Roque: Upadek reala i perspektywy dla brazylijskiej gospodarki

28 listopada 2013 Pieniądz komentarze: 0

Autor: Leandro Roque
Źródło: mises.org.br
Tłumaczenie: Dorota Sadowska
Wersja PDF

Tekst z 22 sierpnia 2013 r.

upadek realaStabilność nie jest wszystkim, jednak bez stabilności wszystko obraca się wniwecz.

Tymi słowami socjaldemokrata Karl Schiller, minister finansów Niemiec Zachodnich w latach 1966-1972, wyraził, jak ważna dla Niemiec jest silna waluta.

W drugiej połowie XX w. żaden naród nie brał tak bardzo na poważnie znaczenia posiadania mocnej i stabilnej waluty jak Niemcy. Po przeżyciu dwóch hiperinflacji w ciągu 24 lat (pierwsza w latach 1922-1923 i druga krótko po II wojnie światowej), które zrujnowały wszystkie ich oszczędności, niemieckie społeczeństwo zrozumiało, i to w sposób niezwykle bolesny, że wartość waluty państwa nie może być zaniżana. To niemiecki kanclerz Konrad Adenauer powiedział: „obrona waluty jest niezbędnym warunkiem zachowania gospodarki rynkowej, a w ostateczności także wolnego społeczeństwa”. A minister finansów w rządzie AdenaueraLudwig Erhard, „ojciec” niemieckiego cudu gospodarczego — poszedł o krok dalej i obwołał stabilizację monetarną podstawowym prawem człowieka.

Wymóg silnego i stabilnego pieniądza stał się postulatem do tego stopnia niepodlegającym negocjacjom, że 1957 r. stworzono prawo — ustawę o Bundesbanku — które wcielało w życie niemiecką wizję waluty: ustawa mówiła dokładnie, że niemiecki Bank Centralny ma być całkowicie niezależny od presji politycznych i instrukcji rządu federalnego. Jego jedynym zadaniem jest „ochrona waluty” poprzez kontrolę ilości pieniądza w obiegu w celu zapewnienia siły waluty. Prawo to nadało Bundesbankowi autonomię niespotykaną jak dotąd w żadnym innym państwie i spotkało się ze wsparciem socjaldemokratów i konserwatystów.

Zaaprobowanie i wprowadzenie tego prawa, wraz z prawdziwą determinacją przejawianą przez kolejnych prezydentów Bundesbanku, uczyniło z niego najbardziej szanowany i godny zaufania bank świata. Od 1957 roku aż do wprowadzenia euro w 2002 r.,  Niemcy notowały najniższe poziomy inflacji cenowej na świecie, niższe nawet niż w Szwajcarii.

Poniższy wykres prezentuje zmiany wskaźnika cen w Niemczech (czarna linia), Szwajcarii (czerwona linia) i UE (niebieska linia). Warto zauważyć, że chociaż Niemcy i Szwajcaria zaczęły z praktycznie takim samym poziomem wskaźnika, już w okresie 1970-1980 inflacja cenowa w Niemczech stała się zauważalnie mniejsza niż w Szwajcarii, utrzymując taki stan w latach 1980-1990. Dopiero w 2004 r., już po wprowadzeniu euro, sytuacja uległa zmianie i Szwajcaria zaczęła odnotowywać niższy poziom skumulowanej inflacji cenowej.

 

wykres1

 

Ten wykres wyjaśnia, dlaczego Niemcy nie są wielkimi sympatykami waluty euro i pokazuje, dlaczego tak trudno było ich przekonać do otwarcia niemieckiego rynku w ramach jednej europejskiej waluty (pomaga także zrozumieć dlaczego nierówności w dochodach w Stanach Zjednoczonych są znacznie większe niż w Szwajcarii — pomimo hojności amerykańskich polityków).

W wyniku tego przywiązanie Niemców do marki było tak duże, że wg. badania z 1995 r. 80 proc. respondentów identyfikowało swoją „niemieckość” ze stabilnością, siłą i międzynarodowym prestiżem marki.  Doświadczyli oni „cudów”, których potrafi dokonać mocna waluta. Gospodarka, która została zniszczona w wyniku wojny światowej i której populacja straciła wszystkie swoje oszczędności w rezultacie dwóch hiperinflacji, zdołała się zregenerować, wzbogacić i stać się najsilniejszą w Europie w przeciągu jednego pokolenia, a wszystko to było możliwe dzięki mocnej i stabilnej walucie, mającej nieporównywalną siłę nabywczą. Niemcy postrzegali silną walutę jako warunek niezbędny — chociaż nie wystarczający — dla rozwoju gospodarczego, a słabą za przyczynę perturbacji i niepokojów społecznych.

Niemcy przypisywali sile marki fakt, że należeli do najlepiej opłacanych pracowników i że mogli podróżować za niewielkie pieniądze po całym świecie.

Dlaczego ten długi prolog jest poświęcony Niemcom? Ponieważ Niemcy — wraz ze Szwajcarią i Japonią — są świetnym praktycznym przykładem tego, jakie zalety ma mocna waluta dla populacji kraju. Tutaj, w Brazylii, postkeynesiści i progresiści codziennie zapewniają, że dewaluacja jest koniecznym warunkiem dla siły i konkurencyjności przemysłu, i że silna waluta przyniosłaby zniszczenie różnym gałęziom przemysłu i doprowadziłaby do kolejnych destabilizacji w bilansie płatniczym, ponieważ Brazylijczycy „dużo by importowali i podróżowali”. Widocznie, ignorują to, że Niemcy, Szwajcaria oraz Japonia od dekad mają silną walutę i pomimo tego także niebywale rozwinięty i konkurencyjny przemysł i eksport, wraz z dosyć często podróżującą ludnością. Nie było trzeba dewaluować walut po to, żeby ich przemysł stał się konkurencyjny i jak dotąd nie pojawiła się żadna oznaka „kryzysów w bilansie płatniczym”.

Poniżej, zmiany kursów waluty Niemiec (linia czarna), Szwajcarii (linia czerwona) i Japonii (linia żółta, prawa oś) w relacji do dolara. Ukazany okres kończy się w grudniu 1998 r., ponieważ w styczniu 1999 r. Niemcy musiały zmienić swój system kursów walutowych, żeby przygotować się do wprowadzenia euro.

 

wykres2

 

Nagła, chociaż tylko chwilowa, deprecjacja zaobserwowana w pierwszej połowie dekady lat 1980., nie była spowodowana żadną inflacyjną polityką banków centralnych, ale znaczną aprecjacją dolara w tym okresie.

Sytuacja w Brazylii
Żeby zrozumieć w jakiej sytuacji znajduje się obecnie gospodarka i waluta brazylijska, przydatne będzie użycie krótkiego ćwiczenia. Wyobraźmy sobie dwa kompletnie różne scenariusze.

1) W pierwszym scenariuszu banki rozszerzają ofertę kredytową, co sprawia, że ilość pieniądza na rynku ciągle wzrasta. To z kolei powoduje, że płace nominalne także ciągle rosną. Jednakże, pomimo inflacji monetarnej, siła nabywcza pieniądza wyrażona w dolarach, zamiast spadać, też rośnie.

2) Ale w drugim scenariuszu, z powodu coraz większego zadłużenia ludności i wysokich wskaźników niewypłacalności banki stają się powściągliwe i zaczynają ograniczać ilość kredytów. W konsekwencji ilość pieniądza na rynku wzrasta bardzo powoli, a to powoduje spowolnienie wzrostu płac nominalnych. Jednak pomimo tej niezgody na inflację monetarną, siła nabywcza pieniądza mierzona w dolarach, zamiast wzrastać, ciągle spada.

Pierwszy ze scenariuszy ziścił się w Brazylii w 2003 r. i trwał do połowy 2011 r. Podaż pieniądza gwałtownie rosła i pomimo takiej inflacji wartość reala mierzona w dolarach także ciągle wzrastała. Na przykład w ciągu pierwszych sześciu miesięcy 2003 r. dolar osiągnął wartość 3,60 BRL. Od tamtego momentu real zaczął zyskiwać na wartości względem dolara, osiągając szczytową wartość w lipcu 2008 r., kiedy dolar kosztował prawie 1,56 BRL.  Pod koniec 2008 r i na początku 2009 roku światowy kryzys finansowy lekko odbił się czkawką w Brazylii, ale nic nie mogło zatrzymać wzrostu wartości dolara, który szybko ponownie zaczął się umacniać, aż znowu osiągnął wartość 1,54 BRL w lipcu 2011 r.

Ten fenomen — i powinno to zostać podkreślone — był zupełnie bezprecedensowy w historii Brazylii. Nigdy wcześniej nie doświadczono w tym kraju okresu, w którym wzajemnie przeplatały się silna ekspansja monetarna, wzrost płac nominalnych i ciągła aprecjacja waluty narodowej. Niemniej jednak w pierwszej fazie Plano Real, od 1994 do 1998 roku, tak właśnie się działo.

Aby mieć jakieś wyobrażenie, co taka sytuacja oznaczała, nadmieńmy, że osoba która na początku 2003 r. zarabiała płacę minimalną — 200 BRL —  posiadała siłę nabywczą równą około 60 USD. Ale już osoba dostająca płacę minimalną w połowie 2008 r. — 415 BRL — miała siłę nabywczą około 259 USD. I w połowie 2011 r., z płacą minimalną 545 BRL, taka osoba dysponowała siłą nabywczą około 340 USD. Albo, licząc w dolarach, siła nabywcza pracownika otrzymującego pensję minimalną wzrosła o 332 proc. w 5 lat i 466 proc. w ciągu 8 lat.

Już tylko to ilustruje znaczenie silnej waluty. I czy jeszcze można się dziwić, że Lula bił rekordy popularności, głównie wśród najbiedniejszych? Fernando Henrique Cardoso także cieszył się uznaniem pośród najuboższych podczas swojej pierwszej kadencji, kiedy real miał kurs usztywniony względem dolara. To właśnie najbiedniejszym zawdzięcza swoją reelekcję w 1998 r. I znowu — to była tylko naturalna konsekwencja silnej waluty.

Ta aprecjacja reala względem dolara w latach 2003-2011, która wydarzyła się podczas długiego okresu ekspansji kredytowej, była głównym powodem, dla którego inflacja cenowa w Brazylii nie wzrosła tak bardzo, jak mogła. To zjawisko — widoczne w ogromnym wzroście realnych dochodów  ludności — nie może być lekceważone, jeśli chce się zrozumieć powód dużej popularności Luli. Ludzie mieli ciągle więcej pieniędzy w portfelu i te pieniądze, wyrażone w dolarach, były coraz więcej warte.

Kolejny wykres obrazuje wspominane zmiany. Czerwona linia przedstawia wahania kursu reala (lewa kolumna). Niebieska linia to ewolucja ilości pieniądza na rynku (prawa kolumna). Analiza dotyczy okresu od stycznia 2002 do lipca 2011 r.

 

wykres3

 

Warto zauważyć, że po okresie wysokiego kursu dolara w końcu 2002 r. — w oczekiwaniu na wybór Luli — real zaczął się ponownie umacniać w 2003 r., utrzymując tę tendencję od 2004 r.

Mimo że to samo zjawisko miało miejsce w przypadku praktycznie wszystkich innych walut świata — ponieważ był to okres dużej dewaluacji dolara — aprecjacja reala była szczególnie intensywna. A to dzięki pozytywnemu nastawianiu inwestorów zagranicznych, spekulantów i wszystkich uczestników rynków finansowych do brazylijskiej ekipy rządzącej. Dobry zespół stworzony przez Antônio Palocciego podczas pierwszej kadencji Luli składający się z Joaquima Levy’ego, Marcosa Lisboy i Murilo Portugala w Ministerstwie Finansów razem z Henrique Meirelleemsem, Ilanem Goldfajnem i Alexandre Schwartsmanem w Banku Centralnym miał zasadnicze znaczenie w wytworzeniu takiej atmosfery zaufania. I było ono niezachwiane nawet podczas okresów perturbacji jak np. podczas skandalu Mensalão w 2005 r., gdy nie nastąpił odpływ dolarów i nie wpłynęło to na kurs walutowy.

Nawet po znacznych zmianach dokonanych w ekipie rządzącej od 2006 r., po odejściu Palocciego i nominacji Guido Mantegi na Ministra Finansów, poziom zaufania nie uległ zmianie. Po silnej czkawce pod koniec 2008 r., gospodarka szybko wyzdrowiała w 2009 r., ponieważ rząd nie próbował dewaluować waluty, ani wracać do protekcjonistycznej polityki, a co ważniejsze pozwolił cenom i płacom ukształtować się na niższym poziomie. Ten szybki powrót do formy razem z publikowaniem przez prasę międzynarodową materiałów wychwalających gospodarkę Brazylii podtrzymał entuzjazm inwestorów zagranicznych, spekulantów i uczestników rynków finansowych i real zaczął znowu zyskiwać na wartości względem dolara.

Świetne wyniki finansowe filii koncernów zagranicznych w Brazylii przyczyniły się do podniesienia wartości reala, co z kolei oznaczało znaczne zyski wyrażone w dolarach dla firm-matek. To samo można powiedzieć o liniach lotniczych, dla których tańszy dolar w tamtym spektakularnym okresie oznaczał więcej pasażerów i tańsze paliwo.

Ale wszystko zaczęło się psuć w 2012 roku, gdy rządowe interwencje na rynku stały się dużo intensywniejsze, co dało początek drugiemu scenariuszowi opisanemu w tym artykule.

Ekspansja kredytowa zainicjowana w 2004 r. doprowadziła do dwóch nieuniknionych rezultatów: rekordowego zadłużenia ludności i wysokiej niewypłacalności. Poniższy wykres przedstawia zmiany tych dwóch wskaźników. Niebieska linia oznacza zadłużenie gospodarstw domowych w odniesieniu do łącznego dochodu za ostatnie dwanaście miesięcy (prawa kolumna). Czerwona linia przedstawia ewolucję wskaźnika niewypłacalności (lewa kolumna).

 

wykres4

 

Taka sytuacja skłoniła banki do przybrania ostrożnej postawy i podwyższenia warunków kredytowych dla nowych pożyczkobiorców. Tak restrykcyjne podejście banków spowodowało ochłodzenie dotychczas szalonego tempa ekspansji kredytowej, co w efekcie obniżyło stopę wzrostu podaży pieniądza.

To zmniejszenie tempa wzrostu ilości pieniądza na rynku wpłynęło na wartość PKB, a także na popyt na dobra przemysłowe (tutaj można zobaczyć wykres produkcji przemysłowej). Rząd zaczął się niepokoić i myląc powód z konsekwencją, zaczął obficie stosować środki interwencjonistyczne, aby „chronić przemysł”.

Po pierwsze, zmusił porty do zwiększenia kwot importowych na praktycznie wszystkie produkty zagraniczne (co widać tu i tu). Potem zobligował większe przedsiębiorstwa do używania w produkcji określonego procentu komponentów pochodzenia brazylijskiego. Oczywiście uprzywilejowani wykonawcy tych komponentów korzystali z tego monopolu i podnosili ceny. Aby pomóc dużym firmom zdobyć te, teraz drogie, komponenty i jednocześnie wesprzeć ich projekty inwestycyjne, BNDES (Narodowy Bank Rozwoju) mógł swobodnie pożyczać im niebotyczne sumy z publicznych pieniędzy przy korzystnym oprocentowaniu. Ponieważ BNDES nie dysponował takimi środkami, Skarb Państwa zaczął emisję papierów wartościowych, żeby zebrać potrzebne środki. Skutkiem tego krajowe zadłużenie brutto sięgnęło 2 823 mld BRL. Jednocześnie, w tych niewielu obszarach mogących otrzymać duże inwestycje zagraniczne — w sektorze infrastruktury drogowej, portowej, lotniczej i kolejowej — rząd ustanowił cła retorsyjne, w boliwijskim stylu. W końcu, żeby tak od razu nie przestraszyć inwestorów zagranicznych i organizacji międzynarodowych, rząd zaczął manipulować wynikami finansów publicznych, zmieniając „należności z długim terminem otrzymania” na „wpływy natychmiastowe”, a deficyt w nadwyżkę.

Równocześnie, prezydent i dwóch jego ulubionych ministrów (Mantega i Pimentel) ze szczególnym zaangażowaniem powstrzymywali szeroki strumień dolarów płynących do Brazylii i podnoszących kurs reala, nie zdając sobie sprawy, że to właśnie te dolary są przyczyną zadowolenia ludności.

Rezultaty: stagnacja, poczucie zagubienia, wysoki stopień niepewności przedsiębiorców, brak zaufania inwestorów zagranicznych, odpływ dolarów i widoczna dewaluacja kursu. Kurs dolara, który w lipcu 2011 r. kosztował 1,56 BRL, wystrzelił do poziomu 2,44 BRL.

 

wykres5

 

W tym samym czasie, kurs euro wzrósł z 2,26 BRL do 3,2 BRL, co oznacza, że dolar zyskał na wartości 56 proc. względem reala, a euro zyskało 44 proc.

Albo inaczej: kto dzisiaj otrzymuje płacę minimalną — 678 BRL— zarabia 278 USD, czyli o 18 proc. mniej niż te 340 USD w lipcu 2011 roku. I pomyśleć, że jeszcze znajdą się ludzie wierzący, że politycy, którzy bronią zdewaluowanego kursu wymiany, chcą podniesienia dochodów najuboższych.

Istnieją trzy czynniki wpływające na fluktuację kursu walutowego:

1) Pierwszy to inflacja monetarna i jej nieunikniona konsekwencja, czyli inflacja cenowa. Kurs walutowy, w długim okresie, jest determinowany przez siłę nabywczą waluty. Skoro siła nabywcza reala spadła podczas inflacji monetarnej w okresie 2008-2011, to w naturalny sposób wpłynęło to na kurs.

2) Oprócz inflacji monetarnej, krótkookresowy kurs wymiany jest też zależny od wzrostu gospodarczego. Im wyższy wzrost, tym wyższy popyt na walutę narodową — i tym więcej jest ona warta. To wyjaśnia nieunikniony wzrost kursu wraz ze wzrostem PKB.

3) Ale to trzeci czynnik jest aktualnie dominujący. Kiedy rozwijająca się gospodarka — taka jak brazylijska — przyjmie płynny kurs wymiany, jej waluta jest codziennie wystawiona na humory spekulantów, inwestorów zagranicznych i innych podmiotów działających na rynku finansowych. Jeśli stracą oni zaufanie do rządu, kurs może nagle znacząco spaść i długo się nie zmienić. I właśnie to teraz dzieje się w Brazylii: inflacja monetarna już nie rośnie w wyraźnie szybkim tempie, ale kurs walutowy dalej się obniża z powodu działań spekulantów, inwestorów zagranicznych i innych graczy rynkowych, którzy już zdążyli zauważyć, że władze monetarne i ekonomiczne w Brazylii nie są zbyt poważne[1].

Tak nagły spadek wartości reala względem dolara zaalarmował władze. Od ubiegłego maja Bank Centralny wydał prawie 40 miliardów USD na aukcjach swapów walutowych, ale dolar dalej zwyżkuje. Co gorsze, powstało ogólne przekonanie, że sytuacja się pogarsza. Wystarczy spojrzeć na fragment wpisu na blogu dziennikarza Vincente Nunesa:

Żaden z dyrektorów Banku Centralnego nie mówi o tym wprost, ale jest wśród nich ogólne zakłopotanie spowodowane przez coś, co uważają za zdradę ze strony reszty rządu. Mają nadzieję, że władze monetarne będą działać zgodnie z planem wypracowanym przez ostatnie trzy lata razem z prezydentem, szczególnie chodzi o obniżenie oprocentowania bazowego (Selic) do najniższego kursu w historii, czyli 7,25 proc. w październiku 2012 r.

Wszyscy oczekiwali, że rząd, szczególnie Ministerstwo Skarbu, zaangażuje się w tworzenie spójnej i uzgodnionej polityki fiskalnej, jasnej i bez stosowania sztuczek, aby przedstawić zdrowy stan finansów publicznych, w jakim oczywiście się teraz nie znajdują. A tymczasem Bank Centralny zobaczył coś zupełnie przeciwnego.

Z początku członkowie zarządu kierowanego przez Alexandra Tombiniego woleli milczeć wobec braku kompromisu co do uregulowania polityki fiskalnej. Ale wobec wystrzelenia w górę inflacji i zrujnowania zaufania do instytucji rządowych, Bank Centralny się zbuntował i zaczął sprzeciwiać się wydatkom rządowym i manipulowaniu finansami zarówno w publikacji Comitê de Política Monetária (Rady Polityki Monetarnej) jak i w Relatório Trimestral de Inflação (Trymestralnym Raporcie Inflacyjnym).

Dyrektorzy [Banku Centralnego — przyp. tłum.] przybrali także bardziej zdecydowaną postawę publiczną, jako że ryzyko zrujnowania oczekiwań podmiotów gospodarczych było ogromne. Prezydent BC podkreślał istotę konkretnego i konsekwentnego planu fiskalnego, żeby pomóc Radzie Polityki Monetarnej (Copom) odbudować zaufanie, którego potrzebował kraj, aby powrócić na ścieżkę stałego wzrostu.

Dyrektorzy Banku wiedzieli, iż nie mają łatwego zdania, szczególnie, że symbol braku zaufania, osoba maskująca rzeczywisty stan finansów, Sekretarz Skarbu, Arno Augustin trwał na swoim stanowisku, tylko dlatego, że był przyjacielem prezydent Dilmy Rousseff.

Tombini czuł przez skórę, jak niska jest wiarygodność jego samego i całego zarządu BC. W ubiegłym tygodniu spotkał się, za zamkniętymi drzwiami w São Paulo z ponad setką przedsiębiorców i odniósł klęskę. Zaczęło się pozytywnym akcentem, że wszystko jest dobrze, że inflacja jest pod kontrolą (mimo iż oscylowała w granicach 6 proc. na przestrzeni tego roku, skumulowana z dwunastu miesięcy), ale na koniec [Tombini – przyp. tłum.] został zmiażdżony przez krytykę względem rządu. Wielu obecnych na spotkaniu wyraźnie powiedziało, że nie wznowi inwestycji w produkcję aż do końca wyborów w 2014 r. Tombini opuścił salę w milczeniu.

Bank Centralny, jak się spodziewano, zaprzeczył tym informacjom, co oznacza, że są prawdziwe.

Co robić?
Podczas całej poprzedniej ekspansji kredytowej jednostki zwiększały swoje zadłużenie, aby móc konsumować, wierząc, że ekspansja będzie trwać i że ich zarobki będą dalej rosnąć, co ułatwi spłatę długu. Przedsiębiorstwa rozpoczęły już długoterminowe inwestycji stymulowane przez tak rozległą ekspansję monetarną prowadzoną przez Bank Centralny (która sprawia, że takie inwestycje są łatwiej dostępne finansowo) oczekując, że przyszły wzrost płac umożliwi konsumpcję produktów wytworzonych na drodze tych inwestycji.

Jednak ten porządek już uległ zmianie. Płace nominalne utknęły w miejscu, ale ceny rosną, głównie z powodu dewaluacji kursu. I to ta kombinacja zamrożonych płac nominalnych i wzrostu cen tworzy trudności finansowe dla Brazylijczyków.

Cały mechanizm tego cyklu ekonomicznego gospodarki brazylijskiej został już wytłumaczony niezliczoną ilość razy, tak więc nie jest on głównym tematem tego artykułu (zobacz tu, tu i tu). Wystarczy powiedzieć, że kiedy gospodarka wchodzi w fazę powtórnego dopasowywania się po ekspansji kredytowej, jest bardzo ważne, aby ceny spadły, co pozwoli podaży zharmonizować się z popytem. Silna dewaluacja kursu walutowego przyczynia się do czegoś zupełnie odwrotnego. Biorąc pod uwagę, że skumulowana inflacja cenowa w ostatnich 12 miesiącach wynosiła ok. 6 proc., i że ekonomia tkwi w zastoju, sytuacja jest zła.

Właśnie dlatego ważne jest posiadanie ekipy ekonomistów — tak w Ministerstwie Gospodarki, jak i w Banku Centralnym — która wzbudza zaufanie inwestorów zagranicznych, handlowców i spekulantów. W 2008 r. taka ekipa była w Banku Centralnym. W konsekwencji, dewaluacja reala wobec dolara okazała się niewielka.

Jeśli aktualna ekipa Banku Centralnego nie odzyska zaufania inwestorów, spekulantów i handlowców kurs wymiany dalej będzie ulegał dewaluacji, sprawiając, że inflacja cenowa nie zmniejszy się, jak powinna. Ta ciągła dewaluacja kursowa jest przyczyną ogromnych niepewności. Jeśli gospodarka nadal będzie tkwić w tej quasi-stagflacji, wywoła to postępujący spadek płac realnych.

Aby rozwiązać tę skomplikowaną sytuację, można przekształcić Bank Centralny w izbę walutową (zobacz jak ten system funkcjonuje w Bułgarii) co zostały już przetestowane w różnych gospodarkach wschodzących i przyniosło natychmiastowe i bardzo efektywne rezultaty. Zakładając, że BACEN posiada obecnie więcej niż 370 miliardy USD w rezerwach międzynarodowych gromadzonych przez 20 lat, takie środki są więcej niż wystarczające na natychmiastowe stworzenie izby walutowej. Nie tylko kurs by się ustabilizował, ale także zostałby przywrócone zaufanie inwestorów do gospodarki. Ponadto spadłyby stopy procentowe, co przyniosłoby konieczną ulgę finansom rządowym przy obsłudze długu.

Jednakże taki pomysł niestety nie spotkałby się z żadnym poparciem. Izba walutowa, właśnie aby przejąć od rządu kontrolę nad podażą pieniądza, zobowiązuje rząd do skromnego budżetu, nie zostawiając miejsca dla wydatków na 41 ministerstw i administracji, podwyżek dla funkcjonariuszy państwowych i dofinansowań dla artystów, grup interesów i ruchów społecznych. Wsparcie byłoby zerowe.

W takim razie drugą opcją byłoby bezczelne skopiowanie statutu Bundesbanku, adoptując wszystkie jego metody operacyjne (porzucenie operacji otwartego rynku i używanie jednie okna dyskontowego, czyli dokładna odwrotność teraźniejszych działań BACEN). Niezbędne byłoby uchwalenie prawa narzucającego stosowanie się do tego statutu. Udało się to z Lei de Responsabilidade Fiscal (Prawem Odpowiedzialności Fiskalnej) — przynajmniej jak na razie — więc może udać też się z BACEN.

Dodatkowo, powinno ogłosić się pełną wymienialność reala. Oznacza to, że real będzie mógł być wymieniany na waluty zagraniczne bez żadnych restrykcji. Waluta całkowicie wymienialna to taka, która może być użyta do nabycia jakiekolwiek typu dóbr za granicą, włącznie z nieruchomościami, papierami wartościowymi i kontami bankowymi w innych krajach. Ogłoszenie wymienialności byłoby kolejnym krokiem do odzyskania zaufania inwestorów zagranicznych, mogącym jednocześnie pociągnąć za sobą naturalny skutek: sprawić, że waluty obce będą akceptowane jako środek płatniczy w przepływach krajowych (czego aktualnie rząd zabrania).

Problem w tym, że nie ma żadnego polityka z ilością testosteronu potrzebną do wcielenia tych dwóch projektów w życie.

Faktem jest, że Bank Centralny musi odzyskać zaufanie rynku, aby kurs walutowy mógł spaść, co pomoże powstrzymać inflację cenową, a następnie pomoże zregenerować się inwestycjom i gospodarce. Regeneracja nastąpi tylko wtedy, jeśli ceny spadną, a to nie stanie się przy kursie walutowym słabnącym w wyniku braku zaufania.

Mianowanie takich ludzi jak Gustavo Franco w kontekście prezesury w BACEN i Pérsio Arida w Ministerstwie Finansów byłyby dobrym początkiem, ale będzie to nieskuteczne bez wymienionych reform.

Wnioski
Mocna waluta, silna i stabilna, jest potrzebna — chociaż niewystarczająca — dla gospodarczej prosperity. Niemcy zrozumieli to jeszcze w 1957 r. Rezultatem było ogromne podwyższenie stopy życiowej. Brazylijczycy doświadczyli czegoś w pewnym sensie podobnego do mocnej waluty w okresach 1994-1998 i 2007-2011. Chociaż radość trwała krótko, ten niedługi okres był już wystarczający dla poprawy warunków życia milionów Brazylijczyków — szczególnie tych najbiedniejszych.

Wielcy ekonomiści zawsze podkreślali znaczenie silnej waluty. W 1876 r. Carl Menger, założyciel szkoły austriackiej, został nauczycielem ekonomii następcy tronu Austrii, Rudolfa Habsburga. Niektóre notatki ekonomiczne Rudolfa zostały opublikowane w latach 90. XX w. Spośród lekcji, jakie książę odebrał od Mengera, warto przyjrzeć się następującej:

W dużym stopniu transakcje komercyjne i cały handel międzynarodowy, które są filarami stałego rozwoju gospodarczego, zależą od zrównoważonego i dobrze skonstruowanego systemu monetarnego. Dlatego wahania kursowe i niepewność, którą takie wahania powodują we wszystkich kalkulacjach ekonomicznych, osłabiają koniunkturę gospodarczą u jej podstaw. Podczas każdej aktywności gospodarczej — krajowej czy międzynarodowej — obywatele i przedsiębiorcy napotykają brak zaufania i przeszkody na każdym kroku (…) Tak więc trzeba przyznać, że słaba i niestabilna waluta jest dla państwa znaczącą ułomnością, boleśnie odczuwaną w każdej sferze życia gospodarczego i jego rozwoju.

Tak więc silna waluta jest błogosławieństwem dla każdego narodu. Stymuluje wzrost siły nabywczej pracowników i w rezultacie podwyższenie stopy życiowej. Ciągle wzmacniająca się waluta oznacza stały wzrost płac. Umożliwia niedrogi dostęp do dużej ilości dóbr i usług zagranicznych, znacznie podnosząc stopę życia ich użytkowników. Jest instytucją, której nigdy nie powinno się narażać — szczególnie w czasie recesji. A ten kto się z tym nie zgadza, powinien uczyć się od Szwajcarów i Niemców.

 


[1] Dlatego wielcy ekonomiści bronią idei izb walutowych dla gospodarek rozwijających się. Według nich szaleństwem jest pozwolenie kursowi walutowemu, w państwach rozwijających się, na wahania zgodne z tym, jak podmioty zagraniczne postrzegają kondycję finansową rządu danego kraju.

Podobał Ci się artykuł?

Wesprzyj nas
Avatar

O Autorze:

Leandro Roque

Pozostałe wpisy autora:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Nasi darczyńcy