Robinson: Jak tuczy nas rząd?

16 kwietnia 2013 Ekonomia sektora publicznego komentarze: 16

Autor: Jenna Robinson
Źródło:  fee.org
Tłumaczenie: Justyna Szumiło
Wersja PDF
Artykuł ukazał się pierwotnie w czasopiśmie The Freeman (styczeń–luty 2013, vol. 63, no. 1), publikowanym przez Foundation for Economic Education
Rząd oraz lobby żywnościowe przyczyniły się nie tylko do naszego roztycia, ale także do utrzymywania nas w tym stanie. Poprzez dotacje i niewłaściwe wskazania żywieniowe Kongres, Agencja ds. Żywności i Leków oraz Departament Rolnictwa utrudniły nam podejmowanie mądrych decyzji żywieniowych.

To wcale nie jest tak, że się tym nie przejmujemy. Amerykanie wydają 33 mld USD rocznie na produkty i usługi mające pomóc im schudnąć. W każdej minucie 45% kobiet i 30% mężczyzn w USA stara się schudnąć. Jednak mimo tego Amerykanie są w gorszej formie niż kiedykolwiek.

W Stanach Zjednoczonych, gdzie 65% dorosłych cierpi na nadwagę, otyłość stanowi poważne zagrożenie zdrowia. Odsetek osób zmagających się z otyłością wzrósł z 14,5% w 1980 r. do 30,5% obecnie. Liczba dzieci z nadwagą jest rekordowo wysoka: cierpi na nią 10,4% dzieci w wieku 2–5 lat, 15,3% dzieci w wieku 6–11 lat oraz 15,5% dzieci w wieku 12–19 lat.

Dezinformacja
Pamiętacie piramidę żywieniową? W 1982 r. władze rządowe zaleciły Amerykanom zmniejszenie ilości tłuszczu w diecie z 40% do 30% dziennego spożycia ― i skorzystaliśmy z ich rady. Zamiast tłuszczów Amerykanie zaczęli spożywać więcej węglowodanów: według profesora pediatrii Uniwersytetu Kalifornijskiego w San Francisco dr. Roberta Lustiga od 1989 r. do dnia dzisiejszego ich spożycie wzrosło o 57 g na osobę. Obecnie dieta przeciętnego Amerykanina składa się w 50% z węglowodanów, 15% z białek i 35% z tłuszczów.

Jednocześnie, pomimo tego, że Carbohydrate Nutrition Laboratory przy Departamencie Rolnictwa było innego zdania, komitet Agencji ds. Żywności i Leków uznał cukier za „ogólnie bezpieczny” ― nawet w przypadku cukrzyków. W ramach Ustawy o Budżecie Rolnym z 2011 r. Kongres ustanowił, że w szkolnych stołówkach sos do pizzy będzie można uznawać za warzywo.

Pomijając kwestię tego, czy takie zalecenia rządowe są właściwe, czy nie, przejęcie przez rząd roli opiekunki żywieniowej zasadniczo zwalnia Amerykanów z odpowiedzialności za własne decyzje dotyczących odżywania. W latach 90. Amerykanki ślepo pochłaniały dietetyczne desery firmy SnackWells uchodzące za w miarę rozsądne smakołyki. W końcu ciasteczka SnackWells spełniały rządowe normy: miały niską zawartość tłuszczu i zawierały „bezpieczny” cukier. Rodzice wysyłają dzieci do szkoły z przekonaniem, że na szkolne posiłki składają się zdrowe owoce i warzywa ― nigdy nawet nie pytając, co tak naprawdę ich dzieci spożywają każdego dnia.

Ponadto zalecenia rządowe odradzają prywatnym grupom żywieniowym próby konkurowania z „oficjalnymi” poradami. Weźcie pod uwagę krytyczne przyjęcie książki dr. Atkinsa Dr. Atkins’ Diet Revolution. Pomimo tego, że książka stała się bestsellerem, spotkała się ona z krytyką ze strony establishmentu żywieniowego. Agricultural Resource Service przy Departamencie Rolnictwa nadal ostrzega, że dieta na początku stanowiła chwyt reklamowy i ostatecznie nie wiadomo, czy rzeczywiście jest skuteczna, czy nie.

Na przestrzeni lat zalecenia rządowe przyczyniły się do zastąpienia smalcu tłuszczami trans (obecnie uznawane są za śmiertelne), zamiany masła na margarynę, a następnie z powrotem na masło, a także do sprzecznych zaleceń dotyczących jajek, soku pomarańczowego, witamin, niektórych ryb oraz temperatury, przy której bezpiecznie jest spożywać mięso. Czy może zatem dziwić fakt, że Amerykanie nie są ani trochę bliżej osiągnięcia swoich celów żywieniowych?

Dotowane odżywanie
Dotacje rolnicze umacniają zalecenia rządu. Większość przeznaczanych jest jedynie na kilka upraw: soję, kukurydzę, ryż i pszenicę ― przy czym wszystkie te produkty można przerobić na tanią wysoko przetworzoną żywność.

Weźmy na przykład kukurydzę. Od połowy lat 80. XX w. za sprawą dotacji rządowych kukurydza była dla rolników produktem dochodowym — nawet wówczas, gdy ceny rynkowe kukurydzy były niskie. Dlatego też gospodarstwa rolne na środkowym zachodzie Stanów Zjednoczonych zaczęły produkować je w dużych ilościach. Firmy spożywcze wykorzystały tanią kukurydzę do produkcji syropu glukozowo-fruktozowego jako substytutu droższego cukru, którego cenę sztucznie osłodzono taryfami, kontyngentami przywozowymi i dopłatami mającymi na celu niedopuszczenie tańszych dostawców z zagranicy na rynek amerykański.

Syrop glukozowo-fruktozowy znalazł zastosowanie we wcześniej niesłodzonej żywności. Obecnie przeciętny Amerykanin spożywa około 19 kg syropu glukozowo-fruktozowego rocznie ― finansowanego przez amerykańskie dopłaty do kukurydzy. Do tego dochodzi 13 kg zwykłego cukru, ponieważ — według Departamentu Rolnictwa — właśnie tyle przeciętnie go spożywamy.

Z pszenicy, ryżu i soi tworzy się podobnie przetworzone produkty spożywcze. Pszenicę poddaje się wytłaczaniu, usuwając z niej białko, lub mieleniu i wybielaniu w celu uzyskania białej mąki pozbawionej minerałów. Z ryżu usuwa się bogate w witaminy otręby, aby szybciej się gotował. Soję poddaje się ugniataniu, ścieraniu na miazgę i wytłaczaniu w celu uzyskania tysiąca różnych produktów.

Dzięki dotacjom rządowym żywność ta jest bardzo, bardzo tania ― znacznie tańsza niż niedotowane produkty surowe, ryby czy mięso. Oczywiście reakcją Amerykanów na niskie ceny są masowe zakupy. Obecnie Amerykanie wydają 23% budżetu przeznaczonego na produkty spożywcze na żywność przetworzoną i słodycze (dla porównania w 1982 r. było to 12%).

Odsuwanie rządu od półek z żywnością
Dietetyce daleko do bycia ugruntowaną dziedziną nauki. Różni naukowcy zalecają diety niskowęglowodanowe, wegetariańskie, wegańskie, „zdrową” żywność czy zwykłe liczenie kalorii jako sposób na zrzucenie wagi i poprawienie zdrowia. Jedno jest jednak jasne: ingerencja rządu prowadzi nas w złym kierunku ― w stronę słodzonej i przetworzonej żywności, której nie zalecają żadni lekarze, dietetycy czy naukowcy. Aby ulepszyć „typową dietę amerykańską”, rząd musi przede wszystkim usunąć się z drogi.

Podobał Ci się artykuł?

Wesprzyj nas
Avatar

O Autorze:

Jenna Robinson

Pozostałe wpisy autora:

16 Komentarze “Robinson: Jak tuczy nas rząd?

  1. Brednie.

    Jak się żre ponad 3 tys kcal dziennie przy typowym dla rozwiniętej cywilizacji totalnie bezwysiłkowym trybie życia to żadna dieta nie utrzyma wagi w normie.

    Tak, łatwo zwalić na państwo, koncerny, bla bla bla. Najtrudniej wziąć odpowiedzialność za siebie.

    Żadne państwo z tego, co wiem, nikogo do jedzenia takich ilości żarcia nie zmusza.

  2. Ten artykuł to przejaw chorej nienawiści do rządu bez względu na to czy ma to sens czy nie. Szczytem bezczelności i manipulacji jest obwinianie „rządu” za indywidualne decyzje konsumentów, podsycane na dodatek przez relkamową presję ze strony chciwych właścicieli firm produkujacych niezdrową żywność.

  3. Kolejny raz okazuje się, że umiejętność czytania ze zrozumieniem to rzeczywiście rzadki dar. Skoro rząd dotuje żywność marnej jakości, to znaczy, że zmusza podatnika do dopłacania do otyłości. Ktoś, kto jada zdrowo, płaci dwa razy – raz za jedzenie zdrowe dla siebie, drugi raz – za jedzenie niezdrowe dla całej reszty. Na pierwszą płatność ma wpływ, na drugą – nie.

  4. @Paweł Budrewicz, czy „zdrowa” żywność jest 10x droższa od niezdrowej? A skoro już ta niezdrowa żywność jest niezdrowa, to czemu szanowni amerykanie jej jedzą ponad 3tys kcal dziennie, czyli ZNACZNIE, ZNACZNIE więcej niż ich ciężko pracujący przodkowie sto lat temu? Czyżby z żalu, że nie mają kasy na dobre jedzenie, „zagryzają” depresję? Mocno to naciągane…

  5. @panika i @Jacek

    Popatrzcie na talerze żywieniowe przygotowane przez FDA – nawet jak nie ma tam 3000kal, to jest tam 7-12 porcji wyrobów mącznych – i to w większości przyczyna problemów.
    A weź się człowieku sprzeciw jakiemuś niedoukowi-ditetykowi, to ci się podeprze tymi zaleceniami.

    I od tego właśnie czasu przyspieszyła otyłość amerykanów i choroby serca.

    Aha, nawet jakbyś nie wiadomo ile ćwiczył, i żarł te 3000kal, to Cię przed otyłością NIE uratuje.
    No i przed wieloma innymi groźnymi chorobami wynikającymi ze spożycia węglowodanów, oraz białek pszenicy – modyfikowanej genetycznie od 50 lat.
    I innej składem chemicznym od „chleba naszego powszedniego”.

  6. Oj, to proste. Państwo tuczy, aby później musztrować otyłych ludzi. Przejąć kontrolę itd. Ok, to brzmi zabawnie. Sądzę, że to bardziej niezamierzona konsekwencja interwencji wygodnego państwa dobrobytu. To, że jakiś rodzaj jedzenia jest tani – może wynikać z dopłat lub łatwej uprawy, dużej podaży itd. Ale nie o to mi chodzi. Poruszę kilka kwestii. Fakt, że zachodnim państwom w XX wieku udało zmienić się nawyki ludzi. Przykład nr 1 to ludzie na benefitach, którzy kupują śmieciowe jedzenie – zazwyczaj tłuste, pełne węglowodanów w najtańszych sklepach [No i mnóstwo mrożonek, ale to bardziej zasługa lodówek]. Rządy zapewniają im minimum egzystencji, ale jak widać wystarczający do tego, aby się utuczyć. Widziałem to w zachodnich slumsach nie raz. Państwo pokazało, że można żyć nic nie robiąc. I tu państwa wpływ się kończy. Druga sprawa – to ludzie zaczęli jeść więcej, bo mogą to robić. Ci co pracują i zarabiają pieniądze, a nie dostają od rządu, wiedzą, że jedzenie stanowi tylko ułamek ich dochodów. Jedzenie, aby tylko przeżyć przestałoby być problemem nr 1. Dodatkowo więcej produktów i w różnych miejscach (od sklepu, przez restauracje i fastfoody po automaty z batonikami i kanapkami), większy wybór, no i co za smak (a co to wzmacniacz smaku?). Mogą się nacieszyć, napchać jedzeniem do woli. Ale 3000 kcal dziennie w jedzeniu! To dla kulturysty lub górnika. Po trzecie – kiedyś człowiek jadł, bo jutro mogło nie być. Jak mógł pojeść, to jadł do syta – i odpoczywał. Teraz tak nie jest. Wszedzie jest jedzenie, jest tanie itd. No ale co to ma do państwa. Przecież gdyby nie państwo wybór byłby jeszcze większy, a wiele produktów byłoby jeszcze tańszych. Problem otyłości to nawyki, kultura jedzenia, skłoności (w tym genetyczne uwarunkowania), brak ruchu. Mózg mamy ten sam co nasi głodni przodkowie.

  7. @Krzysiek, to są mity nie mające oparcia w żadnych badaniach. Ludzie od czasu przejścia w tryb osiadły jedzą duże ilości zbóż i jakoś tych problemów wcześniej nie było – no ale wcześniej jadało się raczej 2 tys kcal, a nie 3-3,5.

    @marcinach, ludzie na benefitach np w UK generalnie mają co najmniej tyle kasy co przeciętnie zarabiający w PL także nie mów mi że nie mają na normalne jedzenie. Na normalne jedzenie to nie mają w Somalii, i efektem tego bynajmniej nie jest plaga otyłości. Ale to są już ewenementy w skali świata. Generalnie nawet Chińczycy bardzo szybko rosną wszerz.

    „3000 kcal dziennie w jedzeniu! To dla kulturysty lub górnika” – hehehe, nie, dla przeciętnego amerykanina. Niedługo też polaka.

    „Mózg mamy ten sam co nasi głodni przodkowie” – o to to.

  8. @Krzysiek, poza tym jeśli już przy FDA jesteśmy, to ta agencja od dawna zwraca uwagę, że amerykanie „currently consume too much sodium and too many calories from solid fats, added sugars, and refined grains”, natomiast „a healthy eating pattern (…) emphasizes nutrient-dense foods and beverages—vegetables, fruits, whole grains, fat-free or low-fat milk and milk products, seafood, lean meats and poultry, eggs, beans and peas, and nuts and seeds” [http://www.cnpp.usda.gov/Publications/DietaryGuidelines/2010/PolicyDoc/ExecSumm.pdf]

    Fajny raport n/t trendów żywieniowych w USA: http://www.ers.usda.gov/media/210681/eib33_1_.pdf

    zobaczcie Figure 1 – jak jedzą amerykanie a jak zaleca USDA.

    Ciągle uważacie, że ludzie żywią się tak, jak zaleca rząd i przez to są problemy?

  9. ad panika2008,

    niedługo wyjdzie na to, że Amerykanie źle wychowują dzieci, bo państwo dopuszcza do rozprzestrzenienia się playstation!

    Aczkolwiek trochę prawdy chyba jest w tym, że rządowe regulacje uniformizują jedzenie. Szczególnie coś jest w kukurydzianej historii.

  10. @MM, tak, to jest podobnego rodzaju argumentacja. Bez względu na to, jak bardzo jesteśmy przeciwni głupim regulacjom, nie należy jednak zakładać, że absolutnie całe zło tego świata wynika z regulacji. Brzytwa Hanlona się kłania 😉

    A kukurydza tak w ogóle to osobny temat, też wałkowany, z tego co widziałem, często na mises.org. Tutaj w grę wchodzą duże pieniądze, chore dotacje do bioetanolu itd… Sprawy dietetyczne to przy tym, zdaje mi się, naprawdę mały pikuś.

  11. Olśniło mnie! Obadajcie to: gdyby całe zło tego świata wynikało ze złych regulacji, wynikałoby z tego, że ogół ludzi jest zasadniczo nieskończenie mądry i skłonny podejmować korzystne, racjonalne decyzje. Ergo nigdy nie doprowadziłby (regresja) do powstania organów regulacyjnych wydających złe regulacje. Nazwę to Wielkim Twierdzeniem Paniki. Czuję że honoris causa ktoś już wysłał do mnie pocztą 😀 😛

  12. Ad 7. To zalezy kto ma jakie benefity. Ale fakt, masz racje. Zreszta oni w UK pija duzo taniego cydru i piwa, ewentualnie jakies alkopopy, pala papierosy. No i TV oraz playka na zabicie nudy. Tak to darmozjady zyja w UK.

    Regulacje regulacjami – ale co z odpowiedzialnoscia. Ona sie rozplywa w morzu regulajcji. No i pamietajmy, ze sa rozne od nakazow do zakazow. I maja swoje konsekwencje. Regulacje moga byc panstwowe lub oparte na grze rynkowej. Chyba tyle?

  13. Wydaję mi się, że państwu można zarzucić, że zniszczyło poczucie indywidualnej odpowiedzialności obywatela za swoje życie (a zatem i swoje ciało) niż to, że jest bezpośrednio odpowiedzialne za utuczenie nas. Nie mamy bodźców do tego, żeby dbać o nasze zdrowie, bo mamy nieustanne poczucie – o, sancta simplicitas! – że pojeździmy sobie na gapę lecząc się na koszt „społeczeństwa”. Cały popieprzony paradoks polega na tym, że „bodźce ostrożnościowe” zostały zlikwidowane, a koszta braku tych bodźców i tak spadają na nas, bo to instynktowne poczucie, że dostajemy coś za darmo (np. radość gdy dostajemy zwrot z podatku), jest ułudą. I tak łożymy na swoje leczenie, a dodatkowo pokrywamy jeszcze koszta biurokracji – że nie wspominając już o koszcie alternatywnym całego tego systemu.

  14. Uwaga komentujących skupiła się na pytaniu czy wzrost otyłości jest winą państwowych regulacji czy też wina leży po stronie konsumujących.
    Ale przeciwnicy tego artykułu zasadniczo chyba powinni dowieść, że te regulacje są dobre i pożyteczne i to nie w oparciu o aktualne osiągnięcia nauki, bo te w dziedzinie dietetyki zmieniają się zbyt często. Ale nawet gdyby się to udało to pozostaje jak zwykle kwestia moralności i wolności: wpływanie przez rząd na ceny żywności (nie tylko żywności) wywiera presję na wybory obywateli i przestaje je czynić wolnymi.
    Jeżeli już ktoś czuje wielką potrzebę opieki państwa to wystarczyły by rekomendacje, bez zakazów, dotacji, ceł. Niestety wolność jest potrzebą, która ustąpiła miejsca poczuciu bezpieczeństwa przy niepustym (jeszcze) korycie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Nasi darczyńcy