Fijor: Austriacka krytyka paradygmatu własności prywatnej w ujęciu ekonomii dobrobytu

28 kwietnia 2012 Ekonomiczna analiza prawa komentarze: 0

Autor: Jan M Fijor
Wersja PDF

I. Geneza własności prywatnej

Pojęcie własności prywatnej — mimo szeregu prób jej ograniczenia czy wręcz obalenia — jest rówieśnikiem ludzkiej cywilizacji. Jego ontologicznym podłożem było najprawdopodobniej istnienie konfliktów społecznych i sprzeczności wynikających z faktu powstawania rozbieżności między poglądami, stanowiskami i interesami różnych stron w odniesieniu do tych samych rzadkich dóbr ekonomicznych, będących przedmiotem ludzkiego działania. Innymi słowy, konflikty te powstawały wówczas, gdy kilka stron równocześnie próbowało zawłaszczyć to samo dobro. Jak pisze Hans Hermann Hoppe, prywatna własność stała się normą, która miała rozstrzygać konflikty powstałe w sytuacji, gdy różni ludzie starali się równocześnie kontrolować to samo dobro, a więc wykorzystywać je jako środki działania, w sposób, który odpowiadał tylko im samym[1]. Przy czym do konfliktów dochodziło wyłącznie w przypadku dóbr ekonomicznych, a więc dóbr rzadkich, bowiem tylko w warunkach rzadkości określonego dobra, różne strony mogły równocześnie chcieć zdobyć nad nim kontrolę fizyczną.

Najskuteczniejszym środkiem zapobiegania takim konfliktom stało się powstanie w drodze ewolucji  instytucji prawa własności. To właśnie określenie prawa własności danego dobra, a więc tego, kto może legalnie je kontrolować, uniemożliwia ewentualne roszczenia do tego dobra ze strony innych podmiotów. Tym samym prawo własności staje się normą zapobiegającą potencjalnym konfliktom na tle własności. Stąd, człowiek doszedł do wniosku, że:

 

Sposobem na uniknięcie wszelkich konfliktów w odniesieniu do wykorzystania dóbr jest ich wcześniejsza prywatyzacja[2].

 

Oryginalna prywatyzacja, czyli pierwotne nabycie dobra, odbywa się w praktyce z chwilą przekształcenia obiektu danego przez naturę i naturalnie przez nikogo nieposiadanego w dobro ekonomiczne, a następnie we własność prywatną. Ponieważ ustanowienie własności prywatnej przez ludzi ma na celu likwidację ewentualnej przyczyny konfliktów, dlatego prywatyzacja nie może się odbywać na drodze werbalnej, na przykład, poprzez mianowanie, nadanie czy tym podobne akty władzy. Warunkiem unikania ewentualnych, a nieuniknionych konfliktów związanych z wykorzystaniem dóbr, jest ich prywatyzacja na drodze działania. Polega ona na zawłaszczeniu (właśnie poprzez działanie) dotychczas nieposiadanego przez nikogo dobra (rzeczy, obiektu).

 

Tylko poprzez działanie odbywające się w określonym miejscu i czasie, można ustanowić obiektywny, intersubiektywnie weryfikowalny związek między konkretną osobą a danym dobrem. I tylko osoba zawłaszczająca dany niezawłaszczony przez nikogo obiekt jako pierwsza może stać się jego posiadaczem bez wywołania konfliktów z kimkolwiek. Dzieje się tak z samej definicji procesu zawłaszczania; pierwszy zawłaszczający nie może popaść w konflikt na tle zawłaszczenia danego obiektu z kimkolwiek, ponieważ każdy inny podmiot, który mógłby rościć sobie pretensje do zawłaszczonej własności, pojawił się na scenie później[3].

 

Dla każdej własności można odtworzyć (wprost lub pośrednio) łańcuch zdarzeń, który zaprowadzi nas do oryginalnego (pierwszego, pierwotnego) zawłaszczenia, czyli do pierwszego właściciela, wyznaczając tym samym wolną od ewentualnych sporów historię (łańcuch) tytułów własności. Jeżeli łańcuch ten nie podlega oddziaływaniom siłowym (przemocy) zmienia się on, zgodnie z prawem własności prywatnej, od jednej transakcji kupna/sprzedaży do kolejnej takiej transakcji, od darowizny do darowizny, uwzględniając wszystkie sprawiedliwe — a więc zgodne z paradygmatem własności prywatnej — procesy zmiany właściciela.

Sprawa komplikuje się z chwilą, gdy do łańcucha tytułów wtargnie podmiot, który albo dokonał transakcji z użyciem przemocy, albo daną własność przywłaszczył sobie w jakiś inny sposób siłowy, to jest wbrew woli jej poprzedniego (ostatniego w łańcuchu tytułów) właściciela. W szczególności tym „intruzem” może być państwo, które daną własność — niech to będzie przykładowo działka ziemi — przejęło (zajęło) z tytułu niezapłaconych podatków od nieruchomości czy nieuregulowania jakichś innych zobowiązań publicznych[4]. Nie trzeba dodawać, że takie przejęcie odbywa się najczęściej wbrew intencji właściciela skonfiskowanej nieruchomości. Przykład jest całkiem realny. Nieruchomościami przejętymi przez rząd (państwo), głównie za podatki, i to jeszcze w czasach II Rzeczpospolitej zabudowana jest np. luksusowa ulica Nowy Świat w Warszawie[5].

Działka (własność) przejęta przez rząd lub jego agendę przestaje być własnością prywatną, stając się własnością publiczną. Kwestia klarowności tytułu (prawa) do jej kontrolowania — jak w przypadku każdej własności publicznej — zaczyna się komplikować. O ile w przypadku dóbr prywatnych własność, z wszystkimi jej atrybutami, to jest prawem władania, decydowania, sprzedania czy darowania, jest określona, o tyle w przypadku własności (dóbr) publicznych kwestia ta jest mało precyzyjna, chociażby z tego, powodu, że właściciel dobra publicznego, bez względu na to, kim w rzeczywistości będzie, nie ma prawa sprzedaży swojej części własności, podobnie jak nie ma jej cała „społeczność” będąca formalnym właścicielem. Tym bardziej, że — w zależności od formy sprawowania władzy — za właścicieli własności publicznej uważa się:

  1. wszystkich obywateli, czyli że obiekt jest własnością wszystkich[6];
  2. nikogo, a więc obiekt nie ma właściciela[7];
  3. jest własnością rządzącej osoby, elity czy klasy[8].

Nie można też zapominać, że de facto działka może być także uznawana za własność osoby, która została jej formalnie pozbawiona. Pomijając specyficzne skutki tej nieokreślonej sytuacji, takie jak ryzyko narażenia nieruchomości na zniszczenie, zanieczyszczenie, wadliwą jej alokację, czy inne formy marnotrawstwa, można oczekiwać, że nowy stan prawny  wywoła szereg sytuacji konfliktowych, gdyż roszczenia do nieruchomości zgłaszać będą równocześnie różne, mające ze sobą sprzeczne interesy podmioty. W istocie jest to powrót do stanu sprzed zawłaszczenia, kiedy tytuł (prawo) własności do nieruchomości nie istniał. O ile jednak w czasach zamierzchłych, kiedy obiekt był własnością niczyją, nie był własnością nikogo, o tyle teraz zgłasza do niego roszczenia równocześnie co najmniej kilka stron. Jeśli by uznać, że przejęcie go przez władze formalnie nastąpiło z zachowaniem istniejącego prawa, obiekt ten może się stać własnością publiczną.

Załóżmy więc, że na terenie przejętej za zobowiązania podatkowe działki organ administracji terenowej — który stał się legalnym zarządcą działki — zbuduje obiekt użyteczności publicznej[9], niech to będzie studnia oligoceńska, w której zaopatrywać w wodę mogą się mieszkańcy Warszawy. Przykład nie jest abstrakcyjny, gdyż takie działania miały miejsce. Co prawda powstanie większości obiektów użytku publicznego było konsekwencją  ustawy nacjonalizacyjnej z 3 stycznia 1946 roku, oraz rozporządzenia z 30 stycznia 1947 roku[10], jednakże część z nich zbudowano na terenach przejętych przez państwo albo z tytułu przymusowego wykupu poniżej wartości rynkowej, bądź na drodze przymusowego wywłaszczenia. Takie przypadki zdarzają się również po 1989 roku.

Państwo, a konkretniej organ jego władz administracyjnych, obejmuje w posiadanie obiekt, którego właściciel nie wywiązał się ze swych zobowiązań podatkowych i buduje na nim np. wspomnianą studnię oligoceńską. Z ekonomicznego punktu widzenia jest to postępowanie trudne do uzasadnienia. Jeśli bowiem kasa organu administracji została uszczuplona o podatek od nieruchomości od przejętej działki, w wysokości X, to przecież upublicznienie działki nie uzupełni stanu finansów publicznych organu. Jeśli uznamy, że podatek od nieruchomości jest sprawiedliwy i legalny, logicznym wydaje się, że urząd przejmujący nieruchomość wystawi ją na sprzedaż, aby brakującą kwotę X odzyskać. W przeciwnym razie niedobór w kasie pozostanie; budżet się nie domknie, trzeba będzie skorzystać z kredytu. Inaczej ten problem rozwiązuje się w np. w Stanach Zjednoczonych, gdzie wszystkie nieruchomości przejęte (foreclosed) za niezaspokojone zobowiązania ich właścicieli wystawiane są na aukcje (tax lien sales, scavenger sales, sheriffs auctions), z których dochód przeznaczany jest na uzupełnienie niedoboru w budżecie. Różnica między oboma sposobami wywłaszczenia z tytułu zaległych zobowiązań jest zasadnicza. O ile w warunkach polskich właściciel zalegający z podatkiem na kwotę 5 000 zł może stracić nieruchomość wartości 200 000 zł, o tyle w Stanach Zjednoczonych strona licytująca na aukcji podatkowej[11] płaci jedynie zaległy podatek. Podmiot, którego nieruchomość jest przedmiotem aukcji zatrzymuje prawo wykupu swojego zobowiązania za cenę kwoty zaległości powiększonej o wylicytowane na aukcji odsetki od zaległości. Dopiero po ustawowym terminie, zwykle są to dwa lata, na wniosek sądu może przekazać aktem notarialnym całkowite prawo własności do nieruchomości, na której powstało zobowiązanie pokryte przez stronę trzecią (inwestora). O ile w Polsce zawłaszczona przez rząd działka przejdzie z rąk prywatnych do publicznych, o tyle w Stanach Zjednoczonych, status publiczny będzie jedynie przejściowy, a obiekt (działka) znajdzie się ostatecznie w rękach prywatnego inwestora, który kupi ją na aukcji.

Pomijając jednak sposób administrowania budżetem, opisana sytuacja rodzi szereg sporów i konfliktów odnośnie do kwestii wykorzystania wywłaszczonej nieruchomości. Załóżmy[12], że działka była elementem dzielnicy i służyła jej mieszkańcom, którzy — za ustną zgodą jej prywatnego właściciela — wyprowadzali tam psy lub spacerowali, skracając sobie drogę do swych domów. Teraz nowy administrator im tego zabrania. Zmienił się również sposób użytkowania działki. Na niezabudowanej parceli ziemskiej pojawiła się ekipa budowlana. Wkrótce też okazało się, że w związku z budową studni oligoceńskiej, zabroniono sąsiednim posesjom korzystania z pobliskiej myjni samochodowej, ograniczono też godziny pracy znajdującego się w sąsiedztwie warsztatu samochodowego. Co więcej, nakłady na budowę studni oligoceńskiej wpłynęły na wzrost podatku od okolicznych nieruchomości. O ile przed zawłaszczeniem kosztami utrzymania działki w czystości i porządku, a także ochroną przed intruzami, zajmował się jej właściciel, co nie tylko nic nie kosztowało innych mieszkańców dzielnicy, ale przysparzało jej dochodu w postaci podatku od działki (podatek od nieruchomości), o tyle po przejęciu działka utrzymywana jest kosztem mieszkańców, którzy de facto stali się jej współwłaścicielami.

Zastrzeżenia zatem budzi nowy system własności. Z braku określonego właściciela prywatnego, na którym opierał się mechanizm decyzyjny związany z utrzymaniem działki, w sytuacji, gdy stała się ona własnością publiczną, konieczne było oddanie władania w ręce organu kolektywnego, którego (teoretycznie) członkami byli wszyscy mieszkańcy dzielnicy. Teraz decyzje podejmowane są większością głosów, co jest często źródłem sprzecznych interesów, a tym samym zarzewiem konfliktów, zwłaszcza że pojawiły się liczne regulacje związane z samą budową studni oligoceńskiej. Część mieszkańców (współwłaścicieli) chętnie zrezygnowałaby ze studni, pozostawiając kawałek łąki niezabudowany, inni woleliby pozbyć się kłopotliwej własności, ale nie mogą. W warunkach własności prywatnej właściciel miał zawsze możliwość sprzedania bądź darowania działki komuś i wyjścia z kłopotliwej sytuacji. Obecnie, kiedy działka jest dobrem publicznym, możliwości jej sprzedaży, czyli odzyskania własnego udziału przez współwłaściciela, nie ma. Członkowie kolektywu, do którego kompetencji należy działka, tracą zainteresowanie nią. Teren zaczyna być zaniedbany, pojawiają się na nim elementy niepożądane. Ogrodzenie uniemożliwia przejście przez działkę, mówi się o konieczności wynajęcia firmy ochroniarskiej.

Sytuacja przeczy zasadzie optimum Pareto; nie tylko trudno znaleźć kogoś, kto jest z obrotu sytuacji zadowolony, jeszcze trudniej znaleźć kogoś, kto niezadowolony nie jest.

Takiej zmiany nie wolno przeprowadzać. Co zatem uczynić, żeby sytuację poprawić? Możliwe są w zasadzie dwa scenariusze:

– przywrócenie oryginalnego stanu własnościowego, czyli stanu sprzed wywłaszczenia działki przez organ rządowy;

– prywatyzacja działki.

Zatrzymajmy analizę powyższego przypadku bez rozstrzygnięcia. Bez względu na to, które rozwiązanie zostanie przyjęte, zakładając nawet, że prywatyzacja się uda, kolejna zmiana doprowadzi do kolejnej serii konfliktów. Instytucja własności publicznej, a dokładniej każda forma własności, która nie precyzuje podmiotu posiadającego, jest ze swojej natury konfliktogenna i destabilizująca. Hans Hermann Hoppe pisze na ten temat m.in.

 

Jedynym skutecznym rozwiązaniem problemu powstawania konfliktów [na tle kwestii własnościowych i ich pochodnych – przyp. aut.], to znaczy jedyną regułą czy normą zapobiegającą konfliktom, od początku istnienia gatunku ludzkiego, do czasów obecnych, i zapewniającą „wieczny pokój” jest instytucja własności prywatnej, oparta na fundamencie oryginalnego, pierwszego zawłaszczenia zasobów nieposiadanych przez nikogo, albo traktowanych jako „wspólne”.

 

Przeciwieństwem własności prywatnej jest własność publiczna, która powstaje w oparciu o przymusowe wywłaszczenie własności poprzednio posiadanej przez kogoś. Z faktu wywłaszczenia własności uprzednio posiadanej, a więc przywłaszczonej na drodze innej niż zawłaszczenie własności nieposiadanej przez nikogo, kupionej lub otrzymanej w darze rodzą się najpoważniejsze konflikty międzyludzkie. Co więcej, własność publiczna zdaniem Hansa H. Hoppego[13] nie jest końcem konfliktów, lecz je instytucjonalizuje i utrwala. I to jest główny powód, dla którego powinno się własności publicznej unikać. Właśnie w tym celu człowiek wymyślił normę znaną jako prawo własności prywatnej, która ma chronić ludzkość przed sytuacjami konfliktowymi.

II. Prawo własności a prawa człowieka

Mimo iż definicja własności prywatnej jest wystarczająco precyzyjna, a w tzw. społeczeństwach wolnych nie zawiera w sobie znamion przemocy czy działań uznanych powszechnie za niesprawiedliwe, budzi ona od wieków wiele kontrowersji, gdy podawana jest w wątpliwość sama instytucja prawa własności. W gronie przeciwników doktryny prywatnej własności znajduje się gros zwolenników ekonomii dobrobytu, szczególnie zaś ci, którzy są jednocześnie krytykami wolnego rynku, zarzucając mu miriady niedoskonałości. Podkreślają oni zwłaszcza szkodliwe skutki działania wolnego rynku w aspekcie nierówności i niesprawiedliwości, odwołując się w tym względzie do opinii, że prawa własności są czymś wtórnym wobec „praw obywatelskich” czy „praw ludzkich”. Pomijając fakt, że wielu współczesnych myślicieli uważa, iż „ideologia praw człowieka, mimo całego swojego dogmatyzmu i rygoryzmu doktrynalnego, wcale nie uchroniła wyznających je społeczeństw przed zniewoleniem ukrytym pod pozorami demokratycznych procedur, o czym zaświadcza choćby skala podatkowa w krajach Unii Europejskiej”[14] — zdaniem większości zwolenników ekonomii dobrobytu — to właśnie „prawa człowieka”, a nie wolna gra rynkowa i bezduszne prawo własności są główną troską rodzaju ludzkiego. Środkiem, który z jednej strony podporządkowuje człowieka społeczeństwu, jest  obowiązujący aktualnie paradygmat, że interes społeczny, interes publiczny są nadrzędne w stosunku do interesu jednostki. Mechanizmem politycznym, poprzez który stosowany jest ten paradygmat, jest interwencjonizm. Jest to siłowa interwencja państwa (rządu), nawet w warunkach wolnego społeczeństwa, w którym stosowanie przemocy wobec jednostek nie inicjujących przemocy jest zakazana. Tym samym uznaje się ją za usprawiedliwioną.

Z faktu, że prawa człowieka, kładąc nacisk na wzajemną relację jednostki i społeczeństwa, służą de facto porządkowaniu jednostki normom społecznym, wynika gotowość poświęcenia zasady nienaruszalności własności prywatnej na rzecz doktryny praw ludzkich, które — jak głosi większość adwokatów ekonomii dobrobytu — są w stosunku do praw własności nadrzędne. Najdalej w procesie ograniczania prawa własności poszedł Karol Marks, który domagał się niemal całkowitej likwidacji prawa do własności prywatnej.

Łagodniej dychotomię tę [prawa człowieka vs. prawa własności] przedstawiają np. Elbert V. Bowden i Judith H. Bowden, którzy także są zdania, że prawa własności muszą być podporządkowane prawom człowieka, jednakże wystarczy, gdy są „zawsze ograniczone”, co ma wynikać z rosnącej gęstości zaludnienia i relatywnego zbliżenia ludzi[15]. Ich zdaniem do ograniczenia prawa własności wystarczy odpowiednia ustawa, jednakże przestrzegają przed zbyt drastycznym ich [praw własności prywatnej] ograniczaniem gdyż „nikt nie jest pewny jak dalece władze lokalne i rząd mogą prawa własności ograniczyć”, podczas gdy „ważne jest to, że: jeśli proces rynkowy ma działać, ludziom należy pozwolić na posiadanie, utrzymywanie i korzystanie z tego, co produkują. W przeciwnym wypadku zniszczeniu ulegnie bodziec do produkcji”. Dlaczego z jednej strony muszą istnieć ograniczenia praw własności, z drugiej zaś prawa własności mają służyć jako bodźce do produkcji, która — zdaniem autorów książki — jest społecznie korzystna, tego nie podają. Większość przedstawicieli ekonomii dobrobytu i interwencji gospodarczych ze strony państwa lub/i instytucji posiadających zgodę na interwencję[16], zgadza się na to, aby kwestie ograniczeń prawa własności prywatnej — podobnie, jak i zakres wolności wyboru czy zakresu działania wolnego rynku — pozostawić mniej lub bardziej arbitralnej decyzji rządu (państwa, parlamentu), jako organów reprezentujących większość, czyli społeczeństwo.

Tymczasem z punktu widzenia przedstawicieli austriackiej szkoły ekonomii rozróżnienie [na prawa własności i prawa człowieka] jest sztuczne i tylko z pozoru ma ono sens. Po pierwsze dlatego, że społeczeństwo i państwo to dwa różne byty. Prawdziwości tej tezy dowodzi szereg konfliktów, w których obie te strony reprezentują sprzeczne interesy. Z faktu społecznej natury człowieka nie wynika wcale konieczność istnienia państwa. Nawet ambitne próby uzasadnienia istnienia państwa, jak w przypadku Heinricha Rommena[17], opierają się na argumentach opisujących społeczeństwo. Jego uwagi odnośnie do państwa nie precyzują zakresu przemocy, jaki wolno mu stosować. Rommen, który jest zwolennikiem doktryny prawa własności, zdaje sobie sprawę z tej słabości, przyznając że duża część przepisów prawa własności pochodzi z ustanowionych na wolnym rynku i bez pomocy państwa prywatnych kodeksów zawodowych, kupieckich czy prawa kanoniczego. Na podobne źródło pochodzenia prawa, jako budzącej najmniej wątpliwości instytucji państwa, zwraca uwagę historyk i praktyk kwestii praw własności, Hernando de Soto[18]. Rothbard zaś zwraca ponadto uwagę[19] na słowa Rommena, że jeśli „dające się narzucić normy” sprowadzić do „braku agresji wobec innych”, to państwo nie jest ich wiarygodnym strażnikiem co najmniej z dwóch powodów: (a) nie jest do tego celu niezbędne, oraz (b) samo narusza normę o niestosowaniu agresji. Ayn Rand[20] idzie dalej uważając, że w kwestii tożsamości interesów państwa i społeczeństwa rację mają wyłącznie Amerykanie, a konkretniej Ojcowie Założyciele Stanów Zjednoczonych i twórcy Deklaracji Niepodległości, którzy, uznając społeczny charakter natury człowieka, odwrócili paradygmat wyższości społeczeństwa nad jednostką, definiując w Konstytucji Stanów Zjednoczonych ograniczenia władzy państwa a także to, w jakim zakresie władza państwa podlega ograniczeniom, czyli chroniąc człowieka przed siłą rządu. Z jednej strony ograniczono władzę państwa, z drugiej zaś, podporządkowano społeczeństwo jednostce.

Już choćby z tych dwóch ostatnich powodów trudno mówić o prawie człowieka w oderwaniu od prawa własności, które jest — jak uważają libertarianie („Austriacy”) — z jednej strony prawem posiadanym przez ludzi, z drugiej zaś trudno sobie wyobrazić jakiekolwiek prawo człowieka, którego pozbawiono by prawa własności. Przykładowo Murray N. Rothbard i Hans H. Hoppe uważają, że prawo własności jest prawem człowieka, a pozbawienie człowieka prawa własności, np. poprzez nacjonalizację dóbr, wyklucza np. istnienie wielu innych praw, uchodzących powszechnie za prawa niezbywalne, na przykład, prawa do wolności słowa, prawa do  (wypowiedzi), które w warunkach państwowego monopolu medialnego, gdy państwo posiada w swoim ręku całą prasę i wszystkie media elektroniczne, oznaczałoby brak wolności słowa — tym samym pozbawiałoby człowieka prawa do wypowiedzi. Analogicznie, ważne prawo człowieka do nieskrępowanych praktyk religijnych, w warunkach monopolu własności znajdującego się w rękach państwa może okazać się czystą iluzją.

Ayn Rand, którą ze szkołą austriacką łączy konsekwentny leseferyzm, podkreśla, podobnie jak Ludwig von Mises, że prawa człowieka są zasadą moralną określającą i sankcjonującą ludzką wolność działania w kontekście społecznym. W takim rozumieniu istnieje tylko jedno fundamentalne prawo człowieka (wszystkie inne są już tylko jego implikacjami lub skutkami), a jest nim: prawo człowieka do jego własnego życia.

Życie to proces, na który składa się podtrzymujące je i utrzymujące je działanie — pisze Rand. Innymi słowy, prawo do własnego życia oznacza prawo do angażowania się w działania, które będą to życie podtrzymywać, które tworzą warunki do utrzymania życia. Oznacza to, że:

 

człowiek ma prawo do podjęcia wszelkich działań zmierzających w sposób racjonalny do podtrzymania jego bytu, do wspomagania go, samospełnienia i osiągnięcia zadowolenia z życia. (Takie znaczenie mają słowa [zawarte w Preambule amerykańskiej Deklaracji Niepodległości z 1776 roku] mówiące o prawie do życia, wolności osobistej, oraz osiągania szczęścia)[21].

 

A także, że:

 

Koncept „prawa” odnosi się wyłącznie do działania, a konkretnie, do swobody działania. Taka swoboda to nic innego, jak wolność od przymusu fizycznego, przemocy i wtrącania się innych do życia człowieka.

 

Stąd już tylko krok od wniosku, który podzielają zarówno leseferyści w ogólności, jak i ekonomiści „austriaccy” w szczególności, że prawo do życia jest źródłem wszystkich innych praw ludzkich, zaś prawa własności prywatnej to jego jedyne zastosowanie. Człowiek musi  mieć możliwość podtrzymywania samemu swego życia. Nie posiadając prawa do zatrzymania owoców własnej pracy, traci możliwość przeżycia. Sprowadza się to do sytuacji człowieka, który produkuje, lecz odmawia mu się przywileju decydowania o tym, co wyprodukował. Taki człowiek to niewolnik, który nie jest właścicielem własnego życia.

Zarówno Rothbard, jak i pozostali przedstawiciele szkoły austriackiej, z Hansem H. Hoppe na czele, uważają, że nie ma sensu mówienie o prawach człowieka w oderwaniu od praw własności, które niejako prawa człowieka definiują. Rothbard pisze:

 

Nie ma żadnych praw człowieka, które jednocześnie nie są prawami własności. Co więcej, prawa człowieka pozbawione standardu w postaci prawa własności tracą swą prawdziwość i przejrzystość. 

 

Rothbard rozszerza niejako stanowisko sformułowane przez Rand. Pomijając fakt, że prawo własności jest prawem wyłącznie ludzkim, to, że prawo własności jest prawem człowieka, wynika z podstawowego prawa ludzi, jakim jest — niekwestionowane właściwie przez nikogo[22] — prawo do życia, a więc prawo człowieka do jego własnego ciała. Człowiek pozbawiony przez innych ludzi lub instytucje prawa własności do owoców własnej pracy jest nie tylko niewolnikiem, przede wszystkim narażony jest na śmierć głodową. Osłabianie prawa własności czy to w celu dokonywania korekty dochodu, dla „dobra publicznego”, albo w imię innej zasady polityki społecznej, prowadzi do osłabienia szacunku dla życia ludzkiego, a więc kwestionuje owo najbardziej fundamentalne prawo człowieka, czyli właśnie prawo do życia.

Powyższy wniosek jest bezwarunkowy. Nie tylko potwierdza się w odniesieniu do innych praw człowieka, takich jak wspomniane już: prawo do wolności wypowiedzi, czy do praktyk religijnych[23]. Związek między prawami człowieka a prawem własności jest weryfikatorem tych pierwszych praw. Uznawane przez większość zwolenników ekonomii dobrobytu za prawa człowieka, takie zasady, jak prawo do darmowej edukacji czy prawo do pracy nie wytrzymują krytyki właśnie z powodu sprzeczności z prawem własności. Jeśli A ma prawo do pracy, znaczy to że B, C lub D musi mu to prawo zapewnić, czyli musi go zatrudnić. Oznaczałoby to z jednej strony, że B, C, D poddani zostali przymusowi, czyli działają wbrew swojej woli. Znaczy to, że będą musieli ponieść koszt zatrudnienia A, a tym samym pozbawiono ich owoców ich pracy, czyli ograniczono ich niezbywalne prawo do życia. Z drugiej zaś strony to, że A nabył swoje prawo kosztem B,C, czy D, przeczy zasadzie równego traktowania, równości wobec prawa, na której opierają się współczesne demokracje. Tłumaczenie tego przy pomocy rosnącej użyteczności społecznej, nawet zdaniem zwolenników ekonomii dobrobytu bywa błędem[24]. Ekonomiści austriaccy są zdania, że oddzielenie praw człowieka od prawa własności odbiera sens zarówno tym pierwszym, jak i samemu prawu własności. Rothbard wyjaśnia ten problem na przykładzie znanych z literatury paradoksu „sędziego Holmesa”[25] oraz „prawa przewodniczącego” wymyślonego przez Bertranda de Jouvenel.

W pierwszym przypadku chodzi o społeczny kontekst ograniczający rzekomo prawo do wolności słowa, podany przez sędziego Holmesa, który zakwestionował prawo osoby do wydania w kinie okrzyku: „Pali się!” ze względu na to, że okrzyk taki (zwłaszcza gdyby był nieuzasadniony) mógłby wywołać niebezpieczną panikę. Sędzia ma rację, pisze Rothbard, chociaż uzasadnienie tej racji, czyli ograniczenia prawa wolności słowa jest błędne. Prawo wolności słowa jest prawem absolutnym, które nie musi podlegać ograniczaniu go przez „dobro publiczne”. To, że okrzyk taki jest nie na miejscu, wynika z prawa własności:

 

 (…) Człowiek, który fałszywie krzyknie „Pali się!” musi być albo właścicielem (lub jego przedstawicielem), albo jego gościem, czyli widzem, który zapłacił za bilet. Jeśli jest właścicielem to dopuszcza się oszustwa wobec swoich klientów. Wziął ich pieniądze w zamian za obietnicę wyświetlenia filmu, a zamiast tego wprowadził zamieszanie, fałszywie informując o wybuchu pożaru. Świadomie nie wywiązuje się z umowy i tym samym pogwałca prawo własności swoich klientów (…)  

 

Jeśli osoba wydająca złośliwie (bez uzasadnienia) okrzyk nie jest właścicielem to pogwałca ona prawo własności tego ostatniego, zakłócając spokój jego klientów i gości. Jest więc przestępcą nie dlatego, że naruszyła spokój publiczny, lecz dlatego, że naruszyła prawo własności innych osób.

Analogiczny błąd popełnił wspomniany już francuski filozof i politolog, Bertrand de Jouvenel, gdy zakwestionował prawo do wolności słowa w paradoksie znanym, jako „problem przewodniczącego zebrania”[26].  De Jouvenel, podobnie jak sędzia Holmes, starał się dowieść ograniczeń prawa do wolności słowa tym razem na przykładzie osoby, która z racji przewodniczenia w zebraniu ma prawo udzielać lub odbierać głos (a konkretnie, czas i przestrzeń) chętnym do dyskusji. Ma to świadczyć o konieczności podporządkowania prawa do wolności słowa (wypowiedzi) osobie, która ma czuwać nad porządkiem zebrania, a więc reprezentującej „dobro publiczne”.

Rothbard uważa, że także w tym, jak i we wszystkich podobnych przypadkach prawo do wolności słowa sprowadza się do kategorii prawa własności.

 

Osoba nie ma „prawa do wolności wypowiedzi”, a to, co posiada, to prawo do wynajęcia auli i do zwrócenia się do osób, które wejdą na jej teren[27].

 

W przypadku zasobów rzadkich, a do takich zasobów należy miejsce i czas, musimy zasoby te reglamentować. Prawo do takiej reglamentacji ma właściciel rzadkich dóbr, które mają jej podlegać. W obu przypadkach chodzi o prawo własności. Reglamentacja to nic innego jak alokacja rzadkich zasobów, o której — w zależności od własnych celów i cen — decyduje ich właściciel. Wadliwa czy błędna alokacja może mu przynieść stratę. W przypadku opisanym przez de Jouvenela mamy dodatkową trudność, mianowicie reglamentacja odbywa się bez ponoszenia przez jej adresata żadnych kosztów, słowem cena zasobów wynosi zero. Właściciel musi przydzielić zasób (dostęp do mównicy) według kryteriów innych niż cenowe. Niech to będą jego upodobania albo preferencje. Ma do tego prawo, gdyż to on ponosi bezpośrednio konsekwencje swoich błędnych wyborów. On ponosi koszty kupna lub wynajęcia sali, opłacenia personelu, reklamy, mediów etc., dlatego właśnie on ma prawo decydować o przydziale tych rzadkich dóbr poszczególnym rozmówcom. Jeśli ktoś nie akceptuje tych zasad, może z zebrania zrezygnować. I znowu, podobnie jak w przypadku okrzyku w kinie, prawo do przydziału głosu nie jest formą ograniczania prawa do wolności słowa ze względu na interes publiczny, lecz jedynie konsekwencją stosowania prawa własności. „Posiadanie — konkluduje Rothbard — jest ostatecznym czynnikiem kształtującym alokowanie”.

W tym miejscu pojawia się inny zasadniczy problem, mianowicie, w jaki sposób prowadzić alokację rzadkich dóbr, gdy mamy do czynienia z dobrami publicznymi. Kto ma prawo do ograniczenia czyjegoś prawa do wolności słowa w przypadku, gdy kino jest własnością państwową? Albo, gdy zebranie (wiec) odbywa się na ulicy posiadanej przez rząd? Gdyby kino lub ulica były prywatne, o ich przeznaczeniu decydowałby ich właściciel. A kto jest właścicielem ulicy państwowej? Zezwolenie na organizację wiecu może spowodować korki uliczne, a nawet całkowitą blokadę ruchu, co stanowi niewygodę dla innych osób korzystających z tej ulicy. Zgoda rządu na przeprowadzenie wiecu będzie realizacją czyjegoś prawa do wolności słowa, ale jednocześnie ograniczy prawa innych osób. W przypadku prywatnej ulicy problemu nie będzie, gdyż pozwolenie na odbycie wiecu nie pogwałci praw własności właściciela ulicy. Jednakże w przypadku ulic państwowych, czy jak by to określili zwolennicy ekonomii dobrobytu: ulic będących dobrem publicznym, zarówno ci, którzy otrzymali prawo do zorganizowania wiecu, jak i ci, dla których organizacja wiecu jest utrudnieniem, czy wręcz uniemożliwia realizację ich własnych planów, czują się współwłaścicielami ulicy. Zezwolenie na wiec jednym pogwałci prawa własności drugich, a przecież z założenia ekonomii dobrobytu dobra publiczne, to dobra, z których nie można nikogo wykluczyć, a równocześnie, koszt krańcowy dodania nowego użytkownika wynosi zero. Tymczasem w przypadku prawa do wiecu, będącego ekspresją prawa do wolności słowa  doszło zarówno do wykluczenia, jak i stworzenia kosztu. Z punktu widzenia ekonomii dobrobytu sytuacja jest co najmniej paradoksalna. Oto zakwestionowany został nie tylko publiczny charakter dobra publicznego, jakim jest ulica, lecz także zasada sprawiedliwości. Jedni obywatele okazali się lepsi niż inni. Widzimy więc, że brak jasnych i precyzyjnych praw własności rodzi konflikty, przed którymi prawo własności prywatnej miało człowieka chronić. Decyzja o tym, którzy obywatele są bardziej właścicielami, a którzy mniej, podjęta została arbitralnie, z pogwałceniem zasady równości wobec prawa. Ograniczenie prawa własności, które — jak widzieliśmy powyżej — jest fundamentem praw politycznych, w poruszonym przypadku prawa do wolności słowa prowadzi do ograniczenia innych praw, dla których ograniczenie prawa własności — jak pamiętamy — miało być gwarancją przestrzegania praw politycznych. Wszak właśnie dlatego zwolennicy ekonomii dobrobytu ograniczyli prawo własności, żeby nie kolidowało ono z prawami człowieka.

Wniosek nasuwa się jeden: w społeczeństwie opartym o prywatną własność i wolną wymianę do takich paradoksów i nierozwiązywalnych konfliktów by nie doszło. Problem w tym, że ich głównym źródłem jest źle zdefiniowana, albo wręcz niezdefiniowana własność, a to z kolei jest skutkiem forsowania ekonomii dobrobytu i kreowania publicznej formy własności, która jest źródłem sprzeczności sama w sobie. Uznanie takiego status quo jest najczęstszym źródłem nadużyć w stosunku do prawa własności. Rząd, chroniąc interesy jednych, naraża prawo własności innych, rodząc trwałe konflikty społeczne, rzekomo w interesie praw człowieka, które bez prawa własności, albo nie istnieją, albo są mocno zniekształcone.

 

III. Podatki — własność prywatna staje się własnością państwową (publiczną)

Wiemy już, że ekonomia dobrobytu opiera się na przekonaniu jej twórców i zwolenników, że w pewnych warunkach konieczna jest interwencja gospodarcza państwa (rządu), która wyręcza sektor prywatny w produkowaniu dóbr i usług zwanych popularnie dobrami publicznymi. Interwencja ta wymaga nakładów finansowych. Tradycyjnie państwo, (rząd) czerpie swe środki z publicznej daniny zwanej najczęściej podatkiem. I tym różni się od prywatnych podmiotów gospodarczych, które swoje dochody osiągają na drodze dobrowolnej wymiany dóbr w procesie zaspokajania potrzeb społecznych, że dochody osiąga w drodze stosowania przymusu.

Jednakże mniej więcej od początku XX wieku rządy coraz częściej angażują się także w działalność gospodarczą. Niemal każde współczesne państwo utrzymuje przedsiębiorstwa przemysłowe, które są wyłącznie jego własnością. W przypadku niektórych branż — takich jak przemysł zbrojeniowy, energetyka, przemysł paliw płynnych itp. — uważa się nawet, że powinny one zostać wyłącznie w rękach państwa. Jedynym państwem wysokorozwiniętym, w którym przemysłowy sektor publiczny praktycznie nie istnieje, są Stany Zjednoczone[28].

Z istnieniem działalności gospodarczej prowadzonej przez rząd wiąże się szereg nieporozumień prowadzących do konfliktów. Omówimy niektóre z nich.

Wspomnieliśmy już, że sama teoria własności publicznej rodzi problemy wynikające ze zbyt mało precyzyjnej definicji. Chodzi na przykład o to, że własność publiczna de facto nie jest własnością wszystkich, gdyż większość jej potencjalnych właścicieli — jak pisaliśmy powyżej — nie ma możliwości zbycia tej własności, czy wręcz pozbycia się jej. Zamiast właściciela własność publiczna posiada dysponenta, czyli podmiot, który o jej przeznaczeniu decyduje na zasadzie wyłączności[29]. Podmiotem tym jest agent lub agenci rządu (państwa) aktualnie sprawujący władzę. Posiadając prawo dysponowania własnością publiczną, niejako zawłaszczają ją dla siebie. Co prawda, legitymacją prawa do dysponowania własnością publiczną są wybory polityczne, ale zasada większości nie należy do środków zdobywania własności, do których należą, jak pamiętamy: zawłaszczenie pierwotne, albo nabycie praw własności poprzez ich kupno lub otrzymanie w darze. Co prawda, osoby dysponenta własności publicznej ulegają (w zależności od wyniku wyborów) ciągłym zmianom, lecz żadna z nich nie posiada legalnej możliwości zbycia własności, którą dysponuje. Ci, którzy odchodzą, tracą swoje prawo dysponowania. Własność publiczna, będąc dobrem publicznym, służy jednakowo tym, którzy za nią zapłacili, jak i gapowiczom, którzy za nią nie zapłacili. Co więcej, obie te grupy mają identyczne prawa. Przeczy to pojęciu własności prywatnej, która z definicji powstaje w jeden z trzech wyżej wymienionych sposób. Teoria dóbr publicznych nie jest więc teorią naukową, do czego rości sobie pretensje, gdyż zawiera arbitralne sądy i kryteria wartościujące, porównujące użyteczności różnych ludzi, oparte na założeniach użyteczności społecznej, sprawiedliwości społecznej, sprawiedliwości (neutralności) opodatkowania i innych zjawiskach nie mających naukowego charakteru Wertfrei.

Państwo, interweniując w gospodarkę, potrzebuje środków. Pochodzą one z trzech głównych źródeł: z podatków, z inflacji, a także z działalności przedsiębiorstw państwowych (publicznych). Mimo iż gros dochodów państwa pochodzi z konfiskaty, czyli z przymusowej daniny publicznej polegającej na transferze zasobów produkcyjnych z sektora prywatnego do sektora państwowego[30], w teorii dobrobytu coraz częściej podkreśla się produktywny charakter wydatków rządowych. Produktywność ta, zdaniem zwolenników ekonomii dobrobytu, polega na przekazywaniu pieniędzy pobranych w formie podatków na takie cele, które — analogicznie do produkcji w sektorze wolnorynkowym — służą na inwestycje i/lub do zaspokojenia potrzeb konsumentów. Są więc zdaniem teoretyków ekonomii dobrobytu równie produktywne, co sektor prywatny. O takiej interpretacji produktywnego wkładu państwa w gospodarkę świadczyć ma fakt, że obywatele, konsumenci chętnie korzystają z dóbr publicznych, a więc z dóbr „wytworzonych” przez państwo[31]. Wniosek ten jest jednak  nieuprawniony, gdyż z faktu, że ludzie konsumują dobra publiczne, nie wynika wcale, że konsumowaliby je, gdyby musieli za nie zapłacić, albo gdyby państwo nie było wyłącznym ich  producentem, czyli monopolistą[32]. Rothbard pisze, że wartości wkładu państwa w gospodarkę nie sposób wyliczyć, gdyż wkład ten nie ma charakteru rynkowego i odbywa się na zasadzie przymusu.

 

„(…) Proces opodatkowania i wydatkowania wpływów podatkowych odciąga dochód i zasoby od wykonywanych funkcji, które powierzyłby im „sektor prywatny”, musimy dojść do wniosku, że produktywny wkład państwa w gospodarkę wynosi dokładnie zero”[33].

 

Wniosek ten kontestują niemal wszyscy przedstawiciele ekonomii dobrobytu, na czele z Robertem A. Musgravem[34]. Ich zdaniem wkład produktywny rządu w gospodarkę (drogi, szkoły, energetyka itp.) jest niekwestionowany, ignorują jednak fakt, że gdyby zasoby przeznaczone do wyprodukowania dóbr publicznych znalazły się w rękach prywatnych zostałyby przeznaczone do dziedzin alternatywnych, znacznie bardziej produktywnych[35] niż te, które wybrał rząd. Co wynika chociażby z dobrowolnego charakteru wymiany rynkowej, w której producenci zaspokajają (inwestując zasoby w środki produkcji i produkcję) najbardziej pilne potrzeby konsumentów. O stopniu ważności tych potrzeb decydują sami zainteresowani, którzy z własnej kieszeni za nie płacą.

Z samego faktu, że państwo wytwarza dobra, których sektor prywatny nie chce, nie potrafi lub nie może wytwarzać, nie wynika wcale, że dobra te powinny być wytwarzane. Aby tak było, konieczne jest przemycenie normy, co oznacza wyjście teoretyków ekonomii dobrobytu poza granice ekonomii i wejście w obszar etyki[36].

Wśród ekonomistów panuje generalnie zgoda co do tego, że „kapitał to dobra finansowe lub materialne o wymiernej wartości pieniężnej, którymi można dysponować w celu prowadzenia działalności mającej przynieść dochód”, zaś posługując się definicją  Misesa „(…) to rezerwa produktów, która umożliwia wydłużenie przeciętnego czasu, jaki upływa od rozpoczęcia procesu produkcji do dostarczenia wyrobu gotowego do użytku i konsumpcji”[37]. Znaczy to, że kapitał jest etapem na drodze produkcji dóbr finalnych, czyli dóbr konsumenckich. Jeśli tak, trudno w przypadku zasobów publicznych mówić o inwestycjach i kapitale. W przeciwieństwie do inwestycji prywatnych, które nie są celem samym w sobie, lecz służą produkcji dóbr produkcyjnych niższego rzędu, a zatem ich ostatecznym celem jest zaspokojenia potrzeb konsumentów, wydatki państwa — jak zauważa Rothbard[38] — służą „zadowoleniu urzędników, a nie konsumentów”. W tym znaczeniu wydatki państwa są wydatkami konsumpcyjnymi, a nie inwestycyjnymi. Ich konsumentami są właśnie urzędnicy oraz osoby nieproduktywne, lub mniej produktywne od osób, których zasoby prywatne zostały skonfiskowane, by posłużyć sfinansowaniu wydatków publicznych. Rację ma Rothbard, twierdząc, że konsumpcja taka, odbywająca się kosztem produktywnej konsumpcji prywatnej, ma charakter „antyproduktywny”.

Źródłem dochodów (i wydatków) państwa jest także realna produkcja, obywająca się  „na zasadach rynkowych” w przedsiębiorstwa produkcyjnych i usługowych będących własnością państwa. Ponieważ produkcja taka jest możliwa tylko dlatego, że część zasobów przejętych przez państwo od sektora prywatnego została przeznaczona na sfinansowanie przedsiębiorstw państwowych, jest więc obarczona wszystkimi wyżej wymienionymi ułomnościami konsumpcji (produkcji) antyproduktywnej. Mimo to spróbujmy ocenić, jaki jest prawdziwy jej wkład w gospodarkę, a także zastanowić się, czy jest to rozwiązanie produktywne, a więc opłacalne i racjonalne? Ten produkcyjny aspekt działalności państwa — zdaniem teoretyków etatyzmu, w tym większości przedstawicieli ekonomii dobrobytu — miałby być ekonomicznym uzasadnieniem racjonalności podatków, które w takim ujęciu traktowane byłyby analogicznie do zysków w sektorze prywatnym.

Zdaniem Rothbarda[39] porównywanie stopnia produktywności produkcji prywatnej z państwową skażone jest podstawowym błędem, jakim jest fakt, iż państwo jako właściciel przedsiębiorstwa działa na odmiennych zasadach niż przedsiębiorca prywatny. Odmienność ta polega na posiadaniu przez rząd niemal nieograniczonych zasobów. Prywatne przedsiębiorstwo otrzymuje w postaci przychodów tylko tyle, ile chcą mu zapłacić konsumenci. Ich dodatkowym źródłem kapitału — pod warunkiem, że prowadzona aktywność jest bardziej rentowna niż konkurujące z nią inne lokaty — mogą być też np. inwestorzy prywatni. Prywatny biznes odnosi sukces proporcjonalny do trafności własnej intuicji oraz w zgodzie z własną preferencją czasową. Jeśli źle przewidzi, straci. Przedsiębiorstwo państwowe takiego zagrożenia nie ma, gdyż państwo ma w „rezerwie” zasoby podatników, które może w razie potrzeby skonfiskować. W tej sytuacji państwo nie podlega „testowi zysków i strat”[40]. Tym samym jego zasoby nie zależą od stopnia zadowolenia potrzeb konsumentów, bo w firmie państwowej — w przeciwieństwie do firm z sektora prywatnego — źródłem przychodów i zysków nie są wyłącznie konsumenci i poziom ich satysfakcji. Niezależnie od tej ostatniej państwo ma relatywnie dowolną ilość dochodów. „Gdy usunięte zostają rynkowe ograniczenia w pozyskiwaniu funduszy, znika szansa na racjonalną alokację zasobów” — w tym spostrzeżeniu Rothbarda zwiera się marnotrawny charakter sektora publicznego. O ile marnotrawna firma prywatna jest likwidowana albo upada, o tyle firma państwowa, mimo iż przynosi straty, może istnieć[41]. Pod nieobecność „testu zysków i strat” prowadzenie jakiejkolwiek, a więc w szczególności państwowej działalności gospodarczej na podobieństwo działalności wolnorynkowej jest niemożliwe. O tym, dlaczego jest niemożliwe, napiszemy w paragrafie IV. W tym miejscu skupimy się na innym problemie, mianowicie na spostrzeżeniu, że w wyniku transferu podatku od sektora wolnorynkowego do publicznego dochodzi także do osłabienia tego pierwszego.

Państwo, angażując się w działalność biznesową, bez względu na to, czy robi to na podobieństwo gospodarki wolnorynkowej czy stosując przymus, staje się konkurentem przedsiębiorców prywatnych. Z powyższych rozważań widać, że nie jest to konkurencja czysta; państwo ma w niej zawsze więcej atutów. Jak już wspomnieliśmy, ma więcej pieniędzy, nie musi posługiwać się rachunkiem zysków i strat, bardzo często jest też wyłącznym dostawcą dóbr lub zmusza do ich posiadania. Ma więc możliwość stosowania ceny monopolowej, która jak wiadomo zniekształca ceny czynników produkcji, a także alokację zasobów w innych branżach. Działalność państwa uwikłanego w szereg zobowiązań natury politycznej zmusza je do stosowania stawek płacowych czy warunków pracy nie mających wiele wspólnego z rynkiem i rachunkiem ekonomicznym. O ile państwo na nie stać, o tyle dla sektora wolnorynkowego mogą być one kwestią przeżycia. Łatwość pozyskiwania kapitału, który jest konfiskowany sektorowi produktywnemu osłabia dyscyplinę firm państwowych, które stają się w ten sposób rozrzutne, a także, a może przede wszystkim, marnotrawne i nisko wydajne. Niebagatelne znaczenie ma tu brak osobistej odpowiedzialności materialnej kadry zarządzającej firmami państwowymi.

Wartość (użyteczność) dóbr publicznych jest niższa niż wartość konkurujących z nimi dóbr produkowanych na wolnym rynku. Gdyby było inaczej, zbędne stałoby się stosowanie przymusu przy finansowaniu produkcji dóbr publicznych. Ich potencjalni nabywcy mieliby w tej kwestii wolny wybór. Co więcej, zasoby zużyte na sfinansowanie produkcji dóbr publicznych zostały zabrane — pod przymusem — z jakichś alternatywnych, ale nie przymusowych zastosowań wolnorynkowych. Gdyby konsumenci wyżej cenili sobie dobra publiczne, nie trzeba byłoby tych zasobów wycofywać siłą. Pojawia się zatem pytanie: w jakim celu państwo angażuje się w działalność gospodarczą, i to pomimo iż działalność ta stanowi zaledwie margines jego dochodów? Tym bardziej, że takie zaangażowanie wymaga znacznych nakładów, co pociąga za sobą konieczność nałożenia wyższych podatków. W sytuacji, gdy w większości państw rozwiniętych opodatkowanie od dłuższego czasu jest opresyjne, a każde dodatkowe obciążenie spotyka się z ostrym sprzeciwem obywateli, logika nakazywałaby minimalizację państwowego sektora produkcyjnego. Tymczasem początek XXI stulecia to właśnie rozwój sektora publicznego, w tym także firm powstałych poprzez nacjonalizację przedsięwzięć prywatnych. Wprawdzie niektóre z tych nowych firm państwowych przynoszą zyski, to jednak z tego co napisaliśmy powyżej, nie wiadomo naprawdę, czy są to zyski[42]. Austriaccy ekonomiści nie mają złudzeń co do tego, że jeśli nawet państwo osiąga na znajdującej się w jego rękach produkcji przemysłowej zyskowność netto,  to odbywa się to kosztem utraconych sposobności alternatywnych w sektorze prywatnym. Użyteczność tych utraconych sposobności jest z reguły wyższa[43]. Jeśli nawet zdarzy się, że firma państwowa dorównuje wydajnością analogicznemu przedsiębiorstwu prywatnemu, jej rentowność — w związku z istnieniem ogniwa pośredniczącego postaci administracji rządowej — jest niższa. Do tego prowadzi budowanie firmy czy całej gospodarki na arbitralnych decyzjach urzędników, których nie krępują więzy kapitałowe ograniczające dynamiczny sektor prywatny i obniżające użyteczność osiąganą z produkcji w statycznym, zbiurokratyzowanym sektorze publicznym.

Dlaczego zatem rządy chcą posiadać taką własność? Częstym argumentem jest tzw. misyjność państwa, które realizuje potrzeby, jakich realizacji nie podjąłby się sektor prywatny, witalne dla gospodarki czy społeczeństwa. Problem w tym, że gdyby jakieś potrzeby były witalne, to sektor prywatny najprawdopodobniej by się nimi zajął, dostrzegając w zaspokojeniu witalnej potrzeby źródło zysku. Nie zajął się, bo potrzeby nie są witalne, a więc działalność zmierzająca do ich zaspokojenia nie jest opłacalna. Popularne w takim kontekście twierdzenie, że nie można opierać się wyłącznie na kryterium opłacalności byłoby prawdziwe tylko wtedy, gdyby kapitał nie był dobrem rzadkim. W sytuacji, gdy mamy alternatywne wykorzystanie zasobów, musimy zadać sobie pytanie, co utracimy w wyniku prowadzenia produkcji/usług nieproduktywnych. Nie dość, że państwowa produkcja misyjna musi się odbywać kosztem innych działań produktywnych, to na dodatek istnieje poważny problem w ustaleniu kryterium tego, co ma być misyjne, a co nie. Ponieważ kryterium takie ma zwykle charakter normatywny i arbitralny, nie jest ono obiektywne, a więc nie jest naukowe. Tym bardziej, że osoba mająca decydować o przeznaczeniu zasobów na cele misyjne skażona jest takim samym błędem, jak konsumenci preferujący wybór, który jej zdaniem nie pokrywa się z wyobrażeniem działalności misyjnej. Dlatego w trosce o poziom użyteczności obywateli należy z kryterium misyjności zrezygnować. Zwłaszcza, że już 30 lat temu ortodoksyjnie socjalistyczne reżimy bloku sowieckiego dostrzegły, że sektor prywatny jest znacznie wydajniejszy od publicznego. Nawet w środowiskach antykapitalistycznych Zachodu pogodzono się z faktem, że produkcją przemysłową powinien zajmować się rynek.

Szczególnie, że to właśnie rynek jest optymalny, gdyż jest on sumą dobrowolnych wymian (transakcji).

Z analizy ekonomicznej wynika wniosek, na który zwrócił uwagę sam Adam Smith, zaś spośród ekonomistów austriackich zajmowali się tym zagadnieniem m.in. Ludwig von Mises[44] i Friedrich A. von Hayek. Brzmi on następująco: każdy człowiek, kierując się w swoim postępowaniu interesem osobistym służy — chcąc nie chcąc — innym ludziom. Z teorii wartości[45] wiemy, że warunkiem dobrowolnej wymiany są jednoczesne korzyści obu jej stron. A także, że przeciwieństwem jest wymiana „pod przymusem”, a więc wymiana dokonana np. poprzez interwencję rządu, w której co najmniej jedna ze stron traci. Konkluzja w takiej sytuacji jest jedna: skoro produktywne mogą być tylko wymiany dobrowolne, interwencje rządu nie są działaniem optymalnym. Są więc zbędnym przymusem[46]. Takim samym przymusem[47]są podatki, które służą finansowaniu rządu i jego interwencji. Pogląd, głoszony przez większość zwolenników ekonomii dobrobytu, jakoby podatki były „dobrowolne” nie wytrzymuje konfrontacji z doświadczeniem osób, które z jakichś względów odmówiły ich płacenia. Podobnie, jak traktowanie podatków w analogii do „opłaty członkowskiej” z tytułu korzystania z państwa, a więc daniny „naprawdę dobrowolnej”, ponieważ dzięki niej korzystają wszyscy użytkownicy. To, że podatki gwarantują równość obowiązku łożenia na wspólne potrzeby, oznacza tylko tyle, że jest to de facto równość przymusu, a nie dobrowolność.

W kontekście szkoły austriackiej rezygnacja przynajmniej z niektórych interwencji ma zatem znaczenie moralne, prowadząc nas do społeczeństwa wolnego od przymusu. Ma także znaczenie utylitarne, zwłaszcza przy obecnym poziomie deficytów budżetowych rozwiniętych krajów świata — byłaby bowiem ulgą dla finansów publicznych tych krajów. Nie istnieje wprawdzie sposób na precyzyjne wyznaczenie zakresu działań, jakie powinny być finansowane przy pomocy daniny publicznej, nie znaczy to wcale, że mają one służyć wytwarzaniu samolotów, energii elektrycznej, czy wydobyciu węgla. Jeśli podatki mają mieć sens[48], to co najwyżej ten, że służą finansowaniu podstawowych funkcji państwa: dróg, parków, obrony narodowej, porządku publicznego, polityki zagranicznej itp. Do funkcji tych nie należy na pewno „inwestowanie” w przemysł ciężki, lotniska, czy górnictwo. Zwłaszcza, że znacznie taniej i skuteczniej zajmą się nimi konkurujące między sobą firmy sektora prywatnego. Przykładem takiego państwa minimum do lat 60. ubiegłego wieku były Stany Zjednoczone. Mimo iż zakres interwencji rządowych uległ od tego czasu znacznemu poszerzeniu,  rząd nadal nie może posiadać firm przemysłowych[49], niewiele jest też dziedzin (niektóre usługi pocztowe, drogi międzystanowe, lotniska międzynarodowe, obrona narodowa), w których zachowuje on swój monopol.

Dlaczego mimo powyższej argumentacji rządy tak chętnie uprawiają działalność gospodarczą? Wyjaśnienie jest jedno: czynią tak ze względów politycznych, na pewno nie gospodarczych; w partykularnym interesie grupy sprawującej władzę, a nie w gospodarczym interesie publicznym obywateli. Nie myli się prof. Leszek Balcerowicz, pisząc o latyfundiach politycznych, w których zwycięska partia tworzy lukratywne miejsca pracy dla swoich sojuszników; o zachłanności władzy, której konsekwencją jest zawłaszczanie coraz większych obszarów decyzyjnych; czy wreszcie o populizmie[50] i korupcji, które ułatwiają rządzącym władzę poprzez przekupywanie niektórych grup społeczeństwa. Austriacki ekonomista zauważa:

 

Rządy, którym zależy na stworzeniu pozorów, że chronią wolność, chociaż ją ograniczają, ukrywają swą bezpośrednią ingerencję w konsumpcję, udając że ingerują w produkcję[51]

 

W wyniku takiego postepowania gospodarki zdominowane zostały przez interes polityczne. Tym tylko można wytłumaczyć trwający od końca lat 90. ub. stulecia systematyczne ograniczanie wolnego rynku, gwałtowny rozrost interwencjonizmu, a w konsekwencji kryzys ekonomiczny, który trwa od końca 2008 roku.

IV. Interwencjonizm a socjalizm

Odkąd Ludwig von Mises[52] wykazał, że socjalizm, a więc ustrój, w którym instytucja własności prywatnej, poza przypadkami marginalnymi, praktycznie nie istnieje, a wszystkie lub niemal wszystkie środki produkcji należą do państwa, czyli mówiąc językiem teorii ekonomii dobrobytu są własnością publiczną, jest nie tylko zawodny, ale wręcz niespójny i niemożliwy do realizacji, większość rozwiniętych gospodarek świata przyjęła założenie, że fundamentem ich działalności gospodarczej będzie wolny rynek i własność prywatna. Można powiedzieć, że począwszy od początku XX wieku, a w przypadku krajów wspólnoty socjalistycznej, od końca lat 80., nadrzędność własności prywatnej — po latach nieobecności — powróciła jako paradygmat niemal całej światowej gospodarki. Mimo intuicyjnej przewagi polegającej na efekcie (wielkiej) skali, „naukowym planowaniu centralnym”, a także atrakcyjnie brzmiącej doktrynie egalitaryzmu i sprawiedliwości społecznej, socjalizm nie powiódł się. Zarówno na płaszczyźnie ekonomicznej, gospodarczej, jak i społecznej jego porażka była niewątpliwa nawet dla ortodoksyjnych marksistów. Jednakże po chwilowej fascynacji[53] prywatyzacją, a nawet i kapitalizmem, powrotowi do systemu wolnorynkowego towarzyszy — zarówno w byłych krajach socjalistycznych, jak i rozwiniętych gospodarkach Zachodu — niesłabnąca popularność własności publicznej (uspołecznionej). Liczne regulacje[54] rządowe w latach 2008-2010 dowodzą, że interwencjonizm państwa w gospodarce cieszy się znacznym poparciem tak rządzących, jak i rządzonych. Powraca też dyskusja, zapoczątkowana wraz z rewolucją przemysłową i powstaniem kapitalizmu, nad możliwością ustanowienia „trzeciej drogi”, czy jak kto woli, kompromisu między socjalistycznym systemem współdziałania ludzi a systemem wolnorynkowym. Tym kompromisowym rozwiązaniem jest właśnie interwencjonizm, czyli gospodarka rynkowa „wspomagana” przez rząd. Stronnikami takiego rozwiązania są twórcy i zwolennicy ekonomii dobrobytu. Zakładając, że to oni mają rację, zastanówmy się, jak taki system działa w praktyce.

Z jednej strony obowiązuje w nim prywatna własność środków produkcji i wolna wymiana rynkowa, z drugiej rząd[55] wydaje polecenia odnośnie sposobu użycia (lub nieużycia) danych środków, czy to zakazując (lub nakazując) pewnych wymian. Polecenia te mają charakter siłowy, co oznacza, że odmowa ich wykonania spotka się z groźbą, lub karą pozbawienia wolności, a niekiedy i życia. Strata jest więc podwójna. Primo, obywatele, a w szczególności przedsiębiorcy i konsumenci nie mogą mieć tego, co pragną, secundo, siłowe działania rządu (regulacje) kosztują. Człowiek zmuszony do robienia tego, czego nie chce, albo nierobienia tego, co chce, nie jest w stanie zaspokoić swoich najważniejszych celów. Pozbawiony możliwości produktywnego wyboru działa w sposób mniej produktywny, albo nieproduktywny. W efekcie, działający człowiek osiąga mniej, niż by osiągnął, gdyby działał w warunkach wolności wyboru. Pomijając arbitralność i błędność działań urzędników, którzy  posługują się siłą, takie hamowanie przedsiębiorczości jest równoznaczne z ograniczeniem prawa własności, w tym „wrodzonej zdolności do tworzenia i postrzegania nowych celów i środków oraz działania nakierowanego na osiągnięcie tych celów”[56]. Z czasem sfera interwencji poszerza się, a sfera wolności i przedsiębiorczości zawęża. Wymiana rynkowa w coraz większym stopniu wypierana jest regulacjami rządowymi. Rynek jest wolny tylko przez przypadek, albo w takim zakresie, w jakim pozwala na to rząd. Austriacki ekonomista pisze:

 

Decyzja o tym, co jest dobre, a co złe, należy  do rządu. W konsekwencji interwencjonizm odrzuca w teorii i praktyce to, co pierwotnie odróżniało go od zwykłego socjalizmu, i przyjmuje zasady totalitarnego wszechstronnego planowania[57].

 

W ten oto sposób, interwencjonizm przechodzi w socjalizm, tyle że „na raty”.

Nawet najbardziej okrutna władza trwa tylko dotąd, dopóki posiada poparcie społeczne. Nie musi mieć absolutnej większości, a nawet większości w ogóle. Wystarczy jedynie, że milcząca większość przeciwko niej nie występuje. Rodzi się zatem pytanie; jak to możliwe, że obywatele, a więc wyborcy, godzą się, albo przynajmniej nie sprzeciwiają władzy, która psuje gospodarkę, konfiskuje owoce ich pracy, a tym samym obniża standard ich życia? Nie widzą w tym swojej krzywdy, czy może w dążeniu do socjalizmu widzą sens i dlatego mu się nie sprzeciwiają?

Powodów zgody na istniejący status quo, tolerancji wobec błędów, czy braku zdecydowanego sprzeciwu wobec nich jest kilka. Prócz ignorancji, największy wpływ ma tutaj nieprzewidywalność przyszłości i jej najbardziej przykra konsekwencja, jaką wydaje się być poczucie zagrożenia. Dla wielu ludzi „strach ma wielkie oczy” — aby zapewnić sobie nieco więcej poczucia bezpieczeństwa, gotowi są pójść na kompromis i za niego zapłacić. Poczucie zagrożenia jest uczuciem negatywnym. Gdy na dodatek towarzyszy mu zwykła  ludzka chciwość, wielu obywateli może dojść do wniosku, że jeśli zdarzy im się rzeczywiście więcej nieszczęść, czy innych nieprzewidywalnych, a kosztownych zdarzeń (np. duża ilość dzieci, większa niż w innych rodzinach, albo gdy będą bardziej podatni na choroby niż inni obywatele), rozłożenie takich wydatków na całą populację będzie dla nich korzystniejsze niż opłacanie ich samemu. Pesymizm i lęk są zwykle uczuciami dominującymi nad optymizmem i poczuciem bezpieczeństwa. Silny wpływ na ten rodzaj myślenia ma uczucie zawiści, które sprawia, że ludzie chętniej godzą się na płacenie podatków, pod warunkiem, że płacą je także inni. Obowiązek podatkowy, i to nawet dość dotkliwy, tolerowany jest chętniej jeśli dotyczy także innych, a najlepiej wszystkich. Wynika to także ze swoistego poczucia sprawiedliwości, która chyba najbardziej wspiera paradygmat państwa opiekuńczego.

Jednakże rozumienie pojęcia sprawiedliwości bywa często błędne i utopijne. Wiąże się to z poruszanym wcześniej pojęciem szkodliwej „wszechwładzy rynku”, buntem przeciwko ludzkiej chciwości, przeciwko sprowadzaniu wszystkiego do zysku i tego typu złem. Receptą na nie ma być ustanowienie autorytetu, który będzie nad złymi skłonnościami człowieka czuwał i przed nimi zapobiegał. Jak? Ustanawiając normy sprawiedliwości; np. sprawiedliwe ceny, sprawiedliwe zyski, czy, rzadziej, sprawiedliwe zarobki. Tym normatywnym ciałem ma być państwo.

Zawistny i egoistyczny człowiek jest gotów poświęcić własną użyteczność, byle jego wyimaginowanej „sprawiedliwości stało się zadość”. Nie zdaje sobie sprawy z tego, że absolutna sprawiedliwość nie istnieje. Prawo, działanie może być sprawiedliwe tylko ze względu na wyznawany przez jednostkę, różny dla różnych ludzi, system wartości. Człowiek zaślepiony w swoich emocjach nie dostrzega, że lekarstwo na chorobę, którą chce uleczyć jest najczęściej bardziej szkodliwe niż sama choroba. Oddaje swoją wolność decydowania i posiadania na rzecz „zwierzchnictwa centralnego zarządu kierującego produkcją. (…) Władza wydaje polecenia i wszyscy muszą je wykonywać”[58]. Nie dopuszcza do siebie myśli, że „zakres wolności jednostki w systemie społecznej współpracy zależy od zgodności między korzyścią osobistą a dobrem publicznym”. Przypomnijmy myśl wypowiedzianą przez Adama Smitha, a powtarzaną przez przedstawicieli szkoły austriackiej:

 

Jednostka, która dąży do osobistego dobrobytu, przyczyniając się jednocześnie do zwiększenia dobrobytu innych[59] (a w każdym razie nie powodując pogorszenia sytuacji bliźnich), nie zagraża istnieniu społeczeństwa ani interesom innych[60].

 

Negowanie tej tezy jest równoznaczne z odbieraniem człowiekowi wolności, która zdaniem Misesa[61] jest „niezbędnym warunkiem tego, co nazywa się swobodami obywatelskimi w systemie współdziałania społecznego opartego na podziale pracy”. Zastąpienie jej wszechwładzą polityczną jest cofnięciem się w rozwoju cywilizacyjnym do socjalizmu. Wielkość państwa jest proporcjonalna do zakresu wolności, z jakiej człowiek zrezygnuje — dobrowolnie lub pod przymusem — na rzecz tego pierwszego.

 

V. Konkluzje

Powyższe wywody prowadzą do wniosku, że tylko działanie, które jest efektywne, produktywne, jest równocześnie sprawiedliwe. A jednocześnie, wszystko co sprawiedliwe jest efektywne i produktywne. Ponieważ żyjemy w świecie dóbr rzadkich, które mają alternatywne zastosowania, musimy dokonywać wyborów, które maksymalizują wykorzystanie zasobów znajdujących się w niedoborze. Zależy to w dużej mierze od umiejętności ich alokacji. Właściwa alokacja jest skutkiem umiejętności przedsiębiorczych człowieka, jego hierarchii celów oraz preferencji czasowej. Nie jest nam ona dana z góry, trzeba ją ustanowić, co w warunkach nieprzewidywalnej przyszłości nie tylko nie jest łatwe, ale nieustannie podlega zmianom wywieranym przez ludzi i zdarzenia. Właściwej alokacji, a tym samym efektywności sprzyja, wolność osobista i Wertfrei paradygmat wolnego wyboru i ochrony własności prywatnej. I to są założenia austriackiej teorii ekonomicznego dobrobytu. Tylko dzięki nim jesteśmy w stanie uniknąć podstawowych bolączek klasycznej teorii dobrobytu. Wymieńmy tylko najważniejsze z nich:

  1. Istnienie nieprecyzyjnej formy własności — własności publicznej rodzącej konflikty międzyludzkie;
  2. Istnienie przemocy, a ściślej ograniczanie wolności, w szczególności wolnego wyboru człowieka;
  3. Statyczne traktowanie gospodarki, będące rezultatem ignorowania unikalnej wiedzy przedsiębiorczej;
  4. Nieuwzględnienie w gospodarce preferencji czasowej;
  5. Uznaniowość, a w związku z tym błędna, najczęściej zaś niezgodna z hierarchią rzeczywistych, a więc wyrażanych przez rynek celów, alokacja zasobów. Przy czym decyzję co do jej kształtu podejmują arbitralnie rządzący (politycy) w oparciu o kryteria skażone normami moralnymi, a tym samym pozbawione wartości naukowej;
  6. Skutkiem błędnej (wadliwej) alokacji zasobów jest marnotrawstwo i zubożenie społeczeństwa[62].

W artykule chcieliśmy pokazać, że zawłaszczanie zasobów znajdujących się w posiadaniu prywatnym, czy to poprzez opodatkowanie, inflację czy regulacje rządowe,  oraz przeznaczanie ich na cele publiczne nie tylko osłabia paradygmat własności prywatnej, lecz także prowadzi do spadku produkcji, osłabienia wzrostu gospodarczego, obniżenia użyteczności przynajmniej u jednej osoby, co przeczy efektywności ekonomicznej wg kryterium optymalności zmian w rozumieniu Pareto.

Tymczasem celem wolnego, efektywnego, a zarazem sprawiedliwego społeczeństwa jest stworzenie gwarancji, że żaden człowiek nie zostanie pozbawiony swej własności, która jest rezultatem jego pierwotnego przedsiębiorczego zawłaszczenia; którą nabył w wolnej wymianie lub otrzymał w darze, czy to ze strony innych ludzi, społeczeństwa, a także państwa. Jakiekolwiek ograniczenie posiadania własności prywatnej jest niemoralne, osłabia kreatywność człowieka, jego przedsiębiorczość i produktywność, a w konsekwencji zagraża przyszłości cywilizacji.

Hiszpański ekonomista, Jesus Huerta de Soto uważa więc, że „socjalizm i ekonomiczny interwencjonizm (…) nie tylko są nieefektywne dynamicznie, ale także etycznie naganne”[63].

 


[1] Hans Hermann Hoppe, Of Private, Common, and Public Property and The Rationale for Total Privatization, „Libertarian Papers” 3, 1 (2011).

[2] Ibid.

[3] Ibid.

[4] Co prawda, systemy prawne krajów, w których dochodzi do ustawowego wywłaszczania własności na rzecz tzw. interesu publicznego (szkoła, droga, szpital itp.) regulują sposób tego wywłaszczenia, gwarantując np. godziwą rekompensatę finansową. Jednakże w większości takich przypadków dochodzi do rozwiązań siłowych. Należy do nich m.in. brak prawa do odmowy ze strony właściciela, arbitralność przy formułowaniu interesu publicznego, kwestie wysokości rekompensaty dla właściciela z tytułu utraconej własność, a także rezygnacja właściciela z planów związanych z wywłaszczaną własnością. Wiąże się z tym poczucie krzywdy właściciela wywołane odebraniem mu prawa wyboru. Ma to także silny wpływ na zmianę sposobu alokacji wywłaszczanego dobra.

[5] Miasto Warszawa jest największym pojedynczym posiadaczem nieruchomości w Polsce. Stało się nim częściowo w oparciu o ustawę nacjonalizacyjną, lecz także w wyniku wywłaszczeń dokonywanych począwszy już od 1918 roku. W jego posiadaniu znajduje się kilkadziesiąt tysięcy lokali mieszkalnych, a także kilkanaście tysięcy lokali użytkowych i komercyjnych. Administruje nimi osobny wydział zwany Zakładem  Gospodarowania  Nieruchomościami. Zapowiadana od  lat re-prywatyzacja tego majątku jest odwlekana z przyczyn politycznych.

[6] W systemach socjalistycznych i komunistycznych taki zapis znajduje się w konstytucjach państw, których dotyczą. Obywatel ma prawo do własności prywatnej, jednakże jest to zwykle własność o niewielkiej wartości.

[7] Takie przekonanie panowało w PRL. Patrz:  ks. Artur Filipiak, Wieczernik, „Własność niczyja? O nieuczciwym pracowniku”. 17 maja 2011, http://www.www.deon.pl/inteligentne-zycie/firma-praca-i-kariera/art,4,wlasnosc-niczyja-o-nieuczciwym-pracowniku.html. Pobrano: Sierpień 2011.

[8] Murray N. Rothbard, Interwencjonizm, tłum. R. Rudowski, Fijorr Publishing, Warszawa 2009.

[9] Takie zdarzenia miały miejsce w Warszawie w odniesieniu do gruntów, na których zlokalizowane są niektóre studnie oligoceńskie (np. przy ul. Puławskiej róg Dzierzby), jednakże z braku rzetelnej dokumentacji, której organ państwowy (przejmujący) nie prowadzi, nie przytaczamy tutaj konkretnych sytuacji. Źródłem opisanego przykładu jest jedynie pamięć ludzka.

[10] Mowa o Rozporządzeniu Rady Ministrów z dnia 30 stycznia 1947 r. w sprawie trybu postępowania przy przejmowaniu przedsiębiorstw na własność Państwa.

[11] Zobacz: http://www.illinoistaxliencertificates.com/. Pobrano Marzec 21, 2011.

[12] Chodzi o konkretną działkę przy ulicy Puławskiej 247 w Warszawie, na której urząd gminu Ursynów zbudował ujęcie wody oligoceńskiej, które będzie obiektem analizy ekonomicznej autora. Informacje na temat sytuacji własnościowej działki uzyskano na podstawie relacji mieszkańców sąsiadujących z działką (studnią oligoceńską) posesji. Gmina Ursynów, która działkę wywłaszczyła, nie dysponuje dokumentacją wywłaszczenia.

[13] Hans Hermann Hoppe, op. cit.

[14] Zobacz: Paweł Bała, Adam Wielomski, Prawa człowieka i ich krytyka, Fijorr Publishing, Warszawa 2008, s. 7.

[15] Elbert V. Bowden, Judith H. Bowden Ekonomia, Nauka zdrowego rozsądku, tłum. A. Szeworski, Fundacja Innowacje, Warszawa 2002, s. 59.

[16] Należą do nich np. związki zawodowe, które w większości krajów świata mają — z mocy prawa — prawo stosowania siły w swoich działaniach.

[17] Heinrich A. Rommen, El Estado en el pensamiento católico, Instituto de Estudios Politicos, Madrid 1956, s. 204 – 220.

[18] Hernando de Soto, Tajemnice kapitału, tłum. S.Czernik, Fijorr Publishing, Warszawa 2003.

[19] Murray N. Rothbard, Interwencjonizm, s. 322.

[20] Ayn Rand, Capitalism: Unknown Ideal, Signet Book, 1967, s. 321 i n.

[21] W oryginale: „the right to life, liberty, and the pursuit of happines”.

[22] Ayn Rand uważa wręcz, że prawo do życia jest jedynym prawem człowieka, wszystkie inne są tylko pochodną prawa do życia, prawa do własnego ciała, albo jego zastosowaniem. Patrz: Ayn Rand, op.cit., s. 322-323.

[23] W pracy tej ograniczamy się do koncepcji praw politycznych, przyjmując, że wyprowadzone z nich niektóre prawa, jak np. prawo do pracy, prawo do godziwego zarobku, do bezpłatnej nauki, do mieszkania etc. mają charakter ekonomiczny i zakładają przymus nakładany na innych ludzi, którym narzuca się obowiązek realizacji tych praw. Człowiek ma prawo do pracy i jej owoców tylko wtedy, gdy znajdzie innego człowieka, który dobrowolnie go zatrudni na podstawie wzajemnie akceptowanej umowy, w zamian za płacę, której wysokość stanowi część tej umowy. Jest to również szczególny przypadek podporządkowania praw człowieka prawu własności prywatnej.

[24] Pisze o tym m.in. Bertrand de Jouvenel w Redystrybucji, tłum. J. M. Fijor, Fijorr Publishing, Warszawa 2011.

[25] Przypadek ten opisany został przez Murraya N. Rothbarda w Interwencjonizmie, s. 325-26.

[26] Patrz: Bertrand de Jouvenel, Chairman’s Problem, „American Political Science Review” (czerwiec 1961),  s. 304-332.

[27] Murray N. Rothbard, Etyka wolności, tłum. J. Woziński i J.M. Fijor, Fijorr Publishing, Warszawa 2010, s. 210.

[28] Jedynymi wyjątkami są, posiadające charakter quasi-publiczny, niektóre duże firmy zbrojeniowe, w tym m.in. Raytheon, General Dynamics oraz Northrup Grumman, które zachowują ograniczony charakter prywatno-publiczny. Zob. http://www.globalsecurity.org/military/industry/top100.htm. Pobrano 6 kwietnia 2011.

[29] Sytuacja ta przypomina rolę managera (CEO) w wielkich korporacjach, który również jest dysponentem własności, którą zarządza, różnica tkwi jednak w tym, że manager działa w interesie właścicieli prywatnych (akcjonariuszy), których prawo własności — w przeciwieństwie do własności publicznej — może być sprzedane, darowane, czy w jakiś inny sposób cedowane na innych.

[30] Murray N. Rothbard w Ekonomii wolnego rynku, t. III, tłum. R. Rudowski, Warszawa 2008 s. 344 nazywa ten transfer: „przeznaczeniem  na zastosowania, które urzędnicy państwowi uznają za najwłaściwsze”.

[31] Czempionem tego podejścia jest wybitny ekonomista amerykański, Simon Kuznets. Zob. Simon S. Kuznets, Modern Economic Growth. Rate, Structure and Spread,  rozdz. III,  Yale University Press (1967).

[32] Wątpliwości takie pojawiają się na przykład w odniesieniu do straży pożarnej, policji państwowej, poczty państwowej etc.

[33] Murray N. Rothbard, Ekonomia wolnego rynku, t. III, s. 346.

[34] Zobacz. Richard A. Musgrave, James M. Buchanan, Finanse publiczne a wybór publiczny, Wydawnictwo Sejmowe, Warszawa 2005, s. 126 i n.

[35] Z faktu, że spółka państwowa KGHM zarobiła w 2010 roku ok. 4,5 miliarda złotych nie wynika wcale, że gdyby KGHM była firmą prywatną, zyski nie byłyby większe.  Zob. http://www.money.pl/gielda/wiadomosci/artykul/zysk;kghm-u;wyzszy;o;ponad;90;procent,24,0,786200.html. Pobrano 9 marca 2011.

[36] Hans H. Hoppe komentuje ten fakt w Ekonomii i etyce własności prywatnej, tłum. K. Nowacki, Fijorr Publishing, Warszawa 2011, s. 322. „Aby dojść do wniosku, że państwo musi zapewniać dobra publiczne, które inaczej nie byłyby wytwarzane, trzeba przemycić normę. (…) Potrzebując normy dla uzasadnienia swojego wniosku, teoretycy dóbr publicznych wyszli poza granice ekonomii jako nauki pozytywnej i weszli w obszar etyki”.

[37] Ludwig von Mises, Ludzkie działanie, tłum. W. Falkowski, Instytut Misesa, Warszawa 2007, s. 225.

[38] Rothbard, Ekonomia wolnego rynku, t. III.

[39] Ibid.

[40] Próby potwierdzające spostrzeżenie Rothbarda czynione były w zakładach produkcyjnych byłej Jugosławii.

[41] Do takich firm należą: Lasy Państwowe, ZUS, zakłady komunikacji miejskiej i wiele innych. Więcej na ten temat można znaleźć  na portalu wyborcza.pl pod adresem: http://info.wyborcza.pl/temat/wyborcza/przedsi%C4%99biorstwa+pa%C5%84stwowe. Pobrano 19 marca 2011.

[42] W prasie polskiej ukazują się doniesienia sugerujące istnienie kreatywnej księgowości w spółkach węglowych należących do Skarbu Państwa, które w rubryce dochody wpisują dotacje. Patrz: www.wnp.pl, Danie Ciepiela, „Co spółki węglowe zrobiły z pieniędzmi z zysku za rok 2010”,  http://gornictwo.wnp.pl/co-spolki-weglowe-zrobily-z-pieniedzmi-z-zysku-za-rok-2010,144817_1_0_0.html . Pobrano 15 sierpnia 2011.

[43] Zagadnieniu temu poświęcona jest książka Marka Skousena, Struktura produkcji, tłum. K. Śledziński, Fijorr Publishing, Warszawa 2011.

[44] Ludwig von Mises, Ludzkie działanie, tłum. W. Falkowski, Instytut Misesa, Warszawa 2007 s. 103 i in.

[45] Patrz np. Friedrich A. von Hayek, Zgubna pycha rozumu. O błędach socjalizmu. Tłum. M.T. Kunińscy, Arcana Kraków, 2004. S. 145-146.

[46] Hans Hermann Hoppe przytacza następujące słowa Rothbard zaczerpnięte z Ekonomii wolnego rynku t. III, s. 275 i n.: „Pogląd [że działanie wolnego rynku trzeba  przywrócić do optimum poprzez działanie poprawcze państwa] całkowicie myli sposób, w jaki ekonomia zawsze uznaje działanie wolnego rynku za optymalne. Jest ono optymalne nie z punktu widzenia osobistych poglądów etycznych ekonomisty, ale z punktu widzenia swobodnych dobrowolnych działań wszystkich uczestników i zaspokojenia swobodnie wyrażanych potrzeb konsumentów. Zatem wmieszanie się rządu koniecznie i w każdym przypadku oddala od takiego optimum”.

[47] Rotbard w Etyce wolności, s. 269, pisze na ten temat m.in.: „Jest to przymusowe przejmowanie własności mieszkańców (lub raczej: poddanych) państwa”. I dodaje: „Sformułowanie definicji opodatkowania niezawierającej jednocześnie sugestii kradzieży byłoby dla wielu bardziej sceptycznych czytelników pouczającym ćwiczeniem”.

[48] Zwłaszcza, że każde opodatkowanie odbywa się kosztem alternatywnych zastosowań produktywnych, które przecież nie muszą być wcale produkowane w sektorze państwowym. Patrz: Jan M Fijor, „Czy dobra publiczne są naprawdę publiczne”. Studia Ekonomiczne, nr 1  (2011) .

[49] Wykupywanie zbankrutowanych lub zagrożonych przedsiębiorstw przemysłowych czy banków, co miało miejsce w czasie kryzysu 2008/2009 roku odbywało się przy założeniu, że z chwilą, gdy firmy te odzyskają dobrą kondycję finansową, zostaną natychmiast odsprzedane prywatnym inwestorom.

[50] Pisał o tym obszernie przy okazji omawiania reformy systemu OFE, prof. Leszek Balcerowicz  w artykule „Uważajcie na obietnice, (nie)Święci Mikołajowie”, Gazeta Wyborcza.pl z 2 lutego 2011, http://wyborcza.pl/1,97863,9021988,Balcerowicz__Uwazajcie_na_obietnice___nie_Swieci_Mikolajowie.html. Pobrano 5 kwietnia 2011.

[51] Ludwig von Mises, Ludzkie działanie, s. 621.

[52] Ludwig von Mises, Socjalizm, tł. S. Sękowski, Arcana, Kraków 2009.

[53] Rzadziej wynikała ona z pobudek ideologicznych, częściej z braku środków do finansowania działań rządu.

[54] Przykładem może być pakiet mający stymulować gospodarkę amerykańską, w ramach którego znacjonalizowano ponad 200 banków, a także m. in. największą firmę prywatną, General Motors, subsydia ratujące budżety Węgier, Grecji i Portugalii, a w Polsce np. częściowa nacjonalizacja OFE.

[55] Ludwig von Mises zwraca uwagę, że prawo do wydawania takich decyzji może rząd zlecić innym instytucjom (np. agencjom, związkom zawodowym, NGO, a nawet uprzywilejowanym prywatnym podmiotom gospodarczym).

[56] Zobacz. Jesus Huerta de Soto, Sprawiedliwość a efektywność, tłum. K. Śledziński, Fijorr Publishing, Warszawa 2010, s. 47.

[57] Ludwig von Mises, Ludzkie działanie, s. 612.

[58] Ibid., s. 616 i n.

[59] Nagroda w postaci zysku czy innej formy dochodu jakiegoś człowieka — poza przypadkami siłowego zaboru mienia — jest proporcjonalna do uznania, jakim się on cieszy w społeczeństwie. Dobrobyt człowieka pochodzi od reszty społeczeństwa, które płaci za jego pracę, wysiłek, czas, wiedzę, talent przedsiębiorczy, kreatywność i inne umiejętności, dzięki którym jest w stanie zaspokajać potrzeby innych ludzi (konsumentów).

[60] Ludwig von Mises, op. cit.

[61] Ibid.

[62] Oznacza to, że użyteczność takiego działania jest mniejsza od użyteczności w warunkach alokacji opartej na wolnych wyborach uczestników rynku.

[63] Zobacz. Jesus Huerta de Soto, Sprawiedliwość a efektywność, s. 47.

Podobał Ci się artykuł?

Wesprzyj nas
Avatar

O Autorze:

Jan M. Fijor

Pozostałe wpisy autora:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Nasi darczyńcy