Autor: Dominik Krysiński
Wersja PDF

Mówić o krytykach Smitha jest to już mówić o dzisiejszym stanie nauki. Nie wszyscy byli szczęśliwi w czynieniu zarzutów Smithowi. Do liczby pewnie między innymi lord Lauderdale należy. Say, wierny wykładacz zasad jego, który piątym już dzieła swego cieszy się wyda­niem, w wielu miejscach szczęśliwie wyjaśnił, sprostował teorię Smitha. Nic piękniejszego nad sposób, jakim wykrył uchybienie względem niesłusznego potępienia nazwiskiem klasy niepłodnej tych, co lubo materialną nie trudnią się pracą, mają jednak najwyższy i najpiękniejszy udział w udoskonaleniu wszelkiego rodzaju przemysłu, są niezbędnym warunkiem do ustalenia pomyślności narodowej i najdzielniej się przykładają do rozszerzenia prawdziwej cywilizacji. Porządny i jasny wykład, objaśnianie zasad ogólnych trafnymi przykładami, zdrowa krytyka, styl jędrny, prosty a jednak ozdobny są to zalety, które dzieło Saya, na wszystkie prawie języki tłumaczone, robią dziełem prawdziwie europejskiem. Niech jednak będzie wolno zrobić mu wyrzut, który by tu nie był dotknięty, gdyby nie miał bezpośredniej styczności z ocenieniem dzisiejszego stanu i dążnością nauki.

W r. 1815, to jest w 12 lat po pierwszym wydaniu Saya, Ganilh, autor zaszczytnie znany z dzieł o do­chodzie publicznym, o systematach nauki, ze swej teorii gospodarstwa narodowego, wreszcie z niedawno wydanego dykcjonarza, którego przekład wzbogacony światłymi uwagami winniśmy gorliwości uczonego rodaka i kolegi naszego[10], Ganilh, mówię, wydał dzieło pod tytułem: Teoria ekonomii politycznej. Nie jest tu miejsce ani czas zastanawiać się, jak dalece przeciwnik ten wielu głównych nauki Smitha punktów był szczęśliwym w tej często nierównej walce. Lecz kształt tego dzieła, a mianowicie panująca myśl, która ciągle przewodniczyła jego utworowi, za nadto była nową i śmiałą, a jeżeli będzie do wykonania zanadto użyteczną, aby nie miała uderzyć tych, którzy są zajęci ciągłą uwagą zmian, jakie zachodzą w nauce. Ganilh w dopiero co wspomnionym dziele zaprzecza, jakoby z tak nazwanych ogólnych i stałych faktów faits généraux et constants można wywieść naturę bogactwa narodowego, a tym mniej, aby dojść tą drogą do wykrycia prawideł, podług których powstają, roz­dzielają się i konsumują bogactwa.

Fakta ogólne i stałe, mówi on, są to prawa, które natura odwiecznie nakreśliła zjawiskom świata. I tak ciążenie, grawitacja jest prawem ogólnym. Lecz na próżno szukamy (mówi dalej) w zawikłanym świecie materialnym, moralnym i politycznym ogólnych faktów, to jest: prawa powszechnego i stałego, podług którego to co my bogactwem zowiemy, musi nim być koniecznie, a gdyby nawet takie ogólne prawo wykryć się dało, nie widzimy jeszcze, jakby z niego można wy­prowadzić sposoby powstania, rozdzielenia się i kon­sumowania bogactw, a kiedy w świecie fizycznym poznanie ogólnego prawa ciążenia nie wykrywa nam jeszcze ani sposobu, jak inne ciała powstają, ani ich rozlicznych własności i skutków, jakże w świecie daleko zawilszych zjawisk możemy tego żądać wypadku? Czyż już matematycznie jest udowodnionym (mówi Ganilh), że wszędzie, w najodmienniejszych położe­niach i stosunkach, bogactwa z jednakowego i tego samego wypływają źródła?

Po obszernym rozwinięciu w tym samym duchu dopiero dotkniętej myśli rozumie Ganilh, iż zamiast z tak nazwanych ogólnych faktów potrzeba raczej z szczególnych zjawisk w rozmaitych krajach skrupu­latnie śledzonych i uporządkowanych, to jest z badań statystycznych wspartych gruntowną znajomością tego wszystkiego, co tylko może światło na tak ważny rzucić przedmiot, potrzeba, mówi, starać się wykrywać praw­dziwe źródła narodowego bogactwa i zamiast roz­dzielać, jak dotychczas postępowano, ekonomię poli­tyczną od badań statystycznych, w ścisłym połączeniu tych dwóch nauk szukać rozwiązania spornych dotąd pytań gospodarstwa krajowego. Na okazanie, że tym sposobem dojść można do oznaczenia prawdziwego stanowiska nauki, Ganilh, jak się w tej mierze sam wyraża, przedstawia próbę swych usiłowań. Bierze dwa ze swego stanu bogactw znane narody — Anglię i Francję, a wystawiając statystyczne ich fakta do wykrycia źródeł bogactwa zdolne, porównywa otrzy­mane rachunkowe wypadki z zasadami upowszechnio­nymi w nauce. Jedne podług niego nowej nabierają mocy, drugie zmienia i usuwa jako nie wytrzymujące jedynej i stanowczej podług niego próby.

Nie do niniejszej rozprawy należy zgłębianie i oce­nienie dzieł Ganilha; nie tu jest miejsce śledzić, jak dalsze źródła, z których on swe wnioski wywodzi, noszą cechę tej rękojmi, która w podobnych badaniach jest niezbędną. Lecz któż nie postrzega, że stanowisko, z którego się na naukę patrzy, lekceważonym być nie może? Uderzenie w główną podstawę, którą Say tak skrupulatnie w dziele swoim usiłował ustalić, najści­ślejszego wymagało rozbioru. Dzieło mozolne Ganilha, w którym najczystsza chęć oświecenia się w materii tyle ludzkość, tyle pomyślność narodów obchodzącej panuje, w którym tyle dobrej wiary autor okazał, wymagało ze strony Saya obszernej krytyki, choćby już tylko dla samego zwalczenia podanej teorii. Lecz któż temu uwierzy, że Say nie tylko nie wchodzi w żaden rozbiór wzmiankowanego dzieła, ale nawet (co jest prawdziwym zgorszeniem) przywodząc wielu pomiernych pisarzy, wspominając o tłumaczach swego własnego pisma najmniejszej o Ganilhu i dziełach jego nie czyni wzmianki.

Wprawdzie w pierwszym wydaniu swojej teorii Ganilh usiłując w wątpliwość podać niektóre Smitha zasady nie znajdował potrzeby osobnego z Sayem walczenia, gdyż pierwszego jako naczelnika szkoły, drugiego tylko jako wiernego jej wykładacza uważał. W drugim atoli wydaniu, to jest, w r. 1822 obszernie zastanawia się nad główną Saya zasadą; a jednak w r. 1826, to jest przy piątym wydaniu, kiedym rozu­miał, że Say wejdzie na koniec w bliższe rozpoznanie zarzutów, toż samo co i dawniej gorszące względem Ganilha postrzegłem milczenie. Miałożby to postępo­wanie być odwetem obrażonej miłości własnej autora? Miałyżby drobne namiętności być przeszkodą i spóź­niać te pożądane w naukach chwile, gdzie z ważących i ścierających się zdań znakomitych a cnotliwych pisa­rzy zawsze dla ogółu korzystne wytryskuje światło?

Smutna ta myśl, a jednak w obecnym przypadku niezupełnie niepodobna. Ani na chwilę przypuścić mogę, ażeby kilka wierszy nacechowanych pewnym rodzajem wzgardy dla rachunkowych statystycznych badań były odpowiedzią na pisma Ganilha. Że Smith podług wyrażenia Saya nie przywiązywał wielkiej wagi do arytmetyki politycznej, to bardzo jest rzeczą naturalną; ktokolwiek jest obeznany z tym rodzajem prac w epoce Adama Smitha, a nawet bardzo długo później, temu wiadomo, że statystyczne obrazy ni­czym innym nie były tylko tkaniną kłamstw i prawdzi­wym, że tak powiem, politycznym kuglarstwem. Obok rozmaitego rodzaju pobudek, które wpływały na wy­stawienie w rubrykach i kratkach urzędowego, że tak powiem, fałszu, niewiadomość największą grała rolę. Wreszcie działania, które miały służyć za podstawę do statystycznych badań, były jeszcze w wielu miej­scach jakąś tajemniczą pokryte zasłoną; a co najgorsza, śledzenie najmniejszego statystycznego wypadku było zwykle przepowiednią nowego fiskalnego kroku. Stąd z jednej strony obawa nowego ucisku, a niewiadomość i błędne postępowanie z drugiej były aż nadto zdolnymi do wykrycia nie tego, co wiedzieć należało, ale do utworzenia rachunkowych złudzeń, które ten naturalny miały skutek, iż prace statystyczne zamiast być pewniejszym przewodnikiem w śledzeniu zasad ekonomicznych, ostrzegały raczej, ażeby do nich żadnej nie przywiązywano wagi. Nie dziw więc, że Adam Smith widząc i w jakim celu, i czego, i jak szukano, nie mógł mieć ufności w rachunkowych wypadkach. Te to właśnie przyczyny spowodowały, iż jeden z uczo­nych ekonomistów niemieckich Lüder rzucił niejako klątwę na wszystkie statystyczne badania. Lecz niech będzie wolno powiedzieć, iż od niejakiego czasu sta­tystyka wcale inną przybrała postać. Prace jej nie są teraz pokątne. Istnieje już w wielu miejscach sta­nowcza kontrola ich pewności lub fałszu; a jeżeli wszyscy badacze statystyczni tą drogą pójdą, jaką nam miedzy innymi Colquhoun[11], baron Dupin[12], Hoffmann z Berlina wskazują, tedy z pewnością prze­widzieć możemy, że nauka gospodarstwa krajowego rzucając swe światło na badania statystyczne nową od nich nawzajem otrzyma podporę. Za wcześnie Ga­nilh nazwał dzieło swoje teorią ekonomii politycznej. Dwa narody jakkolwiek wysoko stoją w bogactwie, choćby nawet wszystkie ich statystyczne fakta z naj­pewniejszych czerpane były źródeł, nie mogą jeszcze być dostateczną rękojmią do ustalenia ogólnych nau­kowych zasad, a tym mniej służyć za podstawę do praktycznych prawideł. Trzeba było mieć więcej cier­pliwości, powiem nawet, mniej zarozumiałości, i cze­kać, aż by na tej drodze i inni postępując poddawali w każdym niemal kraju zasady dziś za ogólne uznane pod skrupulatną próbę należycie śledzonych zjawień, a zważając na miejscowość, na wszystkie kraju jakiego pod wszelkimi względami stosunki, ażeby, mówię, z tej nieskwapliwej próby wyprowadzali dopiero pra­widła miejscową niejako stanowiące naukę. Z tako­wych to pojedynczych zgłębień, z porównania tego, co wypadki te mieć będą wspólnego, powstaną prawdziwie ogólne i wypróbowane zasady, a te, które dziś istnieją, nową odbiorą sankcję. Przykład jest dany, wskazuje on nam drogę, ale zarazem uczy, jakich się nam wypada strzec błędów.

Nie wszystkie przedmioty, które do nauki gospo­darstwa narodowego należą, mogły w epoce nawet Adama Smitha zwrócić od razu całą uczonych uwagę. Do tego należy najważniejsza podobno materia o ludz­kości. Znane są dziś błędy, uprzedzenia, nieświado­mość, fałszywe rachuby, jakie otaczały tych, którzy nie znając wszystkich zjawisk ludności przez tyle wieków nie wzdrygali się praktycznym prawodawstwom podawać prawidła i środki do bezwzględnego jej rozszerzenia. Dopiero w r. 1798 Malthus nie drogą umysłowej spekulacji, nie argumentowaniem a priori, lecz światłą i niezmordowaną pracą zebrawszy wszy­stkie niemal zjawiska w rozmaitych okazujące się krajach ważnymi dzieła swego uwagami nowy zawód, nowe pole do zgłębiań i badań otworzył. Po raz pier­wszy ujrzała nauka ręką mistrza skreślony obraz już nie bogactw narodowych, ale historię nędzy, cierpień i dotkliwej śmierci z jednego dotychczas niezgłębionego wypływających źródła. W tym bolesnym, ale naucza­jącym obrazie cyfry taką mają przekonywającą wymowę, iż obok nich znikają w oczach prawodawcy wszelkie przyjemne wyobraźni złudzenia. Kto dzieło Malthusa z należytą zgłębił uwagą, temu niejeden kraj pozorną błyszczący świetnością zamienia się na prawdziwy, że tak powiem, szpital. Szkoda tylko, iż klinika polityczna daleko jest trudniejszą od lekarskiej i że narzędzie statysty daleko trafniejszej i ostrożniejszej wymaga ręki niż skalpel lekarza. Chociaż w histo­rycznej części dzieła Malthusa żadnych prawie nie ma sporów, chociaż na większą część wniosków, które z obrazu swego wyciąga, zgodzić się potrzeba, nie można atoli przystać na wszystkie jego prawidła, na wszystkie jego wnioski. Główna nawet jego zasada, iż ludność ma swe granice, w granicy rozmnażania się płodów do wyżywienia potrzebnych, i że gdy ludność rosnąć może w geometrycznym, te ostatnie pomnażają się tylko podług arytmetycznego postępu, przy bliższej rozwadze i zgłębieniu rzeczy usprawie­dliwioną nie zostaje. Mylne wnioski i niebezpieczne zastosowanie, jakie by z dopiero dotkniętej zasady wyciągnąć można, skrupulatniejszego wymagały roz­bioru.

Wielu pisarzy, a między nimi zaszczytne w nauce trzymający miejsce, znany światu ze wzorowych swych prac historycznych Sismondi, którego dzieło o gospo­darstwie narodowym na szczególniejszą zasługuje uwagę, znaczne rzuciło światło na badanie Malthusa, a wykrywając co ma błędnego powyżej dotknięta zasada, okazało, że nie w granicy płodów do wyży­wienia potrzebnych, granicy, której nie tak łatwo, jak Malthus twierdzi, jest dosięgnąć; ale w granicy zarobku co do klas pracujących, a w innego wcale rzędu pobudkach w klasach wyższych towarzystwa leży za­kres pomnażania się ludności. Gdyby wyżywienie we wszystkich stosunkach towarzystwa było jedyną gra­nicą pomnażania się ludności, mówi dowcipnie Sismondi, tedy familia Montmorencych, która aż do Hugona Kapeta ród swój sięga, a której pewnie w żad­nej epoce na żywności nie zbywało, podług przyjętej przez Malthusa zasady, że ludność co dwadzieścia i pięć lat podwajać się może, i przyjąwszy, że pier­wszy Montmorency żył w r. 1000, następujący co do wzrostu ludności okaże wypadek, iż w r. 1600 znaj­dowałoby się we Francji około 18.milionów tej rodziny potomków, to jest więcej niż ówczesna kraju tego ludność; a idąc tym samym dalej rachunkiem, w r. 1800 ziemia cała samych by Montmorencych mieściła, gdyż liczba ich wynosiłaby przeszło 2 miliardy 147 milio­nów. Nie dla żartu i dowcipu przykład ten został przywiedziony, dowodzi on z jednej strony, jaka jest możność pomnożenia się jednej familii, zważając samą tylko reprodukcyjną siłę; z drugiej okazuje, jak dzielne i stanowcze muszą być pobudki, które w klasach najmniej nędzy podległych tamują bezwarunkowo po­mnażanie się indywiduów. W klasach ubogich, gdzie zarobek, gdzie dochód jest granicą ich pomnażania się ciemnota, lekkomyślność, nieprzezorność, brak ra­chuby moralnej względem przyszłego losu dzieci, sama nawet nędza pomnaża nierozmyślne małżeń­stwa; rośnie chwilowo ludność, lecz wkrótce śmierć wyrywa tych, którym wprawdzie życie, lecz nie moż­ność utrzymania go we wszystkich stosunkach danym było. Najmniejsze wstrząśnięcie w żądaniu pracy, oder­wanie lub zmniejszenie kapitałów do zasilenia bytu zarabiających użyte, raptowne zastąpienie siłą martwą znacznej masy tych, co (niech mi będzie wolno po­wiedzieć) nędzą i głodem okupują świetne mechaniki postępy, wszystko to działa potężnym na zmniejszenie ludności sposobem.

Jakie są korzystne dla nauki spory w czystych za­miarach i w dobrej prowadzone wierze dowodzą póź­niejsze Malthusa dzieła wydania, a mianowicie ważne jego pod względem praktycznym dzieło o gospodar­stwie narodowym. Materia o ludności z prawdziwego dzisiaj uważana stanowiska rzuca na obecny stan nauki nowe światło. Ileż to zdań, które dawniej za dogmata, że tak powiem, w jej wykładzie uważano, od tej chwili, jak ludność stała się ważnym badań przedmiotem, uległy korzystnym zmianom. Same ma­chiny pod względem ludności wzięte nowe otwierają pole do rozleglejszych uwag, które przedmiot dawniej za ostatecznie rozstrzygnięty pod nowy poddając roz­biór ważne dla prawodawcy nastręczają myśli. Kiedy wielu pisarzy przytoczeniem pamiętnego wynalazku drukarni rozumieli bezwarunkowo ustalić tę Smitha zasadę, iż przez zmniejszenie żądania jakiejkolwiek bądź pracy łatwe jest przejście robotnikom z jednego do drugiego zatrudnienia; kiedy dalej postępując wszelkie bezwarunkowe a szybkie zaprowadzenie ma­chin w każdym przypadku za korzystne dla ogółu uważali; tedy wyznać należy, że samej tylko oderwa­nej oddając się zasadzie zapominają o praktycznym stanie rzeczy; zapominają o tym, czego nas uderzające nauczają zjawiska i zdają się w tym punkcie istoty czuciem obdarzone za same martwe uważać cyfry. Niebezpieczeństwo bezwarunkowego zastosowania tej zasady w krajach zamożnością nawet słynących daje się w całej zupełności w Anglii, w tym to prawdzi­wym, że tak powiem, laboratorium ekonomicznych wypadków, spostrzegać; a 320 milionów zł rocznego na ubogich wydatku, kilka groszy dziennego zarobku w wielu rękodzielniach, okrutna wreszcie konieczność opuszczenia ojczystej ziemi nie mogącej dać wyży­wienia biednym wyrobnikom są to fakta, które szumne tytuły nasze o bogactwie nieraz na stosowniejszy tytuł o ubóstwie narodów zamienić by powinny.

W Anglii podług najświeższych statystycznych podań rolnictwo zatrudnia przeszło 700 000 rodzin, jest to w stosunku do innych krajów nader mała liczba; handel zaś i rękodzieła przeszło 900 000. Czyż po­trzeba, trafnie pytają się ci, których los obecnego pokolenia więcej niż ustalenie jednej spekulacyjnej zasady obchodzi; czyż potrzeba, zapytują się, ofiaro­wać nagrodę temu, który by szczytnym wynalazkiem podał sposoby tę samą rolniczą pracę za pomocą 7000, a pracę handlu i rękodzieł za pomocą 9000 ro­dzin wykonać? Tak jest! Odpowiada szkoła dzisiejsza Dawida Ricardo; a to okrutne: tak jest nowy przed­stawia dowód, do jakich to wniosków błędne dopro­wadza systema. Szkoła Ricarda pomimo przysług, jakie w niektórych punktach, a szczególniej w materii o monetach twórca jej uczynił, niewielkie dla nauki, a szczególniej dla zastosowania, rokuje nadzieje. Też same uchybienia, któreśmy wyżej w fizjokratach po­strzegali, dają się widzieć z mniejszymi do uniewinnie­nia pobudkami w uczniach Ricarda*. Mania argumentowania, zawiłość, ton dogmatyczny, a stąd ciemny nudny wykład są cechą pisarzy tej szkoły. Sami Anglicy ubolewają nad tym zboczeniem od prawdziwej drogi. Coż może być więcej uderzającego, jak ten zawiły ekonomiczny mistycyzm, który otacza rozu­mowania ricardystów w najpopularniejszych, najwięcej dobro ludzi obchodzących pytaniach? Kto z uwagą czytał, jakim sposobem jeden ze znajomych Ricarda uczniów[13] usiłował wyjaśnić utrzymywane przez samego mistrza twierdzenie, iż bezwarunkowe pomna­żanie produkcji pociąga zarazem bezwarunkowe zasobą spożycie, twierdzenie, które mając styczność z główną całej nauki podstawą jest w obecnej chwili powodem do ważnych sporów między ricardystami i Sayem z jednej, a Malthusem i Sismondim z drugiej strony, ten przyznać musi, iż nawet tym, którzy znaczną część swego życia poświęcili nauce, szczególniejszej po­trzeba było wytrwałości, by za autora argumentowa­niem i ciągłymi przypuszczeniami dojść mogli do końca.

Lecz nie lękajmy się bynajmniej; to chwilowe zbo­czenie nie tylko nie będzie miało stanowczego a szko­dliwego dzisiaj na naukę wpływu, ale owszem, rażą­cym sposobem odznaczy szkołę zdrowego rozsądku i dążności praktycznej od szkoły złudzeń i metafizycz­nych marzeń. A jako tak nazwana nauka finansowa hr. Soden[14] nie miała szkodliwego wpływu na postępy, jakie w niej zrobiono, tak i marzenia, i argumentacje ekonomiczne nie zdołają sprawić wielkiego niesz­częścia. Dążność dzisiejsza nauki jest zupełnie praktyczna; nie bogactwo metafizyczne uważane, to jest bez względu na czas i miejsce, lecz sprawienie, ile być może największego szczęścia największej liczbie indywiduów za pomocą bogactw, zdziałanie pomyśl­ności kraju jakiego danego w otaczających go stosun­kach środkami jemu najwłaściwszymi, bez poświęcenia fizycznego bytu obecnego pokolenia, oto jest dążność, oto cel nauki. Straci ona może na tej drodze nieco z kształtu swego naukowego, lecz ludzkość, lecz kraje zyskają. Nie wolno już będzie za pomocą garstki zasad ogólnych, tak nazwanego katechizmu ekonomiczno-politycznego[15], rozumieć, że się już posiada dostateczny klucz do osiągnięcia tak ważnego celu. To nowe stanowisko daleko rozleglejszych wiadomości, a tym samym więcej ostrożności, więcej skromności wymaga; coraz bardziej znikać będzie chęć naślado­wania tego, co w skutku ścisłej rachuby w zawodzie ekonomicznym naśladowanym być nie może i nie powinno; każdy zastosuje się więcej do miejscowości, skrupulatniej obrachuje i porówna siły ze skutkami, które pragnie otrzymać. I spodziewać się należy, że nauka gospodarstwa narodowego coraz rzadziej po­strzegać będzie to śmieszne, ale zarazem bolesne zja­wisko, które wystawia, jak za pomocą ogromnej machiny parowej usiłujemy ciężar łut jeden ważący do góry podnosić.

 


[10] Chodzi o tłumaczenie dzieła Ganilha przez Skarbka.

[11] Patrick Colquhoun (1745 – 1820) – szkocki kupiec, statystyk i polityk, inicjator reform prawodawczych i administracyjnych, pracował nad rozwojem handlu i przemysłu szkockiego.

[12] Prawdopodobnie Claude François Etienne Dupin (1767 – 1828) – polityk francuski, administrator departamentu Sekawny, doradca w Izbie Obrachunkowej.

* Pomimo tej uwagi niemała się należy wdzięczność Szanownemu Profesorowi Uniw. Warszaw. Kunatowi, za wyborne dzieła Ricarda- na język ojczysty przełożenie.

[13] Mowa prawdopodobnie o Mac Cullochu.

[14] Friedrich Heinrich Soden (1754—1831) — polityk, publicysta i ekonomista niemiecki. Jego prace: Die agrarische Gesetz; Die Staatshaushaltung; Die Nationaloekonomie.

[15]  Prawdopodobnie chodzi o pracę Saya Catéchisme d’économie politique.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Cytat:
  • Można powiedzieć bez obawy o przesadę, że inflacja jest niezastąpionym środkiem militaryzmu. Bez niej skutki, jakie wojna wywiera na zamożność społeczeństwa, zaczynają być odczuwalne dużo szybciej i bardziej boleśnie. Ludwig von Mises
Mecenasi
Wspieraj Nas>>
W lipcu i sierpniu wsparli nas:
Pan Michał Basiński
Pan Marek Bernaciak
Pan Tomasz Bethke
Pan Wojciech Bielecki
Pan Bartosz Biernacki
Pan Paweł Bochnowski
Pan Rafał Boniecki
Pan Michał Brański
Pani Dominika Buczek
Pan Przemysław Buszka
Pan Mirosław Cierpich
Pan Szymon Curyło
Pan Maciej Czaplewski
Pan Maciej Czyż
Pan Marcin Dabkus
Pan Wojciech Dąbek
Pan Michał Dębowski
Pan Daniel Długozima
Pan Paweł Drożniak
Pan Tomasz Dworowy
Pan Dariusz Dziadkowski
Pan Mariusz Dziechciaronek
Pan Tomasz Gaździk
Pan Rafał Główczyński
Pan Sebastian Glapiński
Pan Wiktor Gonczaronek
Pan Marek Górecki
Pan Witold Grabowski
Pan Karol Grodzicki
Pan Tomasz Gruszecki
Pan Stanisław Gruszka
Pan Jarosław Grycz
Pan Adrian Grzemski
Pan Maciej Grzymkowski
Pan Karol Handzel
Pan Tomasz Hrycyna
Pan Stanisław Hyrnik
Państwo Paulina i Przemysław Hys
Pan Michał Idec
Pan Tomasz Jabłoński
Pan Kazimierz Jacoń
Pan Łukasz Jasiński
Pan Piotr Jasiński
Pan Dominik Jaskulski
Pan Paweł Jegor
Pan Tomasz Jetka
Pan Gustaw Jokiel
Pan Dominik Jureczko
Pan Paweł Jurewicz
Pan Jan Kłosiński
Pan Jan Kochman
Pan Sylwester Kozak
Pan Mateusz Kozłowski
Pan Krzysztof Kożuchowski
Pan Sławomir Krawczyk
Pan Krzysztof Krzaczkowski
Pan Wojciech Kukla
Pani Paulina Kurzyk
Pan Stanisław Kwiatkowski
Pan Paweł Lewandowski
Pan Sławomir Majewski
Pan Tomasz Malinowski
Pan Miłosz Mazurkiewicz
Pani Joanna Morawska
Państwo Magdalena i Marcin Moroniowie
Pan Igor Mróz
Pani Wanda Musialik
Pan Mateusz Musielak
Pan Tomasz Netczuk
Pan Filip Nowicki
Pani Karolina Olszańska
Pan Zbigniew Ostrowski
Pan Wojciech Paryna
Pan Tomasz Pawlak
Pan Paweł Pietrasiński
Pan Mateusz Pigłowski
Pan Bartosz Pilarski
Pan Mikołaj Pisarski
Pan Dominik Pobereszko
Pan Bartłomiej Podolski
Pan Paweł Pokrywka
Pan Arkadiusz Przybyłek
Pan Adrian Przybysz
Pan Artur Puszkarczuk
Pan Michał Puszkarczuk
Pan Dawid Robaczyński
Pan Piotr Różański
Pan Jakub Sabała
Pan Adam Skrodzki
Pan Michał Sobczak
Pan Karol Sobiecki
Pan Radosław Sobieś
Pan Piotr Sowiński
Pan Ryszard Staszowski
Pan Mikołaj Stempel
Pan Ryszard Strzelecki
Pan Dawid Szczepański
Pan Łukasz Szostak
Pan Grzegorz Sztemborowski
Pan Dariusz Szumiło
Pan Tomasz Tarczyk
Pan Jarosław Tyma
Pan Jan Tyszkiewicz
Pani Anna Wajs
Pan Adam Wasielewski
Pan Waldemar Wilczyński
Pan Tomasz Wojtasik
Pan Jakub Wołoszyn
Pan Mateusz Wójcik
Pan Adrian Wróble
Pani Mariola Zabielska-Romaszewska
Pan Karol Zdybel
Pan Jakub Zelek
Pan Marek Zemsta
Pracownik Santander Bank

Łącznie otrzymaliśmy 10 949,39 zł. Dziękujemy wszystkim Darczyńcom!

Znajdź się na liście>>
Lista mecenasów>>