Haberler: Pieniądz i cykl koniunkturalny

24 maja 2012 Cykle koniunkturalne komentarze: 0

Autor: Gottfried Haberler
Źródło: mises.org
Tłumaczenie: Stanisław Kwiatkowski, Mateusz Benedyk
Wersja PDF; EPUB; MOBI

Ten artykuł został pierwotnie opublikowany w Gold and Monetary Stabilization (Lectures on the Harris Foundation), red. Quincy Wright, Chicago 1932.

I

Gdy w czasie tego wykładu będę mówił o cyklu koniunkturalnym, nie będę myślał o takich finansowych i gospodarczych wstrząsach, jakie przeżyliśmy w ciągu ostatnich kilku lat na całym świecie. Poruszenie tych dramatycznych tematów byłoby być może ciekawsze — mowa o spekulacjach, kredytach, zapaściach na giełdzie, bankructwach, panikach, wewnętrznym i zewnętrznym ostrym kryzysie finansowym, drenażu złota i wszystkich politycznych reperkusjach tych zdarzeń. Zamierzam się jednak oprzeć pokusie udramatyzowania swojej przemowy i postaram się skupić na bardziej fundamentalnych zdarzeniach gospodarczych, które leżą u podstaw bardziej spektakularnych wyżej wymienionych wydarzeń.

Aby zrozumieć cykl koniunkturalny, konieczne jest rozróżnienie pomiędzy pierwotnymi i fundamentalnymi zdarzeniami a tymi, które są jedynie wtórne albo przypadkowe. Fundamentalnymi cechami cyklu koniunkturalnego jest sinusoidalne zachowanie aktywności gospodarczej — jeśli mogę pozwolić sobie na takie ogólnikowe wyrażenie. Rozwój gospodarczy nie następuje w sposób płynny i zrównoważony. Jest za to przerywany nie tylko poprzez czynniki zewnętrzne — takie jak wojny i katastrofy — lecz poddany jest także wewnętrznym zaburzeniom: okresy gwałtownego wzrostu poprzedzają okresy stagnacji.

Uwagę ekonomistów przykuły z początku zjawiska wtórne — gwałtowne zapaści i finansowe paniki. Próbowano je tłumaczyć pojedynczymi wypadkami, pomyłkami, błędną spekulacją po stronie zaangażowanych banków i przedsiębiorców. Jednak ich regularne nawroty w XIX w. skłoniły ekonomistów do uznania, że nie mają do czynienia z odizolowanymi przypadkami, lecz z objawami choroby toczącej całą gospodarkę.

W drugiej połowie XIX w. wydawało się, że problemy te ulegają złagodzeniu. Szczególnie te bardziej rzucające się w oczy zjawiska, takie jak gwałtowne zapaście, bankructwa i paniki, stały się rzadsze, a zdarzały się nawet cykle koniunkturalne całkowicie ich pozbawione. Przed wojną zapanował konsensus, że tendencja ta się utrzyma i dramatyczne wydarzenia, których świadkiem był wiek XIX, należą do przeszłości.

Obecny kryzys wskazuje, że nasza radość była przedwczesna, ponieważ plagi te dalej gnębią system kapitalistyczny.

Z doświadczeń przeszłości możemy się nauczyć jednej rzeczy: zrozumienie mechanizmu, który wywołuje cykle w systemie kapitalistycznym, wymaga zajęcia się zjawiskami fundamentalnymi oraz abstrahowania od czynników wtórnych, które mogą, lecz nie muszą występować.

Jeżeli odsuniemy na bok zjawiska wtórne, cykl koniunkturalny przedstawia się jako okresowe fluktuacje aktywności przedsiębiorców, lub — by ująć to precyzyjniej — produkcji. Wzrost produkcji nie następuje w sposób ciągły i nieprzerwany; cechuje go oscylowanie wokół rocznej średniej. Nie ma większego znaczenia, czy oscylacje te polegają na zmniejszeniu produkcji w wymiarze absolutnym, czy tylko wpływają na spadek stopy wzrostu.

W tym wykładzie nie jestem zainteresowany pomysłowymi narzędziami, które statystycy konstruują, aby odizolować cykliczne wahania koniunktury od innych okresowych i chaotycznych ruchów, na które się nakładają, lub które są nakładane na nie. Zakładam na potrzeby analizy, że istnieje coś takiego jak cykl koniunkturalny, który nie jest tożsamy z cyklem sezonowym w każdym roku ani z chaotycznymi ruchami wywołanymi przez wojny czy okresy gwałtownej, państwowej inflacji. Warto to podkreślić, ponieważ zdarzało się, że samo istnienie takiego oddzielnego typu fluktuacji było podważane. Następnie założę, że jesteśmy w stanie statystycznie wyizolować te wahania.

Naszym głównym zadaniem będzie wyjaśnienie tych ruchów w kontekście roli, jaką w nich odgrywa pieniądz rozumiany w najszerszym sensie, zawierającym kredyt i pieniądz bankowy.

 

II

Nie istnieje zbyt wiele wyjaśnień cyklu koniunkturalnego — celowo nie używam terminu „teorii cyklu koniunkturalnego”, ponieważ wiele osób uprzedzonych jest do tego terminu — w których znaczącej roli nie odgrywałby pieniądz. Następujące rozważania mają na celu wyjaśnić, dlaczego każde takie wyjaśnienie powinno przypisywać centralną rolę pieniądzu. Abstrahując od wymienionych wcześniej zjawisk wtórnych, jednym z najwyraźniejszych symptomów cyklu koniunkturalnego jest wzrost cen w czasie prosperity i ich spadek w czasie depresji. Z drugiej zaś strony odnotowuje się wzrost produkcji w pierwszej fazie i jej spadek w drugiej. Jednak poza zwiększoną ilością wyprodukowanych i sprzedanych dóbr, mamy też do czynienia ze wzrostem aktywności w innych działach gospodarki, gdzie również występuje przyrost ilości transakcji — jak na przykład na giełdzie papierów wartościowych. Można więc bezpiecznie powiedzieć, że w pierwszej fazie cyklu występuje wzrost w ilości dokonywanych transakcji, podczas gdy w drugiej następuje jej spadek.

Powinno być jasne, że w celu obsłużenia tej dodatkowej ilości płatności, konieczna jest zmiana w cyrkulacji środków płatniczych w najszerszym sensie. Musi nastąpić jedna z następujących rzeczy:

(a)    przyrost ilości złota i legalnego środka płatniczego;

(b)    przyrost ilości banknotów;

(c)    przyrost ilości depozytów bankowych i kredytu;

(d)  przyrost ilości czeków, weksli czy innych środków płatniczych służących częściej lub rzadziej jako substytuty pieniądza;

(e)  przyrost szybkości cyrkulacji w przynajmniej jednym z wymienionych środków płatności.

Nie twierdzę, że lista ta jest wyczerpująca. Jest raczej wyrazem terminologicznej wygody w tym, jak chcę się wyrażać. Niektórzy autorzy wolą nazywać depozyty bankowe, z których można korzystać przy użyciu czeków, pieniądzem, pieniądzem bankowym czy pieniądzem kredytowym. Inni pozostawiają termin „pieniądz” jedynie dla prawnego środka płatniczego, a o depozytach mówią jako o środku do gromadzenia oszczędności lub do zwiększania efektywności dokonywania płatności poprzez zwiększenie szybkości obiegu pieniądza. Jeszcze inni mają awersję do terminu „szybkość obiegu pieniądza” i wolą mówić o zmianach w zapotrzebowaniu na pieniądz i środki płatnicze.

Nie wdając się w te techniczne szczegóły, mam nadzieję, że jest jasne, iż wzrost ilości środka płatniczego musi wystąpić w boomie, zaś w kryzysie nastąpi jego kontrakcja.

Żadna poważna teoria starająca się wyjaśnić cykl koniunkturalny nie może sobie pozwolić na przeoczenie, zignorowanie lub zaprzeczenie temu faktowi. Spory mogą pojawić się jedynie na płaszczyźnie: (a) w jaki sposób ekspansja zachodzi — czy pierwotny impuls pochodzi z ilości pieniądza kredytowego lub prawnego środka płatniczego i złota, czy tylko z przyśpieszenia obiegu któregoś ze środków płatniczych; oraz (b) jaka jest przyczynowo-skutkowa kolejność zdarzeń.

Jeśli chodzi o kolejność przyczynowo-skutkową, to — ogólnie rzecz ujmując — wydaje się, że możliwe są dwie odpowiedzi:

  1. Można założyć, że impuls pochodzi ze strony pieniądza; że obieg zostaje zwiększony poprzez celowe zachowanie się banków lub władz monetarnych — i że to jest przyczyną późniejszego łańcucha wydarzeń.
  2. Można twierdzić, że władze monetarne odgrywają rolę pasywną; że pierwotny impuls wychodzi ze strony towarowej; że zmiany w popycie na niektóre towary, zmiany w strukturze produkcji, wynalazki i innowacje, klęska urodzaju czy psychologiczne siły optymizmu i pesymizmu — że któreś z tych zjawisk i jego następstwa zwiększają lub zmniejszają wielkość produkcji, co w kolejnym kroku zwiększa obieg pieniądza. Większa podaż towarów generuje większy przepływ pieniądza.

Teorie należące do pierwszej kategorii, które utrzymują, że przyczyna cyklicznych wahań leży po stronie pieniądza, można nazwać „teoriami monetarnymi” cyklu koniunkturalnego. W szerszym znaczeniu możemy jednak do nich włączyć także te teorie, które sugerują, że pierwotny impuls może pochodzić ze strony towarowej, lecz utrzymują, że właściwe zachowanie władz monetarnych — efektywna i elastyczna regulacja obiegu pieniądza — może zapobiec poważnym zaburzeniom.

Jak zapewne wiecie, najczęściej rekomendowanym kryterium wyznaczającym pożądane w takiej teorii zachowanie jest „stabilizacja poziomu cen” w jednym ze znaczeń tego wieloznacznego terminu. Zapewne zgodzimy się, że nie sposób omówić tę kwestię w czasie jednej godziny. Ograniczę się więc do wskazania na niedoskonałości tego typu teorii monetarnych i ich zaleceń, które skupiają się wokół poziomu cen. Następnie postaram się przedstawić bardziej wyrafinowaną teorię monetarną, która została opracowana w ostatnich latach, choć nie jest jeszcze w tym kraju tak dobrze znana, jak na to zasługuje*. Ta udoskonalona teoria zdaje się wyjaśniać niektóre cechy cyklu koniunkturalnego, które nie są do końca zgodne z prostszym podejściem monetarnym, które identyfikuje wpływy monetarne ze zmianami w poziomie cen.

 

III

Tradycyjne podejście monetarne, którego reprezentantami są uznani autorzy, tacy jak pan Cassel, szwedzki profesor, czy pan Hawtrey z angielskiego Ministerstwa Skarbu, traktuje fazy cyklu analogicznie do tworzonej przez rząd inflacji i deflacji. Miejmy jasność, ma być to — co do zasady — dużo łagodniejsza forma inflacji i deflacji, jednak mająca takie same korzenia jak jej groźniejsze odpowiedniczki. Pan Hawtrey wyraża to w bezkompromisowym dictum: „Cykl koniunkturalny jest zjawiskiem czysto monetarnym” i ten cykl jest, co do zasady, tożsamy z inflacją z czasów wojny i następującą po niej deflacją, wynikającą z celowych zabiegów rządów dla przywrócenia przedwojennych kursów wymian swoich walut.

Pan Hawtrey oczywiście zwraca uwagę na istotną różnicę w sile tych dwóch typów inflacji i deflacji, a mianowicie na fakt, że ekspansja i kontrakcja, które wywołują cykl koniunkturalny, następują głównie poprzez niedostosowanie stopy dyskontowej, co nie jest typową metodą, jakiej używają do wywołania inflacji rządy. Twierdzenie, że obniżka stopy dyskontowej, szczególnie przez bank centralny, skłoni ludzi do pożyczania więcej, zwiększając tym samym ilość krążącego środka płatniczego i ceny, jest obecnie praktycznie powszechnie uznaną doktryną. Zwiększenie stopy dyskontowej będzie miało przeciwny efekt — będzie powodowało tendencję do obniżenia cen lub, jeśli ceny rosły, do zahamowania tego wzrostu. Wiem oczywiście, że powyższe zdanie powinno być przedstawione z pewnymi zastrzeżeniami. Ufam jednak, że przed tak kompetentną widownią wystarczy napomknąć, że twierdzenie to jest prawdziwe pod warunkiem, że wpływ stopy dyskontowej nie jest kompensowany innymi czynnikami wpływającymi na skłonność przedsiębiorców do brania pożyczek. Mając to na uwadze, możemy powiedzieć, że ceteris paribus zmiana w stopie dyskontowej będzie miała rzeczony wpływ na ceny. W każdej sytuacji istnieje taka stopa dyskontowa, która utrzyma ceny na stałym poziomie. Obniżenie stopy poniżej tego poziomu spowoduje ich wzrost, zaś jej podwyższenie — spadek.

Pan Hawtrey twierdzi, że istnieje w naszym systemie bankowym tendencja, by utrzymywać stopy procentowe zbyt nisko w czasie boomu. Ceny wtedy rosną, następuje inflacja kredytowa i — wcześniej czy później — banki zmuszone są do podjęcia kroków w celu ochrony swoich rezerw. Zwiększają stopy procentowe, doprowadzając do kryzysu i depresji.

Nie mamy tu czasu, aby szczegółowo opisywać pomysłowe wyjaśnienie, którym pan Hawtrey tłumaczy fakt, że banki zawsze idą o krok za daleko, że poruszają się niczym wahadło od jednego skraju do drugiego, nie zatrzymując się na równowagowym poziomie stopy procentowej. Argumenty pana Hawtreya różnią się od tych profesora Irvinga Fishera i innych autorów z tej grupy. To, co łączy ich wszystkich, to dostrzeganie źródeł zaburzeń gospodarczych w ruchach poziomu cen. Poprzez zmiany w poziomie cen ekspansja i kontrakcja kredytu oraz pieniądza mają wpływ na gospodarkę. Wierzą ponadto, że stabilność poziomu cen jest wystarczającym kryterium oceny racjonalności wielkości podaży kredytu. Jeżeli możliwe byłoby utrzymanie stabilnego poziomu cen, po boomie nigdy nie następowałaby depresja. Jeżeli poziomowi cen pozwolono by urosnąć, zaś nieunikniona reakcja nastąpiłaby, to aby zakończyć kryzys i przywrócić równowagę, wystarczyłoby zatrzymać spadek cen.

Wytłumaczę teraz, dlaczego to wyjaśnienie wydaje mi się niewystarczające. Innymi słowy, postaram się pokazać, że (a) poziom cen stanowi systematycznie mylący wskaźnik dla prowadzenia polityki monetarnej oraz że jego stabilność nie wystarcza, aby zabezpieczyć się przed kryzysami i depresjami. Jest tak, ponieważ (b) ekspansja kredytowa ma dużo głębszy i bardziej fundamentalny wpływ na gospodarkę, szczególnie zaś na strukturę produkcji, niż wyraża to zmiana poziomu cen.

Główną wadą tych teorii jest nierozróżnianie pomiędzy spadkiem cen, który wynika z faktycznej kontrakcji, a takim, który wynika z obniżenia kosztów jako konsekwencji wynalazków i technologicznych innowacji. (Przyznaję w tym miejscu, że zarzut ten nie dotyczy pana Hawtreya, który poprzez specyficzną definicję „poziomu cen” zauważa to rozróżnienie, jednak nie wyciąga z niego odpowiednich wniosków).

Jest prawdą, że w przypadku absolutnego spadku ilości pieniądza, popyt zmniejszy się, ceny spadną i nastąpi recesja. Normalne warunki powrócą dopiero wtedy, gdy wszystkie ceny zostaną obniżone, wliczając w to ceny czynników produkcji, szczególnie zaś płace. Może być to długi i bolesny proces, ponieważ niektóre ceny, np. płace, są sztywne, a także dlatego, że niektóre ceny oraz długi zakontraktowane są na określony czas, w którym nie mogą być zmienione.

Z powyższego nie wynika jednak, że tak samo będzie w przypadku spadku cen wynikającego z obniżenia się kosztów. Powszechnie uznaje się, że okres poprzedzający obecną recesję obfitował w ulepszenia technologiczne — zwłaszcza w wydobyciu surowców i w produkcji rolnej, ale także w produkcji fabrycznej.

Naturalne w takiej sytuacji jest, by ceny spadały stopniowo. Taki spadek nie może mieć negatywnych konsekwencji, jaki ma spadek wynikający z obniżenia się ilości pieniądza. Moglibyśmy być może mówić o „względnej deflacji” ilości pieniądza, względem wielkości produkcji, którą kontrastować można z „absolutną deflacją”.

Szczególnie ci autorzy, którzy kładą nacisk na rzadkość złota jako przyczynę obecnej recesji, winni są przeoczenia wyraźnej różnicy pomiędzy absolutną i względną deflacją. Rzadkość złota skutkować może jedynie relatywną deflacją, która nie mogłaby skutkować obecną recesją. Nieco później zajmiemy się pośrednim związkiem — nie wpływem — między „niewielką ilością” rocznego wydobycia złota a tym, jak ostra jest obecna recesja i jak gwałtowne są spadki cen.

Jak już wspomniałem, w latach 1924–27 i 1928 doświadczyliśmy bezprecedensowego wzrostu produkcji. Ceny towarów, mierzone wskaźnikiem cen hurtowych, były — jak wszyscy wiemy — bardzo stabilne. Wynika z tego, i bezpośrednie badania statystyczne to potwierdzają – że ilość środka płatniczego musiała wzrosnąć. Moglibyśmy nazwać ją „względną inflacją”, czyli takim wzrostem ilości środka płatniczego, który nie spowodował wzrostu cen towarów, ponieważ jedynie kompensował równoległy wzrost wielkości produkcji.

Pozwala nam to domniemywać, że to właśnie względna inflacja sprowadziła na nas problemy. Jeżeli tak by było — a wiele wskazuje na to, że to bardzo prawdopodobna możliwość — to stałoby się oczywiste, że poziom cen jest mylącym wyznacznikiem polityki monetarnej i że istnieją takie pieniężne efekty wpływające na gospodarkę, które nie mogą być odzwierciedlone w poziomie cen — przynajmniej w tym obrazowanym przez indeks cen hurtowych. Co więcej, istnieją dalekosiężne wpływy pewnych ruchów pieniężnych na system gospodarczy — mogące być widoczne w poziomie cen lub nie — które były całkowicie przeoczone w tradycyjnym wyjaśnieniu monetarystycznym, chociaż ich wpływ był zauważany (i interpretowany inaczej) przez niektóre niepieniężne teorie i deskryptywne analizy cyklu koniunkturalnego.

 

IV

Zmiany, które mam na myśli i które spróbuję teraz przeanalizować, dotyczą czegoś, co nazywam pionową strukturą produkcji, i powodowane są zmianami w podaży kredytu na produktywne cele. Analizując system gospodarczy, możemy dokonać jego poziomego i pionowego przekroju. Przekrój poziomy przedstawiałby różne gałęzie i branże ułożone względem różnych dóbr konsumpcyjnych, które produkują jako dobro ostateczne danej gałęzi: widzimy w nim przemysł żywieniowy, wliczając w to rolnictwo, przemysł włókienniczy, rozrywkowy itp. Branże, które produkują dobra produkcyjne, jak na przykład przemysł stalowy, należą jednocześnie do wielu gałęzi w przekroju poziomym, ponieważ stal i żelazo wykorzystywane są w produkcji wielu dóbr konsumpcyjnych. Stara zasada, że ogólna nadprodukcja nie jest możliwa, że nie możemy nigdy mieć zbyt wiele dóbr, bo ludzkie potrzeby są niezaspokajalne oraz że poważne dysproporcje mogą spowodować jedynie lokalną nadprodukcję — to zasady dotyczące poziomej struktury produkcji. Dysproporcjonalność jest tu rozumiana jako sytuacja, w której, z takiej czy innej przyczyny, właściwa proporcja środków produkcji przeznaczona do danej gałęzi gospodarki została zaburzona — np. zostało zainwestowane zbyt wiele środków w przemysł samochodowy, innymi słowy zostało skierowane do niego zbyt wiele kapitału i pracy, niż jest to uzasadnione przez relatywny popyt na dobra produkowane przez inną branżę. Mam nadzieję, że w sposób jasny wyraziłem, co mam na myśli poprzez poziomą strukturę i poziome dysproporcje produkcji.

Pionowego przekroju systemu gospodarczego dokonujemy, śledząc każde ukończone dobro konsumpcyjne poprzez różne etapy produkcji i patrząc, ile takich etapów dane dobro musiało przejść zanim dotarło do konsumenta. Weźmy np. parę butów i prześledźmy jej gospodarcze drzewo genealogiczne. Ścieżka poprowadzi nas od detalisty, przez hurtownika do fabryki butów; podążając wybraną gałęzią, których wiele spotyka się w tym miejscu, możemy podążyć w stronę maszyny do szycia używanej przy produkcji butów, do branży produkcji takich maszyn, przez hutę stali, aż do kopalń węgla i żelaza. Podążając inną gałęzią dochodzimy do farmy, na której hodowano bydło, z którego skóry produkuje się buty. Istnieje też wiele stadiów pośrednich, które występują pomiędzy głównymi etapami produkcji, a które sprowadzają się do usług transportowych. Każde dobro musi przejść wiele kolejnych stadiów w procesie produkcji, zanim trafi do rąk konsumenta. Znaczącą ilość czasu zajmuje przejście każdego elementu od źródła aż do ujścia, gdzie ginie on w bezdennym morzu konsumpcji. Jednak gdy wszystkie etapy już istnieją i są właściwie wyposażone w kapitał stały i obrotowy, możemy spodziewać się ciągłego dostarczania dóbr konsumpcyjnych.

W wyposażeniu kolejnych etapów produkcji odzwierciedlony jest akumulowany przez wieki ogół dóbr kapitałowych danego kraju. Ilość tych dóbr stanowi miarę długości struktury produkcji. W bogatym kraju struktura ta jest bardzo długa i dobra muszą przejść przez wiele etapów, zanim dotrą do konsumenta. W kraju ubogim struktura jest krótsza, a ogół produkcji mniejszy. Jeżeli w czasie rozwoju gospodarczego kapitał zostanie zakumulowany i zainwestowany, pojawią się nowe etapy produkcji. Mówiąc bardziej technicznym żargonem, procesy produkcji zostaną wydłużone, a produkcja stanie się bardziej okrężna. Jeżeli porówna się sposób, w jaki produkujemy dobra dzisiaj, ze sposobem, w jaki robili to nasi ojcowie, lub produkcję w kraju bogatym porówna się z produkcją w kraju ubogim, to zobaczy się niezliczoną ilość przykładów powyższego rozumowania.

Co ma to wspólnego z cyklem koniunkturalnym? Kiedy mówiłem o pionowej strukturze produkcji i wpływie czynników pieniężnych na nią, miałem właśnie na myśli wydłużanie się i skracanie procesów produkcji. Jest rzeczą oczywistą, że musi istnieć pewna proporcja pomiędzy gałęziami w poziomym przekroju gospodarki; podobnie musi istnieć proporcja pomiędzy środkami produkcji — kapitałem i pracą — obecnymi w wielu wyższych i niższych stadiach produkcji a wielkością produkcji bezpośrednio przeznaczonej do konsumpcji przy użyciu obecnego wyposażenia kapitałowego oraz przyrostem tego wyposażenia w celu przyszłego zwiększenia produkcji dóbr konsumpcyjnych.

Jeśli na przykład zbyt wiele pracy używane jest dla wydłużania procesów produkcji, a zbyt mało dla konsumpcji bieżącej, pojawi się niedostosowanie pionowej struktury produkcji. Pewne efekty pieniężne — a konkretnie efekty ekspansji kredytu obniżającej stopę procentową poniżej poziomu występującego na rynku w przypadku alokowania realnych oszczędności za pośrednictwem rynku kapitałowego — mogą doprowadzić do sztucznego zaniżenia stopy procentowej, która skłoni przedsiębiorców do wydłużenia procesów produkcji, czyli przeinwestowania. Ponieważ ukończenie procesu produkcji zajmuje określoną ilość czasu, może okazać się zbyt późno, że rozpoczęte procesy są za długie. Uruchomi to nieuniknioną reakcję (w sposób, który omówimy za chwilę), która podniesie stopę procentową do jej naturalnego poziomu, lub może nawet wyżej. Nowe inwestycje okażą się nieopłacalne i ukończenie okrężnych procesów produkcji stanie się niemożliwe. Zostaną one porzucone, a środki produkcji powrócą do starych, krótszych metod produkcji. Ten proces dostosowania pionowej struktury produkcji, który implikuje utratę znacznej ilości kapitału stałego, którego nie da się realokować, odbywa się w czasie recesji i stanowi o jej istocie.

Niestety nie możemy teraz przeanalizować wszystkich etapów tego procesu i porównać go z odpowiadającymi mu fazami cyklu koniunkturalnego, dla których stanowią zobrazowanie i wyjaśnienie. Mam nadzieję, że mogę dać wam przejrzysty obraz tego zjawiska przez porównanie tego, co dzieje się w społeczeństwie kapitalistycznym ze społeczeństwem komunistycznym.

To, co robią lub próbują zrobić teraz Rosjanie — plany pięcioletnie — to nic innego, jak desperacka próba zwiększenia okrężności produkcji, przez co ma się udać zwiększyć przyszłą konsumpcję. Zamiast produkować dobra konsumpcyjne przy użyciu istniejących prymitywnych metod, ograniczono tam produkcję na rzecz konsumpcji do poziomu absolutnego minimum. Zamiast butów i domów produkuje się tam elektrownie, huty, udoskonala się infrastrukturę — innymi słowy tworzy się uzbrojenie kapitałowe, który zamieni się w dobra konsumpcyjne dopiero po znacznym czasie.

Załóżmy na chwilę, że Rosjanom nie uda się wykonać tego ambitnego planu. Załóżmy, że rząd dojdzie do wniosku, że populacja nie jest w stanie znieść ogromnego wysiłku lub że powstało ryzyko wybuchu rewolucji, lub że lud w sposób demokratyczny postanowił zmienić politykę gospodarczą. W każdym z tych wypadków, jeżeli będą oni zmuszeni zarzucić rozpoczęte okrężne procesy produkcji, będą musieli zaprzestać budowy elektrowni, hut i fabryk traktorów, a w zamian za to rozpocząć produkcję prostych rozwiązań technicznych i narzędzi dla szybkiego zwiększenia produkcji pożywienia, butów i domów. Oznaczałoby to olbrzymią utratę kapitału, utopionego w porzuconych procesach produkcji.

To, co w komunistycznym społeczeństwie jest wykonywane na skutek decyzji komitetu centralnego, w naszym indywidualistycznym społeczeństwie zostaje wprowadzane w życie przez kolektywne, lecz niepodległe działanie jednostek i podtrzymywane przez mechanizm cenowy[1]. Jeżeli wiele jednostek lub korporacji zdecyduje się oszczędzać, czyli ograniczyć przez jakiś czas swoją konsumpcję, popyt na produkcję dóbr konsumpcyjnych spadnie, a dobra produkcyjne zostaną przesunięte do wyższych stadiów produkcji — cały proces produkcji zostanie w  ten sposób wydłużony.

Jeżeli będziemy opierać się na dobrowolnych oszczędnościach, możemy założyć, że w każdym roku podobna ilość produktu krajowego będzie zaoszczędzona — choć nie zawsze przez te same jednostki. W takim wypadku, w którym mamy stabilny napływ oszczędności, proces dostosowawczy nie opiera się w rzeczywistości na realnych przesunięciach dóbr produkcyjnych, a raczej na długotrwałej, stopniowej zmianie kierunku przepływu czynników produkcji do innych celów.

Nie istnieją powody, dla których proces ten nie mógłby się odbywać w sposób gładki i ciągły. Gwałtowne fluktuacje są wynikiem pewnych działań banków. Efekt podobny do dobrowolnej decyzji zwiększenia oszczędności, czyli przesunięcia czynników produkcji z bezpośredniej produkcji konsumpcyjnej na rzecz wydłużenia procesu produkcji, może być osiągnięty przez system bankowy. Jeżeli banki wykreują kredyt i zaoferują go pewnym przedsiębiorcom, którzy użyją go w swoich inwestycjach, strumień przepływów finansowych płynący do wyższych stadiów produkcji zostanie zwiększony. Jednak więcej czynników produkcji (porównując do dobrowolnych decyzji społeczności) zostanie realokowanych od produkcji dóbr konsumpcyjnych do wydłużenia procesu produkcji. To mają na myśli ekonomiści, gdy mówią o wymuszonych oszczędnościach. Początkowo wszystko układa się dobrze. Ale wkrótce ceny zaczynają iść w górę, ponieważ firmy, które otrzymują nowy pieniądz wykorzystują go, by przelicytować konkurencję w nabywaniu czynników produkcji — pracy i kapitału obrotowego — co ma odsunąć je od produkcji dóbr konsumpcyjnych. Płace i ceny pójdą do góry, a ograniczenie konsumpcji nastąpi kosztem tych, którzy nie mogą zwiększyć swojego przychodu. Jeżeli dzięki uprzedniemu dobrowolnemu zainwestowaniu oszczędności występuje już tendencja spadkowa poziomu cen, to nowy kredyt zamiast spowodować bezwzględny wzrost cen, może po prostu zrównoważyć spadek cen, który nastąpiłby bez niego.

Jednak po pewnym czasie nastąpi reakcja, zmierzająca ku przywróceniu poprzedniej sytuacji, która została zmieniona przez dopływ pieniądza. Nowe pieniądze staną się przychodem czynników wylicytowanych przez wyższe stadia produkcji, a odbiorcy tego dodatkowego przychodu najprawdopodobniej powrócą do dawnej proporcji pomiędzy oszczędzaniem a wydawaniem, czyli postarają się zwiększyć konsumpcję.

Jeżeli to zrobią, dawna proporcja strumieni pieniądza przeznaczonych na zakup dóbr konsumpcyjnych i produkcyjnych zostanie przywrócona. Przez pewien czas będzie można przezwyciężyć tę tendencję i kontynuować politykę ekspansyjną poprzez wstrzykiwanie nowych strumieni pieniądza w gospodarkę. Jednak takie zabiegi spowodują dalsze oraz coraz szybsze wzrosty cen i muszą wcześniej lub później się zakończyć. Stara proporcja pomiędzy popytem na dobra konsumpcyjne i produkcyjne zostanie w końcu przywrócona. Firmy z niższych stadiów produkcji, które były zmuszone wcześniej do niejakiego powściągnięcia produkcji, jako że czynniki produkcji zostały zatrudnione gdzie indziej, będą teraz mogły odciągnąć czynniki produkcji z wyższych stadiów. Nowe, okrężne metody produkcji, które zostały rozpoczęte pod wpływem sztucznego bodźca ekspansji kredytowej, lub przynajmniej ich część, staną się niedochodowe. Kiedy zostaną zarzucone, rozpocznie się kryzys i depresja. Stałoby się inaczej jedynie wtedy, gdyby nowe procesy były już ukończone, gdy dodatkowy pieniądz staje się dochodem, który wpływa na rynek dóbr konsumpcyjnych. Wówczas dodatkowy popyt znalazłby dodatkową podaż — zwiększony strumień pieniędzy korespondowałby ze zwiększonym zasobem dóbr. Jest to jednak prawie niemożliwe, gdyż długość procesów produkcyjnych jest znacznie większa niż długość obiegu pieniądza. Nowe pieniądze wpłyną na rynek dóbr konsumpcyjnych, zanim nowe procesy zostaną ukończone i dostarczą nowych dóbr konsumpcyjnych.

 

V

To wyjaśnienie recesji gospodarczych, którego szkic tutaj przedstawiłem, może być i było rozwijane. Jeśli ta interpretacja kryzysu i załamania struktury produkcji jest poprawna, to można dość łatwo przedstawić kolejne wydarzenia, używając bardziej znanych pojęć. Takie załamanie musi mieć początkowo poważne reperkusje. W naszej skomplikowanej gospodarce kredytowej, gdzie każda część systemu jest połączona — pośrednio lub bezpośrednio — z każdą inną siecią umów, trudności w jednym punkcie szybko docierają do innych miejsc. Jeśli niektóre banki — te ośrodki nerwowe, gdzie łączą się niezliczone relacje kredytowe— mają kłopoty i bankrutują, nadchodzi fala pesymizmu. Zapewne w wyniku ogólnej nerwowości i braku zaufania pojawi się deflacja kredytu jako drugorzędny fenomen. Te zjawiska, na których swoją doktrynę opiera w całości tradycyjne monetarne wyjaśnienie cyklu, sprawią, że sytuacja będzie jeszcze gorsza. Dlatego też drugorzędna fala depresji wywołana przez fundamentalne niedostosowania może stać się najważniejszym problemem. To zależy jednak w znaczniej mierze od konkretnych okoliczności danego przypadku, od charakteru organizacji kredytu, czynników psychologicznych. Nie można z góry określić dokładnie, jaką rolę odegrają drugorzędne czynniki w stosunku do „realnych” zaburzeń struktury produkcji.

Możemy teraz powiedzieć kilka słów o pośrednim związku rzekomo zbyt małych zasobów złota z obecnym kryzysem. Z pewnością prawdą jest, że od rozpoczęcia wojny ilość złota rosła wolniej niż ilość transakcji. Aby osiągnąć obecny poziom cen (około 50 proc. wyższy niż na początku wojny), trzeba było zbudować odpowiednio większą strukturę kredytu przy prawie niezmienionym zasobie złota. Jeśli taka inflacja została już dokonana, nie powinno to w normalnych czasach wywoływać problemów. Jednak w czasach kryzysu finansowego, kiedy rośnie niepewność, gdy pojawiają się runy i paniki, cały system staje w obliczu poważnych niebezpieczeństw. Jeśli większość środków płatniczych to złoto i pokryte w złocie noty i certyfikaty, nie ma niebezpieczeństwa nagłej anihilacji dużej części środków wymiany. Jeśli jednak światowy system płatności oparty jest na pieniądzu kredytowym, to istnieje ryzyko nagłej deflacji, gdy tylko ktoś zachwieje pustą konstrukcją kredytową.

Przyjęcie systemu sztabowo-złotego przez wiele państw spowodowało wybudowanie ogromnej budowli kredytowej na bazie istniejącego zasobu złota. Ta budowla może łatwo się załamać, jeśli te państwa porzucą obecny system i powrócą do starszej formy standardu złota.

Niesłusznym byłoby jednak oskarżać naturę o skąpstwo, sądząc, że sytuacja wyglądałaby inaczej, jeśli jakimś trafem produkcja złota byłaby znacznie większa w ostatnich 20 latach. Odpowiedzialność spoczywa bowiem na inflacji lat wojny i powojennych. Przy takiej polityce pieniężnej z kraju może zniknąć dowolnie duży zasób złota. Wtedy naturalną rzeczą jest wprowadzenie systemu waluty sztabowo-złotej w miejsce zarzuconego standardu złota — nawet jeśli oznacza to, jak już wspomniałem, wybudowanie kredytowej budowli na fundamencie dostępnego zasobu złota.

Jeśli roczna produkcja złota byłaby większa, niż miało to miejsce, jedyną różnicą byłoby wzniesienie jeszcze większej budowli kredytowej przy początkowym wyższym poziomie cen. Jeśli jest to poprawna prognoza hipotetycznego stanu rzeczy — a wydaje mi się ona wiarygodna — to gospodarcze konsekwencje ostatniej ekspansji kredytu (1927–29) i obecnej deflacji byłyby dokładnie takie same.

Rozróżnienie pomiędzy dodatkowymi, drugorzędnymi i akcydentalnymi czynnikami a pierwotnymi, „realnymi” niedostosowaniami procesu produkcji jest niezwykle istotne. Gdyby źródłem problemów była jedynie fala pesymizmu i absolutna deflacja, to rozwiązanie problemu byłoby dość proste. Nieważne jak silna jest deflacja i jakie czynniki ją wzmacniają — i tak drastyczne środki inflacyjnej polityki zlikwidują deflację względnie szybko.

Gdy jednak zrozumiemy, że za widocznymi zjawiskami kryje się ogromna błędna dystrybucja zasobów produkcyjnych, przestaniemy ufać wszystkim monetarnym znachorom, którzy proponują dziś inflacyjną politykę jako lek na całe zło, który przyniesie natychmiastową ulgę.

Jeśli zgodzimy się, że organizacja produkcji jest błędna i potrzebne są znaczne zmiany w dystrybucji pracy i kapitału, by przywrócić równowagę, to nieprawdą jest, że cykl koniunkturalny jest zjawiskiem czysto pieniężnym, jak utrzymuje pan Hawtrey. Nie jest to prawdą, mimo że to czynniki pieniężne spowodowały problem. Błędnej dystrybucji realnych zasobów — w przeciwieństwie do czysto pieniężnych zmian — nie można naprawić w krótkim czasie.

Nie przeczę, że możemy i powinniśmy walczyć z drugorzędnymi zjawiskami — wzmożonym pesymizmem i nieuzasadnioną deflacją. Nie mogę tu rozwinąć tego zagadnienia, więc powiem tylko, że nie możemy oczekiwać niczego więcej jak tylko taktyki leczenia objawów. Ponadto musimy być w swoich działaniach ostrożni, tak aby nie spowodować ponownego sztucznego zaburzenia strumieni wydatków konsumpcyjnych i produkcyjnych, które doprowadziło już do przeinwestowania i spowodowało cały problem. Najgorsze, co możemy zrobić, to jednostronne wzmocnienie siły nabywczej konsumentów, ponieważ to właśnie nieproporcjonalny wzrost popytu na dobra konsumpcyjne uruchomił kryzys.

Wielką zaletą zmodyfikowanego monetarnego wyjaśnienia cyklu koniunkturalnego, względem tradycyjnego ujęcia, jest właśnie wyjaśnienie „realnych” zmian, jakie powodują czynniki pieniężne. Tym samym zbudowano most pomiędzy wyjaśnieniami pieniężnymi i niepieniężnymi, połączono elementy prawdy, jakie istniały w każdym z podejść — i to połączono je w spójny system. Możemy teraz wyjaśnić dobrze znany fakt zwiększonych inwestycji w kapitał stały podczas boomu. To właśnie w segmencie budowy kapitału stałego i branży najważniejszych surowców do tej budowy potrzebnych (żelazo i stal) zachodzą największe zmiany — największy rozwój podczas boomu i najbardziej gwałtowne skurczenie produkcji w trakcie depresji.

Tradycyjne monetarne wyjaśnienia, które koncentrowały się na poziomie cen, utrzymywały, że realne zaburzenia struktury produkcji, podkreślane przez wszystkie opisowe studia cyklu koniunkturalnego, są zjawiskami nieważnymi i akcydentalnymi. Wyjaśnienie, które przedstawiłem, nie tylko opisuje ten fakt, jak robią to również teorie niepieniężne, ale także go wyjaśnia. Jeśli spadnie stopa procentowa, to realizacja większej liczby inwestycji będzie nagle brana pod uwagę. Pozwolę sobie przywołać przykład, jaki podał pan Keynes podczas wykładu dla Harris Foundation Institute w poprzednim roku. „Nikt nie sądzi, że opłaci się zelektryfikować kolej w Wielkiej Brytanii, jeśli stopa pożyczkowa wynosi 5%. […] Przy stopie rzędu 3,5% nie można twierdzić, że przedsięwzięcie się nie opłaca. Tak samo będzie z wieloma innymi projektami”[2]. Wydaje się jasne, że redukcja stopy procentowej faworyzuje zwłaszcza te branże, które wymagają znacznych zasobów kapitału stałego, np. kolej, elektrownie. Tam odsetki grają ważną rolę w rachunku kosztów. Istnieje poza tym ogólna tendencja do zastępowania pracy maszynami, jeśli kapitał staje się tani. Czyli więcej pracy i kapitału używa się przy produkcji maszyn, kolei, elektrowni i relatywnie mniej przy produkcji dóbr konsumpcyjnych. W ekonomicznym żargonie: zwiększa się okrężność produkcji. Kluczową obserwacją, która odróżnia mnie od pana Keynesa, jest stwierdzenie, że taki obrót sytuacji musi koniecznie doprowadzić do reakcji, jeśli wzrost produkcji nie jest finansowany przez realne, dobrowolne oszczędności jednostek i korporacji, lecz przez kreację ad hockredytu. Jest bardzo ważne z praktycznego punktu widzenia — ostatni boom powinien nam to uświadomić — że stabilny poziom cen towarów nie jest wystarczającą przeszkodą dla powstania sztucznego ożywienia poziomu produkcji. Mówiąc inaczej,

względna inflacja kredytu, zdefiniowana powyżej, spowoduje takie same cykliczne zmiany co absolutna inflacja.

Mam nadzieję, że udało mi się dość jasno przedstawić ulepszone monetarne wyjaśnienie cyklu koniunkturalnego. Jeszcze raz proszę o to, by nie brać krótkiego szkicu za kompleksowe przedstawienie problemu. Szczegółowa dyskusja nad tym przypadkiem wymaga grubego tomu rozważań. Dlatego też proszę was o wstrzymanie się ze swoim sądem, zanim problem nie zostanie wam wyjaśniony dokładniej. Chciałbym jednak poruszyć jeden zarzut wobec mojej teorii. Prawdą jest, że ma ona poważną wadę — jest znacznie bardziej skomplikowana niż tradycyjne monetarne wyjaśnienie. Śmiem twierdzić, że to nie tyle ułomność teorii, co złośliwość jej przedmiotu. Niestety, fakty nie zawsze są tak proste, jak chcieliby tego ludzie.

 


[1] Tłumaczenie zdania — Jan Lewiński: http://mises.pl/blog/2003/12/02/63/.

[2] J.M. Keynes, Unemployment as a World Problem, Chicago 1931, s. 39.

[*] Chodzi o Stany Zjednoczone roku 1932. Więcej o okolicznościach powstania  tekstu można przeczytać w S. Kwiatkowski, Gottfried Haberler, [w:] Ekonomiści Szkoły Austriackiej, red. R. Ciborowski, A. Kargol-Wasiluk, M. Zalesko, Białystok 2011 (przyp. tłum.).

Podobał Ci się artykuł?

Wesprzyj nas
Avatar

O Autorze:

Gottfried Haberler

Pozostałe wpisy autora:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *