Autor: Adam Heydel
Pierwodruk: Wyższe Studjum Handlowe, Kraków 1932
Wersja PDF

Poniższy tekst będzie częścią wydania Dzieł zebranych prof. Adama Heydla. Już za niewielką kwotę darowizny Pana/Pani imię i nazwisko może znaleźć się na liście mecenasów wydania na pierwszych kartach książki oraz na stronach www.mises.pl (szczegóły mecenatu, pdf).

W oczach niektórych ludzi uchodzę za przedstawiciela skrajnego liberalizmu. Muszę zacząć od tego, że ten pogląd sprostuję. Być może, że moje przekonania jako ekonomisty odskakują daleko od najbardziej popularnych w Polsce opinii. Polska myśl ekonomiczna jest w wysokim stopniu pod wpływem doktryn socjalistycznych i protekcjonizmu. Toteż na tym tle nawet umiarkowany liberalizm, jaki zdaniem moim jest najwłaściwszą podstawą każdego programu ekonomicznego, wydać się musi skrajnością i doktrynerstwem. Postaram się wykazać, że tak nie jest, ale przede wszystkim muszę moje stanowisko ogólnie scharakteryzować.

Program integralnego liberalizmu wyznaje, jak wiadomo, zasadę, że jedynym zadaniem państwa wobec przedsiębiorstwa prywatnego jest ochrona prawa własności.

Wiąże się z tym, jako zadanie egzekutywy, przestrzeganie porządku i ładu. To wystarcza, zdaniem liberałów czystej wody, by zapewnić społeczeństwu najpomyślniejszy rozkwit i największy wzrost bogactwa. Nie należy ani przeszkadzać przedsiębiorcy prywatnemu w jego zamierzeniach gospodarczych, ani mu dopomagać w osiąganiu celów. Sam on potrafi tak skierować swoje zasoby sił gospodarczych, że osiągnie możliwe maksimum bogactwa. Interes zaś całego społeczeństwa zgodny jest z interesem jednostek.

Nie ma dla mnie wątpliwości, że właśnie taki program liberalny mógłby dać, musiałby nawet dać, największe bogactwo społeczeństwu, ale wiem o tym, że zadania państwa są znacznie szersze, aniżeli umożliwienie obywatelom zdobycia maksimum bogactwa. Cóż pociągnąłby za sobą zupełny, stuprocentowy program liberalizmu?

W pierwszej linii pociągnąłby za sobą zupełne zniesienie ceł. To doprowadziłoby do jednostronnego rozwoju w gospodarce kraju, który taką zasadę wolnego handlu zastosuje. Tak na przykład w Polsce produkowano by tylko dobra, których wytwarzanie najlepiej się w Polsce kalkuluje, a inne sprowadzałoby się z zagranicy. Rachunkowo można wykazać, że taki właśnie kierunek produkcji dałby społeczeństwu największe bogactwo.

Są jednak pewne względy, poza ekonomicznymi, z którymi się trzeba liczyć, a które wprowadzenie takiego programu absolutnego liberalizmu niewątpliwie uniemożliwiają. Byłoby pięknie, gdyby można było zupełny liberalizm wprowadzić, ale na to trzeba by, aby cały świat złączył się w jeden organizm polityczny, żeby nie było walk politycznych pomiędzy poszczególnymi państwami. Jeżeli zaś taką myśl uznamy za utopię, to trzeba by przynajmniej, aby urzeczywistnił się plan Paneuropy. W urzeczywistnienie tego programu nie wierzę. Niech o Paneuropie marzą poeci, niech filozofowie przygotowują do niej grunt w dziedzinie ducha, a gdy psychicznie przygotują społeczeństwa, wówczas i ekonomiści będą o niej mogli dyskutować i wówczas istotnie pełny liberalizm będzie miał podstawy, by mógł się zakorzenić, by mógł w całej pełni wejść w życie. Dopóki tego nie ma, a ostatnie wypadki jaskrawo o tym świadczą, że na to się nie zanosi: widać zupełną bezwładność, bezsilność Ligi Narodów w konflikcie pomiędzy Japonią a Chinami, wiadomo, co się dzieje w Niemczech, znane są zakusy na naszą zachodnią granicę, na Pomorze — dopóki się to dzieje, póty trzeba w rachunek gospodarczy wstawić jako pozycję, bez której musiałyby się załamać nasze przewidywania — prawdopodobieństwo wojny. To prawdopodobieństwo wojny, czy za rok, czy za dziesięć czy trzydzieści lat, trzeba oceniać bardzo wysoko. Myślę, że wojny były i będą, i długo jeszcze na pokój wszechświatowy się nie zanosi. Z chwilą, gdy jest tak, musimy się z tym faktem liczyć jako ekonomiści. Stosunki polityczne rzucają pewien refleks na zagadnienia gospodarcze. Jeśli bowiem wiemy, że bez ceł w Polsce nie mielibyśmy przemysłu (nie mógłby się rozwinąć np. przemysł chemiczny w Polsce, który ma zasadnicze znaczenie ze względu na ochronę kraju, nie mógłby się rozwinąć przemysł metalurgiczny, który ma to samo znaczenie), to z tą chwilą musimy powiedzieć, że pełnego liberalizmu w polityce handlu zagranicznego stosować nie można. To jest ten sam rachunek, który u siebie przeprowadzili Niemcy, tylko w kierunku odwrotnym. Niemcy podtrzymują sztucznie swoje rolnictwo. Niemcom kalkulowałoby się iść jednostronnie w kierunku produkcji przemysłowej, a zboże sprowadzać z zagranicy, ale liczą się z tym, że na wypadek wojny pewną ilość pożywienia muszą mieć wyprodukowaną w kraju, a zatem muszą sztucznie popierać rolnictwo, przez co hamują w pewnym stopniu rozwój swojego przemysłu. Państwo musi więc wkraczać w zakres rozwoju przedsiębiorczości prywatnej i nadawać mu kierunek niezupełnie zgodny z naturalnymi podstawami rozwoju. Źle byłoby jednakowoż, gdyby państwo zapomniało, że to jest tylko środek do celu, tzn. do utrzymania niepodległości, do rozwinięcia potęgi politycznej, do zdobycia autorytetu politycznego, który jest obroną najpewniejszą przed wojną. Gdyby państwo zapomniało, że to są środki do tego celu, gdyby się starało ze środka robić cel polityki gospodarczej, to wchodziłoby na drogę błędną. Jeżeli, jak się to zdarza, w tym czy innym państwie postawi się samowystarczalność jako ideał gospodarczy, to nie ma wątpliwości, że państwo idzie znacznie za daleko w odstępstwie od liberalizmu i bogactwo kraju ponosi bardzo poważne straty. Samowystarczalność nie znaczy nic innego jak to, że pewna ilość pracy i kapitału, którą się rozporządza, będzie przeprowadzona z tych dziedzin życia gospodarczego i miejsc, gdzie może pracować wydajnie, w takie dziedziny, gdzie pracuje mniej wydajnie. Jeżeli np. upieramy się, że produkujemy w Polsce samochody, a produkcja takiego samochodu w Polsce kosztuje 30 tysięcy złotych, można by zaś mieć za te 30 tysięcy złotych dwa zupełnie takie same samochody sprowadzone z zagranicy, to znaczy tracimy, mówiąc popularnie, 15 tysięcy złotych, a mówiąc ekonomicznie, włożyliśmy o 100 procent za dużo ilości godzin pracy i kapitału w produkcję i gdybyśmy nie budowali samochodów w kraju, moglibyśmy mieć nie jeden, lecz dwa samochody z zagranicy albo jeden samochód i szereg innych dóbr równających się wartością 15 tysiącom złotych. Słowem, nie ma wątpliwości, że tu ponosimy stratę. Byłoby niedorzecznością dążyć w życiu jednostki do samowystarczalności w tym sensie, aby np. pracować naukowo i szyć buty, i gotować obiad. Powiedzmy, że ktoś pisze na maszynie i umie pisać na maszynie równie dobrze lub nawet lepiej niż zawodowa daktylografka. Czy jest racjonalne, by ten ktoś, kto ma przy tym zawód adwokata, naukowca lub publicysty, koniecznie sam pisał swoje prace na maszynie? Czy nie racjonalniej, by poświęcał swoją pracę, swój wysiłek i czas na to, czego nie może zrobić daktylografka, a przepisywanie swych prac oddał komu innemu? To drugie rozwiązanie jest oczywiście właściwsze. Jasne jest, że adwokat, którego zarobek na godzinę jest pięć razy większy od sumy, którą zapłaci daktylografce za godzinę jej pracy — zarobi, oddając jej przepisywanie swoich rękopisów, nawet gdyby umiał pisać na maszynie dwa, trzy lub nawet cztery razy lepiej od niej. Jasną jest rzeczą, że tak samo w gospodarce społeczeństw zdobywanie samowystarczalności za wszelką cenę musi być połączone ze stratą. Na przykład uprzemy się, że nie będziemy sprowadzać pomarańcz, lecz hodować je będziemy w Polsce pod szkłem, podczas gdy we Włoszech produkcja ich nie wymaga tych starań, jest tańsza ze względu na mniejszą ilość pracy, wysiłku ludzkiego i kapitału. Przy wymianie wymienia się pracę za pracę. Jeśli możemy mieć pomarańcze w drodze wymiany na nasze produkty za mniejszą ilość pracy, to mamy stąd oszczędność i oczywistą korzyść. Musiałyby być więc straty niewątpliwe, gdybyśmy poza względami politycznymi, ogólnokulturalnymi, które są ważne istotnie, jako program gospodarczy chcieli stosować program samowystarczalności. Wolno nam popierać sztucznie pewne gałęzie produkcji, wolno mieszać się państwu do życia gospodarczego w tym zakresie, ale z tym warunkiem, że państwo zdaje sobie sprawę, że to się odbywa kosztem strat gospodarczych. Trzeba zresztą stwierdzić, że i te państwa, które poszły w kierunku zupełnego liberalizmu, ponoszą pewne polityczne koszta utrzymania tego liberalizmu. Jeżeli się zastanowimy nad tym, co to jest ekonomicznie wielka flota wojenna angielska, to dochodzimy do wniosku, że to jest cena, którą Anglia płaci za to, że jej rozwój poszedł w kierunku jednostronnym, że Anglicy specjalizują się tylko w wytwarzaniu tych rzeczy, które im się najlepiej opłacają, i wskutek tego zostało zaniedbane rolnictwo. Gdyby Anglia nie miała floty wojennej, to w wypadku odcięcia dowozu mogłaby się wyżywić zbożem produkowanym na miejscu zaledwie przez sześć tygodni, potem zapanowałby głód. Anglia musi utrzymywać swą flotę i widocznie się to kalkuluje dzięki korzyściom, jakie płyną z liberalizmu ekonomicznego. U nas sytuacja jest inna. Mogąc być odcięci od zagranicy, musimy rozwijać naszą gospodarkę wielostronnie. U nas koszt polega na rozpierzchnięciu naszych wysiłków, na skierowaniu pracy nie zawsze tam, gdzie by ona dawała najlepsze gospodarczo rezultaty. Jest to koszt ze względów politycznych konieczny, jest to zło konieczne. Są pewne granice jednak, które trzeba postawić tym odstępstwom od programu liberalnego. Nie trzeba zapominać, że państwo ma obok zdobycia dla społeczeństwa dobrobytu również i inne cele: rozwijanie kultury, podnoszenie poziomu narodu. Ale z drugiej strony sam dobrobyt społeczeństwa jest jedną z zasadniczych podstaw kultury i szczęścia, bez tego dobrobytu nie będzie kultury i rozwoju, będzie kwitł analfabetyzm, nie będzie społeczeństwa cywilizowanego. Bez dobrobytu nie będzie także obronności, prestiżu politycznego, nie będzie rozwoju potęgi państwa. Należy więc bardzo ostrożnie kalkulować, jak daleko można iść w odstępstwach od liberalizmu przy rozważaniu życia gospodarczego, tak aby nie podciąć gałęzi, na której się siedzi. W tych bardzo ostrożnie wykreślonych granicach odstępstwa od liberalizmu uważam za wskazane.

Ale spotykamy poglądy, które dużo dalej rozciągają granicę wkraczania państwa w zakres gospodarki prywatnej. Ich wyznawcy ulegają pewnym złudzeniom i pod ich wpływem chcą stosować interwencję państwa także i w takich dziedzinach, gdzie każde odstępstwo od liberalizmu jest grzechem zarówno gospodarczym, jak przeciwko rozwojowi narodu i państwa. Jednym takim złudzeniem jest to, że państwo dzięki wkraczaniu w życie gospodarcze, dzięki mieszaniu się do tego, co chciałby tworzyć prywatny przedsiębiorca, może podnosić bogactwo. To jest nonsens. Jeżeli powiada się, że państwo podnosi bogactwo dlatego, że zakłada przedsiębiorstwa przemysłowe, że państwo dzięki temu, że dostarcza pracę bezrobotnym, łagodzi nędzę, to są to twierdzenia do końca nieprzemyślane. Skąd się biorą fundusze, które państwo kieruje na rzeźnie, chłodnie, na fabryki nawozów czy budowę gmachów dla zatrudnienia bezrobotnych? Państwo pieniędzy nie wytwarza, państwo bogactwa nie wytwarza, pieniądze są wzięte z kieszeni obywateli, z przedsiębiorstw prywatnych. Co byłoby, gdyby państwo tych rzeczy nie zakładało?

W o tyle większym stopniu rozwinęłyby się przedsiębiorstwa prywatne. Dlatego argumenty, które się przytacza, że państwo musi je tworzyć, bo nie ma kapitałów w kraju, to są argumenty z powietrza. Nie ma kapitałów, bo państwo w drodze podatków je wyciągnęło albo państwo zaciągnęło pożyczkę, którą musi z podatków spłacać. A więc cóż możemy powiedzieć? Państwo może tylko pracę i kapitał skierować gdzie indziej, niżby one poszły, gdyby państwo się w te sprawy nie mieszało. Staje więc przed nami zagadnienie, czy i o ile takie skierowanie w inną stronę może być dla życia gospodarczego korzystne. Na to pytanie można z całą pewnością odpowiedzieć, że każde odsunięcie pracy i kapitału od tej drogi, na którą weszłyby one, gdyby były pozostawione same sobie, zawsze i niewątpliwie jest uszczupleniem bogactwa społecznego. Jeżeli jakaś fabryka nie powstaje, to dlaczego ona nie powstaje — dlatego, że nie odpowiada potrzebom społeczeństwa. Gdyby potrzebom tym odpowiadała, gdyby był popyt na te produkty, które ona może wytwarzać, to taka fabryka musiałaby się opłacać. Jeżeli zaś ta produkcja się opłaca, to fabrykę założy kapitał prywatny. Jeżeli na kwestie te nie zwraca się uwagi, to do czego to prowadzi? Państwo zakłada przedsiębiorstwa, które się nie kalkulują. Przedsiębiorstwo, które się nie kalkuluje, jest zbędne, jest przedsiębiorstwem, które trzeba utrzymywać ze źródeł podatkowych, czyli wycieńczać dalej przedsiębiorstwa prywatne. Trzeba sobie wyraźnie powiedzieć, że nie ma innego sposobu trwałego utrzymania i rozwinięcia produkcji, jak pozostawienie jej możności osiągnięcia zysków, tj. rentowności. Zysk, który przynosi produkcja, jest wskazówką, za którą płynie praca i kapitał. W ten sposób ustala się repartycja zasobów twórczych tak, że część pracy i część kapitału idzie do przemysłu metalurgicznego, inna do chemicznego, inna do rolnictwa czy handlu. Ta proporcja, w której poszczególne działy produkcji występują, zdobyta dzięki wskazówce zysku, najbardziej odpowiada potrzebom społeczeństwa. Jeśli jakiś dział przestaje się opłacać, to widocznie potrzeba na towar, który wytwarza, jest zbyt mała. Jeżeli jakiś dział produkcji przynosi wyjątkowo wielkie zyski, to jego rozmiary są zbyt małe w stosunku do potrzeb społeczeństwa. Pozostawienie swobody w zakresie przepływu pracy i kapitału, pozostawienie swobody wydobywania zysku z produkcji jest jedynym sposobem doprowadzenia do możliwego maksimum bogactwa w kraju.

Z tą kwestią łączy się drugie złudzenie, które sięga jeszcze głębiej niż tamto, a mianowicie złudzenie, że państwo może dzięki swemu mieszaniu się do przedsiębiorstw prywatnych poprawiać ten rozdział dochodów, jaki jest w społeczeństwie; jednemu odjąć, drugiemu dodać. Jest to jeden z bardzo ważnych składników tego, co się nazywa interwencją państwową. Państwo reguluje płace, miesza się do cen, reguluje stopę procentową, wysokość czynszów w domach itp. Jest złudzeniem przekonanie, że państwo w ten sposób może wprowadzić sprawiedliwość. Zatrzymam się najpierw na tym, czy istotnie byłaby to sprawiedliwość, gdyby to nawet było osiągalne. W Polsce w bardzo oświeconych nawet kołach panuje przekonanie, że zysk jest czymś niezupełnie uczciwym, że ładniej bez zysku się obchodzić, bo on polega na krzywdzie drugich, że zysk jest komuś z kieszeni wyciągnięty. Przykładowo postaram się wyjaśnić to nieporozumienie, z którym się spotykamy. Jeżeli ktoś idzie do sklepu i kupuje kilogram masła, to każdy z nas wie o tym, że mleczarnia na tym kilogramie masła miała pewien zysk. Powiedzmy, że zysk ten wynosił 1 złoty. Trudniej jest ustalić, w jakim położeniu jest konsument tego masła. Trudno dlatego, bo musimy porównać sumę (5 złotych) z rzeczą niewymierną, to znaczy z sumą potrzeb, które konsument może zaspokoić tym kilogramem masła. Ale nie ulega wątpliwości, że konsument nie kupowałby masła, gdyby dla niego kilogram masła stanowił tylko równowartość 5 złotych. Widocznie dla niego kilogram masła więcej jest wart aniżeli 5 złotych. Tak samo dla sprzedającego więcej warte jest 5 złotych od kilograma masła. Jest nawet pewien sposób, żeby obliczyć zysk konsumenta. Spróbujmy zaproponować konsumentowi, który kupił masło, aby odsprzedał je za 5 złotych. Zobaczymy, że się nie zgodzi, bo on chce mieć masło, a nie 5 złotych. Być może, że zgodziłby się odsprzedać masło za odstępnym 50 groszy lub 1 złotego. Ta suma będzie miarą zysku, jaki osiągnął na drodze wymiany. Również kupiec nie przyjmie masła i nie odda pieniędzy, chyba że dołożymy mu, powiedzmy, ¼ kilograma masła. Widzimy więc, że akt wymiany jest czymś nieodwracalnym. Ten opór, jaki stawia kupujący czy sprzedający, świadczy o tym, że obie strony wyniosły korzyść, osiągnęły zysk. Na ogół biorąc, zysk mieści się doskonale w życiu gospodarczym. Nie jest to wyciąganie pieniędzy bliźniemu z kieszeni czy wyzysk drugiego, tylko mieści się on w różnicy oceny wartości, którą ludzie przykładają do pewnego przedmiotu. Jeżeli dwaj ludzie oceniają przedmiot w różny sposób, to wtedy dochodzi do wymiany i korzyść jest obustronna. Każdy akt gospodarczy między dwu stronami zawarty jest pewnego rodzaju wymianą i każdy daje obu stronom korzyści. Tak samo jest przy wymianie pracy za pieniądze. Mimo to zyski płynące z handlu, z pośrednictwa, ze spekulacji często spotykają się z potępieniem. Najbardziej potępiany jest zysk od kapitału. Ktoś nie pracuje, a majątek może poprzednio zebrał czy odziedziczył i odcina od niego kupony. To, że nie pracuje, to oczywiście moralne usprawiedliwienie tego zysku utrudnia. Mimo to można usprawiedliwić te zyski u tego, który wytworzył kapitał własną pracą i oszczędnością. Trudno usprawiedliwić, jeżeli ten kapitał dostał ktoś w spadku. Chodzi jednak przede wszystkim o to, czy przez ograniczenie tego zysku można wprowadzić sprawiedliwość. Jaki będzie skutek, jeżeli państwo spróbuje wywrzeć nacisk na gałęzie produkcji dające zyski i obciąży je wysokim podatkiem, które chciałoby przelać do tych warstw, które nie mają udziału w tych bogactwach społecznych? Występuje wówczas zjawisko zahamowania procesu kapitalizacji. Jeżeli ktoś wie, że mając 100 tysięcy złotych, nie będzie miał zysku z oprocentowania, to jasne, że woli skonsumować, aniżeli trzymać pieniądze. Skoro kapitał jest jednym z najważniejszych czynników rozwoju produkcji, to zanim się zrobi sprawiedliwość, doprowadzi się tego rodzaju zarządzeniami państwa do kurczenia się bogactwa społecznego. Może ktoś powiedzieć, że nie chodzi o bogactwo, ale o sprawiedliwość. Prawda — powie on — że jeżeli będzie mniej kapitalizacji, to będzie mniej fabryk, to będzie więcej bezrobotnych, ale mnie nie chodzi o to, czy robotnicy mają co jeść, ale o sprawiedliwość, to jest wyrównanie różnicy w dochodach. Moim zdaniem taki ideał sprawiedliwości byłby czystym doktrynerstwem. Zgodziłbym się na wkraczanie państwa w życie przedsiębiorstwa prywatnego i na zmniejszanie zysków kapitalisty, gdybym wierzył, że to podniesie sumę, którą otrzymają robotnicy. Czy jednak można do tego doprowadzić? Jestem przekonany, że nie. Jeżeli się kosztem zysku podnosi płace, to przedsiębiorca z pewnością zwolni część robotników. I suma płacy, którą będzie teraz wypłacać, nie będzie większa od poprzedniej. Ci, co zostaną, będą mieli płace wyższe, ale zwiększy się rzesza bezrobotnych, a suma tego, co rzesza robotnicza dostanie, ten udział jej w bogactwie ogólnym i dobrobycie nie powiększy się, a raczej się zmniejszy. Stąd wniosek, że tego rodzaju ograniczenia ze strony państwa, w najlepszych intencjach przedsiębrane, nie stają się skuteczne. Wybitny ekonomista niemiecki, profesor uniwersytetu berlińskiego Lederer, socjalista, stawia postulat, ażeby tydzień robotniczy w Berlinie zmniejszyć obecnie w epoce kryzysu do 40 godzin, z tym by płace za godzinę utrzymać te same co dawniej. Wtedy robotnik będzie miał oczywiście płacę mniejszą, ale zatrudni się część bezrobotnych. To jest projekt, który można by dyskutować, to jest projekt realny. Można bezrobotnych zatrudnić, jeżeli się obniży płace innych robotników. Kapitalizacja, zbieranie kapitałów, oszczędzanie musi być opłacone. Jeżeli odpłaty nie znajdzie, to się urywa, a z urwaniem się kapitalizacji zaczyna się zahamowanie produkcji, zaczyna się nędza ogólna. Mówiłem dotychczas o płacach. Wiemy z doświadczeń wojennych, do jakich skutków doprowadza to, że państwo ogranicza ceny. Jedyną konsekwencją jest zmniejszenie podaży i spekulacyjna zwyżka cen. Jeżeli chodzi o ograniczenie stopy dyskontowej, to jej skutkiem staje się, że wkładów oszczędnościowych jest mniej, aniżeli gdyby banki mogły pobierać i płacić wyższą stopę. Jeżeli państwo wprowadza ochronę lokatorów, polegającą na obniżce czynszów, to wskutek tego następuje zupełne zahamowanie ruchu budowlanego. Dzisiaj ruch budowlany zaczyna się rozwijać dlatego, że rentowność domów podnosi się i przynosi odsetki, jakie powinna osiągać. Widzimy więc te same skutki interwencji państwa we wszystkich dziedzinach życia gospodarczego. Skutki te są zawsze odwrotne aniżeli te, które państwo chciało osiągnąć.

Trzeba wreszcie powiedzieć, że zysk wolnokonkurencyjny, więc zysk, którego suma ogólna zależy nie od wysokiego zysku na sztuce towaru, tylko od wielkości obrotów, ten zysk jest sprężyną rozwoju gospodarczego i jest z pewnością usprawiedliwiony. Pozostają jeszcze pewne zjawiska, które trudno usprawiedliwić, tzw. renty, tj. zyski wyższe od przeciętnych, np. renty koniunkturalne. W jakiejś dziedzinie produkcji mało rozwiniętej zyski są wyższe niż w innych. Powiedzieć może ktoś: tutaj trzeba by obniżyć je. Zwracam uwagę, że do tych spraw należy się odnosić bardzo ostrożnie. Te renty wynikające z koniunktury to są sygnały, za którymi idzie praca i kapitał, które ściąga wysoka rentowność i w ten sposób tak szybko rozszerza się dana produkcja, że renty spadną. Jeżeli jakiś dział produkcji daje szczególnie duży zysk, to z jego wysokości można obliczyć, w jakim stopniu występuje niedorozwój tego działu produkcji. Jeżeliby się sztucznie obniżyło te zyski, to ustalamy na zawsze ten niedorozwój, podczas gdy powinno chodzić o to, aby produkcja w naturalny sposób się rozszerzyła i sama zysk obniżyła. Sztuczne obniżenie tych rent byłoby utrwaleniem nierównowagi życia gospodarczego, czyli odepchnięciem go od położenia, w którym praca każdej jednostki może dać najwięcej.

Są to, prawda, pewne renty tzw. monopolistyczne, które nie grają tej roli. Jeżeli ktoś uzyska wyłączność produkcji czy handlu (np. jedyna apteka w pewnym miasteczku), to wtedy w pewnej granicy może śrubować ceny do góry i nie rozszerzać produkcji, tylko zmniejszać ją, i wtedy zyski osiągane są wyciągane z kieszeni konsumenta. To jest złe i radą na to jest dopuszczenie wolnej konkurencji. Ale trzeba zwrócić uwagę, że wkraczanie państwa nie ułatwia wolnej konkurencji, lecz utrudnia ją, a jeżeli ją utrudnia, to życie gospodarcze ponosi na tym szkodę, a monopolizacja wprowadza najbardziej niekorzystne, szkodliwe formy zarobku.

Uważam, że są dwa wyjścia: albo się powinno skasować w Polsce katedry ekonomii politycznej, albo, jeżeli państwo wydaje na nie pieniądze, to powinno przyjść do przekonania, że widocznie są pewne prawa życia gospodarczego, o których profesorowie ekonomii mają mówić. Jeżeli są te prawa, co one oznaczają? Oznaczają, że na każde wkroczenie państwa w życie gospodarcze to życie jakoś reaguje, najczęściej w kierunku niepożądanym, w kierunku odwrotnym od tego, który państwo swoim wkroczeniem chciało wywołać. Wynika jasno z tego, co powiedziałem, że ze względów ekonomicznych powinno państwo wkraczanie w dziedzinę prywatnej przedsiębiorczości zamknąć w możliwie wąskich granicach. Obok tych względów występują tu także ważne względy moralności. Im więcej przepisów, nakazów, zakazów, czyli im bardziej państwo wkracza w obręb przedsiębiorstw prywatnych i tę przedsiębiorczość prywatną reguluje, tym więcej sposobności do omijania tych zakazów, tym więcej okazji do obniżania się moralności społecznej. Wyobraźmy sobie państwo, gdzie nie ma ceł. W takim państwie nie będzie przemytnictwa. Im wyższe cła, tym wyższe zarobki na udanym przemytnictwie. Gdy w czasie wojny były ceny maksymalne, to wszyscy ludzie uczyli się pokątnie handlu z omijaniem przepisów. Jeżeli w czasie inflacji były w Polsce zakazy handlu dewizami, to jako reakcja powstała czarna giełda. Dziś nie ma zjawisk paskarstwa ani czarnej giełdy, bo przepisy krępujące te dziedziny gospodarki prywatnej zniesiono. To samo zaobserwować można na kwestii prohibicji w Ameryce, której skutkiem jest wzrost przemytnictwa, powstanie całej floty przemytników, pokątnego wyrobu trujących alkoholi itp. zjawisk. Często występuje też demoralizacja urzędników. Na każdym kroku widzi się, że im więcej przepisów, tym bardziej życie gospodarcze, które się nie da w nie wcisnąć, zmusza ludzi do brudnego zysku, do łamania moralności.

Dotychczas byłem w obrębie teorii i nawet wychodząc z założenia, że administracja państwowa jest idealna, wskazywałem na punkty, w których zbytnie mieszanie się państwa do przedsiębiorstw prywatnych musi przynieść szkody ekonomiczne i moralne. Ludzie są jednak ludźmi i nawet urzędnicy mają swe wady. I ustawy, rozporządzenia administracyjne także są przez ludzi tworzone. Stąd wynika dopiero ta smutna konsekwencja, którą znają wszyscy, którzy mają praktyczny kontakt z gospodarstwem, to jest, że interwencja państwa, mieszanie się urzędów do życia gospodarczego staje się piaskiem sypanym pomiędzy tryby maszyny. Niekiedy dochodzi na tym tle do rzeczy naprawdę groteskowych. Przypominają sobie ludzie, jak to Ministerstwo Zdrowia radziło w roku 1919 czy 1920 dla uchronienia się przed malarią, którą roznoszą komary, polewać kałuże… warstwą nafty. Pamiętają dziesiątki i setki statystyk bezcelowych, bo z góry fałszywych. Że wspomnę tylko niesłychanie skomplikowane karty meldunkowe z roku 1930. W wielu wypadkach władze ponoszą koszta, które przewyższają wartość świadczenia, jakie ma być egzekwowane. Znam wypadek nakazu płatniczego podatkowego na 10 groszy! Kiedy indziej przedsiębiorstwom prywatnym nakazuje się ponosić wielkie koszta np. na plany leśne, które potem okazują się nie niezbędne. Wskutek nawału spraw, który wynika ze zbytniej ilości przepisów, rekursy bywają rozstrzygane pomyślnie dla podatnika po 6–7 latach. Urząd podatkowy przejmuje należytości od skarbu za dostarczone produkty. Wiem o fakcie, że zaaresztowano w ten sposób wpływy przewyższające wielkość zaległości podatkowych.

Te wszystkie błahe lub poważne fakty obciążają podwójnie nasze życie gospodarcze, raz dlatego, że organizacja urzędów, praca urzędnicza, a wreszcie koszta korespondencji, materiałów piśmiennych, druków muszą być zapłacone z podatków płynących z przedsiębiorstw prywatnych, a po drugie dlatego, że tego rodzaju objawy biurokracji hamują w najwyższym stopniu działalność gospodarczą jednostek i narażają je na stratę czasu, na wydatki związane z podróżami, dopominaniem się o swoje prawa i całą masą podobnych kosztów ubocznych. Wszystko to są pośrednie skutki zbyt szeroko zakreślonej interwencji państwa. Sama interwencja przynosi szkody — tym szkodliwszą się staje dzięki nie zawsze idealnemu wprowadzeniu prawa w życie. Streszczam moje wywody: państwo niewątpliwie ma poważne powody do tego, żeby w pewnych granicach w przedsiębiorczość prywatną wkraczać, te powody bywają najczęściej natury politycznej, nigdy zaś niemal nie są ekonomicznej natury i zawsze przynoszą pewną ekonomiczną szkodę. Nawet tam zatem, gdzie wkroczenie państwa jest z wyższych względów konieczne, powinno być wytyczone możliwie najwęziej, gdyż jest niebezpieczeństwo, że się marnuje pracę ludzką, że traci się ogromne skarby, że wysuwa się z rąk ludzi możliwość zarobku i dobrobytu. Zrozumienie tych rzeczy jest niesłychanie ważne w Polsce i ze względu na naszą biedę, i ze względu na to, że interwencja państwa jest u nas szczególnie szeroka. Mam nadzieję, że setki słuchaczy, którzy w całej Polsce zapełniają sale uniwersytetów, studiując nauki ekonomiczne, nie tylko zrozumieją te względy, ale potrafią kiedyś w życiu przeprowadzić odpowiednie reformy. W Polsce musi się na jednym z pierwszych miejsc postawić odbudowę i rozszerzenie zamożności społeczeństwa. Jeżeli tego nie zrobimy, boję się, że i na innym polu najważniejsze zadania naszego narodowego życia nie będą mogły być rozwiązane. Zła gospodarka może bowiem zagrozić i takim ideałom, jak rozwój polskiej kultury, potęga Polski, lub nawet Jej niepodległość.

 


2 odpowiedzi na „Heydel: Stosunek państwa do przedsiębiorstwa prywatnego”

  • Świetny artukuł! Nie wiedziałem że Heydel był tez endekiem w przekonaniach politycznych.
    Świetnie się złożyło

  • @Józef Donat
    „Mimo krótkiego epizodu współpracy z sanacyjnym rządem, Adam Heydel czuł się bardziej narodowcem, niż piłsudczykiem. Choć nie zajmował wyższych stanowisk w żadnej z endeckich organizacji, blisko współdziałał z ruchem narodowym. Adam Tyszkiewicz w monografii „Obóz Wielkiej Polski w Małopolsce 1926-1933” odnotowuje uczestnictwo prof. Heydla w inauguracyjnym spotkaniu Obozu Wielkiej Polski Zachodniej Małopolski w Krakowie, 12 grudnia 1926 roku. Z jego opinią liczyła się także Młodzież OWP, która zapraszała go do wygłaszania odczytów dla swoich członków.” (Stefan Sękowski)

    Źródło: http://www.endecja.pl/historia/artykul/62

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Cytat:
  • Debata na temat „planowania gospodarczego” nie dotyczy (…) tego, czy należy planować, czy też nie. Chodzi w niej o to, czy planowanie ma być centralne, czy planować ma jeden podmiot sprawujący władzę nad całym systemem ekonomicznym, czy też ma być podzielone pomiędzy wiele jednostek. Friedrich von Hayek
Mecenasi
Wspieraj Nas>>
We wrześniu wsparli nas:
Pan Michał Basiński
Pan Marek Bernaciak
Pan Wojciech Bielecki
Pan Bartosz Biernacki
Pan Rafał Boniecki
Pani Dominika Buczek
Pan Mirosław Cierpich
Pan Marcin Dabkus
Pan Michał Dębowski
Pan Wiktor Gonczaronek
Pan Jarosław Grycz
Pan Adrian Grzemski
Pan Maciej Grzymkowski
Pan Karol Handzel
Pan Tomasz Hrycyna
Państwo Paulina i Przemysław Hys
Pan Łukasz Jasiński
Pan Dominik Jaskulski
Pan Paweł Jegor
Pan Tomasz Jetka
Pan Gustaw Jokiel
Pan Dominik Jureczko
Pan Paweł Jurewicz
Pan Jan Kłosiński
Pan Jan Kochman
Pan Wojciech Kukla
Pan Konrad Kukulski
Pan Stanisław Kwiatkowski
Pan Tomasz Malinowski
Pan Miłosz Mazurkiewicz
Państwo Magdalena i Marcin Moroniowie
Pan Igor Mróz
Pani Maksym Mydłowski
Pan Tomasz Netczuk
Pan Filip Nowicki
Pan Zbigniew Ostrowski
Pan Mikołaj Pisarski
Pan Bartłomiej Podolski
Pan Paweł Pokrywka
Pan Artur Puszkarczuk
Pan Michał Puszkarczuk
Pan Jakub Sabała
Pan Adam Skrodzki
Pan Sławomir Sławianowski
Pan Michał Sobczak
Pan Radosław Sobieś
Pan Piotr Sowiński
Pan Łukasz Szostak
Pan Jan Tyszkiewicz
Pani Anna Wajs
Pan Adam Wasielewski
Pan Karol Więckowski
Pan Waldemar Wilczyński
Pan Tomasz Wojtasik
Pan Jakub Wołoszyn
Pani Mariola Zabielska-Romaszewska
Pan Waldemar Zdanowicz
Pan Karol Zdybel
Pracownik Santander Consumer Banku

Łącznie otrzymaliśmy 2 279,56 zł. Dziękujemy wszystkim Darczyńcom!

Znajdź się na liście>>
Lista mecenasów>>