu tej okropnej władzy państwowej wszystko będzie funkcjonowało jak w perpetuum mobile, że właściciel mieszkania, drogi lub czegokolwiek innego zawsze będzie uzgadniał każdą zmianę czy podwyżkę z Tobą, a Ty zawsze będziesz miał alternatywę? Że Twoje „libertariańskie” prawa będą poszanowane? Że będziesz miał podstawę prawną do tego, aby wejść na drogę sądową, jeśli Twoje „prawa” zostaną pogwałcone, a nie jak teraz, że stękasz na krzywdę ze strony Skarbu Państwa, bo prawo Ci nie stwarza takich możliwości? Obudź się proszę, a nie tkwij z głową w chmurach. Nawet w przypadku prywatnych właścieli istniałyby dalej te same mechanizmy tylko wtedy dla niektórych libertarian pojawiłoby się uzasadnienie logiczne, bo to co było „państwowe” teraz byłoby nazywane „prywatne”. Tym samym „państwowe szkody” zostałyby wyłącznie przekonwertowane na prywatne, a mechanizm pozostałby ten sam. Dalej nie miałbyś szans przeciwko wpływowemu prywatnemu właścicielowi. Pomijam fakt, że i tak władza prywatna nie różniłaby się niczym od władzy państwowej. Nigdy owca nie będzie stawiać warunków wilkowi. Warto zejść na ziemię, a nie tworzyć wizji, które nie mają zupełnie pokrycia z historią świata a jeszcze bardziej prawa.

  41. @ Jakub Wozinski

    Czerwona lampka powinna się Panu zaświecić tutaj:

    „Nie byłem ani nie jestem studentem prawa tak jak Pan, ale proszę zauważyć, że mój tekst dotyczy filozofii prawa, a w zasadzie jest to tekst filozoficzny”

    Sprytna sztuczka. Równie dobrze moglibyśmy poprosić kucharza o napisanie tutaj artykułu o prowadzeniu restauracji śródziemnomorskiej, bo przygotowuje dania śródziemnomorskie. Kolega Michał słusznie Panu wytknął brak literatury prawniczej, bo podobnie większość „Austriaków” krytykuje główny nurt… na bazie wiedzy o głównym nurcie w dziełach Austriaków! Ciekawym jest, że Panu nie przeszkadza wypowiadanie się w kwestii filozofii prawa bez fachowej literatury prawniczej, a za to 50% pańskich źródeł to Rothbard i Hoppe + kolejne osoby o których tak naprawdę się Pan dowiedział od Rothbarda i Hoppe (jak np. włoski prawnik Bruno Leoni, który pojawia się non-stop u obu w przypisach). Rothbard to jest dopiero ekspert w dziedzinie filozofii prawa oraz historii, podobnie jak jego uczeń Hoppe. Ja wiem, że w „filozofii prawa” są dwa człony i jednym z nich jest wyraz filozofia, ale to nie znaczy, że z racji studiowania filozofii powinien Pan w ogóle zabierać głos w tej sprawie i popełniać takie faux pas jakie wymienił Michał w swoich obu komentarzach. Zwłaszcza, że porusza się Pan po płaszczyźnie, która w większym stopniu pokrywa się ze studiami prawniczymi, aniżeli filozoficznymi i Pan najwyraźniej tego nie dostrzega. Może popełni Pan jeszcze artykuł o filozofii matematyki bądź filozofii religii? W końcu w obu również pojawia się ów wyraz?

    P.S. Przestrzegam tyko Pana o NIE-pisaniu artykułów na temat II wojny światowej bazując na historycznej analizie u Rothbarda, bo się wtedy Pan może mocno zdziwić.

  42. @Krzysztof Zawada

    Zadałem proste pytanie: czy jako osoba zmuszana siłą do korzystania z usług ZUSu, mogę pozwać Skarb Państwa. Nie mogę. To było pytanie retoryczne. TK mógłby orzec na moją niekorzyść, bo konstytucja jest tak napisana, że każdy sprzeciw wobec Skarbu Państwa (mowa o poważnym sprzeciwie, a nie jakichś pierdołach), kończy się dla cywila wyrokiem odmownym. Tak samo czy mógłbym pozwac Skarb Państwa pod zarzutem działania na moją niekorzyść na odcinku dystrybucji energii? Nie. Nie mogę dzisiaj zbudowac sobie dwóch turbin nad Wartą i dostarczać enertgii gminie Suchy Las za połowę ceny oferowanej przez Skarb Państwa. Skarb Państwa od 89 roku przez cały czas działa na moją niekorzyść, a ja nic nie mogę z tym zrobić.

    Tylko o to mi chodziło, gdy nazwałem „dowcipem roku” Twoją sugestię, że mogę oskarżyć o coś Państwo.

    „Warto zejść na ziemię, a nie tworzyć wizji, które nie mają zupełnie pokrycia z historią świata a jeszcze bardziej prawa.”

    O bezpaństwowym prawie kupieckim, morskim czy górniczym słyszałeś? Jeśli nie, polecam w takim razie najlepszą książkę z zakresu jurysprudencji, „The Enterprise of Law” Bruce’a Bensona. Prawo powstało PRZED państwem i jest z nim kompletnie logicznie niezwiązane.

    Ale masz rację – NIE CZAS NA TAKIE ROZWAŻANIA W OBECNEJ SYTUACJI.

    Najpierw chciałbym wygrać proces z państwem o przymuszanie mnie do korzystania z kilku usług, których nie chcę korzystać. Jak wygram, możemy pogadać o bezpaństwowym prawie.

  43. @ wszyscy

    Ładnie, ładnie. Jesli ktos jeszcze mysli, ze fani szkoly austriackiej to sekciarze, to warto poczytac te dyskusje pod tekstem 🙂

  44. @45

    „Jesli ktos jeszcze mysli, ze fani szkoly austriackiej to sekciarze, to warto poczytac te dyskusje pod tekstem :)”

    Chyba powinno być: „Jeśli ktoś jeszcze myśli, że fani szkoły austriackiej NIE SĄ sekciarzami (…)”

    Wyrażaj się jaśniej, bo potem ktoś pomyśli nie to, co chciałbyś, żeby pomyślał 🙂

  45. Hoppe, Rothbard, Wozinski, grudge ciągle mieszają porządek normatywny z porzadkiem, że tak się wyrażę, praw fizyki. Jest to dla mnie tak oczywiste, że nie wiem jak mozna tego nie dostrzegać…

  46. Na jedno wychodzi 😉

    Ogolnie ostry dyskurs tutaj odchodzi w rodzinie. Bardzo realny.

  47. Autor sobie zapewne wyobraża, że przed wynalezieniem państwa na świecie żyły szlachetne dzikusy, którzy popierali kapitalizm. Niech sobie poczyta antropologów i wróci z księżyca na ziemię.

  48. @ Krzysztof Mazur
    Jeżeli ma Pan jakieś argumenty, chętnie się z nimi zapoznam. Pozdrowienia z księżyca

    @ Krzysztof Zawada
    Dziękuję za reklamę mojego bloga, serdecznie zapraszam.
    Chciałbym PO RAZ KOLEJNY zwrócić uwagę, że mój tekst dotyczy filozofii prawa, a wstęp, tak jak to zazwyczaj ze wstępami, stanowi zaledwie wprowadzenie w temat. Ów wstęp ma zaledwie 3 strony, a cały tekst ponad 100. Czy dyskusja o tezach historycznych ma sens, skoro w tekście piszę, że nie mają one żadnego, absolutnie żadnego wpływu na charakter prezentowanej teorii?

    @ Michał Gądek
    Problem jest taki, że Pan cały czas mówi o prawie pozytywnym, które narzuca państwo, a ja mówię o prawie naturalnym, które jest niezmienne i wieczne. Być może zrozumiałby to Pan, gdyby udało się Panu dobrnąć do pierwszego rozdziału.
    To, że dziś prawo narzucane przez państwo jest w ogóle nazywane prawem stanowi wielki dramat, którego zbyt wiele osób nie potrafi zrozumieć. Tak jak napisałem – to jest bezprawie.
    A co do profesorów żyjących z podatków mam prawo zachować ogromną nieufność, gdyż oni nie zajmują się odkrywaniem prawdy, tylko tworzą intelektualną zasłonę dymną dla Lewiatana. Poza tym, w przypadku historii myśli i idei zbyt często prawda historyczna uzależniona jest od tego, gdzie przystawimy ucho.
    Gdybym ufał podręcznikom filozofii i wykładowcom na swoich studiach (studiowałem u Lewiatana), do dziś myślałbym, że św. Tomasz był zaledwie jednym z mistyków.
    W identyczny sposób, gdybym był studentem prawa na jednej uczelni Lewiatana, pewnie do dziś uważałbym, że prawo musi być stanowione przez państwo.
    Skoro nie ma Pan ochoty czytać mojego tekstu, polecam chociażby zapoznanie się z książkami Bruce’a Bensona, pozostałymi pozycjami Bruno Leoniego, Randy’ego Barnetta, Davida Friedmana, a przynajmniej Murraya Rothbarda.

  49. Ad remek
    „dyskutujemy troche obok siebie”.
    Jest ta ponieważ skupiłem się na rozwiązaniem jednego problemu (według mnie najważniejszego) spośród dwóch, które przedstawiłeś, a mianowicie o sprzeczności w twierdzeniach.
    W nawiązaniu do argumentów, które przedstawiłem w poście numer 40 podtrzymuję, że twierdzenia Hoppe’go o argumentacji a priori odnoszą się do działania, a nie opinii.
    W tym przypadku wypowiedź zawierająca opinię w ogóle nie dotyczy systemu, który opracował Hoppe. Nie da się za pomocą opinii niczego zrobić. Wyobraźmy sobie sytuację, w której obydwaj nie mam domu. Ja go wybudowałem. Mówię wtedy „wybudowałem dom” i idę do niego spać. Ty mówisz „powinienem był wybudować dom” i idziesz spać pod gołym niebem.

    „… nie widze nadal odpowiedzi na podstawowy zarzut: mozna argumentowac, ze srodki, ktore uzywamy w danej chwili do argumentacji powinny byc w dyspozycji kogos innego niz my / lub oponent.”
    Tak jak pisałem za Hoppe’m w poście numer 13 samoposiadanie czy posiadanie jest w wyniku działania. W przykładzie, który podałeś nie może być samo zaprzeczenie, ponieważ opinia wrażona słowami „powinno” nie dotyczy prakseologii bądź argumentacji a priori. Poza tym do tak sformułowanego zdania przedstawię opinię odwrotną, której nie możesz obalić i powstanie sprzeczność np. do zdania „„ludzie nie powinni miec prawa do wlasnego ciala”, odpowiedziałbym „ludzie nie powinni mieć prawa do cudzego ciała”.

    Ad Chris MB 47 i remek
    „Hoppe, Rothbard, Wozinski, grudge ciągle mieszają porządek normatywny z porzadkiem, że tak się wyrażę, praw fizyki. Jest to dla mnie tak oczywiste, że nie wiem jak mozna tego nie dostrzegać…”
    „Polemizuje z teza, ze dzialaniem udowadniamy niemozliwosc obrony jakiegokolwiek systemu normatywnego innego niz libertarianizm”.
    Dyskusja o systemach normatywnych to osobny temat dlatego dopiero teraz do niego przechodzę.
    ChrisMB „… koncepcja libertariańska wsparta jest na teorii, która rości sobie pretensje do bezwzględnego obowiązywania bez względu na kontekst czasowo-przestrzenny,” i „… Hoppe postuluje filozofię aprioryczną, lecz zespoloną z rzeczywistością zewnętrzną aksjomatem działania”. Pana Woziński sam w tekście podkreślił to co jako zarzut wyszło spod Twojego pióra.
    Aksjomat działania potwierdza złotą regułę „nie rób drugiemu co tobie nie miłe” i dlatego jest uniwersalny. Otóż funkcjonuje on poza opiniami dlatego nie można nim manipulować i naginać aby służył jednostkom bądź grupom.
    Ponieważ filozofem nie jestem pozwólcie Panowie, że posłużę się opracowaniem ze strony: http://język-polski.pl/podstawy-socjologii-i-psychologii/676-systemy-normatywne-rola-spoeczna-potrzeby-czyli-wyznaczniki-zachowa-jednostek-w-grupie.html
    „Trwałość systemów normatywnych:
    • Zasady obowiązywania danego systemu są tym mniej trwałe, im bardziej ich obowiązywanie zależne jest od instytucji;
    • Najbardziej nietrwały jest system prawny, co wiąże się z łatwością jego zmiany;
    • System moralny jest trudniejszy do zmiany, gdyż pojęcie dobra i zła jest trudne do przewartościowania;
    • System obyczajowy wykazuje największą odporność na zarysowania, trwałość w czasie, ponieważ trudno znaleźć jest sytuację, która miałaby moc zmiany tradycji;”
    Myślę, że o trwałości systemów prawnych nie nawet sensu dyskutować, przykład pułkownika Kulińskiego będzie sam siebie bronił.
    System religijny też jest kruchy ponadto historia z Henrykiem VIII wskazuje, że czasami jest sprzeczny z systemem prawnym.
    System moralny też zależy od tego jak nas wychowano i jakie mieliśmy przeżycia. Na przykład Nietsche czyniąc koncepcje nadczłowieka, chciał aby ludzie zostawili chrześcijańska moralność (i mentalność) przegranego.
    System obyczajowy i jego broń ostracyzm społeczny. Kilka lat temu był afera związana z siecią dyskontów „Biedronka”, które kazały pracować np. kobietom w ciąży ponad siły. Niedawno okazało się, że jest to najszybciej rozwijająca się sieć marketów w Polsce. Może oczywiście to oznaczać, że zaczęli lepiej traktować pracowników i odzyskali przychylność społeczeństwa, jednak kilkoro moich znajomych, którzy robią zakupy w tej sieci przyznało, że ta afera nie miała wpływu ich decyzje zakupowe.

  50. @ Jakub Wozinski

    Jest Pan z kategorii ludzi „nie znam się, ale się wypowiem” i z uporem maniaka idzie w zaparte w dziedzinie w której ma Pan tyle do powiedzenia co pewien najstarszy zawód o cnocie. PO RAZ KOLEJNY to ja Panu przypominam, że Pańskie uprawnienia do wypowiadania się w kwestii filozofii prawa są bardzo niskie. Równie dobrze może się Pan wypowiadać na temat filozofii matematyki i religii w takim samym duchu. W kwestii filozofii prawa więcej do powiedzenia ma prawnik, aniżeli filozof jak Pan. Podobnie matematyk i teolog ma większe uprawnienia do wypowiadania się w kwestii odpowiednio filozofii matematyki i religii, aniżeli filozof. Jeszcze chce Pan się wypowiadać w kwestii filozofii prawa bazując na takich „ałtorytetach” w tej dziedzinie jak Rothbard, Hoppe i Leoni Mogę tylko współczuć ubogiej wiedzy z zakresu podejmowanych zagadnień.

    Nie posiada Pan żadnej wiedzy z zakresu historii prawa co już Panu trafnie wytknął Michał Gądek, ale za to świetnie Panu idzie podpieranie swoich teorii w zakresie tych bredni historycznych, które istnieją wyłącznie w Pańskiej głowie.
    Wstyd mi tylko, że Instytut Misesa nie ma wykwalifikowanego personelu w zakresie prawa i historii prawa, który by odpowiednio zweryfikował te pańskie historyczne brednie i je usunął.
    Pan nie zrozumiał nawet w 1% argumentów Macieja Gądka, a próbuje Pan sprytnie ukryć swoje niekompetencje i argumentuje obok o „nieufności do profesorów”, „zasłonie dymnej dla Lewiatana”. Pisanie nie na temat idzie Panu wzorowo, to muszę przyznać.

    „Mądremu wystarczy napomknąć, a głupiego nawet biciem się nie nauczy”

  51. @ Jakub Wozinski

    Po kolejny nie odniósł się Pan do moich zarzutów. Ale trudno…w zasadzie powtórzył Pan swój pierwszy komentarz, na który ja odpowiedziałem…ale trudno. Tekst z przystawianiem ucha…sugeruje Pan, że nasze podręczniki podając FAKTY kłamią? Skąd Pan wie, że Pańskie nie kłamią? Po raz kolejny odniosę się do tej nieszczęsnej monarchii stanowej o której Pan wspomina. Tu też przystawiam ucho tam gdzie nie trzeba?
    Co do tych profesorów żyjących z podatków. U mnie duża część z nich to praktycy prowadzący własną działalność gospodarczą.
    U mnie na uczelni w katedrze historii doktryn politycznych i prawnych o św. Tomaszu z Akwinu dowiedziałby się Pan o wiele więcej niż Pan się dowiedział u siebie (miałem przyjemność uczestniczyć w zajęciach na jego temat). Co do stwierdzenie, że gdyby Pan był studentem prawa myślałby Pan, że prawo musi być stanowione przez Lewiatana. Otóż czym innym jest prawo dogmatyczne a czym inne różne dziedziny teoretyczne (czy historyczne czy filozoficzne) odnoszące się do prawa. Pracownicy naukowi zajmujący się u mnie tą drugą częścią (też często praktycy) poruszają na zajęciach zarówno kwestie prawa naturalnego jak i innych różnorakich pomysłów na prawo.
    Ponieważ dalej nie chce Pan zrozumieć, że wstępie swojej pracy Pan bredzi i podaje Nieprawdę, należy zakończyć tę dyskusję. Zwłaszcza, że Pan się nawet nie broni i nie odnosi do moich argumentów. Analizując ostatnio komentarz widać, że jest Pan bardzo przemądrzały. Uważa Pan się za osobę lepiej rozumiejącą otaczającą nas rzeczywistość, umiejącą lepiej analizować fakty. Myślałem, że jak zacytuje kilka znanych nazwisk to doceni Pan mój wysiłek. Ale gdzie tam…..Ja powiem po raz kolejny. Nie znam się na filozofii i się na jej temat nie wypowiadam. Pan się nie zna na prawie a dużo Pan ma do powiedzenia. Na dodatek kwestionuje Pan fakty podawane przez ludzi, którzy są autorytetami w swoich dziedzinach (często nie tylko w Polsce). Kim Pan jest i ile Pan ma lat, że się Pan tak wozi, za przeproszeniem?
    I jeszcze jedno. Może Pan wybrał kiepski uniwersytet?

Komentarze zablokowane.

Nasi darczyńcy