Reid: Tyrania opiekunów kulturowych

7 września 2012 Antropologia ekonomiczna komentarze: 4

Autor: Mike Reid
Źródło: mises.org
Tłumaczenie: Kamil Strumidło
Wersja PDF

jarawaPaństwo jest najbardziej aroganckie, gdy stara się chronić nas przed samymi sobą. Nie ma chyba grupy ludzi poddanych bardziej absurdalnej polityce państwowej „ochrony” niż indyjskie plemię Jarawijczyków. Są zamknięci w rezerwacie i zabrania im się kontaktowania z obcymi pod pretekstem dbania o ich dobro.

Niedawny reportaż wyrażający troskę o przyszłość tej mało znanej grupy łowców-zbieraczy zaczyna się tymi słowami:

 

Samotnicze plemię Jarawa żyje na Andamanach. Stylowi ich życia zagrażają kłusownicy, drwale i turyści. (…) Pytamy, czy Indie mogą ochronić starożytne plemię na granicy wyginięcia.

 

Dziś żyje około 400 Jarawijczyków. Ich teren w dżungli funkcjonuje jako rezerwat od 1956 w celu ochrony ich czystego i prymitywnego życia od ułomności współczesnego świata. W związku z tym kontakt między Jarawijczykami a obcymi jest zakazany.

Może się wydać dziwne, że wielu Jarawijczyków sprawia wrażenie, jakby chcieli opuścić swój idylliczny, tropikalny Eden. Reportaż ukazuje zdjęcia mężczyzn jarawijskich proszących o żywność, lekarstwa, a nawet telefony w pobliskich indyjskich wioskach.

Szczęśliwie, zanim wystąpi jakieś katastrofalne zanieczyszczenie kulturowe, pojawia się policja, zagania Jarawijczyków do vanów i deportuje z powrotem do rezerwatu. Dzięki Bogu za rządową ochronę.

Ale może Jarawijczycy nie są tak naprawę „samotniczy”. Może nie są zbyt zainteresowani utrzymywaniem czystości kulturowej. Może, jak zdecydowana większość wszystkich istot ludzkich, wolą bogactwo niż biedę i pragną handlować z sąsiadami, by cieszyć się owocami światowego rynku.

 

Arogancja właściwa dyktatorom

Denis Giles, indyjski dziennikarz, z którym przeprowadzono wywiad w tym reportażu, uważa się za działacza na rzecz Jarawijczyków. Wierzy, że powinni być oni izolowani dla własnego dobra. Swoje krótkie (nielegalne) spotkania z nimi komentuje z żalem:

 

Oni są bardzo prostoduszni, a ich mózg jest prawie jak u nastolatka lub małego dziecka: taki prosty, taki czysty, taki nieskazitelny.

 

Oto klasyczne uzasadnienie państwowej kontroli nad biednymi: są umysłowo słabsi od nas; tak naprawdę są dziećmi. Nie wiedzą, co jest dla nich dobre. Muszą być chronieni silną, ojcowską ręką państwa.

Najwidoczniej Giles sądzi, że ci Jarawijczycy, którzy ignorują rząd i opuszczają rezerwat w poszukiwaniu podstawowej pomocy materialnej, popełniają straszny błąd.

Jest to dobry przykład tego, co Mises nazywa „arogancją właściwą dyktatorom”:

 

Nikt nie jest zdolny wskazać, co mogłoby uczynić innego człowieka bardziej szczęśliwym lub mniej niezadowolonym. Jeśli ktoś krytykuje nasze postępowanie, to albo mówi, do czego by dążył, gdyby był na naszym miejscu, albo z właściwą dyktatorom arogancją, nie licząc się z naszą wolą i aspiracjami, oświadcza, że mamy postępować tak, jak jemu się podoba.

 

Niezależnie od wszelkich życzeń romantyków, wielu Jarawijczyków (szczególnie młodych mężczyzn) wyraziło pragnienie wzięcia udziału w globalnym kapitalizmie. Pragną postępu materialnego. Chcą, jak mówi Mises:

 

więcej i lepiej jeść, chcą lepszych domów, ubrań i mnóstwa rozmaitych udogodnień. Chcą być bogaci i zdrowi.

 

Jarawijczycy w biznesie

Trzeba przyznać, że większość Jarawijczyków ma niewielkie szanse na zdobycie dużych przychodów na rynku, będąc robotnikami fabrycznymi lub pracownikami biurowymi. Jednak już obecnie zajmują się uzyskiwaniem skromnych dochodów z turystyki.

Podróż do rezerwatu jest oczywiście turystom surowo zabroniona. Kwitnie jednak szary rynek wycieczek autobusowych, przejeżdżających przez tereny Jarawijczyków przy Andaman Trunk Road, przewożących 500 turystów dziennie.

Jarawijczycy zwykle czekają wzdłuż drogi w nadziei na spotkanie tych turystów. Wiedzą, że zwiedzający z chęcią dadzą im jedzenie w zamian za obejrzenie tańca lub zrobienie kilku zdjęć.

Antropolog Vishvajit Pandya oficjalnie donosi:

 

Policja na terytorium Jarawijczyków (…) jest rozlokowana w wybranych miejscach, by się upewnić, że w przypadku, gdy grupa Jarawijczyków podejdzie do drogi, zwiedzający zostaną zawróceni z powrotem do lasu lub wprowadzeni do pojazdów i zabrani.

 

Ale w rzeczywistości nierzetelni policjanci zarządzają oraz kontrolują — i przypuszczalnie otrzymują łapówki od przewodników wycieczek — te wymiany. Zakaz kontaktów Jarawijczyków z obcymi faktycznie ich nie powstrzymuje; on jedynie przenosi zyski z tych spotkań od tubylców do państwowej policji.

Nic dziwnego, że Jarawijczycy wciąż są bardzo biedni pomimo świadczenia usług pożądanych przez dziesiątki tysięcy turystów każdego roku.

 

Życie kontra styl życia

Innym głównym uzasadnieniem narzuconej izolacji Jarawijczyków jest to, że cierpią z powodu ostatnich epidemii odry. Lecz sami Jarawijczycy rozumieją, że te choroby są skutkiem kontaktów z obcymi. Pandya donosi, że nazywają nowe choroby enen ulatey, co oznacza „ból dany od obcego.”

A jednak wciąż szukają tych kontaktów. Jarawijczycy znają zagrożenia i zdecydowali, że warto je znosić. (Ponadto, pomimo że Jarawijczycy odwiedzają lokalne szpitale z powodu bólu danego przez obcego, personel medyczny nie zanotował nigdy zgonu z powodu odry pośród Jarawijczyków[1]).

Dlaczego więc u licha rząd zabrania kontaktów między Jarawijczykami a obcymi? Co według siebie chronią?

W odpowiedzi na to pytanie pomóc może  sformułowanie z początku reportażu, wyrażające typową opinię lewicowych liberałów o egzotycznych, rzekomo prymitywnych ludach. „Wyginięcie”, którego tak się obawiają, nie oznacza śmierci biologicznej osób.

Głównym zmartwieniem nie jest życie Jarawijczyków. Zamiast tego, niebezpieczeństwem jest to, że ich „styl życia jest zagrożony”.

Oczywiście, styl życia jest po prostu kompletem wyborów dokonywanych przez osobę odnośnie do tego, jak żyć każdego dnia. Jeśli jutro dokonasz nowych wyborów, będziesz miał nowy styl życia. Jedynym sposobem gwarantującym zachowanie czyjegoś stylu życia jest odebranie mu możliwości dokonywania wyborów.

W kapitalizmie „styl życia” każdego człowieka jest niszczony codziennie w wyniku szukania nowych i ulepszonych dóbr konsumpcyjnych, np. telefonów.

Jarawijczycy już się dostosowali do nowej sytuacji. Znają hindi. Z pewnością mają układy z policją. A kilku Jarawijczyków poprosiło o przyjęcie do miejscowej szkoły.

Nie są nieskalanymi dziećmi żyjącymi w jakiejś Nibylandii, krainie niewinności i wiecznej stałości. Są myślącymi, rachującymi ludźmi, którzy pragną odrobinę materialnego rozwoju.

Beztrosko kontynuując, władze indyjskie wydały nową deklarację w sprawie polityki wobec Jarawa w 2004 roku. Według Pandya:

 

Ideą przewodnią (…) było utrzymywanie Jarawa w stanie „ochrony” w ich kulturowej tożsamości, naturalnym miejscu zamieszkania i zdrowiu. Byli uważani za „unikalne dziedzictwo ludzi”.

 

I o to chodzi. Jarawijczycy są dziedzictwem, eksponatem z muzeum, nad którym my, współcześni, mamy kontemplować. Muszą pozostać tacy sami, jak dotąd, aby reszta świata mogła z daleka rozmyślać nad ich nieskazitelnością. Widocznie taki jest obowiązek Jarawijczyków w stosunku do całej ludzkości — by pozostać w ahistorycznym ubóstwie i izolacji, niczym ascetyczni mnisi na zawsze pokutujący za materialistyczne grzechy reszty ludzkości.

Jak o krytykach wzrostu gospodarczego mówi Rothbard:

 

Korzystając z wygód i dostatku, o jakich w przeszłości nie śniło się nawet najbogatszym ludziom, z upodobaniem szydzą oni z „materializmu” i wzywają do powstrzymania dalszego rozwoju gospodarczego. Dla rzeszy populacji światowej żyjącej w brudzie takie nawoływanie do zahamowania wzrostu jest prawdziwie nieprzyzwoite.

 


[1] Biorąc pod uwagę częste kontakty między Andamanami a światem uprzemysłowionym w ostatnich 200 latach (region służył Brytyjczykom jako kolonia karna w XIX w. i przyczółek militarny dla Japończyków podczas drugiej wojny światowej), jest możliwe, że duża część ludności populacji Jarawa już była narażona na takie choroby.

Podobał Ci się artykuł?

Wesprzyj nas
Avatar

O Autorze:

Mike Reid

Pozostałe wpisy autora:

4 Komentarze “Reid: Tyrania opiekunów kulturowych

  1. Kilka uwag do artykułu „Tyrania opiekunów kulturowych” autorstwa Mike Ride’a, który ukazał się na stronie mises.org:

    1. Sugerowanie jakoby choroby zewnętrzne nie miały poważnego wpływu na społeczności znajdujące się w pewnej izolacji w stosunku do tzw. społeczeństwa narodowego, lub te znajdujące się w początkowym stadium wzajemnego kontaktu, mija się z dokumentacją faktograficzną w tym zakresie. Cała historia kontaktów Europejczyków z Rdzennymi Mieszkańcami Ameryki, dostarcza nam szerokiego spektrum przykładów (także dziś). By nie pozwalać sobie na tak odległe harce geograficzne, skupmy się jednak na ludzie o którym pisze Reid, czyli o Rdzennych Mieszkańcach Wysp Andamańskich, których pierwotnie możemy podzielić na Wielkoandamańczyków (ok. 10 plemion), Onge, Sentinelczyków i właśnie opisywanych w tym artykule Jarawa. Rzeczywiście, jak zauważa w przypisie Reid, Wyspy Andamańskie były w pewnym sensie najeżdżane przez Brytyjczyków, a następnie administrację indyjską na przestrzeni ostatnich 200 lat, i rzeczywiście Andamańczycy byli dotykani chorobami zewnętrznymi takimi jak syfilis i odra. Nie jest jednak prawdą jakoby te choroby nie miały niszczącego wpływu na Rdzennych Mieszkańców. Największe plemię Andamanów (czy raczej grupa plemion) – Wielkoandamańczycy zostało niemal wymazane na przestrzeni XIX i XX wieku. Nie mówimy tu o „wymazaniu kulturowym” o którym pisze Reid ale fizycznym. Gdy Brytyjczycy wylądowali na Andamanach, Wielkoandamańczyków było około 5 tysięcy. Po początkowym okresie wojen, najbardziej dotkliwe dla tego ludu okazały się zewnętrzne choroby. Jak pisze antropolog Radcliffe-Brown, który przebywał na Andamanach na początku XX wieku, w „marcu 1877 roku… epidemia odry objęła Andamanów i rozprzestrzeniła się szybko do jednego końca Wielkiego Andamanu po drugi. W ciągu sześciu tygodni 51 ze 184 leczonych w szpitalu przypadków skończyła się zgonem. Jest niemal pewne, że śmiertelność była znacznie większa w przypadku tych, stanowiących przeważającą większość, którym nie można było udzielić pomocy medycznej. Kronikarz Andamanów (Portman w 1899 roku) szacuje, że na odrę i jej następstwa zmarła połowa, jeśli nie dwie trzecie całej populacji”.
    Ostatecznie w najbardziej newralgicznym momencie, po dekadach kontaktu z 5-tysięcznej populacji Wielkoandamańczyków, żyło już nieco ponad 30 osób. Dzisiaj populacja Wielkoandamańczyków to 56 osób.
    Podobnie rzecz ma się z mieszkańcami Małego Andamanu, ludem Onge. Na przełomie XIX i XX wieku Onge liczyli sobie 670 osób. Dzisiaj ich populacja nie znacznie przekracza 100 osób. Powód redukcji ich populacji jest podobny do tego, który dotknął Andamańczyków. Wielkie epidemie z przełomu XIX i XX wieku w mniejszym stopniu dotykały Jarawa, którzy jak zauważa Radcliffe-Brown pozostawali „wrodzy”, czyli unikali kontaktu. Tylko nieliczne grupy Jarawa doświadczyły w tym czasie trwalszego kontaktu.

    2. Reid dość lekceważąco pisze, że „rezerwat [został wydzielony w] 1956 w celu ochrony ich czystego i prymitywnego życia od ułomności współczesnego świata”. Brzmi to tak jakby ten rezerwat utworzono po to by chronić Jarawa przed „naleciałościami kultury zewnętrznej”. Tymczasem chodziło tutaj raczej o zabezpieczenie rozległych ziem należących do Jarawa, służących im do polowania i zbieractwa, przed najazdem kolonistów, myśliwych itd. Szkoda, że Reid nie pisze o tym, że między indyjskimi osadnikami a pokoleniowymi właścicielami tych ziem, Jarawa dochodziło do starć.

    3. Szkoda,. że Reid nie odnosi się ani potępia manewrów indyjskiej administracji wysp, która od lat 60-tych i zwłaszcza 70-tych zaczęła regularnie zmniejszać „terytoria prawnie przyznane Jarawom”. Był to jawny zamach na „prawo własności” oraz przyzwolenie na penetracje i zabór zasobów naturalnych należących do Jarawa. Przodkowie plemion andamańskich przybyli tutaj prawdopodobnie ok. 60 tysięcy lat temu. Tymczasem w ciągu kilku dekad, zewnętrzna jednostka decyzyjna zaczęła uszczuplać terytoria należące do plemienia. To jawny zamach na prawo własności, tak przecież ważnej z punktu widzenia nauk austriackiej szkoły ekonomii. Szkoda, że Reid dla utwierdzenia przyjętej z góry tezy, pomija ten fakt, lub nie zadaje sobie trudu by zgłębić tą kwestie.

    4. Reid nie pisze również o tym, że wiele grup Jarawa celowo i otwarcie unikało kontaktów z przedstawicielami „społeczeństw zewnętrznych:, niemal na całej przestrzeni drugiej połowy XX wieku. Na lądzie dochodziło do strać między osadnikami, natomiast gdy od strony morza tubylcy dostrzegali zbliżające się łodzie, bardzo często po prostu oddalali się w głąb lądu. Rząd Indii oraz indyjska administracja Andamanów, by skłonić Jarawów do kontaktu od początku 1974 roku zaczęła posyłać misje kontaktowe, które uległy szczególnej intensyfikacji z początkiem 1981 roku. Pomimo usilnych prób Jarawowie, podobnie jak i Sentinelczycy (sąsiednie plemię z Wielkiego Sentinelu), pozostawali głęboko nieufni. Jakimi sposobami próbowano skłonić te plemiona do kontaktu? Oto ludzi posiadających swoją własną gospodarkę, metody pozyskania pożywienia (mięso, miód, owoce morza) zaczęto wabić zrzucaniem z pokładu łodzi worków z ryżem, narzędzi a nawet żywych dzikich świń. Przykład: http://www.youtube.com/watch?v=ExdEHU02Zk0&feature=related

    Tak więc przez kolejne 30 lat zaczęto zasypywać Jarawa stertą podarków, wielością dóbr o które nie musieli się starać. Znajdowali je w wioskach, na brzegu, lub gdy odważyli się, otrzymywali je w podobny sposób jak powyżej. Tym sposobem społeczności posiadające własną gospodarkę, były poddawane konsekwentnemu procesowi „oswajania” i „wabienia”. Jaki wpływ miał na Jarawa taki strumień darmowych i masowych prezentów, na ich wyobrażenie o świecie zewnętrznym, nie trudno przewidzieć. Myślę, że każdy zwolennik „ludzkiego działania”, powinien potępić tego rodzaju „socjalny eksperyment”. Pomimo tego aż do 1997/1998 roku Jarawowie względnie unikali kontaktu z przedstawicielami tzw. „społeczeństwa narodowego”. Wtedy właśnie niektórzy Jarawowie zaczęli udawać się do wiosek osadników i prosić o jedzenie i różne narzędzia. Obok spokojnych kontaktów, nie ubrani w zachodnią Jarawa, spotykali się z drwinami ludności napływowej, dochodziło do przypadków molestowania seksualnego kobiet.

    5. Redi nie poświęca niestety większej uwagi kwestii legalności budowy drogi, która została rzucona w głąb ziem Jarawów, i teraz służy do turystycznych wypadów oraz „nielegalnego zapuszczania się i przetrzebiania ziem plemienia”. Najwyższy Sąd Indii nakazał zamknięcie tej drogi (Andaman Trunk Road) już w 2004 roku. Pomimo tego administracja wyspy nigdy nie podporządkowała się temu wyrokowi.

    6. Jest coś wyjątkowo życzeniowego w sugestiach Redia jakoby Jarawowie mieli „zaakceptować” choroby. Każdy człowiek gdy odczuwa dyskomfort, dolegliwości i przypadłości pragnie je usunąć, i nie są one dla niego „dodatkową atrakcją”. Schorzenia jakich Jarawowie doświadczyli po intensywnych kontaktach, po 1998 roku, nie występowały wcześniej regularnie wśród członków tej społeczności. Toteż jako pewna naleciałość zostało to określone nową formułą językową: „ból dany od obcego.”. Nie znaczy to jednak jak pozwala uwierzyć czytelnikowi Reid, że to dla Jarawów nic od to poważnego. Podczas epidemii odry jaka wybuchła w 1999 roku na tą tak tragiczną w historii Andamanów chorobę, zapadło 108 osób (czytaj ok. 1/3 plemienia). W 2006 roku 42 dzieci Jarawa trafiło do szpitala z objawami zapalenia płuc i chorobami oka będącymi bezpośrednim następstwem odry.

    7. Reid podejmuje temat jako niezdrowy przykład nadopiekuńczości państwa. Warto przypomnieć jednak, że przez długi czas zarówno administracja Andamanów jak i rząd Indii (patrz wyżej) traktowały nonszalancko i obojętnie zarówno Jarawa i Sentinelczyków. Wyspa Sentinelczyków była najeżdżana przez rybaków i myśliwych. Jarawów traktowano tak jak wyżej. Dopiero zewnętrzne naciski i apele, zmusiły indyjską administracje, różnego szczebla, do podjęcia działań, zabezpieczenia ziem Sentinelczyków i Jarawa.

    8. Reid w swoim artykule, pragnąc udowodnić tezy „ludzkiego prosperowania” i „nadopiekuńczości państwa” częstuje swoich czytelników zadufaną dawką europocentryzmu. Chętnie widzi Jarawów jako pracowników fabryk lub pracowników biurowych. Nie interesuje go i nie zgłębia przyczyn oraz całego procesu, który doprowadził do obecnej sytuacji. Nie słyszymy tutaj wołania o uszanowanie prawa własności i oddanie Jarawom zagrabionych ziem, które są terytoriami o naprawde znacznej powierzchni. Reid nie docieka skąd wzięły się tabuny turystów zapuszczające się na ziemie plemienia. O kłusownikach przetrzebiających populacje zwierząt które służą Jarawom jako podstawowe źródło białka słyszymy, ale w tonie zupełnie ignorującym (panie Reid czemu nie oburza pana naruszanie zbiorowego prawa własności?). Kilka przytoczonych przez Reida cytatów rzeczywiście jest niedopuszczalne. Przecież nie może tu chodzić o zachowanie „ludzkiego muzeum”. Głównym powodem o którym piszą i mówią obrońcy praw człowieka i praw ludności tubylczej, w przypadku Jarawów, jest ochrona medyczna, w początkowej fazie kontaktów, gdzie nadal brak odporności immunologicznej, wreszcie zabezpieczenie ziem Jarawa przed zewnętrzną eksploatacją. Jarawowie nie są dziećmi, ale odrębnym, autonomicznym ludem z wielu tysiącletnią tradycją. Najazd na ich ziemie, na przestrzeni ostatnich dekad, a zwłaszcza doświadczenie ostatnich piętnastu lat, sprawi, że Jarawowie nie będą żyli już w zupełnym odosobnieniu. Mają jednak prawo do przejścia tego etapu, spokojnie, godnie, przy zachowaniu swojego dziedzictwa ekonomicznego, terytorialnego i społecznego. W przyszłości, całkiem niedalekiej, sami zadecydują w jaki sposób i do jakiego stopnia, stopią się z głównym nurtem społeczeństwa indyjskiego.

  2. Ad Damian Żuchowski
    Powinien Pan przesłać autorowi artykułu swoje uwagi jako kolejny dowód destrukcyjnego działania socjalistycznego państwa.

  3. „panie Reid czemu nie oburza pana naruszanie zbiorowego prawa własności” – przecież Rothbard powiedział że nie ma czegoś takiego jak zbiorowe prawo własności. Amen.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Nasi darczyńcy