Greenwald: Stan wojenny vs. stan wolnego rynku – przemyślenia na temat wydarzeń w Bostonie

25 października 2013 Ekonomia sektora publicznego komentarze: 0

Autor: David Greenwald
Źródło: mises.org
Tłumaczenie: Natalia Piechota
Wersja PDF

Greenwald_Stan wojenny vs. stan wolnego rynku
Na świecie istnieją dwa rodzaje ludzi: tych, którzy szanują narzuconą władzę i uznają ją za prawomocną, oraz takich, którzy tego nie uznają. Pierwsza grupa dzieli się na dwa odłamy: stosunkowo małą grupę, która bez konkretnego powodu oddaje uwielbienie sile, i większą, której członkowie ledwo tolerują autorytaryzm ― czy to ze względu na doświadczenie, czy też z przyzwyczajenia. Patrząc przez pryzmat niedawnych eksplozji podczas Maratonu Bostońskiego i późniejszego polowania na sprawcę w stylu militarnym, wydaje się jasne, że znaczna większość Amerykanów może być zaklasyfikowana jako wyznająca kult siły albo tolerująca ją.

Oczywiście policja otrzymała solidną dawkę ostrej krytyki od niektórych komentatorów. Ron Paul oświadczył na przykład, że Bostończykom zaserwowano „smak stanu wojennego” i połączył to wydarzenie z „militarnymi wyczynami w odległej republice bananowej”, podczas gdy będąca na drugim końcu spektrum the World Socialist Website potępiła taktykę policji jako „niemającą precedensu w amerykańskiej historii”, porównała Boston do „miasta pod okupacją albo w stanie wojny domowej” i stwierdziła, że media „podgrzewały strach i histerię, rozsiewały bezpodstawne plotki i usprawiedliwiały środki państwa policyjnego administracji Obamy”[1].

Nadal jednak dla większości Amerykanów, jak również większości mieszkańców Bostonu, autorytaryzm policji był w pełni usprawiedliwiony wyjątkowymi okolicznościami. Celem „wprowadzenia blokady miasta”[2] była ochrona społeczeństwa przed zbiegłym i przypuszczalnie uzbrojonym terrorystą, zatem wszelkie środki potrzebne do osiągnięcia tego celu były dopuszczalne a priori, niezależnie od faktu, że obywatele USA są osiem razy bardziej narażeni na śmierć z rąk policjanta niż terrorysty.

Czy obie strony tej dyskusji mogą być w pełni zadowolone? Czy Ronowie Paulowie tego świata będą mogli być wolni od tyranii, a jednocześnie grupa „Boston Proud” czuć się bezpiecznie? Tak, ale dopiero wtedy, gdy świadczenie usług bezpieczeństwa przestanie być zmonopolizowane.

Stan wolnego rynku vs. stan wojenny
W egzekwowaniu prawa, tak jak w każdej innej skrępowanej lub całkowicie scentralizowanej części rynku, prawdziwym problemem nie jest jakiś konkretny, widoczny objaw, a raczej zasadniczy stan, który go spowodował. Jakikolwiek rodzaj problemu może istnieć w każdym wypadku, stanem katalizującym, prawie niezmiennym, jest monopol.

Bycie wyłącznym legalnym dostawcą wszelkich usług pozwala na większą swobodę w relacjach z klientami (delikatnie ujmując), niż byłoby to normalne możliwe — gdy usługa obejmuje wysyłanie ludzi z bronią do domostw, nie jest to błahy czynnik. Z czasem zmonopolizowane usługi policyjne będą miały tendencję do wzmożonej autokratyzacji, nawet w warunkach dużo mniej ekstremalnych niż polowanie na terrorystów.

Nie musimy szukać daleko, dowody mieliśmy w Bostonie, który tak naprawdę był objęty quasi-blokadą już przed rozpoczęciem maratonu. Na tym filmie udostępnionym przez Massachusetts Bay Transportation Authority Police, kilka dni przed wydarzeniem, władza jasno dała do zrozumienia, jakie rodzaje prowadzenia się obywateli będą przez nią tolerowane. Mieszkańców pouczono, by „szanowali się wzajemnie”; ostrzegano, że każde publiczne picie lub „awanturnicze zachowanie” spotka się z „zerową tolerancją”, a nawet zabroniono im gromadzić się na ich własnych dachach i werandach.

To wszystko, wydaje się, w ogóle nie zdziwiło bostończyków. Czy można się dziwić, że z taką samą chęcią zgodzili się na obławę?

Możemy protestować przeciwko niekonstytucyjności tych rzeczy jak tyko chcemy, lecz są one tylko efektami, które bez jakiejś formy ochrony monopolowej nigdy by nie powstały. W warunkach wolnej konkurencji każde prywatne przedsiębiorstwo zajmujące się ochroną, uciekające się do drakońskich metod, zostałoby rychło opuszczone przez swoich klientów na korzyść jego mniej narzucających się konkurentów, tym samym marginalizując je lub doprowadzając do zakończenia działalności.

Inaczej mówiąc, w społeczeństwie opartym na prawach rynku, to obywatele zgłaszaliby policji, jakie rodzaje zachowania byłyby tolerowane, a policja nie mogłaby obywateli trzymać „pod zamknięciem” ani niczym, co mogłoby je przypominać. Taka sytuacja nie byłaby też w żadnym razie analogiczna do politycznego systemu demokracji bezpośredniej, w której większość mogłaby użyć policji jako narzędzia do narzucania jej własnych arbitralnych norm zachowań mniejszości. Dla prywatnej firmy posiadającej wielu konkurentów alienacja jakiegokolwiek segmentu jej bazy klientów, jakkolwiek drobnego względem całości, oznaczałoby bankructwo. Prywatne przedsiębiorstwo policyjne na wolnym rynku ochroniarskim nie mogłoby panować nad własnymi klientami, tak jak restauracja nie może karmić na siłę swoich bywalców. Tyranizowanie zaś nie-klientów przemieniłoby się w silny konflikt[3] zarówno z rywalami, jak i społeczeństwem — coś, czego nie śmiałoby dokonać prywatne przedsiębiorstwo.

Zwracano na to uwagę wiele razy. Jednakże konkurencyjny rynek egzekwowania prawa oferuje inne, mniej oczywiste, lecz równie wartościowe mechanizmy unikania konfliktu i promocji wydajności, dobrej reputacji i współpracy między policją a społeczeństwem.

Przeanalizujmy sytuację obławy, taką jak ta w Bostonie. W przypadku monopolu państwa na policję, rząd wysyła drużyny SWAT w „opancerzonych pojazdach”, które przypadkiem wyglądają jak czołgi. Gdy dotrą do docelowych dzielnic, funkcjonariusze wysiadają, zajmują teren i niezapowiedziani zjawiają się przy schodach wejściowych, uzbrojeni aż po zęby, przypominając szturmowców imperium z Gwiezdnych wojen. Następuje chaos. Niemowlaki płaczą, dzieci się gapią, koty pędzą na drzewa, a milenialiści sądzą, że to powtórne przyjście. Mieszkańcy słyszą, że mają wyjść z podniesionymi rękami i czekać na zewnątrz, podczas gdy obcy z karabinami przeszukują ich domy. Marihuana zostaje spłukana do ścieków komunalnych w wystarczającej ilości, by odurzyć całą populację miejskich szczurów.

Zapewnianie usług policyjnych w sposób rynkowy nie mogłoby być prowadzone w ten sposób. W społeczeństwie prawa prywatnego indywidualne firmy mogłyby znacząco różnić się w rodzajach „usług ścigania”, jakkolwiek dziwnym może to się na początku wydawać. Zależnie od preferencji klienta możliwym byłoby nawet oferowanie indywidualnych kontraktów. Klienci prywatnych firm policyjnych mogliby zawczasu zastrzec, na jakie rodzaje akcji się godzą i pod jakimi warunkami, tak jak ubezpieczeni mogą zmieniać oferty, by lepiej pasowały do ich osobistych potrzeb, a pacjenci usług medycznych podpisać klauzulę „nie reanimować” w wypadku katastrofalnej choroby lub wypadku.

Niektórzy mogą czuć się całkowicie komfortowo, zezwalając policjantom na wejście do ich domu bez ostrzeżenia i pod prawie każdym pretekstem; inni mogą nalegać na wcześniejsze ostrzeżenie lub weryfikację przez trzecią stronę zaistnienia nadzwyczajnych warunków albo prawdopodobieństwa popełnienia przestępstwa. Nowoczesne zarządzanie informacją i technologie komunikacyjne ułatwiłyby sprawę policjantom w terenie tak, że wiedzieliby natychmiast, które domy można przeszukać, podczas gdy zautomatyzowany system telefoniczny dzwoniłby do setek lub nawet tysięcy innych właścicieli domów jednocześnie, informował o sytuacji, korzystając z cyfrowego nagrania głosowego i pozwalał im na szybkie zezwolenie lub odmówienie dostępu wciskając, jedynie guzik lub mówiąc „tak” czy „nie”.

Łatwo wykpić ten pomysł (wyobraź sobie, że podnosisz telefon i słyszysz nagraną wiadomość mówiącą: „Aby zezwolić funkcjonariuszom na przeszukanie domu w celu wykrycia szalonego terrorysty uciekiniera, wciśnij 3”). Ale wychodząc poza hiperbolę, coś w tym stylu byłoby łatwe do wykonania, tak jak wiele innych możliwości, o których się nam nie śniło. Na pewno w każdym przypadku byłoby to znaczne udoskonalenie w porównaniu do obecnego systemu monopolowego opłacanego z podatków, w którym funkcjonariusze mogą wejść do każdego domu według uznania swoich przełożonych, a nawet rozkazać innym mieszkańcom opuścić ich własne ganki i dachy.

Spora część osób odruchowo odrzuci te nieznane pomysły jako „utopijne” i zgłosi wobec nich wiele zastrzeżeń. Mogą na przykład kontrować, że jakikolwiek system istniejących wcześniej umów pozwoliłby uzbrojonym i niebezpiecznym kryminalistom uniknąć pojmania, chroniąc się w posiadłości, którą policja miałaby oznaczoną jako „nie szukać”. Co więcej, mała grupa, niech będzie, terrorystów-bomberów, mogłaby nawet wcześniej zakupić własny dom, domagać się klauzuli „nie szukać” w swoim kontrakcie ochronnym, a potem wrócić do domu po popełnieniu przestępstw i cieszyć się pełną ochroną przed oskarżeniem!

Takie zarzuty są jednak bezpodstawne. Pierwszy z nich upada, ponieważ pomija oczywisty fakt, że warunki kontraktów pomiędzy firmami ochroniarskimi a ich subskrybentami byłyby ściśle poufne — kryminaliści nie mogliby wiedzieć, które domy są „bezpieczne”, a które nie.

Drugi zarzut jest niemożliwy do utrzymania, ponieważ absurdalnie zmienia klauzulę „nie szukać” w de facto immunitet przed oskarżeniem, co stanowi całkowicie inną rzecz, na którą żadne przedsiębiorstwo policyjne nie mogłoby się zgodzić[4].

Klauzula „nie szukać” w policyjnym kontrakcie byłaby ważna tylko w przypadku bardziej lub mniej losowego przeszukania. Jeśli policja, publiczna lub prywatna, miałaby ważny powód[5], by wierzyć, że poszukiwany przestępca ukrywa się na posiadłości Kowalskiego, wtedy Kowalski musiałby zezwolić na przeszukanie swojej posiadłości, ponieważ odmowa byłaby równoznaczna z twierdzeniem, że jego prawo do prywatności przeważa nad nie tylko prawem ofiar przestępcy do sprawiedliwości, ale także całej społeczności do ochrony przed jej znanym gnębicielem.

Jeżeli dalej założymy, że podejrzany naprawdę znalazł schronienie na posiadłości Kowalskiego, wtedy odmawiając żądania przeszukania, Kowalski byłby też niebezpiecznie blisko pomagania sprawcy, co samo w sobie jest przestępstwem i nie może być chronione żadną umową prawną.

Wreszcie, pewni ludzie mogą się obawiać, że oddanie właścicielom domów tak wiele kontroli nad dostępem do ich własności skutkowałoby tym, że prawie każdy decydowałby się na umowy typu „nie szukać”. Choć nie jest jasne, czemu ma to być problemem, taki skutek wydaje się jednak prima facie do obrony. Zostają jednak dwa problemy. Po pierwsze, nawet w panującym systemie obywatele ponoć już mają klauzulę „nie szukać” w ich „kontrakcie” z rządem. Zwie się ona Czwartą Poprawką. Jedyna różnica polega na tym, że państwo, będąc monopolistą w świadczeniu usług, może złamać umowę właściwie bezkarnie.

Ostatni zarzut, co ważne, pomija to, co może być największą zaletą prawa rynkowego. Najprościej ujmując, przymus powoduje konflikt. Właściwie przymus jest konfliktem. We wszystkich przymusowych związkach jedna strona — przymuszający — musi przyjąć dominującą postawę vis-à-vis drugiej.

Takie związki z natury sprzyjają antagonizmowi, buntowi i poczuciu bycia ofiarą, które czynią pokojową współpracę niemożliwą. Z drugiej strony dobrowolne zrzeszanie się, respektując indywidualne upodobania, zaszczepia prawdziwy szacunek do osoby jako autonomicznej jednostki, tym samym promując zaufanie i życzliwość pomiędzy stronami zawierającymi umowy.

Wynika z tego, że gdyby organy egzekwujące prawo były zarządzane tą zasadą, strach lub niechęć do policji byłyby znacznie mniej głębokie i powszechne, popychając właścicieli posiadłości do otwarcia się na możliwość przeszukiwania, na które godziliby się z miejsca. Wiele opornych osób mogłoby również porzucić wszelką niechęć i współpracować z policją z tego powodu, że policja byłaby na tyle uprzejma, by pytać o pozwolenie zawczasu. Jako że funkcjonariusze, będąc reprezentantami firm, zostaliby ograniczeni w swoim zachowaniu poprzez wolność każdego obywatela, by przenieść się do konkurencji, nie byłoby strachu, że wpuszcza się słonie do składu porcelany.

Od czasu katastrofy w Bostonie wiele innych korzystnych aspektów prawa rynkowego również zostało pośrednio poruszonych przez media. Między innymi to, że pomimo z pewnością jednej z najbardziej zmasowanych obław w historii Stanów Zjednoczonych, to nie policja, lecz obywatel odkrył podejrzanego ukrywającego się w jego garażu i zawiadomił władze; że zatrzymanie ludzi w ich własnych domach, dobrowolnie lub nie, najprawdopodobniej udaremniło szybsze odnalezienie podejrzanego; a także to, że to prywatna, a nie miejska, kamera pozwoliła go zidentyfikować wraz z bratem — jego wspólnikiem.

Do tej listy możemy dodać niewłaściwe rozlokowanie sił policji przed wybuchami, bo uwaga funkcjonariuszy skupiona była na powstrzymywaniu takich „przestępstw”, jak żłopanie paru piw na chodniku, „hałaśliwe” świętowanie i nielegalne udzielanie się towarzysko na werandach.

W społeczeństwie opartym na prawie prywatnym funkcjonariusze ochrony byliby wolni od śmiesznego ciężaru „zapobieganiu zabawy”, tak że mogliby się skupić na szukaniu prawdziwych przestępców, zanim ci popełnią przestępstwa. Także zachęty do zapobiegania byłyby znacznie większe, gdyż wszystkie publiczne wydarzenia (np. prywatne wydarzenia otwarte dla ludzi) odbywałyby się na czyjejś posesji, dając właścicielom tejże bardzo ważny powód, żeby posiadać ubezpieczenie od odpowiedzialności cywilnej, aby zadośćuczynić ofiarom wszelkich przestępstw, które mogłyby się tam wydarzyć.

Oznacza to, że nawet osoby nieposiadające ubezpieczenia osobistego otrzymałyby odszkodowanie za każdą szkodę spowodowaną działaniami innych w czasie wydarzeń publicznych, nawet jeśli sprawcy nie udałoby się zlokalizować. Dążąc do zminimalizowania wydatków firmy ubezpieczeniowe oferowałyby zachęty właścicielom, by inwestowali w środki zapobiegawcze, jak na przykład instalacja kamer bezpieczeństwa, lepsze oświetlenie, kontrolowane wejście, psy tropiące ładunki wybuchowe, lub po prostu wynajęcie pracowników chodzących z walkie-talkie i służących za „dodatkowe oczy”.

Końcowe przemyślenia: struktura rewolucji społecznych
Odbyłem wystarczającą liczbę konwersacji z różnymi etatystami, zarówno po „prawej”, jak i „lewej” stronie, by wiedzieć, że większość ludzi z ukształtowanym, głównonurtowym spojrzeniem na społeczeństwo i prawo nie zostanie przekonana tym, co jest tutaj napisane, ani zapewne innymi krytykami, jakkolwiek ważnymi, ani wizjami, jakkolwiek malowniczymi.

Wszelkie próby zmiany ludzi głęboko zakorzenionych w tym światopoglądzie zapewne nie będą udane, a prawie każdy w tych czasach wydaje się zabarykadowany w twierdzy swoich poglądów. Próżnym wydaje się nawet rozpoczynanie dyskusji. Mimo wszystko wierzę, że istnieje powód, by być pełnym nadziei.

W książce Struktura rewolucji naukowych Thomas Kuhn znakomicie pokazał, w jaki sposób nowe paradygmaty w nauce stają się akceptowane. Prawdziwie rewolucyjne idee — powiedział — nie triumfują nagle, gdy naukowy establishment zostaje przekonany co do ich wyższości nad istniejącą doktryną, lecz raczej powoli zapuszczają korzenie, gdy stara gwardia odchodzi, a pochodnia przekazywana jest nowemu pokoleniu naukowców. „Prawie zawsze” — pisał Kuhn — „ludzie, którzy osiągają te podstawowe koncepcje nowego paradygmatu byli albo bardzo młodzi, albo niedoświadczeni na polu paradygmatów, które zmieniali”. Zaproponował również wytłumaczenie tego, czym jest to, co skłania dorastające pokolenie do przyjęcia fundamentalnej zmiany w sposobie poznawania: „Zazwyczaj wstępem do tego rodzaju zmian jest (…) świadomość nieprawidłowości, wydarzenia albo zbioru wydarzeń, która nie pasuje do istniejących sposobów porządkowania zjawisk” .

Żyjemy w czasach anomalii — nie tylko naukowych. Współcześni młodzi ludzie to wiedzą. Rozpoznają zbyt dobrze, że coś w społeczeństwie nie może być wytłumaczone w sposób, jaki był bezkrytycznie akceptowany przez ich rodziców i dziadków, i chcą podejść do podstawowych pytań z otwartym umysłem i ogromną dozą energii. Trzymając się tezy Kuhna, to oni muszą docenić pełne możliwości społeczeństwa prawa rynkowego, bo są oni jedynymi, którzy niedługo mogą coś z tym zrobić. Jest to więc grupa, do której musimy się zwrócić.

Tak jak dobrzy ludzie z Bostonu, my libertarianie — zwłaszcza ci z tradycji anarchistycznej — mamy nasz własny maraton do ukończenia. Thomas Kuhn udostępnił nam mapę terytorium, a Ron Paul dał znacznie bardziej pomyślny start, niż moglibyśmy tego sobie życzyć. Do nas należy, by biec dalej, nie zważając na ilość bomb, które wybuchną po drodze, nim osiągniemy linię mety.

 

 


[1] Mój własny, pobieżny przegląd raportów mediów głównego nurtu sugeruje, że skłaniały się one do tego, by raczej trywializować niż gloryfikować użycie siły jako takiej, jednocześnie ukazując funkcjonariuszy jako bohaterów. Magazyn „Time” przykładowo opisuje drużyny SWAT jako idące „ramię w ramię, pukając do drzwi z pytaniem, czy nie widzieli czegoś podejrzanego”, a ten film nagrany z okna prywatnego domu jasno pokazuje policję z wyciągniętą bronią, zmuszającą mieszkańców osiedla do wyjścia na zewnątrz z podniesionymi rękami, aby funkcjonariusze mogli swobodnie przeszukać teren. Ten zaś artykuł z „New York Times” pokazuje zdjęcie lokalnych gwiazd (graczy Boston Red Sox) w jednej linii, oklaskujących mijających ich funkcjonariuszy, przywołujący na myśl patriotyczny zapał parady wojskowej.

[2] Urzędnicy Bostonu zaprzeczyli temu, że nakazali blokadę miasta, tłumacząc, że było to raczej żądanie „zabezpieczenia miejsca”. Moim zamiarem nie jest odpowiedzenie na to pytanie w tym miejscu. Zainteresowani mogą znaleźć więcej informacji na ten temat tutaj.

[3] Dla szczegółowej dyskusji na temat tego, czemu prywatne przedsiębiorstwa policyjne nie mogłyby podejmować prób zdominowania siebie nawzajem ani rozwiązywać swoich sporów przemocą, zob: Murray Rothbard, O nową Wolność, s. 224–26.

[4] Współczesne państwo oferuje już teraz pewnym wybranym osobom coś sprowadzające się do klauzuli „nie aresztować”. Nazywa się to „immunitetem dyplomatycznym”.

[5] Może się pojawić słuszne pytanie, kto decyduje, co jest, a co nie jest „ważnym powodem”. Różne społeczeństwa mogą odpowiedzieć na nie w odmienny sposób, lecz wydaje się, że nie ma powodu, dla którego procedury podobne do istniejących w obecnym systemie nakazów sądowych nie mogłyby zostać użyte — z tą różnicą, że zamiast do pracownika państwowego (sędziego) wydającego nakaz poszukiwania każda firma policyjna zwracałaby się z autoryzacją do komisji złożonej z obywateli, z których wszyscy byliby biorcami jej usług.

Podobał Ci się artykuł?

Wesprzyj nas
Avatar

O Autorze:

David Greenwald

Pozostałe wpisy autora:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Nasi darczyńcy