Hayek: Postęp techniczny a nadmierna zdolność wytwórcza

12 lutego 2012 Struktura produkcji komentarze: 0

Autor: Friedrich August von Hayek
Pierwodruk: „Ekonomista”, 1936 r.[1]
Wersja PDF

Zachowano oryginalną pisownię 

I

postep technicznyNiektórzy ze słuchaczów są zapewne zdania, że w tej chwili ktoś, kto ma szczęście obserwować bieg zjawisk gospodarczych z tego miejsca, które obecnie bez przesady znów można uważać za centrum życia gospodarczego i politycznego, powinien potrafić omówić coś ważniejszego i bardziej interesującego, niż takie napozór specjalne zagadnienie jak „postęp techniczny i nadmierna zdolność wytwórcza”. Już sam fakt, że pozwoliłem zapowiedzieć mój odczyt właśnie pod tym tytułem, oznacza, że nie podzielam tego zdania. Uważam bowiem, że teoretyk-ekonomista słusznie zrobi, jeżeli pozostawi pisanie o aktualjach innym, zapewne lepiej się do tego nadającym. Przedewszystkiem zaś myślę, że otwiera się przed nim wiele ważniejsze pole do działania, że ma on wprost obowiązek zająć się w pierwszym rzędzie podstawowemi ideami naszych czasów, wywierającemi przemożny wpływ na działalność polityków i mężów stanu i przez to posiadającemi zapewne większe znaczenie dla rozwoju ludzkości, niż najbardziej emocjonujące wypadki chwili bieżącej. Postaram się Państwu udowodnić, że te poglądy, które skupiają się około kompleksu zagadnień, bardzo niedokładnie ujętych pod powyższym tytułem, wywierają pod wieloma względami ogromny wpływ nie tylko na politykę gospodarczą mężów stanu, lecz także i na nadzieje i dążenia szerokich mas.

Jednak tytuł odczytu może rzeczywiście za wąsko ujmuje jego przedmiot. Na nadmierną zdolność wytwórczą zwróciłem uwagę raczej jako na najbardziej rzucający się w oczy przykład, nie zaś jako na jedyny wypadek, kiedy mogłoby się zdawać, że postęp techniczny prowadzi nie do poprawy naszego położenia, lecz do niszczenia i marnotrawstwa sił gospodarczych. Właściwem zagadnieniem, którem pragnę się zająć, jest pytanie, czy gospodarstwo wolno-konkurencyjne korzysta w zupełności z tych możliwości podniesienia ogólnego stanu dobrobytu, jakie otwiera przed nami postęp techniczny, czy też, jak to wielokrotnie podkreślano, nasz ustrój gospodarczy nie pozwala na całkowite wykorzystanie istniejących możliwości i że przy systemie racjonalnie prowadzonej gospodarki planowej dochód nasz mógłby być wielokrotnie wyższy. Zagadnienie to jest tak szerokie, że nawet nie mogę marzyć o wyczerpaniu go w ramach niniejszego odczytu, chociaż pobieżnie. Dlatego też pominę poglądy najbardziej skrajne, wyznawane przez różnych proroków i różne sekty, jak np. przez niemal już zapomnianych technokratów. Skrajni przedstawiciele fałszywych poglądów są naogół mniej niebezpieczni. Ideologja gospodarcza, tak jak i każda inna, wywiera największy wpływ przez te swoje części składowe, które niepostrzeżenie przedostają się do świata myślowego danej epoki i przez to przestają być nieudowodnionemi twierdzeniami a szybko stają się nienaruszalnemi dogmatami. Pragnę zatem ograniczyć się tutaj do zbadania kilku typów rozumowań, które występują w wielu różnych przypadkach i w najróżnorodniejszych postaciach i prowadzą do wiarogodnie brzmiących wniosków, które jednak — jak to chcę wykazać — opierają się na błędach, dających się najjaśniej przedstawić na przykładach najbardziej ogólnych, abstrakcyjnych. Nie chcę się przytem wypierać, że powoduje mną chęć wykazania na konkretnym przykładzie wartości abstrakcyjnego myślenia, którem teoretyk-ekonomista, ku ubolewaniu lub złości otaczającego go świata, przeważnie się posługuje. Sądzę, że jako ekonomiście-profesorowi łatwo to zostanie mi wybaczone.

 

II

Rozwiązanie tego problemu sprowadza się między innemi do odpowiedzi na pytanie, czy byłoby dla nas z korzyścią, jeżeli — zamiast pozostawić wykorzystanie postępu technicznego konkurencji pomiędzy poszczególnemi przedsiębiorstwami — planowalibyśmy rozwój przemysłu, opierając się na podstawach naukowych. Dlatego jestem zmuszony poprzedzić właściwą analizę zagadnienia jeszcze kilkoma uwagami. Bardzo często twierdząca odpowiedź na powyższe pytanie opiera się milcząco na założeniu, że dyktator gospodarczy byłby wiele mądrzejszy i bardziej przewidujący niż przedsiębiorca, który obecnie jest czynnikiem decydującym. Jeżeli mianowicie państwo stałoby się centralnym organem planującym, to przypisuje się mu często, w przeciwieństwie do przedsiębiorcy, niemal wszechwiedzę. Jednak i organy państwowe i każdy, ktokolwiek grałby rolę dyktatora gospodarczego, są ludźmi i jeżeli rzeczywiście są tacy wszechwiedzący ludzie, to mielibyśmy zupełne prawo przypuszczać, że znaleźliby się oni pomiędzy najzdolniejszymi przedsiębiorcami. A pozatem musi się wydawać bardzo wątpliwe, czy istnieje taki mechanizm selekcyjny, który umożliwiałby postawienie właśnie tych najzdolniejszych na czele gospodarczego aparatu administracyjnego. Nie przeczę bynajmniej, że centralny organ planujący rozporządzałby możliwością zebrania takich informacyj, które nie są dostępne dla przedsiębiorcy indywidualnego. Jednak sądzę, że te korzyści byłyby całkowicie zneutralizowane przez trudności, wynikające stąd, iż przy gospodarce planowej rozstrzyganie zagadnień, w których rolę decydującą gra rzeczywisty rezultat rozwiązania, pozostawione byłoby mniej lub bardziej dowolnie wybranym, nielicznym osobom. Zdaje mi się, że ogólne założenie, że centralny organ planujący byłby bardziej przewidujący, opiera się w rzeczywistości na tem, że mógłby on zmusić konsumenta do zadowolenia się tem, co on mu ofiaruje. Zobaczymy jeszcze, jak dalece może to być uważane za korzyść. Pomijając jednak ten fakt, wydaje mi się jasne, że niema żadnych podstaw do przypuszczeń, jakoby centralny organ planujący mógł być bardziej przewidujący i rozporządzać większemi wiadomościami niż indywidualny przedsiębiorca.

To jest wszystko, co chciałem powiedzieć przed przystąpieniem do właściwego zagadnienia. Fakt, że i przy tej formie gospodarki musimy się opierać na przewidywaniu, może się wydawać zrozumiały sam przez się, jednak dla naszego zagadnienia jest specjalnie ważny — a przytem tak często jest uważany za właściwość wolnej konkurencji, że nie mogłem nie zwrócić uwagi na jego ogólny charakter. Niebawem dokładnie zobaczymy, że jest on — bardziej niż cokolwiek innego — źródłem owych poważnych strat i marnotrawstwa, które przynosi ze sobą postęp techniczny.

 

III

Pierwszem i najbardziej rzucającem się w oczy zjawiskiem, są wynalazki techniczne, z natury swojej żywiołowe i nie dające się dokładnie przewidzieć. Nie ulega oczywiście wątpliwości, że jak tylko zostanie dokonany jakiś bezpośrednio pożyteczny wynalazek, wówczas w świetle nowej wiedzy wiele z poprzednio dokonanych urządzeń i nakładów okazuje się bezużyteczne. Z punktu widzenia wiedzy o wyższym poziomie, a zapewne także z punktu widzenia tych, którzy znali ten wynalazek, zanim przedostał się on do publicznej wiadomości, może się to wydawać marnotrawstwem. Ale dopóki nie znamy żadnej metody ustalania zgóry, czyj sąd jest trafniejszy t. j. dopóki nie posiadamy żadnych podstaw do przypuszczeń, że poglądy X na prawdopodobieństwo wynalezienia nowych metod produkcji są trafniejsze niż poglądy Y, dopóty musimy się ograniczyć do pytania, jaka reakcja na nowy stan rzeczy jest najkorzystniejsza i najbardziej pożądana, skoro nowy wynalazek jest już znany i wypróbowany.

W popularnych dyskusjach nad tem zagadnieniem znajdujemy często dwa odmienne, sprzeczne ze sobą zarzuty przeciwko sposobowi, w jaki gospodarstwo wolno-konkurencyjne reaguje na taki wynalazek. Z jednej strony twierdzi się, że postęp techniczny nie zostaje w tym stopniu wykorzystany, w jakim należałoby sobie tego życzyć. Trudno jest zrozumieć, dlaczego w gospodarstwie rzeczywiście wolno-konkurencyjnem jakiś potaniający produkcję wynalazek miałby nie znaleźć zastosowania. Sądzę, że po chwili zastanowienia, wszyscy, którzy ten zarzut wysuwają, przyznają, że zawsze, kiedykolwiek się to dzieje, nie wolna konkurencja, lecz przeciwnie — istnienie monopolu albo tworów do monopolu zbliżonych, jest tego przyczyną i stwarza w tym zakresie odpowiednie warunki. Właściciel urządzeń, które przez zastosowanie nowego wynalazku straciłyby na wartości, może mieć oczywiście interes w tem, żeby zastosowaniu tego wynalazku przeszkodzić. Jednak inni mają również interes w tem, żeby przez zastosowanie tańszej metody produkcji osiągnąć większy zysk. Tylko w przypadku zamkniętego koła producentów, do którego nikt inny nie ma dostępu, może się zainteresowanym udać przeszkodzić zastosowaniu pożytecznego wynalazku. Najważniejszem ograniczeniem wolnej konkurencji, które jest im w tym wypadku pomocne, a zarazem najjaskrawszą pozycją monopolistyczną, jaką stwarza dzisiejsze prawodawstwo, jest z pewnością patent, który w pewnych warunkach umożliwia i czyni dla jednostki korzystnem wykupienie wynalazku, nie w tym celu aby go zastosować, lecz aby nie dopuścić do zastosowania go przez kogoś innego. Ale nie jest to oczywiście rezultatem wolnej konkurencji, lecz skutkiem specjalnej pozycji monopolistycznej, jaką stwarza prawo patentowe. Nad jej znaczeniem dłużej zastanawiać się już nie będę[2].

Ale czy nie może wydarzyć się wypadek, że zastosowanie wynalazku przyniesie wprawdzie jednostce większy zysk, ale ze społecznego punktu widzenia związane jest ze stratami? Należałoby wtedy zastosowanie wynalazku opóźnić. Prowadzi nas to do drugiego, bardziej przekonywująco brzmiącego zarzutu przeciwko reakcji gospodarstwa wolno-konkurencyjnego na postęp techniczny. Czy nie jest marnotrawstwem sił gospodarczych, jeżeli konkurencja zmusza przedsiębiorców do unieruchomienia maszyn, które długo jeszcze byłyby zdolne do pracy i zastępowania ich nowemi, i czy kapitał, który zostaje użyty do produkcji czegoś co i bez niego mogłoby być wytworzone, nie byłby lepiej wykorzystany, jeżeliby znalazł zastosowanie w produkcji dodatkowych, dotychczas nie wytwarzanych dóbr?

Jest to, jak sądzę, argument zupełnie błędny, który jednak choć pewnie nie w tej najprostszej, najbardziej przejrzystej formie, wywarł ogromny, wpływ na dzisiejszą politykę gospodarczą. Z jednej strony wskazuje się na straty kapitału, które jednak muszą być ze stawione z zyskiem, co już nie było brane pod uwagę, jeżeli kto inny ponosił straty, a kto inny osiągał zysk. Z drugiej strony zwracano uwagę, że dopóki jakieś potrzeby są niezaspokojone, to wiele ważniejsze jest wytwarzanie dóbr nowych, niż wytwarzanie przy pomocy nowych metod towarów już produkowanych. Twierdzenie, że wolna konkurencja zamiast zaspokajać potrzeby najbardziej pilne ma tendencję do stwarzania bezużytecznej nadmiernej zdolności wytwórczej, wydaje się tu być bardziej, niż gdzieindziej zrozumiałe.

Najlepszym tego przykładem, który w ostatnich latach grał największą rolę w polemikach gospodarczych we wszystkich krajach, jest konkurencja pomiędzy samochodem a koleją. Nie chcę tutaj szczegółowo omawiać trudności, na jakie napotyka prawidłowe obliczenie i rozkład kosztów budowy i utrzymywania dróg, które oczywiście, zgodnie z zasadami racjonalnej gospodarki, muszą obciążać komunikację samochodową jak i kolejową, ale abstrahując od tego technicznego zagadnienia, w sporze tym powszechnie są przytaczane wszystkie te argumenty, które zjawiają się wszędzie, gdziekolwiek naskutek postępu technicznego kosztowne inwestycje są unieruchamiane i pozbawione wartości. Zmniejszenie się majątku narodowego, marnotrawstwo kapitału, sprzeczność pomiędzy korzyścią indywidualną, a ogólno-społeczną — wszystko to jest używane jako argument, ażeby wykazać, że powinno się zapobiec związanemu jakoby z postępem technicznym marnotrawstwu.

 

IV

Jak się rzecz ta przedstawia rzeczywiście? Kiedy jest korzystne zastosowanie nowego wynalazku? Czyby mądry dyktator gospodarczy postępował według innych zasad, niż to się dzieje przy gospodarce wolno-konkurencyjnej? Jestem zmuszony prosić Państwa o przeprowadzenie razem ze mną krótkiego rozumowania abstrakcyjnego. Przedewszystkiem chciałbym przedstawić ogólnie w jakich warunkach korzystne jest dla przedsiębiorcy w gospodarstwie wolno-konkurencyjnem zastosowanie nowej, lepszej metody produkcji, potem zaś zastanowić bym się pragnął, jaki sens mogą mieć te rozważania z punktu widzenia ogólno-społecznego. Łatwo wtedy będzie zobaczyć, czy dyktator gospodarczy, działając w sposób rozsądny, mógłby inaczej postąpić i lepiej wykorzystać siły produkcyjne.

Nie każdy wynalazek, który obniża koszty produkcji, czyni rentownem natychmiastowe zastąpienie starych maszyn nowemi i wyrzucenie ich na szmelc. Naogół, jeżeli potanienie produkcji jest stosunkowo niewielkie, spoczątku przy pomocy nowej metody będzie się produkowało tylko tę niewielką ilość danego dobra, która dodatkowo może być zbyta po niższej cenie, odpowiadającej nowym kosztom produkcji. Właściciele starych maszyn w obliczu nowej konkurencji będą się musieli zadowolić niższą ceną, i przypuszczalnie nie będą w stanie całkowicie zamortyzować zainwestowanego w tych maszynach kapitału. Ale dopóki spadek kosztów, umożliwiony przez nowy wynalazek, nie jest zbyt wielki, nie opłaca się im zastąpić starych maszyn nowemi, ani też nie będą oni zmuszeni przez konkurencję tych, którzy nowe maszyny zainstalowali, do zaprzestania produkcji. Dopiero kiedy spadek kosztów osiągnie określony punkt, wyrzucenie swoich maszyn na szmelc stanie się dla nich korzystne i nieuniknione, chociaż długo jeszcze te maszyny mogłyby być zdolne do pracy.

Gdzie leży ów krytyczny punkt? Od odpowiedzi na to pytanie zależy rozwiązanie naszego problematu. Obecnie staje się nieuniknione zagłębić się nieco w techniczne szczegóły, a że niestety terminologja tak mowy potocznej, jak i nauki jest w tej dziedzinie bardzo zagmatwana, muszę więc zacząć od zdefinjowania dwu zasadniczych pojęć, któremi będę dalej się posługiwał. W dalszym ciągu będę używał terminów „koszty stałe” i „koszty bieżące” w pewnym specjalnem, technicznem tego słowa znaczeniu, które umożliwia stosunkowo proste rozwiązanie naszego zagadnienia, nie pokrywa się jednak z żadnem z wielu najbardziej używanych pojęć kosztów. Przez pojęcie „kosztów stałych” (Kapitalkosten) rozumiem oprocentowanie i amortyzację stałego kapitału przedsiębiorstwa, t. j. wartości jego nieruchochomości, jak budynków, maszyn i t. p., obliczonych według kosztów reprodukcji. Ażeby uniknąć ubocznych komplikacyj, zakładam, że istniejące instalacje nie mogą być w żaden inny sposób użyte, niż to było zamierzone, i że wartość ich jako szmelcu równa się zeru. Rozumowanie upraszcza się znacznie przez te założenia i uogólnienie wniosków przez uwzględnienie tej okoliczności nie będzie przedstawiało żadnych trudności.

Natomiast przez pojęcie „kosztów bieżących” (Betriebskosten) rozumiem wszystkie te bieżące wydatki, które są potrzebne do utrzymania danej inwestycji w ruchu. Zdaję sobie oczywiście sprawę, że ścisły podział na koszty stałe i koszty bieżące według tych definicyj nie da się zawsze przeprowadzić, i w dużym stopniu zależy od okresu czasu, jaki bierzemy pod uwagę tak, że jeżeli będziemy operować krótkiemi okresami czasu, to do kosztów stałych możemy zaliczyć te wydatki, które należałoby uważać za koszty bieżące, wówczas jeżeli warsztat przez dłuższy przeciąg czasu miałby być utrzymany w ruchu. Większość kosztów naprawy i remontów, nie ma określonego przydziału. Jednak dla naszych celów podział ten jest wystarczający i nie potrzebujemy nad nim dłużej się zastanawiać.

Zatem ogólna odpowiedź na moje poprzednie pytanie brzmi, że utrzymanie starych urządzeń w ruchu będzie celowe i możliwe, o ile (i dopóki) koszty ogólne, (t. j. koszty stałe plus koszty bieżące) nowej, lepszej metody produkcji są jeszcze wyższe niż koszty bieżące starych urządzeń. Dopóki ma to miejsce, dopóty jeszcze będzie korzystniej dla właścicieli starych urządzeń nadal przy ich pomocy produkować i część starego kapitału odpisać na straty, niż zamknąć produkcję i stracić kapitał w całości. Dopiero kiedy dzięki nowemu wynalazkowi ogólne koszty produkcji spadną poniżej kosztów bieżących przy dawnej metodzie produkcji, wtedy dopiero stare urządzenia będą musiały być unieruchomione i cała produkcja będzie się odbywała przy pomocy nowych.

 

V

Cóż to oznacza z ogólno-gospodarczego punktu widzenia? Czy jeszcze nie jest prawdą, że nowy kapitał mógłby być lepiej użyty, niż do produkcji tego, co i tak przy pomocy już istniejących urządzeń może być wytwarzane? Nie! Błąd polega na tem, że nowy kapitał nie jest wogóle użyty do tego, co już zostało wykonane przy pomocy starego. Dopóki nie zaoszczędzi się więcej, niż to co mogą wykonać stare maszyny, dopóty, jak to widzieliśmy, nowe nie zostaną w ogóle uruchomione. Gdyż, żeby się to opłaciło, ogólne koszty nowej metody produkcji muszą być niższe, niż koszty bieżące starej, t. j. oszczędności muszę być większe, niż bezpowrotnie poniesione koszty stałe starych urządzeń[3]. Innemi słowy: nowa metoda produkcji będzie wtedy zastosowana, jeżeli jej koszty stałe są mniejsze niż oszczędność na kosztach bieżących w porównaniu do starej metody. Nowy kapitał nie zostanie więc użyty do zastąpienia starego, lecz aby zaoszczędzić na innych czynnikach produkcji. Nowy kapitał zwalnia inne czynniki produkcji, robotników i maszyny, które w ten sposób mogą być użyte gdzieindziej. Wybór, jaki w tym przypadku należy dokonać, sprowadza się do tego, czy jest bardziej celowe używać w danym procesie produkcyjnym więcej kapitału, czy też więcej pracy i surowców, chociaż rozmiary produkcji będą te same. Decyzja zależeć będzie oczywiście od tego, co mniej kosztuje t. j. co gdzieindziej zastosowane więcej wytwarza — dana ilość kapitału lub pozostałe czynniki produkcji. Tak przynajmniej musiałby zadecydować rozumny dyktator gospodarczy. Jednak do tego samego prowadzi wolna konkurencja, gdyż cena, płacona przez przedsiębiorcę za kapitał, lub za inne czynniki produkcji zależy — jak wiadomo — od korzyści, jakie one przynoszą, użyte gdzieindziej. I kiedy przedsiębiorca decyduje się na tańsze czynniki produkcji, to robi dokładnie to samo, co zrobiłby inteligentny dyktator gospodarczy, t. j. produkuje dane ilości przy pomocy najmniejszej ilości środków a pozostawia możliwie najwięcej na inne cele.

Powtórzymy więc zasadniczą tezę: mylne wrażenie, że w takich wypadkach nowy kapitał zostaje użyty do tego, co i przy pomocy starego mogłoby być wykonane, pochodzi stąd, że fałszywie zakłada się, jakoby wstępował on tylko na miejsce starego, a wszystko inne pozostawało bez zmiany. W rzeczywistości w tych wypadkach, w których przedsiębiorca zostaje zmuszony przez konkurencję do unieruchomienia swoich starych urządzeń i musi albo sam zastąpić je nowemi albo ustąpić miejsca innym przedsiębiorcom, stanowi to także oszczędność ogólno-społeczną, jeżeli stare urządzenia nie będą wykorzystane.

Dotarliśmy wreszcie do takiego wypadku, kiedy postęp techniczny stwarza niewykorzystaną zdolność wytwórczą. Bowiem przynajmniej w technicznem tego słowa znaczeniu zdolność wytwórcza, wcielona w dawne urządzenie, istnieje oczywiście nadal. Jednak gospodarczo sprawa przedstawia się inaczej. Jeżeli np. zwiększy się popyt na dane dobro, to stare urządzenia nie zostaną wykorzystane (chyba przejściowo), lecz opłaci się lepiej wybudować więcej nowych urządzeń. Chociaż więc technicznie zdolność wytwórcza istnieje, gospodarczo jednak jej niema. Znajduje to także wyraz w tem, że urządzenia te straciły swoją wartość. W pewnych wypadkach może być celowe ich utrzymanie, a to dla zaspokajania przejściowego (sezonowego lub t. p.) wzrostu popytu, którego nierównomierność nie usprawiedliwia budowy nowych urządzeń.

Czy to oznacza, że strata wartości starych urządzeń, która oczywiście ciężko dotyka ich właściciela i której stara się on wszelkiemi silami przeszkodzić, jest z punktu widzenia ogólno-gospodarczego bez znaczenia i wogóle nie może być uważana za stratę? Czy wszystkie znane argumenty o koniecznej ochronie i „utrzymaniu istniejącego kapitału” (Kapitalerhaltung) są poprostu fałszywe? Mojem zdaniem nie ulega wątpliwości, że tak jest naprawdę. Zdaje się, że podobnie jak w innych wypadkach tak i tutaj, fakt, że utrzymanie wartości kapitału jest zreguły warunkiem aby rozporządzalne środki zostały użyte gospodarczo najlepiej, doprowadził do tego, że utrzymanie kapitału jest traktowane jako cel, do którego dąży się także i tam, gdzie to oznacza konflikt z rzeczywistym celem działalności gospodarczej, jakim jest możliwie doskonałe zaspokojenie jaknajwiększej ilości potrzeb. Społeczno-gospodarcza użyteczność dobra kapitałowego opiera się oczywiście — podobnie jak i prawo jego właściciela do wynagrodzenia — jedynie na tem, że jest ono nieodzownym warunkiem dla stworzenia nowej użyteczności. Jednak sztuczne jego utrzymanie w tej pozycji nieodzownego warunku przez niedopuszczanie do powstania innych możliwości osiągnięcie tej samej użyteczności, przeczy celowi, jakiemu utrzymanie kapitału ma służyć z ogólno-gospodarczego punktu widzenia. Poszczególny kapitalista tak samo dobrze służy interesom ogółu, jeżeli swojej inteligencji i swojej przezorności używa do wynalezienia najbardziej zyskownych możliwości lokaty, jak bardzo im szkodzi, jeżeli domaga się ochrony państwa przed skutkami postępu technicznego, wówczas kiedy wartość jego urządzeń jest zagrożona. W niemniejszym stopniu dotyczy to także i tego wypadku, a niebezpieczeństwo jest wtedy dużo większe, jeżeli samo państwo jest właścicielem zagrożonego w swojej wartości kapitału i uważa, że w celu utrzymania majątku narodowego musi go chronić przed stratą na wartości przez niedopuszczenie nowych, lepszych metod produkcji. Możemy zatem z całą pewnością powiedzieć, że w takich wypadkach ogół gospodarstwa nie posiada żadnego interesu w utrzymaniu wartości kapitału i że polityka, która zmierza do utrzymania indywidualnej wartości kapitału, czyni naród biedniejszym a nie bogatszym. Sprawa przedstawiałaby się oczywiście inaczej, jeżeliby np. Austrja mogła niedopuścić, aby jakiś z produktów jej gleby, który ona sprzedaje zagranicę, np. magnezyt, nie został wyparty przez nowy wynalazek. Wówczas Austrja, podobnie jak każdy indywidualny kapitalista, miałaby interes w niedopuszczeniu do zastosowania tego wynalazku i z punktu ogólno-światowego działałaby tak samo niespołecznie, jak kapitalista, będący w tem samem położeniu. Jednak pogląd, że my jako kraj, chcąc utrzymać nasz dobrobyt, powinniśmy dążyć do tego przez utrudnianie nowych wynalazków i zmuszanie naszych współziomków do lepszego wykorzystania istniejących urządzeń, jest oczywistym absurdem.

 

VI

Jest jeszcze cały szereg pokrewnych wypadków, w których, według głęboko zakorzenionych poglądów, możnaby również jakoby więcej wygospodarować, jeżeli tylko możnaby zmusić konsumentów do lepszego wykorzystania istniejących urządzeń przez powstrzymanie się od używania różnych, ale niewiele się tylko od siebie różniących produktów. Ponieważ chodzi tutaj w pewnym stopniu także o wypadki, kiedy postęp techniczny, mianowicie zróżniczkowanie produktów, prowadzi do powstania niewykorzystanej zdolności wytwórczej, a pozatem właśnie te wypadki były ostatnio przedmiotem interesujących polemik naukowych, pragnąłbym jeszcze nieco się niemi zająć.

Chodzi tutaj o skutki t. zw. niedoskonałej konkurencji, istniejącej pomiędzy temi samemi artykułami o innych markach, jak np. pomiędzy różnemi rodzajami pasty do zębów. W przeciwieństwie do doskonalej konkurencji, kiedy żaden przedsiębiorca nie może więcej żądać za ten sam towar, niż ktokolwiek inny, gdyż w przeciwnym razie straciłby zaraz wszystkich nabywców, ograniczoną konkurencję charakteryzuje fakt, że jeden producent może mieć nieco wyższą, lub nieco niższą cenę niż inni producenci podobnych towarów, nie tracąc przez to wzgl. nie opanowując całego zbytu. Za chwilę Państwo zobaczą, że taka niedoskonała konkurencja jest zjawiskiem dużo częściej spotykanem niż konkurencja doskonała, zajmująca tyle miejsca w rozważaniach teoretyka. Jedną z zasadniczych przyczyn niedoskonałej konkurencji jest oczywiście fakt, że w wielu gałęziach produkcji optymalne rozmiary zakładu są tak wielkie, że w danym okręgu gospodarczym jest miejsce tylko dla jednego lub bardzo niewielu takich zakładów.

Wiemy, że dany zakład osiąga optymalne rozmiary produkcji wówczas, kiedy koszty przeciętne już zaczynają wzrastać, jeżeli rozmiary produkcji powiększają się. Dopóki bowiem koszty jeszcze spadają, dopóty taniej jest produkować tylko w danym zakładzie, niż ten sam wolumen produkcji rozdzielić pomiędzy kilka podobnych zakładów. Nie wdając się w szczegóły, można powiedzieć, że kiedy tylko koszty przeciętne zaczynają wzrastać, wówczas koszty produkcji w innym zakładzie będą niższe i dlatego opłaci się wytwarzać dodatkową ilość danego dobra przy pomocy nowych urządzeń. Łatwo można dowieść, że przy doskonałej konkurencji każde przedsiębiorstwo rozszerzy swoją produkcję właśnie do punktu, w którym koszty przeciętne nie zaczną wzrastać.

Inaczej sprawa się przedstawia przy niedoskonałej konkurencji. Może się zdarzyć, że w pewnej gałęzi produkcji jest miejsce w ogóle tylko dla jednego przedsiębiorcy, gdyż zanim jego koszty przeciętne osiągną najniższy poziom, cena popytu ze strony konsumentów spadnie jeszcze silniej. Dopóki chodzi o jasno określone, ściśle się od innych odróżniające dobro, dopóty konkurencja wogóle się tu nie zjawi. Każdy przedsiębiorca będzie wolał raczej samemu więcej po niższych kosztach produkować, niż dopuścić konkurenta, którego koszty będą zawsze wyższe, jeżeli rozmiary jego produkcji będą mniejsze. Jednak sprawa przedstawia się inaczej jeżeli chodzi o dobra nie identyczne, lecz tylko bardzo podobne, np. różniące się jedynie inną marką ochronną, nabywane przez różne koła konsumentów. Ponieważ wielu z nich długo pozostaje wiernymi tej marce, do której się przyzwyczaili, nawet jeżeli mogliby nabyć zupełnie podobny produkt taniej, nie łatwo więc przyjdzie jednemu przedsiębiorcy wysadzić drugiego z rynku.

Ale, argumentuje się w takich wypadkach, kiedy popyt na pewną grupę zupełnie podobnych do siebie towarów nie jest dostatecznie duży, by umożliwić produkcję w najkorzystniejszych warunkach, t. j. po najniższych kosztach, więcej niż jednemu przedsiębiorcy, w takich wypadkach byłoby dla konsumentów z korzyścią ograniczyć produkcję tylko do jednego z tych towarów i skoncentować ją w jednem przedsiębiorstwie. Mogłoby ono zostać całkowicie wykorzystane, podczas gdy zróżniczkowanie towarów i upór konsumentów mają ten skutek, że powstaje wiele fabryk, które wszystkie nie są wykorzystane dostatecznie i dlatego wszystkie produkują drożej.

Przymusowa standaryzacja i zmuszenie konsumentów do zadowolenia się jednym z tych towarów przyniosłoby korzyść wszystkim, gdyż wszyscy byliby obsłużeni taniej.

Ta argumentacja wywierała w ostatnich czasach pewien wpływ i doprowadziła do różnych projektów racjonalizacji, zwłaszcza w dziedzinie reglamentacji handlu detalicznego. Czy jest ona prawidłowa? Zdaje mi się, że możnaby jej zrobić dwa poważne zarzuty. Po pierwsze, jeżeli rzeczywiście można przewidzieć, że dla konsumentów byłoby lepiej, jeżeli mieć będą mniejszy wybór, ale zato tańszy towar, to kto wówczas przeszkodzi przedsiębiorcom ciągnąć z tego korzyści i przez obniżenie swoich cen skłonić konsumentów do nabywania tylko ich produktów? Ważniejszy jest jednak drugi zarzut: kto ma decydować, czy przywiązanie publiczności do pewnych artykułów lub marek jest rzeczywiście tak niemądre? Czy rzeczywiście mamy prawo powiedzieć, że jest nieracjonalne, jeżeli konsument nie da się skłonić przez nieco niższą cenę do porzucenia znanej mu marki i nabycia na to miejsce innego — jakoby tej samej wartości — produktu. Fanatycy normalizacji wkraczają tutaj na bardzo niebezpieczny teren, a ja przyznam się, że nie mogę się zachwycać tą ideą, żeby za mnie ktoś inny decydował, co mi się ma podobać i smakować, a co nie.

Te uwagi nie obalają oczywiście w całości tych argumentów i nie jestem nawet w stanie tego zrobić tak mimochodem w toku odczytu. Wspomniałem o nich nie tyle ze względu na ich praktyczne znaczenie, ile że ujęcie całości zagadnienia wymagało także zwrócenia uwagi i na te polemiki, w których związek pomiędzy nadmierną zdolnością wytwórczą i marnotrawstwem sił gospodarczych był w ostatnich czasach tak żywo dyskutowany, a zwłaszcza dlatego, że dyskusje nad tą częścią teorji kosztów doprowadziły przynajmniej do definicji pojęcia nadmiernej zdolności wytwórczej, trzeba przyznać, nieco mniej naiwnej, niż ta czysto teoretyczna, która jeszcze gra tak wielką rolę. Niestety jednak, jak to niebawem zobaczymy, ten postęp teorji nie wywarł jeszcze większego wpływu na badania empiryczne.

 

VII

Przypadki dotychczas omówione powinny wystarczyć, żeby dowieść, że istnienie nadmiernej zdolności wytwórczej nie zawsze musi oznaczać marnotrawstwo. Jednak nie wyczerpałem jeszcze zupełnie tych zagadnień, w których widmo nadmiernej zdolności wytwórczej gra tak wielką rolę w dzisiejszej polityce gospodarczej. Muszę więc jeszcze poruszyć niektóre problemy pokrewne. Podczas gdy do tej pory starałem się wyjaśnić powstanie nadmiernej zdolności wytwórczej, teraz muszę się zająć wpływem, jaki wywiera istnienie niewykorzystanych urządzeń. Chciałbym mianowicie zwrócić uwagę na związek, jaki zachodzi pomiędzy istnieniem takich urządzeń i możliwemi rozmiarami produkcji, zapotrzebowaniem na kapitał, a wreszcie na ich wpływ w zakresie możliwości dalszej racjonalizacji zakładów.

Pogląd, że zawsze jest pożądane, żeby, zanim zostaną ustawione nowe urządzenia, zostały całkowicie zużyte już istniejące, i że jeżeli to nie zachodzi, nigdy się nie opłaci instalować nowe urządzenia, jest tak zakorzeniony, że prawdopodobnie przyda się jeszcze teraz wykazanie na kilku przykładach, że często może być celowe świadome stworzenie nadmiernej zdolności wytwórczej także przy doskonałej konkurencji, a nie ze znanych przyczyn, wynikających z kartelizacji. Bardziej dokładna analiza tych zapewne zbyt prosto i zrozumiale wyglądających przypadków wyjaśni jednak i inne związki, które później okażą się istotnemi, a przedewszystkiem rozstrzygnie, co z gospodarczego punktu widzenia, w przeciwieństwie do technicznego, należy uważać za nadmierną zdolność wytwórczą.

Już w związku z dziennemi i sezonowemi wahaniami produkcji łatwo wykazać, że nie każde czasowe niewykorzystanie istniejących urządzeń przedstawia marnotrawną nadmierną zdolność wytwórczą, żaden rozsądny człowiek nie będzie twierdził, że to nie jest gospodarczo racjonalne, jeżeli istniejące urządzenia produkcyjne nie pracują przez dwadzieścia cztery godziny, pomimo że niektórzy natchnieni duchem racjonalizacji inżynierowie konsekwentnie uważają to za marnotrawstwo. Jeżeli sprawiłem sobie łóżko, nie używam go przez dwadzieścia cztery godziny wciągu dnia. Sądzę, że przy tamtych poglądach na racjonalną gospodarkę, liczba łóżek nie powinna przekraczać jednej trzeciej liczby ludności. Pouczające są jednak pewne przypadki wahań sezonowych. Napewno w wielu gałęziach produkcji, gdzie popyt na produkty zjawia się w pewnych porach roku, możnaby równomiernie pracować przez cały rok i gromadzić zapasy, przy pomocy których mógłby być zaspokojony popyt, skoncentrowany nieraz wciągu kilku tygodni. W ten sposób rozmiary stałych urządzeń mogłyby zostać zredukowane do minimum, a urządzenia te byłyby zato bez przerwy zatrudnione. Nie dowodzi to jednak, że musi to być koniecznie postępowanie gospodarczo najbardziej racjonalne. W wielu wypadkach, w których byłoby to technicznie zupełnie możliwe, okazuje się w rzeczywistości bardziej celowe — i to nietylko bardziej rentowne z indywidualnego, ale także bardziej racjonalne ze społecznego punktu widzenia — utrzymanie tak wielkich zakładów, ażeby popyt sezonowy mógł być zaspokojony produkcją odbywającą się w tym samym lub tylko nieco dłuższym okresie czasu, podczas gdy przez resztę roku urządzenia będą stały niewykorzystane. Będzie to zawsze wtedy celowe, kiedy niezbędne surowce lub inne czynniki wytwórcze są tak kosztowne, że strata na procentach od kapitału ulokowanego w leżących na składzie towarach jest większa, niż koszt procentów od kapitału ulokowanego w większych urządzeniach. Ten przypadek jest specjalnie pouczający, gdyż wykazuje, jak brak kapitału, jeżeli zmusza do oszczędności na kapitale obrotowym, może spowodować, że kapitał stały nie może być w całości wykorzystany. Mamy tutaj do czynienia ze specjalnie prostym przypadkiem pozornego paradoksu, który w dzisiejszych wyjaśnieniach depresji gra tak wielką rolę, a mianowicie, że brak kapitału może do tego doprowadzić, że istniejące urządzenia nie mogą był w całości wykorzystane, a wygląda to tak, jakby było kapitału zadużo. Za chwilę powrócę jeszcze do tego związku pomiędzy niewykorzystaną zdolnością wytwórczą a popytem na kapitał.

 

VIII

Najpierw muszę jednak spróbować odpowiedzieć na ogólne pytanie, czy i jak dalece istnienie wykorzystanej zdolności wytwórczej — w technicznem tego słowa znaczeniu — dowodzi, że można odpowiednio rozszerzyć produkcję. Dla jakiejś jednej gałęzi produkcji jest to oczywiście prawda. Jednak różnica pomiędzy technicznym a gospodarczym punktem widzenia polega właśnie na tem, że co technicznie jest możliwe dla jednej gałęzi przemysłu, to w żadnym razie nie musi być możliwe dla wszystkich gałęzi przemysłu jednocześnie. Rzekomo ekonomiczne, choć zapewne z dobrą wolą ostatnio przeprowadzone empiryczne badania w Stanach Zjednoczonych ciężko pod tym względem nagrzeszyły. Były one skierowane przeciwko wyraźnie przesadnym twierdzeniom technokratów i innych inżynierów, którzy uważali, że przy pomocy istniejących urządzeń możnaby wytworzyć wiele razy więcej dóbr, niż się rzeczywiście wytwarza. I ponieważ badania te doprowadziły do skromnych szacunków możliwego zwiększenia produkcji, zostały z jednej strony powitane bardzo przychylnie przez ludzi rozsądnych, z drugiej zaś ostro zaatakowane przez technokratów i im podobnych. Jednak przy dokładnem rozejrzeniu się rezultaty także i tych badań okazują się mocno przesadzone. Metoda ich była następująca: przedstawiciele poszczególnych przemysłów byli zapytywani, jak dalece mogliby zwiększyć produkcję w ramach istniejących urządzeń, jeżeli nie napotykaliby na żadne trudności ze strony zbytu (o cenę wogóle nie zapytywano). Otrzymane w ten sposób dane dla poszczególnych gałęzi przemysłu zostały później dodane, a rezultat potraktowany jako możliwe zwiększenie ogólnych rozmiarów produkcji całego gospodarstwa. Ostrożniejsze i poważniejsze z tych badań doszło w ten sposób do cyfry 20%, o które mogłaby się zwiększyć produkcja przemysłu amerykańskiego ponad przeciętny poziom okresu dobrej konjunktury z lat 1925-1929. Najczęstsze odpowiedzi na ankietę rozesłaną w toku drugiego badania do wybitniejszych przedsiębiorców i inżynierów szacowały jednak możliwy wzrost produkcji na 60-100%.

Ale co oznaczają te szacunki rozmiarów produkcji, które mogłyby być osiągnięte w ramach istniejących urządzeń we wszystkich gałęziach przemysłu, jeżeli możliwy byłby zbyt takich ilości? Czy dowodzą one w jakikolwiek sposób, że istniejące urządzenia są wykorzystane niecelowo, albo że wszystkie gałęzie przemysłu rzeczywiście mogłyby jednocześnie o tyle więcej produkować? Przy tym sposobie pytania oczywiste jest, że jako potencjalna zdolność wytwórcza były liczone wszystkie technicznie możliwe do wykorzystania urządzenia, bez względu na to, czy gdyby produkcja rzeczywiście miałaby być zwiększona, nie opłaciłoby się raczej poczynić w tym celu nowych inwestycyj, niż korzystać ze starych. Oznacza to jednak, że nie tylko technicznie przestarzałe urządzenia, ale także i te wszystkie, które naskutek zmiany jakichś warunków (np. jeżeli położenie jakiegoś zakładu przestało być korzystne), lub błędnie przeprowadzonej poprzednio kalkulacji, stały się nierentowne, zostały policzone jako niewykorzystana zdolność wytwórcza. We wszystkich tych przypadkach przyczyną, dlaczego istniejące urządzenia nie mogą być wykorzystane, jest — jak wiemy — fakt, że osiągalna cena nie pokrywa kosztów bieżących istniejących urządzeń. W gospodarstwie rzeczywiście konkurencyjnem może to jednak oznaczać tylko tyle, że na inne czynniki produkcji, które musiałyby być użyte razem z danemi urządzeniami, istnieje gdzieindziej popyt bardziej intensywny, i że dana gałąź produkcji może być tylko wtedy powiększona, jeżeli jednocześnie zmniejszy się produkcja jakiegoś innego dobra, na które istnieje bardziej intensywny popyt. Nie mogę się już nad tem zastanawiać, że brak potrzebnych innych czynników produkcji przy dzisiejszym ustroju gospodarczym często nie jest naturalnym brakiem, lecz bywa wywołany sztucznie, mianowicie przez dowolne wyznaczenie cen minimalnych, a przedewszystkiem — płac. W praktyce nie oznacza to jednak nic innego, jak to, że nie można użyć więcej pracy, niż tę jej ilość, której ostatnia jednostka wytwarza jeszcze tyle, ile odpowiada wysokość dowolnie wyznaczonej płacy.

 

IX

Podobne rozważania wykazują także błędność często słyszanych poglądów, jakoby, o ile istnieją niewykorzystane urządzenia, nie było możliwości nowych rentownych inwestycyj, i aby po kryzysie mogła się na nowo ożywić działalność inwestycyjna, muszą naskutek wzrostu popytu — najpierw być wykorzystane istniejące już urządzenia. Widzieliśmy, że z jednej strony właśnie brak kapitału może być przyczyną istnienia niewykorzystanej zdolności wytwórczej i dopiero zwiększenie rozporządzalnego zapasu kapitału może umożliwić ich wykorzystanie. Z drugiej strony, przestarzałe lub nierentowne inwestycje, które najwyżej przejściowo mogłyby zostać zatrudnione, są traktowane jako niewykorzystana zdolność wytwórcza, której istnienie w żadnym razie nie wyklucza zainstalowania nowych, bardziej celowych urządzeń.

Co mamy wreszcie sądzić o często słyszanym argumencie, że istnienie nadmiernie rozbudowanych urządzeń tak obniża cenę, iż niemożliwe jest przeprowadzenie ulepszeń, które gospodarczo byłyby pożądane? Dzisiaj argument ten gra mianowicie dużą rolę w dyskusjach nad polityką gospodarczą Anglji. W przemyśle włókienniczym, budowy okrętów, w górnictwie węglowem domagano się w podobny sposób — w wielu wypadkach z powodzeniem — aby państwo przedewszystkiem pomogło zniszczyć część niepotrzebnych urządzeń, dzięki czemu wyższe ceny umożliwiłyby modernizację danych gałęzi przemysłu. Nie łatwo zrozumieć na czem ma polegać korzyść modernizacji, która będzie rentowna jedynie przy cenach wyższych niż obecne; modernizacja spowoduje więc, że dobra będą wykonane przy wyższym nakładzie kosztów, niż to się dzieje obecnie. Przypuszczam przytem, że słabość inżynierów do nowoczesnych urządzeń o tyle jest usprawiedliwiona, że rzeczywiście opłaciłoby się budować urządzenia najbardziej nowoczesne, jeżeliby nie było w ogóle istniejących. Nie oznacza to jednak, jak tego dowiedliśmy, że także opłaci się zastąpić nowemi istniejące już stare urządzenia. Estetyczna radość inżyniera z technicznie najlepszego zakładu oraz pojęcie technicznej wyższości jakiejś metody produkcji, nic jeszcze nie mówiącej o jej wartości gospodarczej, stanowią wielkie niebezpieczeństwo, któremu uległo zapewne więcej przedsiębiorstw, niż technicznemu zacofaniu. Byłoby bardzo pożądane, aby technicy tego się nauczyli i zamiast uważać granice, stawiane im przez rentowność gospodarstwa konkurencyjnego za zgubne hamulce, by granice te zrozumieli i nauczyli się patrzeć na nie, jako na konieczną ogólno-gospodarczą kontrolę racjonalności ich postępowania.

 

Słuchacze sądzą zapewne, że moje odpowiedzi na postawione sobie pytanie opierają się na utopji ideału laissez-faire, który chociaż teoretycznie może być lepszy, jednak praktycznie i politycznie jest nie do urzeczywistnienia. I w pewnym sensie słuchacze mogą mieć rację. W poszczególnych wypadkach w dzisiejszem gospodarstwie — tak jak ono się przedstawia — może być niemożliwe lub niecelowe takie postępowanie, jakie byłoby słuszne przy naszych założeniach. Chętnie przyznaję, że jeżeli w jakiejś konkretnej sprawie, dotyczącej polityki gospodarczej, byłbym proszony o radę, prawdopodobnie nie zawsze mógłbym pozostać wierny tutaj naszkicowanym zasadom. Uważam jednak, że zadaniem teoretyka ekonomisty powinno być reprezentowanie rozsądku, bez względu na to, czy wyda to owoce prędzej, czy później. Opinja publiczna, która dzisiaj rzeczywiście często uniemożliwia rozsądną politykę, nie jest niezmienna i obawiam się, że nasi poprzednicy, ekonomiści ostatniego pokolenia, nie są w tym względzie bez winy. Jeżeli już niczego nie możemy się spodziewać, to pozostaje przecież zawsze ta jedna nadzieja, że my, dzięki wpływowi, jaki profesor wyższej uczelni wywiera na sposób myślenia następnych pokoleń, przynajmniej w części możemy naprawić ciężkie grzechy, popełnione przez niektórych z naszych poprzedników.

 


[1] Odczyt wygłoszony w Towarzystwie Ekonomistów i Statystyków Polskich w Warszawie 20 kwietnia 1936 r. Z niemieckiego przełożył S. Ozga.

[2] Pozatem nie jest to takie proste, jak to się wydaje, i wypadki, kiedy rzeczywiście może się opłacić nabycie patentu i niewykorzystanie go są raczej wyjątkiem. Jeżeli mianowicie wykorzystanie patentu jest wogóle rentowne, wówczas to samo marnowanie, które skłania kogoś innego do zastosowania go, dotyczy z reguły także tego przedsiębiorcy, który patent wykupił. Z jego punktu widzenia stracie na wartości istniejących już instalacyj przeciwstawia się wartość patentu, który umożliwia produkcję po niższych kosztach. Wartość patentu musi być większa od wartości unieruchomionych dawnych instalacyj. Wyjątkiem jest tu wypadek, kiedy nowa metoda produkcji nie zawsze może być zastosowana lecz tylko razem z pewnym nie wszędzie się znajdującym czynnikiem produkcji może przynieść większe korzyści. Jakiś wynalazek może np. być rentowny tylko w tych zakładach, które rozporządzają bardzo tanią robocizną, podczas gdy w okręgach, gdzie jest wysoki poziom płac, nie może być zastosowany. W tym wypadku przedsiębiorcy, który pracuje w okręgu o wysokim poziomie płac i którego wykształcenie i t. p. nie pozwalają mu się przenieść do okręgu korzystniej położonego, może się opłacić wykupienie patentu, żeby nie dopuścić do zastosowania go w innym okręgu. Jednak tylko wtedy będzie to mógł zrobić po cenie zapewniającej rentowność tej tranzakcji, jeżeli wynalazca nie wie, że dla innych przedsiębiorców patent jego ma większą wartość. W przeciwnym wypadku cena patentu podniesie się — naskutek konkurencji — do tego poziomu, że będzie wyższa niż strata na wartości przestarzałych instalacyj, przed którą właśnie pierwszy przedsiębiorca chciał się uchronić. Rentowność wykupienia i niezastosowania patentu wymaga więc nietylko niejednakowych warunków produkcji, lecz także pewnej niedoskonałości rynku, dzięki której patent może być nabyty poniżej swojej rzeczywistej wartości. A nawet w tym wypadku byłoby dla pierwszego przedsiębiorcy korzystniej odsprzedać patent po wyższej cenie swemu konkurentowi, chociaż inne przesłanki natury psychologicznej czynią takie postępowanie mało prawdopodobnem.

[3] Jeżeli kapitał ten nie jest ulokowany na stałe, t. j. jeżeli istniejące urządzenia posiadają wartość jako szmelc, będzie to oczywiście wzięte pod uwagę w kalkulacji przedsiębiorcy i rezultat jej ulegnie odpowiedniej zmianie.


Przekaż 1% podatku na walkę z podatkiem dochodowym!


Podobał Ci się artykuł?

Wesprzyj nas
Avatar

O Autorze:

Friedrich August von Hayek

Noblista z 1974 r.

Pozostałe wpisy autora:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *