Murphy: Błąd „zbitej szyby”

23 stycznia 2012 Teksty komentarze: 7

Autor: Robert P. Murphy
Źródło: mises.org
Tłumaczenie: Wojciech Sabat
Wersja PDF

blad zbitej szybyEkonomiści wolnorynkowi triumfalnie przytaczają metaforę zbitej szyby, gdy ktoś twierdzi, że katastrofa naturalna lub wywołana przez człowieka jest paradoksalnie „korzystna dla gospodarki”. To nawiązanie do klasycznej lekcji danej przez ekonomistę Frédérica Bastiata w 1850 r.

Ostatnio — po tym, jak Paul Krugman w CNN omawiał zalety sfingowania inwazji obych — libertarianie znów mieli możliwość krytyki mitu zbitej szyby. Lewica broniła się, twierdząc, że krytycy Krugmana tak naprawdę nie rozumieją, co mówił Bastiat.

W tym artykule omówimy oryginalną lekcję Bastiata i zastosujemy ją do obecnych dysput o możliwych korzyściach z wydarzeń destrukcyjnych.

 

Opowiastka Bastiata

Zacytujmy obszernie pierwszy przykład z klasycznej pracy Bastiata Co widać i czego nie widać[1]:

 

Czy byliście kiedykolwiek świadkami gniewu mieszczanina Jakuba Poczciwca, kiedy to jego niesforny syn zbił szybę? Gdybyście byli świadkami takiej sceny, to z całą pewnością stwierdzilibyście, że wszyscy tam obecni, choćby było ich nawet trzydziestu, starają się pocieszyć nieszczęsnego właściciela takimi samymi słowami: „Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Tego typu przypadki wspierają rozwój przemysłu. Wszak ludzie muszą z czegoś żyć. Co poczęliby szklarze, gdyby nigdy nie tłuczono szyb?”.

Jednak w tych słowach pocieszenia zawarta jest pewna teoria, którą dobrze byłoby poznać bliżej. W tym przypadku jest to bardzo proste, dokładnie ta sama teoria rządzi bowiem, niestety, w większości instytucji ekonomicznych.

Zakładamy, że należy wydać sześć franków, by naprawić szkodę. Oznacza to, że wypadek przynosi przemysłowi szklanemu sześć franków, że owe sześć franków wspiera wspomnianą gałąź przemysłu. Zgadzam się, w żadnym razie nie zaprzeczam, to słuszne rozumowanie. Przyjdzie szklarz, zrobi, co do niego należy, otrzyma sześć franków, będzie zacierał ręce i w głębi serca błogosławił to niesforne dziecko. To widać.

Ale jeżeli, a często się tak dzieje, drogą dedukcji dojdziemy do wniosku, że dobrze jest tłuc szyby, że dzięki temu wprowadzamy w obieg pieniądze, że tym sposobem ogólnie wspieramy przemysł, jestem zmuszony zawołać: Stop! Wasza teoria uwzględnia tylko to, co widać, nie bierze zaś pod uwagę tego, czego nie widać.

Nie widać, że skoro nasz mieszczanin wydał sześć franków na jedną rzecz, to nie będzie już mógł ich wydać na coś innego. Nie widać, że gdyby nie musiał wymienić szyby, kupiłby sobie na przykład nowe buty albo wzbogacił swoją biblioteczkę o kolejną książkę. Krótko mówiąc, z owych sześciu franków zrobiłby jakikolwiek inny użytek, którego już nie zrobi.

Przyjrzyjmy się teraz przemysłowi jako całości.

Zbito szybę. Przemysł szklarski został wsparty kwotą sześciu franków — to widać. Gdyby szyba nie została zbita, kwota sześciu franków zasiliłaby przemysł szewski (bądź jakikolwiek inny) — tego nie widać.

A gdybyśmy tak wzięli pod uwagę to, czego nie widać, czyli fakt negatywny, jak i to, co widać, czyli fakt pozytywny, wówczas zrozumielibyśmy, że dla przemysłu jako całości, czy dla krajowego rynku pracy, nie ma znaczenia, czy zbija się szyby czy nie.

 

W analizie Bastiata są dwa istotne elementy:

1. Założenie o istnieniu „efektu wypychania” lub, co na jedno wychodzi: zaprzeczenie, że istnieją niewykorzystane (bezczynne) zasoby.

2. Rozróżnienie między bogactwem i zatrudnieniem.

Poniżej zajmiemy się nimi po kolei.

 

Bastiat zakłada „pełne zatrudnienie”, czyli brak „niewykorzystanych zasobów”

Dochodząc do wniosku, że chuligan nie przyniósł społeczności żadnej korzyści gospodarczej, Bastiat najpierw zakłada, że nie mamy do czynienia z wzrostem netto zatrudnienia czy dochodu. To prawda, że dochód szklarza jest wyższy, niż byłby w innym wypadku. To widać. Jednakże Bastiat argumentuje, że to niezaprzeczalne dobrodziejstwo dla szklarza jest dokładnie zneutralizowane przez zmniejszenie dochodu jakiegoś innego członka społeczności, który teraz zarabia mniej z powodu aktu chuligaństwa.

Bastiat zakłada, że właściciel sklepu tak czy inaczej jakoś wydałby te sześć franków, zaś chłopiec zmusił go do wydania ich akurat na naprawę okna. Błędne jest uważanie tej dodatkowej pracy dla szklarza za zysk netto dla gospodarki, ponieważ właściciel sklepu (gdyby nie było wybitej szyby) mógłby wydać te sześć franków np. na naprawę butów. W tym przypadku zysk szklarza jest dokładnie zrównoważony przez stratę szewca.

Wobec tego, jeśli zakładamy, że w społeczności istnieje „pełne zatrudnienie”, nawet jeśli chłopiec nie wybiłby szyby, to jasne jest, że chłopiec nie „tworzy miejsc pracy” . Wszystko, co zrobił, to dał więcej pracy/przychodów szklarzowi kosztem pracy/przychodów innych członków społeczności.

 

Bogactwo a dochód/zatrudnienie

W tym momencie ktoś może pomyśleć, że cała ta opowieść to bzdura. Pewnie, wandalizm chłopca nie pomaga, ale czy aby na pewno szkodzi?  Czy Bastiat nie mówi czasem, że lepiej dać zarobić szewcowi niż szklarzowi?

Aby odpowiedzieć na to pytanie, należy odróżnić bogactwo od dochodu/zatrudnienia. Ani „łączny dochód”, ani „łączne zatrudnienie”, ani „łączne PKB” nie zmieniło się przez działanie chłopca — zmieniła się tylko jego struktura — niemniej jednak młody chuligan zubożył społeczność.

Otóż, niszcząc okno, chłopiec sprawił, że członkowie społeczności musieli poświęcić swój rzadki zasób — pracę (i inne materiały) — aby jedynie doprowadzić zebrane bogactwo do poprzedniego stanu. Gdyby chłopiec nie wybił okna, to praca i inne materiały zostałyby zużyte (znów, zakładając pełne zatrudnienie w obu scenariuszach), aby powiększyć rzeczywiste bogactwo społeczności.

Streszczając, Bastiat twierdzi, że chłopiec w ogóle nie pobudził łącznego zatrudnienia ani dochodu, ale tylko przesunął je z jednego sektora do drugiego. Ale ogółem społeczność będzie miała mniej bogactwa w następstwie wandalizmu chłopca niż w przeciwnym razie. Mianowicie: zyski i straty dla reszty społeczności znoszą się — szklarz będzie miał więcej bogactwa, a szewc mniej — ale właściciel sklepu jest bezdyskusyjnie biedniejszy. Zamiast mieć okno i nową parę butów, będzie teraz miał tylko okno.

Jak na ironię, zajęło nam aż siedem akapitów analizy ekonomicznej, by zatoczyć pełne koło i wrócić do tego, co powiedziałby nam zdrowy rozsądek: Gdy chuligan wybija właścicielowi szybę (i to właściciel musi płacić za wymianę), właściciel ubożeje o kwotę przeznaczoną na wymianę szyby. Czyn chłopca jest szkodliwy, uczynił społeczność biedniejszą — nie powinno mu się za nic dziękować.

 

Keyenesiści flirtują z pochwałą klęski

W świetle ostatniego oszustwa przeprowadzonego kosztem Paula Krugmana powinniśmy być ostrożni. Gwoli sprawiedliwości powiem jasno: Paul Krugman nigdy nie chciał inwazji obcych, ani nie powiedział, że chce kolejnej wojny światowej.

Napisał jednak rzeczy, które w uzasadniony sposób pozwoliły jego krytykom odnieść takie wrażenie. To dlatego tak wielu libertarian wychodziło z siebie z odniesieniami do mitu zbitej szyby. Tutaj są dwa najbardziej obciążające cytaty z Krugmana (obok omówionej wcześniej analizy inwazji obcych):

 

Życie i biznes toczą się dalej, więc myślę, że musimy pomówić o ekonomicznych skutkach koszmaru z Fukushimy.

Jeden skutek to zerwanie łańcuchów dostaw.

Ale słyszę dużo zmartwień o skutki finansowe. Japonia na pewno będzie musiała wydać setki miliardów (dolarów, nie jenów) na likwidację szkód, i to przy spadającym dochodzie w wyniku bezpośrednich skutków dla gospodarki. Japonia będzie więc w mniejszym stopniu eksporterem kapitału, może nawet stanie się jego importerem na pewien czas. A to w teorii doprowadzi do rosnących stóp procentowych.

O co chodzi? W normalnych czasach mówienie o wzroście stóp procentowych byłoby słuszne. Ale nie żyjemy w normalnych czasach i wciąż znajdujemy się w pułapce płynności, przy krótkoterminowych stopach procentowych bliskich zeru.

Wobec tego pożyczanie przez rząd nie musi zachodzić kosztem inwestycji prywatnych i oznaczać podniesienia stóp. Zamiast tego — mobilizuje tylko część pożądanych, ale niezrealizowanych oszczędności.

I tak — to oznacza, że katastrofa atomowa może w ostatecznym rozrachunku być korzystna gospodarczo dla Japonii albo przynajmniej dla świata jako całości. Jeśli brzmi to szaleńczo — no cóż, gospodarka w warunkach pułapki płynności takim taka właśnie jest. Pamiętajcie, to II wojna światowa zakończyła wielki kryzys. (Paul Krugman, 15 marca 2011)

 

I drugi:

 

To wygląda na niesmaczne, by mówić o dolarach i centach po akcie masowego mordu. Niemniej jednak, musimy pytać o gospodarcze konsekwencje wtorkowego horroru.

Te skutki nie muszą być znaczne. Brzmi to strasznie, ale atak terrorystyczny — jak atak na Pearl Harbor [bezpośrednim jego skutkiem było wypowiedzenie Japonii wojny przez Stany Zjednoczone — przyp. red.], który zakończył wielki kryzys — może przynieść pewne korzyści gospodarcze…

Nasza gospodarka jest tak duża, że nawet te przeraźliwe sceny zniszczenia są niemal niezauważalne, niczym ukłucie szpilki. Nikt nie zna obecnie szacunków szkód, ale byłbym zdziwiony, gdyby straty wyniosły więcej niż 0,1% bogactwa USA, co zazwyczaj odpowiada skutkom trzęsienia ziemi albo huraganu.

Jedyną niewiadomą jest tutaj zaufanie. Przez kilka tygodni przerażeni Amerykanie mogą nie mieć nastroju, by kupować coś poza rzeczami niezbędnymi. Ale trudno uwierzyć, by wydatki konsumentów bardzo się zmieniły, gdy szok już minie.

Czy inwestorzy przerzucą się z akcji i obligacji na bezpieczniejsze aktywa? Taka reakcja nie miałaby większego sensu — przecież terroryści nie wysadzą  S&P 500.  A zanim giełdy zostaną otwarte, najgorsza panika już prawdopodobnie minie.

Bezpośredni wpływ gospodarczy ataków nie będzie więc prawdopodobnie aż tak zły. I potencjalnie wystąpią też dwa korzystne skutki.

Po pierwsze, siłą sprawczą stojącą za spowolnieniem gospodarczym był spadek inwestycji biznesu. Teraz, niespodziewanie, potrzebujemy nowych biurowców. Jak już zaznaczyłem, zniszczenia nie są duże w porównaniu z gospodarką, ale odbudowa spowoduje przynajmniej pewne zwiększenie wydatków przedsiębiorców.

Po drugie, ten atak umożliwia podjęcie niektórych sensownych działań zwalczających recesję. Przez ostatnie kilka tygodni wśród lewicy toczyła się ożywiona debata, czy promować klasyczną keynesowską odpowiedź na spowolnienie gospodarcze — tymczasowy wzrost wydatków publicznych. Teraz wygląda na to, że będziemy mieć szybki wzrost wydatków publicznych. (Paul Krugman, 14 września 2001).

 

Związek bajki Bastiata z analizą Krugmana (typowego keynesisty) powinien być jasny. Naprawdę niewiele brakuje, by zastosować jego przykład przeciw szukaniu plusów w wybitych szybach, tsunami i atakach terrorystycznych.

 

Jaki jest cel zatrudniania?

Jak wcześniej powiedziałem, keynesiści zaczęli ostatnio kontrować zarzut, że popełniają błąd zbitej szyby. Jedną z ich odpowiedzi jest twierdzenie, że konserwatywni/libertariańscy krytycy ignorują rozróżnienie między bogactwem a zatrudnieniem i że bezwiednie zakładają pełne zatrudnienie (tzn. brak niewykorzystanych zasobów).

Życzliwi obserwatorzy wkroczyli do debaty, twierdząc, że Bastiat mógł być w błędzie. Możemy przecież założyć, że huragan dotknął społeczność, w której żyło wielu budowniczych, którzy byli bezrobotni. Kto zaprzeczy, że huragan może (przy odpowiednich warunkach) rzeczywiście doprowadzić do zwiększenia zatrudnienia i wyższego „produktu krajowego brutto”?

Na to pytanie można odpowiedzieć dwojako. Najpierw zapytajmy, dlaczego istnieje tak wiele niewykorzystanych zasobów? Jeśli okaże się, że winne są destrukcyjne działania rządu i banku centralnego — a nie nagła niechęć ludzi, by „wydawać wystarczająco dużo” — to wymuszone wydatki (z powodu katastrofy naturalnej albo ataku terrorystycznego) nie uzdrowią rynku pracy. W tajemniczy sposób gospodarka stanie się „gorsza, niż myśleliśmy” i nawet zwiększony poziom wydatków nie zmieni tego, że bezrobocie wciąż będzie wysokie. (To właśnie stało się z pakietem pomocowym Obamy).

Po drugie, możemy podejść wprost do krytyki. Załóżmy, że w normalnych warunkach członkowie społeczności pracują mniej godzin (i PKB też jest mniejsze), niż w sytuacji jakiejś katastrofy, np. huraganu, ataku terrorystycznego, tsunami, inwazji obcych itd. Czy to oznacza, że istnieją również „dobre strony” katastrof, które przynajmniej częściowo rekompensują niezaprzeczalną utratę bogactwa?

Na przykład, czy sensownie jest twierdzić, że: „Załóżmy, że obcy przybyli i wysadzili kilka budynków, co zmusiło nas do zużycia części naszych rakiet i dużej ilości paliwa lotniczego, by ich przepędzić. Ale oni przynajmniej pobudzili naszą gospodarkę w czasie recesji, więc musimy w ocenie skutków wziąć pod uwagę utratę bogactwa z jednej strony i zysk w postaci aktywności gospodarczej z drugiej, by zobaczyć, czy dało nam to korzyść netto”?

Typową odpowiedzią wolnorynkową na to pytanie jest: nie, takie rozumowanie nie ma najmniejszego sensu.

Celem aktywności gospodarczej jest produkcja dóbr konsumpcyjnych i usług. Praca jest złem koniecznym, a nie celem samym w sobie. Jak powiedział w podobnym kontekście Henry Hazlitt:

 

To żadna sztuka zatrudnić każdego, nawet (albo zwłaszcza) w najbardziej prymitywnej gospodarce. Pełne zatrudnienie — a nawet bardzo pełne zatrudnienie: długie, wyczerpujące i męczące — jest typowe właśnie dla narodów najbardziej zacofanych gospodarczo.

 

Używając kolejnej analogii z Hazlitta, załóżmy, że Jim widzi swojego sąsiada siedzącego w fotelu wypoczynkowym i pijącego Martini w sobotni wieczór. Jim (być może powodowany zazdrością) zdecydował się podpalić dom swojego sąsiada. Oczywiście sąsiad wyskakuje z fotela i spędza (dajmy na to) godzinę, gasząc ogień i minimalizując szkody, najlepiej jak umie. Czy ktoś przy zdrowych zmysłach powiedziałby o tym zdarzeniu: „Jasne, Jim spowodował pewne zniszczenie bogactwa i to jest zła rzecz. Niemniej jednak, nie traćmy z oczu dobrej strony: sąsiad włożył więcej pracy, niż miałoby to miejsce w innym przypadku”?

Ta sama zasada działa na poziomie wspólnoty, gdy zdarzają się huragany, ataki terrorystyczne i inwazje obcych. Jedyną różnicą jest to, że poszczególne jednostki mogą rzeczywiście skorzystać — ale społeczność jako całość staje się biedniejsza. Na przykład: gdyby statek obcych wysadził opuszczoną fabrykę i potem odleciał, to możliwe, że pewni ludzie (jak budowlańcy i ich dostawcy) osiągną korzyść netto. Oni chętnie zrezygnują z czasu wolnego w zamian za płace przy odbudowie fabryki.

Jednak w społeczności znajdują się też inne osoby, które są oczywistymi przegranymi. Nie tylko nie mają już fabryki, ale muszą skorzystać jeszcze z pozostałego im bogactwa, by skłonić budowlańców do jej odbudowy.

Gdy wyliczamy koszty i korzyści na poziomie społeczności, to fakt, że setki ludzi musi poświęcić godziny swojego czasu, a właściciele rzadkich zasobów — kamieni, cegieł, betonu itd. — muszą pozbyć się swojej własności, stanowi koszt ataku obcych, a nie korzyść.

Trudno to zauważyć, ponieważ ludzie zaangażowani w sprawę widzą nie koszty, ale „wzrost popytu” na ich usługi i produkty.  Pracownicy z budowy z chęcią stawiają się o ósmej rano zamiast spać, bo teraz „mają pracę”.

Gdy poprowadzimy analizę dalej i zapytamy, dlaczego dobrze jest mieć pracę, to odpowiedź nie brzmi: chcemy być w formie. Odpowiedź brzmi: chcemy dostać wypłatę i kupować za nią różne dobra i usługi.

 

Wnioski

Zatoczyliśmy pełne koło. Keynesiści zakładają, że gospodarka rynkowa może wpaść w „pułapkę płynności”, w której nie występują obustronnie korzystne skutki handlu. Zgodnie z tym poglądem, korzystny wpływ inwazji obcych i ataków terrorystycznych polega na ich zdolności do wyciągnięcia sektora prywatnego z dołka.

Natomiast dla ekonomistów, którzy odrzucają taki pogląd i twierdzą, że rynek sam efektywnie alokuje zasoby, nie istnieją żadne korzyści z katastrof. Choć możemy sobie wyobrazić sytuacje, w których te zdarzenia przynoszą korzyści poszczególnym grupom, to w rozrachunku netto społeczność zawsze staje się biedniejsza, ponieważ konieczność zużycia większej ilości pracy — by zaledwie przywrócić stan poprzedni w kategoriach mierzalnego bogactwa — to koszt zdarzenia, a nie korzyść. Przy pozostałych czynnikach niezmienionych wychodzimy lepiej, gdy ludzie muszą mniej pracować dla osiągnięcia danego poziomu bogactwa albo konsumpcji.

 


[1]   Frédéric Bastiat, Dzieła zebrane, t. 1, Warszawa 2009, Wydawnictwo Prohibita.

 


Podobał Ci się artykuł? Chcesz czytać ich więcej? Wesprzyj mises.pl!


Podobał Ci się artykuł?

Wesprzyj nas
Avatar

O Autorze:

Robert Murphy

Amerykański ekonomista i konsultant związany z austriacką szkołą ekonomii. Tytuł doktora uzyskał na New York University, obecnie jest adiunktem na Texas Tech University. Współpracuje z licznymi amerykańskimi think-tankami. W ramach działalności w Independent Institute i Ludwig von Mises Institute angażuje się w liczne inicjatywy edukacyjne – prowadzi wykłady, kursy e-learningowe, pisze książki. To właśnie w ramach współpracy z tymi instytucjami powstały jego przewodniki ułatwiające lekturę najważniejszych dzieł ekonomistów szkoły austriackiej: "Ludzkiego działania" i "Teorii pieniądza i kredytu" Ludwiga von Misesa oraz "Ekonomii wolnego rynku" Murraya N. Rothbarda. Murphy jest także autorem podręcznika z ekonomii dla licealistów "Lessons for the Young Economist" i książki "Choice: Cooperation, Enterprise, and Human Action".

Pozostałe wpisy autora:

7 Komentarze “Murphy: Błąd „zbitej szyby”

  1. Jak możecie to wysmażcie jakiś artykuł o ACTA, bo aktualnie sytuacja jest absurdalna. Nigdzie nie jest kwestionowane w jakim stopniu ochrona praw autorskich jest korzystna dla społeczeństwa i czy w ogóle taka jest.

  2. H. Hazlitt’a przydałoby się wydać jak najszybciej.
    Czasami łapie nerwa i nie chce mi się tłumaczyć tego czy tamtego – namiętnemu oglądaczowi Tvn24 czy słuchaczowi Tokfm – wówczas wyciągnąłbym Lekcję … Hazlitta i cyk niech czyta.
    Będzie bestseler jak nic – Kołodko się obrazi. 🙂

  3. Prawda, niestety, ludzie, który są w grupie która zyska, nie przejmują się stratami reszty społeczności. Myślą tak, „jak ja zyskałem 1$, dobrze, jak sąsiad zyskał, obojętne, byle bym ja zyskał ten 1$, jeśli sąsiad zyskał, to pomyślmy jak tego dolara wyciągnąć, tak aby nie protestował, a jak straci, to samo( np. windykacja, kary itp…) A jak straci 100$ trudno, ktoś stracił, nawet wszyscy niech stracą, byle bym ja zyskał.

  4. Niestety Bastiat chcąc uchwycić wszystko w pigułce popełnił duży błąd,mógł stworzyć wersję rozszerzoną dla interesujących się ekonomią ponieważ straty dla gospodarko są o wiele większe.Pełne zatrudnienie,czy też 50% bezrobocie też nie podważa sensu dedukcji Bastiata mimo że broni się bardzo słabym kontrargumentem.Przecież nie można wykluczyć że przy 50% bezrobociu nie będzie nawet jednej osoby która nie będzie w stanie szklić okien,oraz tego że przy pełnym zatrudnieniu nie znajdzie się ktoś kto takie umiejętności będzie również posiadał i będzie chętny tę usługę wykonać.Nie wiem co Bastiat ma do pełnego zatrudnienia i ciężkiej pracy mnie jako klienta interesuje cena ,jakość i szybkość usługi a jaką technikę i ile wysiłku włoży w to wykonawca danej usługi to chyba zależy od niego samego skoro zgodził się na taką sumę?Wszystkie linijki które tu napisałem i cały artykuł można streścić jednym zdaniem R. Gwiazdowskiego-„RYNEK MA CHARAKTER PODAŻOWY”. Wielka szkoda że Bastiat nie może usłyszeć Gwiazdowskiego.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *