Mueller: Celem inflacyjnym w mur

24 kwietnia 2012 Pieniądz komentarze: 3

Autor: Antony P. Mueller
Źródło: mises.org
Tłumaczenie: Jan Wróbel
Wersja PDF

Kryzys na rynkach finansowych nie skończył się, tylko przerodził w zdradziecki kryzys zadłużeniowy. Mimo tego, odpowiedzialni za politykę monetarną głównych gospodarek kontynuują te same działania, które doprowadziły do kryzysu. Podążając za modelem celów inflacyjnych, wciąż nie zwracają uwagi na ilość pieniądza oraz sumę czy rodzaj kreowanych pożyczek. Podobnie jak wcześniej banki centralne tną stopy procentowe tak nisko, jak to jest możliwe. Garstka ekonomistów zdaje się pamiętać, że polityka monetarna bazująca na celach inflacyjnych została wdrożona z obietnicą, że niskie i przewidywalne stopy inflacji stworzą finansową i gospodarczą stabilność. Rzeczywistość nie potwierdziła tych zapewnień. Wręcz przeciwnie, cele inflacyjne odegrały kluczową rolę w nadejściu obecnego kryzysu finansowego.

 

Czym jest cel inflacyjny?

Bank centralny, który prowadzi politykę monetarną opartą na celu inflacyjnym, podnosi bazowe stopy procentowe (w przypadku Stanów Zjednoczonych jest to stopa funduszy federalnych) wtedy, kiedy inflacja cen zaczyna przekraczać cel, a zmniejsza stopy procentowe, kiedy za nim nie nadąża. W tym podejściu inflacja jest zmienną docelową, a polityka stóp procentowych służy jako środek dojścia do celu. W przeciwieństwie do monetarystycznych modeli, agregaty pieniężne grają drugorzędną, o ile nie żadną, rolę w modelu celów inflacyjnych.

Polityka monetarna celu inflacyjnego może być rozszerzona o regułę Taylora, która uwzględnia odchylenia od produkcji potencjalnej i dzięki temu może pomóc w osiągnięciu celów polityki gospodarczej, takich jak wzrost gospodarczy i zatrudnienia. Jednak wbrew pierwotnej regule Taylora, polityka celu inflacyjnego w praktyce ignoruje wzrost podaży pieniądza. Arbitralnie wybiera obecną oficjalną stopę inflacji cen jako swój najistotniejszy standard. W przypadku, gdy bezrobocie było wyższe od akceptowalnego poziomu, niska stopa wzrostu cen konsumpcyjnych służyła za usprawiedliwienie dla obniżania stóp procentowych. W wielu krajach praktyką stało się ignorowanie ekspansji agregatów pieniężnych i utrzymywanie stóp procentowych na niezwykle niskich poziomach. Cele inflacyjne doprowadziły władze monetarne nie tylko do pomijania wzrostu podaży pieniądza i kredytu, ale także cen dóbr kapitałowych czy kursu walutowego. W związku z tym polityka monetarna stała się z gruntu stępiona i ignorancka. Powtórka wcześniejszych błędów zbiegła się w czasie z obietnicą przyszłego szefa Rezerwy Federalnej, że „nie zrobimy tego ponownie” i nie pozwolimy na staczanie się USA w recesję. Podobnie jak w innych dziedzinach polityki, w polityce monetarnej również nikt nie uczy się na błędach z przeszłości.

Jak pokazały ostatnio ujawnione zapisy spotkań Fedu z 2006 r., bankowość centralna to oszukańcza instytucja, w której ludzie na górze zachowują się jak umyślni ignoranci. Jak wyraźnie ukazują zapisy, to nie brak informacji uniemożliwił rządzącym ujrzenie rzeczywistości, ale niedobór zrozumienia i niemal dziecinna wiara w stosowane modele.

 

Historia polityki celów inflacyjnych

Cele inflacyjne nie są wynalazkiem nowym. Założenia takiej polityki nakreślił amerykański ekonomista Irving Fisher (1867–1947). Fed zaczął praktykować prymitywną formę celów inflacyjnych zaraz po rozpoczęciu działalności w 1914 r. Z kolei w latach 20. — dekadzie przed wybuchem wielkiego kryzysu — wprost przyjął politykę „stabilności cenowej”.

Lata 20. to okres szybkiej akumulacji długu, która do 1929 r. szła w parze ze wzrostem bogactwa dzięki giełdowemu i mieszkaniowemu boomowi. Załamanie rynku wprowadziło gospodarkę w wielki kryzys, który trwał ponad dekadę.

W latach 20. władze monetarne USA nie przejmowały się ekspansją kredytu, bo ich głównym celem był „poziom cen” — statystyczny wskaźnik, który promował również Fisher. Ponieważ poziom cen był „stabilny”, Rezerwa Federalna nie widziała potrzeby zmiany kursu. Szalone lata 20. to radosny czas — aczkolwiek nie dla rolnictwa. To przemysł celebrował nową epokę, i większość tej dekady to jeszcze jedna hossa na Wall Street po żyle złota, jaką była I wojna światowa dla sektora finansowego.

Skupienie się na inflacji cen sprawiło, że władze monetarne zarówno zignorowały ekspansję kredytu i pieniądza, jak i zlekceważyły sukcesy produkcyjne gospodarki USA w tym okresie. Fed uważał, że dopóki poziom cen pozostaje w miarę stabilny, dopóty może pozwalać na ekspansję agregatów pieniężnych. Nie zwracano uwagi na to, że w wyniku postępu w produkcji poziom cen powinien spadać, jak to miało miejsce wcześniej, gdy Stany Zjednoczone wciąż przestrzegały pełnego standardu złota, w związku z czym podaż pieniądza była dosyć stała. W latach 20. władze monetarne, skoncentrowane na poziomie cen, nie utrzymywały stałej podaży pieniądza, co oznaczałoby deflację, ale zamiast tego pozwoliły na jej ekspansję.

Wydarzenia z lat 20. to błędne reakcje twórców polityki monetarnej na rosnące rozbieżności pomiędzy rolniczym a przemysłowym sektorem gospodarki USA. Podczas gdy rolnictwo popadło w recesję zaraz po zakończeniu I wojny światowej, przemysł USA doświadczył sztucznie napędzonego boomu. Średni poziom cen wyglądał na stały, ale jego stabilność była wynikiem połączenia deflacyjnego kryzysu w rolnictwie z inflacyjnym boomem w przemyśle.

 

Obecny kryzys

Ostatni wielki boom miał miejsce w latach 90., kiedy to, podobnie jak w latach 20., urosła bańka na giełdach połączona z zadłużaniem się konsumentów kupujących mieszkania i inne dobra. Banki centralne nie zwracały uwagi na podaż pieniądza i pozostały optymistami przez cały okres, który doprowadził do obecnego kryzysu. Mantrą polityki monetarnej była zasada, że dopóki poziom cen jest stabilny, zaś oficjalnie zarejestrowana inflacja pozostaje niska, dopóty stopy procentowe mogą spadać tak nisko, jak to możliwe. Podaż pieniądza również może rosnąć bez przeszkód, w stopniu ograniczonym jedynie popytem na pieniądz. W latach 90. zdarzały się fale paniki, podobnie jak dekadę wcześniej i później. Ale do wybuchu ostatniego kryzysu, wszystkie poprzednie nieszczęścia wydawały się łatwe do zażegnania poprzez ratowanie (tzw. bailouty) pożyczkodawców i ekspansję pieniądza. Cele inflacyjne konsekwentnie pociągały za sobą wszechobecną politykę bailoutów i w ten sposób podłożyły fundamenty pod finansową kulturę pokusy nadużycia.

W 2007 r. rynki finansowe stanęły w miejscu; napływ pieniądza na rynek międzybankowy nagle zamarł. Wyglądało to tak, jak gdyby rynki finansowe dostały zawału serca. Zszokowani kreatorzy polityki monetarnej zachowali wiarę, że odpowiedni zastrzyk płynności sprawi, że rynki wkrótce znowu ruszą w górę. Jednak zagłada była nieunikniona, stare sposoby już nie działały. Pomimo wielkich zastrzyków pieniężnych, rynki podniosły się tylko odrobinę, a w 2008 r. nadeszła fala bankructw instytucji finansowych. W sierpniu 2011 r. Stany Zjednoczone zbliżyły się do bankructwa, gdy Kongres nie chciał pozwolić na podniesienie limitu zadłużenia. Wkrótce potem światowy kryzys finansowy przeszedł w europejski kryzys zadłużeniowy, szczególnie mocno dotykając Hiszpanię, Portugalię, Włochy oraz Grecję, która stanęła nad przepaścią.

Na początku roku 2012 polityka monetarna dotarła do stanu, w którym jest niemal zupełnie sparaliżowana. Przy stopach procentowych bliskich zeru w głównych gospodarkach świata, system jeszcze jakoś funkcjonuje tylko dzięki gargantuicznym zastrzykom finansowym. Banki centralne utrzymują politykę „zerowych stóp procentowych” (ZIRP), wykupują aktywa wątpliwej jakości od instytucji finansowych w ramach programu rządowego TARP (Troubled Assets Relief Program). Monetarni planiści próbują też wpompować jeszcze więcej pieniędzy na rynek poprzez politykę „luzowania ilościowego” (QE — quantitive easing) i bezprecedensowego powiększania bilansu Rezerwy Federalnej. Prawdziwe lub wyimaginowane założenie, że system finansowy jest na skraju upadku, doprowadziło do wielkich rządowych bailoutów i programów stymulujących. Skutek: rosnące deficyty i niespłacalne zadłużenie publiczne. Deflacja stała się koszmarnym snem rządów i banków centralnych.

 

Strach przed deflacją

Całkiem już zapomniano, że niezwykły gospodarczy wzrost Wielkiej Brytanii, części Europy oraz Stanów Zjednoczonych w okresie stu lat przed I wojną światową był czasem stabilnej, niewielkiej deflacji — szczególnie w drugiej połowie XIX wieku, gdy wzrost produktywności zaczął przyśpieszać. Poziom cen spadał w rosnącej gospodarce, bo podaż pieniądza była powiązana z zapasami złota, a te były dosyć stałe. Okres deflacji był też okresem rosnącego bogactwa, wynikającego ze stabilnych stóp procentowych, spadających średnich cen oraz rosnących płac realnych. Pozwolenie na deflację jest hamulcem dla sztucznego wzrostu gospodarczego. Stałe zasoby pieniężne powstrzymywały nadmierny wzrost, chroniąc tym samym przed silnymi kryzysami. Stabilna baza pieniężna nie narzucała ściśle określonej sumy płynności, bo zmienna szybkość obiegu pieniądza zapewniała pewną dozę elastyczności.

Wybuch I wojny światowej wyznaczył koniec ery deflacji i początek ery inflacji. Ostatnia przeszkoda na drodze rządu w dowolnej kreacji pieniądza została pokonana wraz z nadaniem Rezerwie Federalnej prawa nieograniczonego tworzenia pieniądza — wtedy rozpoczął się nowy etap historii monetarnej. Wraz z porzuceniem ostatnich pozostałości standardu złota przez porozumienie Smithoniańskie (Smithsonian Agreement) polityka monetarna nie miała już żadnej kotwicy poza czynnikami politycznymi. W następstwie odrzucenia tej kotwicy w 1971 r. baza monetarna USD zaczęła rosnąć i przerodziła się w lawinę pieniędzy.

Obecne narastanie długu rządowego do kosmicznych wysokości właściwie uniemożliwia bankom centralnym podnoszenie stóp procentowych, jeśli pojawi się znaczna inflacja. Nadpłynność, którą główne banki centralne wykreowały, służy głównie refinansowaniu sektora bankowego. Polityka monetarna stała się narzędziem dla bailoutów całych sektorów gospodarki. Biegnąc na ratunek sektorowi finansowemu, banki centralne podkładają kolejne ładunki wybuchowe pod nasz system finansowy. Świat jest na rozdrożu. Szansa wyjścia z impasu bez poważnych perturbacji jest mniejsza niż hiperinflacja poprzedzona kryzysem gospodarczym albo natychmiastowy upadek w otchłań recesji deflacyjnej. Polityka monetarna napotkała swój kres. Po raz kolejny magiczne zaklęcie interwencjonistycznej polityki monetarnej uderzyło w mur.

 

Wnioski

Banki centralne zdominowały debatę nad polityką monetarną. Niemal nikt nie zauważa, że dogmat celów inflacyjnych nie tylko nie zapewnił stabilizacji pieniężnej, lecz wręcz stworzył fundamenty pod obecny kryzys finansowy. Era celów inflacyjnych, wychwalana jako okres wielkiej stabilizacji, była wielką iluzją i stała się koszmarnie długą stagnacją. Istnieje żywotna potrzeba polityki twardego pieniądza. Konsekwencją jej wprowadzenia będzie powolna deflacja i brak strasznych cykli koniunkturalnych. Podstawowa bariera przeciw twardemu pieniądzu nie jest intelektualna czy techniczna, ale polityczna. Sprzeciw płynie z sektora publicznego, gdyż główną ofiarą tej zmiany instytucjonalnej będzie współczesny, rozrośnięty rząd wraz z jego poplecznikami.


 

<ahref=”http://mises.pl/wsparcie/1-procent/”>podatku dla Instytutu Misesa, to więcej wolności w Polsce!


Podobał Ci się artykuł?

Wesprzyj nas
Avatar

O Autorze:

Antony P. Mueller

Pozostałe wpisy autora:

3 Komentarze “Mueller: Celem inflacyjnym w mur

  1. Jest jeszcze gorzej. Prezes Greenspan w swojej własnej książce sam się przyznał do obniżania stóp procentowych także wówczas, gdy jego modele mówiły, że należy je podnosić.

  2. Coś autor trochę chyba ponaciągał. FED nie prowadzi polityki celu inflacyjnego. Znaczy jest jego jakiś tam poboczny może cel, ale pod warunkiem, że nie kłóci się on ze stymulowaniem wzrostu gospodarczego (co jest priorytetem dla FED).

  3. Fed nie ma bezpośredniego celu inflacyjnego w takim sensie jak ECB: stabilność cen mierzoną indeksem cen konsumpcyjnych; akceptowana inflacja oznacza indeks równy 2%, z dopuszczalnym odchyleniem w górę i w dół o 1 punkt proc. Ustawowe cele polityki pieniężnej Fed to maksymalne zatrudnienie, stabilne ceny i umiarkowane stopy długookresowe.
    Tak czy owak, wszystkie banki centralne bezpośrednio wpływają na ilość pieniędzy w obiegu. A przecież inflacja to wzrost podaży pieniądza, który prowadzi do wzrostu cen. Tak się myli przyczynę ze skutkiem. Naprawdę inflacyjna jest polityka pieniężna.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *