Jasay: Własność czy „prawa własności”?

7 stycznia 2014 Ekonomiczna analiza prawa komentarze: 19

Autor: Anthony de Jasay
Źródło: libertyfund.org
Tłumaczenie: Tomasz Kłosiński
Wersja PDF

Artykuł został opublikowany pierwotnie w 2006 r. na łamach Library of Economics and Liberty, a następnie ukazał się, w książce Political Economy, Concisely: Essays on Policy that does not work and Markets that do. Tłumaczenie za zgodą Liberty Fund.

Sadowsky_PrivateProperty
Ekonomiści, którzy posiadają dom lub inne aktywa, traktują je jako swoją „własność”. Jednak w ramach wykonywania swojego zawodu, zmieniają słownictwo i zaczynają mówić o „prawach własności”. Czy te terminy oznaczają tę samą rzecz i czy to ważne, który z nich jest używany? Niniejszy esej próbuje dowieść, że „własność” i „prawa własności” oznaczają różne rzeczy i używanie ich jako synonimów stanowi ukryte, ale dość poważne zagrożenie dla tego rodzaju ładu społecznego, w którym efektywność ekonomiczna i wolność osobista mają największą szansę przetrwać.

„Wiązka uprawnień”?
Jak na ironię, autorem, który zrobił najwięcej, by narzucić termin „prawa własności” w użyciu naukowym, był Armen Alchian — ekonomista z nieskazitelnymi zasługami zarówno jako precyzyjny teoretyk, jak i obrońca wolnego społeczeństwa. W przełomowym eseju[1], który stał się kamieniem węgielnym pod budowę „ekonomii praw własności”, tłumaczył, że jeżeli posiada się, powiedzmy, kawałek ziemi, to w istocie posiada się prawo do zostawienia jej odłogiem, orania jej, uprawiania na niej pszenicy na własny użytek lub sprzedaż, chodzenia po niej, latania nad nią, budowania domu na niej, nadania serwitutu, oddania w dzierżawę innemu podmiotowi, przepisania jej na kogoś lub sprzedania. Własność jest taką „wiązką uprawnień”. Kuszące jest stwierdzenie, że jeżeli usuniemy jeden element z wiązki, to wciąż nią pozostanie. Jeśli usuniemy dwa elementy, to nadal pozostanie wiązką. Ile pozostałych części można usunąć z niej, aż przestanie stanowić własność i czy któraś z nich jest bardziej istotna od innych?

Ta idea własności otwiera drzwi do pewnego stopniowania racji. Jeśli „społeczeństwo” czy rząd, rzekomo działający w jego imieniu, usunie z pakietu jeden, bądź dwa elementy:  zabroni właścicielowi budowy na swojej ziemi, ustanowi limity na uprawę pewnych roślin, nada przywilej serwitutu lub prawa pierwokupu, wówczas wiązka nadal pozostanie swego rodzaju własnością. Ile jeszcze uprawnień rząd może usunąć z wiązki, aby uchodziła ona za własność, a rząd za jej strażnika?

Wolności i prawa różnią się zasadniczo
Idea „wiązki uprawnień” zrodziła niebezpiecznie słabą teorię własności. Aby znaleźć pierwotną przyczynę tej słabości, należy „wrócić do podstaw” i zdecydowanie uchwycić różnicę pomiędzy wolnością a uprawnieniem[2].

Wolność jest relacją jednej osoby ze zbiorem działań. Człowieka uznaje się za wolnego, gdy wykonuje dowolne działanie w ramach nienaruszania reguł deliktowych (wykroczeń przeciwko osobie i mieniu) oraz (znacznie mniej rygorystycznie wymaganych) reguł dokuczliwości i nieoględności. Znaczne wykroczenie przeciwko wolności (np. kneblowanie albo groźba uderzenia kogoś, aby powstrzymać go od swobodnego mówienia) jest deliktem bądź nieuprzejmością. Jako takie — jest złe. Powiedzieć, że osoba ma „prawo do wolności”, jest równoznaczne ze stwierdzeniem, że ma prawo do niezostania skrzywdzonym — zbędne i głupie założenie. Oznacza to również, że nie miałby takiej wolności, gdyby jakoś nie uzyskał prawa do niej — implikacja, która jest źródłem dużej części błędnego teoretyzowania. Nie musisz mieć prawa do danego działania, jeśli pozostaje ono w granicach reguł —  oto, czym w istocie jest posiadanie reguł.

W przeciwieństwie do wolności, uprawnienie jest relacją pomiędzy dwiema osobami: uprawnioną a zobowiązaną, a także działaniem, które zobowiązany musi wykonać na rzecz uprawnionego. Prawo może być stworzone przez umowę, w której zobowiązany, w zamian za wynagrodzenie, zrzeka się swojej wolności do wykonania (lub zaniechania) jakiegoś zestawu działań, które go satysfakcjonują, i zgadza się je wykonać (lub ich zaniechać) zgodnie z wymaganiami uprawnionego. W tym przypadku obie strony wchodzą dobrowolnie w relację uprawnienie-obowiązek. Jednakże uprawnienie może być także stworzone przez jakąś władzę, np. rząd działający w imieniu „społeczeństwa”, przyznając je uprawnionym i narzucając odpowiadające im obowiązki zobowiązanym, których wybiera sobie wedle własnego uznania. Przyznawanie prawa do pomocy społecznej pewnym osobom i narzucanie odpowiadających im podatków na inne osoby jest prostym przykładem. Przyznawanie praw obywatelskich pewnej mniejszości oraz zmuszenie reszty do odpowiedniego postępowania jest innym, być może mniej prozaicznym, przykładem. Pojęcie „praw własności” używane we współczesnej teorii ekonomii, przywodzi na myśl fikcję, wedle której własność jest przyznawana przez „społeczeństwo” właścicielom, a odpowiadające mu obowiązki do poszanowania jej są nałożone przez „społeczeństwo” na wszystkich obywateli. (Warto zauważyć, że poszanowanie własności jest częścią reguł dotyczących deliktów. Naruszenie własności jest niewłaściwe i nie może być po prostu czynione. Zakaz ten jest egzekwowany różnorodnymi prywatnymi i publicznymi sposobami oraz środkami przymusu, począwszy od odwzajemnienia i odwetu, po sądy i siły policyjne. Oddzielny obowiązek szanowania i ochrony własności, następstwo domniemanego „prawa do własności prywatnej”, jest przykładem dublowania się praw, które jak zawsze zaciemnia obraz tego, co jest posiadane i tego, co jest należne).

Prawa własności: prawdziwe i fałszywe
Istnieją oczywiście autentyczne prawa własności w sensie relacji dwóch osób obejmujących uprawnienie i odpowiadający mu obowiązek. Umowy leasingowe i pożyczkowe, kapitał udziałowy w aktywach netto przedsiębiorstwa, opcji i innych kapitałowych i kredytowych instrumentów pochodnych, polisy ubezpieczeniowe, a także, w szerszym sensie, wszystkie niezakończone umowy, z wyjątkiem umów o pracę, są właściwymi prawami własności.

Wiemy, skąd pochodzą prawa najemcy, gdy wydzierżawiasz swój dom. Wynikają one z przekazania praw wynajmującego do swobodnego korzystania z własnego domu na określony czas na pewnych warunkach w zamian za ustaloną opłatę.

Ale skąd pochodzi domniemane „prawo” do posiadania domu? Standardowa odpowiedź jest taka, że pochodzi ono z umowy kupna-sprzedaży zawartej z  poprzednim właścicielem lub została przez niego zostawiona w spadku albo  oddana w prezencie. Z kolei prawo poprzedniego właściciela do sprzedaży pochodzi z umowy lub spadku, czy też darowizny od jeszcze poprzedniego właściciela i tak dalej. Regres ten problemu nie rozwiązuje, a tylko cofa go w czasie.

Literatura daje nam dwa rozwiązania: Locke’owskie i socjalistyczne. W rozwiązaniu Locke’a łańcuch prawowitych przekazań własności cofa się, aż do pierwotnego właściciela, który wziął ją w posiadanie. Miał on „prawo” to uczynić, jeśli dwa sławetne warunki zostały spełnione: musiał „złączyć ze swą pracą” to, co zawłaszczył, oraz „pozostawić wystarczające i nie gorsze dobra wspólne” dla tych, którzy przyszli po nim. Te dwie pobożne klauzule naraziły się na zasłużoną krytykę wielu osób na gruncie logicznej spójności i w tym eseju po prostu pozwolę czytelnikowi samemu osądzić rozwiązanie Locke’a.

Socjalistyczne rozwiązanie polega na poczynieniu aluzji, że własność jest w rękach prywatnych tylko z łaski społeczeństwa, które może zdecydować się na zmianę jej dystrybucji lub uczynić z niej własność publiczną, jeśli wpierw nie stworzyło tego prawa lub nie nadało go indywidualnym właścicielom. Posiadacze dysponują przedmiotem swojej własności na dowolnych warunkach w ramach praw, które społeczeństwo im przyznało. Może ono także całkowicie cofnąć te prawa, jeśli uzna, że będzie to działanie w interesie publicznym. Przeszkody konstytucyjne ku temu zawsze można obejść, jako że społeczeństwo nie zamierza powstrzymywać się od robienia tego, na co ma ochotę. W każdym razie, jeżeli prawo do własności jest prezentem od społeczeństwa, zawsze może ono zabrać to, co uprzednio przyznało, i wraz z tym wymazać swój obowiązek chronienia jej.

Przesłanka prawowitego tytułu
Sprzeczności i niepojęte fikcje obydwu rozwiązań —  Locke’owskiego i socjalistycznego —  nikną w chwili, gdy porzucimy arbitralne założenie, że prawo do posiadania swoich wartościowych zasobów jest potrzebne. Domniemanie to wywodzi się z atawistycznego przekonania, że wszystko powinno należeć do wszystkich lub być równo współdzielone, a jakiekolwiek odstępstwo od tej normy wymaga uzasadnienia  — jakiegoś rodzaju wymówki.

Nie każdy temu wierzy, a nawet jeżeli, to tylko w określonych kontekstach. Nie jest to ogólnoludzka cecha, lecz jeden z wielu ekstrawaganckich przymiotów. Niepodobna postawić sprawy bezdyskusyjnie, że posiadanie własności jest moralnie naganne i niesprawiedliwe, o ile nie zostało wykazane prawo do niej.

Własność jest częścią życia, której pochodzenie jest przesłonięte mgłą prehistorii. W elementarnych zasadach dyskusji, ciężar dowodu spoczywa na tych, którzy twierdzą, że jakieś prawo jest konieczne do jej legitymizacji. Twierdzenie to musi być dobrze uzasadnione zarówno w odniesieniu do instytucji własności w ogóle, jak i, w przeciwnym przypadku, do własności konkretnego dobra konkretnej osoby. Co do pierwszego z nich dobre uzasadnienie nie jest możliwe, jako że twierdzenia metafizyczne nie mogą zostać zweryfikowane. Co do drugiego natomiast twierdzący musi wykazać, że właściciel nie ma prawowitego tytułu własności dóbr.

Rażącym nonsensem jest próba przesunięcia ciężaru dowodu na właściciela i wymaganie od niego , aby udowodnił, że jego tytuł własności jest prawowity, ponieważ w żaden sposób nie może on udowodnić negatywnej asercji, gdyż nie może wskazać skazy, której nie ma w zasięgu wzroku. To osoba, która chce, abyśmy w istnienie owej skazy uwierzyli, musi ją wskazać.

Mówiąc zwięźle, podważanie własności wymaga weryfikacji przez podważającego, jako że niemożliwa jest jej falsyfikacja przez obrońcę. Ta właśnie asymetria tworzy przesłankę na korzyść tytułu własności (possession is three parts of the law[3]). Własność analitycznie jest wolnością — nie jest niespodzianką, że ta sama logika, która prowadzi do przesłanki tytułu własności, prowadzi także do szerszej i bardziej zintegrowanej przesłanki wolności.

 


[1] Armen A. Alchian, Some Economics of Property Rights, Il Politico 30, 1965, s. 816–829.

[2] Anthony de Jasay, Freedoms, ‘Rights,’ and Rights, Il Politico 66,2001,, s. 369–397.

[3] „Posiadanie jest trzema częściami prawa” to wariacja na temat angielskiego powiedzenia: Possession is nine-tenths of the law, które oznacza, że uzasadnienie tytułu do własności, gdy jest się w posiadaniu czegoś, ma większą moc niż dowodzenie takiego tytułu, gdy się owej rzeczy nie posiada (przyp. tłum.).

Podobał Ci się artykuł?

Wesprzyj nas
Avatar

O Autorze:

Anthony de Jasay

Pozostałe wpisy autora:

19 Komentarze “Jasay: Własność czy „prawa własności”?

  1. Hmmm…
    Mam pewne zastrzeżenia do tej koncepcji.

    Jakie moralne i materialne prawo do prywatnej własności darów natury w świetle powyższego artykułu ma każdy „właściciel” jakiegoś kawałka gruntu?

    Zasada Locke’a dotyczyła prawa przejmowania gruntów na terenach podbitych przez Brytyjczyków.
    Czy może być ona uniwersalna? Moim zdaniem, NIE!

    Jeśli poważnie traktujemy zasadę wolności postępowania ludzi, ograniczając ją jedynie zastrzeżeniem, by nie przynosiła ona krzywdy innym, to musimy uznać, że jeśli grupa wielu osób zechce prowadzić wspólnie działalność gospodarczą, to zasada Locke’a była bandyckim napadem na wolność człowieka .

    Wywiedziona z aktu bandytyzmu „własność”, nie jest własnością w świetle ujęcia prawa ludzi do swobodnego dysponowania swoim majątkiem.

    Następstwa aktu bandytyzmu nie mogą być podstawą do wywodzenia prawa własności w ujęciu wolnościowym.

    Moim zdaniem, prawo własności przysługuje jedynie efektom świadomego przetworzenia darów natury w postać przydatną człowiekowi.

    1. Moralne prawo? Nie ma nic takiego. Moralność to zbiór wartości i każdy ma swój taki zbiór. To nie jest zbiór uniwersalny. W rodzinie, każdy ma inną moralność a co dopiero w liczniejszej grupie ludzi. Każda rzadka rzecz musi być czyjaś. Nie ma takiego tworu jak społeczeństwo w kontekście własności. Zawsze są konkretni ludzie wykonujący zarząd nad jakąś rzeczą powołujący się na mandat społeczny. Jest kwestia wyboru czy lepiej jest gdy takie czynności właścicielskie wykonuje jakaś osoba na własne ryzyko czy też jakiś urzędnik na ryzyko pozostałych członków „społeczeństwa”. Pytanie jest o wydajność wykorzystania zasobów. Logika i doświadczenie wskazuje mi, że wydajniej działają ludzie na własny rachunek i ryzyko.
      Nie chodzi też o nabywanie własności w wyniku działań bandyckich. Natomiast jest dla mnie zupełnie intuicyjne to, że ręce jakie mam są moje i jak podniosę kamień, do którego nikt nie ma pretensji i zrobię w nim dziurkę to taki przedmiot też jest mój. Idąc dalej jeżeli znajdę ziemię, do której nikt nie ma pretensji i w niej zrobię dziurkę to co z tej dziurki wypłynie też jest moje.
      Ale dyskusja jest mocno akademicka. Nie ma teraz terenów do których nikt nie ma pretensji. Z punktu widzenia praktycznego należy się skupić nad przekonaniem odpowiedniej liczby ludzi, że działania ludzi na ryzyko innych ludzi, w telewizji zwanych społeczeństwem, jest nie wydajne czyli marnotrawne.

      1. „Moralność to zbiór wartości i każdy ma swój taki zbiór. To nie jest zbiór uniwersalny. W rodzinie, każdy ma inną moralność a co dopiero w liczniejszej grupie ludzi.”
        Nie do końca, istnieją przecież wartości wspólne dla większości ludzi. Nasza moralność jest tworem ewolucji, dlatego intuicyjnie podzielamy tak wiele przekonań.

        1. Nie do końca? Do końca. Najbardziej podstawowe normy to nie zabijaj i nie kradnij. Czyli ochrona własnego życia i mienia. Ale każdy ma taka moralność, że nie zabijaj i owszem ale chyba, ze za kare czyli z zemsty, albo jestem żołnierzem. Nie kradnij ale chyba, że to będą podatki a ja mam zasiłek.
          Podaj jedną normę moralną, która jest wspólna dla wszystkich. Już nie na ziemi tylko w województwie, w którym mieszkasz.

          1. Napisałem wyraźnie – wspólne dla większości ludzi, nie dla wszystkich. Jeśli chodzi o wymienione przez ciebie nie zabijaj i nie kradnij – to zły przykład, a raczej niedoprecyzowany – w naturze funkcjonuje raczej nie zabijaj i nie okradaj swoich, reszta to już wytwór kultury (jeśli chodzi o te dwie rzeczy oczywiście). Zgadzam się – nie ma obiektywnej moralności, jednak subiektywna moralność poszczególnych ludzi jest zbliżona. Nielogicznie byłoby zakładać inaczej, poczucie moralności nie jest całkowicie losowe, podlega doborowi tak jak wszystkie inne cechy człowieka. Nie dziwi Cię chyba, że ogromna większość ludzi podziela pewne ogólne cechy fizyczne – czemu miało by być inaczej w przypadku cech psychicznych (które są de facto szczególnym przejawem cech fizycznych).

          2. Tak, rzeczywiście napisałeś, że chodzi Ci o większość. To łagodniejsze określenie też kwestionuję. Nie ma dwóch ludzi o takiej samej moralności. Zawsze są jakieś szczegóły, które ich różnią. Istotne szczegóły na tyle by w rozpatrywaniu konkretnego przypadku mieli inną ocenę. Jestem zdania, że samo pojecie zostało wprowadzone po to by łatwiej jedni mogli kierować drugimi. Ci, którzy wymyślili samo pojecie i się nim posługują najczęściej sami we własnym życiu zasad przez siebie głoszonych nie stosują. Kapłani wszelkich religii są najlepszym przykładem.

          3. „Nie ma dwóch ludzi o takiej samej moralności. Zawsze są jakieś szczegóły, które ich różnią. Istotne szczegóły na tyle by w rozpatrywaniu konkretnego przypadku mieli inną ocenę.”
            Tego nie kwestionuję, ale równie dobrze możemy znaleźć przypadki gdy ocena moralna konkretnej sytuacji jest identyczna. Nie o to chodzi. Nie chodzi o jednakową moralność ale o podobieństwa, których podważanie jest wg mnie co najmniej dziwne. Znasz dylemat wagonika i mu pokrewne? Altruizm krewniaczy (np. instynkt macierzyński)?
            „Jestem zdania, że samo pojecie zostało wprowadzone po to by łatwiej jedni mogli kierować drugimi. Ci, którzy wymyślili samo pojecie i się nim posługują najczęściej sami we własnym życiu zasad przez siebie głoszonych nie stosują. Kapłani wszelkich religii są najlepszym przykładem.”
            Cały czas zrównujesz subiektywną moralność (której podobieństwa wśród ludzi próbuję Ci wykazać) z obiektywizmem moralnym, który ja także potępiam.

          4. Wydaje mi się, że próbujesz obalić coś czego nie powiedziałem – pisząc swoja uwagę do Twojej pierwszej wypowiedzi w ogóle nie kwestionowałem pierwszego zdania (nawet go nie cytowałem). Zgadzam się, nie ma czegoś takiego jak powszechne prawo moralne, które można zastosować do każdego. Chcę jedynie zwrócić Twoją uwagę na fakt, iż opisywanie moralności jako całkowicie przypadkowej, relatywnej lub zależnej od naszej woli jest równie dużym nadużyciem.

          5. Tylko z naszej rozmowy wynika, że używając tego samego pojęcia mamy inne definicje w głowie. Jestem zdania, że każdy ma jakaś swoja moralność czyli zbiór wartości którymi się kieruje, który wynika z osobniczych doświadczeń z kontaktów z innymi ludźmi. O tyle jest przypadkowy, że wynika on z przeżytych przypadków, o tyle wynika z własnej woli, że dobieramy do tego zbioru te wartości, które naszym zdaniem, najlepiej służą nam w kontaktach z innymi. I gdyby dwie osoby wymieniły tylko składniki tych zbiorów i choć nazwy pojęć by się pokrywały – co jest mało prawdopodobne – to już ich definicje nie były by takie same. Różnice wystąpią na różnych poziomach. Nie może być inaczej bo każdy z nas żyje inne życie, spotyka innych ludzi i ma tylko swoje doświadczenia i tylko swoje wnioski z tych doświadczeń. Jest tyle zmiennych, że jest zupełnie nieprawdopodobne by u dwóch osobników wszystko się pokrywało.

    2. >i>”Wywiedziona z aktu bandytyzmu „własność”, nie jest własnością w świetle ujęcia prawa ludzi do swobodnego dysponowania swoim majątkiem.”
      Własność to własność, nie ma znaczenia w jakim ujęciu to rozpatrujemy. Bez przemocy własność się nie istnieje, jeśli obecny właściciel nie jest wstanie jej utrzymać (samodzielnie lub z pomocą instytucji) to przechodzi ona na kogo innego, możesz nazwać go (słusznie) bandytą, ale nic to nie zmienia. To czy coś jest czyjąś własnością nie wynika z tytułu własności – liczy się tylko to kto de facto danym dobrem włada. Owszem tytuł własności jest ważny, umożliwia on uzyskanie pomocy od innych, jednak gdy atakujący jest silniejszy to papier na niewiele się zda.

  2. Panowie i Panie, zacznijmy od początku. Człowiek jest ewolucyjnie przystosowany do zachowania swoich genów: do mnożenia się i do opiekowania się swoim potomstwem. To dziedzictwo genetyczne ma względnie silny wpływ na ludzką kulturę, choć z całą pewnością nie determinuje jej całkowicie i bezwzględnie. W czasach gdy homo sapiens sapiens pojawił się na planecie Ziemia i już był na tyle ogarnięty, żeby przekazywać wiedzę o swoich doświadczeniach potomkom, a jeszcze nie był na tyle ogarnięty, żeby nie kraść i nie zabijać, pojawiła się spontanicznie sprawiedliwość.

    Otóż należy pojąć, że sprawiedliwość kształtuje subiektywne moralne odczucia, ale ich nie konstytuuje. Sprawiedliwość to bahwioralny stan równowagi. W czasach prehistorycznych, gdy ludzie kradli i zabijali, przypadek mógł sprawić, że gdzieś ktoś nie kradł i nie zabijał, i dzięki temu mógł więcej czasu poświęcić na znajdywanie pożywienia. „Strategia” (jak to się określa w teorii gier) przetrwania była znacznie efektywniejsza w przypadku, gdy ludzie na siebie nie napadali i się nie zabijali, a że mamy wrodzony instynkt do zachowania gatunku, to w końcu w toku wzajemnych dostosowań, w toku prób i błędów, wytworzyły się równowagi: ja Ciebie nie zabiję poza „moim” terytorium, a Ty nie zabijesz mnie poza „Twoim” terytorium. W momencie w którym powstały te równowagi, wiedza o nich była przekazywana innym członkom społeczności i następnym pokoleniom. Tak powstała własność i wolność. Teraz pytanie brzmi: skąd się wzięła sprawiedliwość i jej wymierzanie? Otóż, każdy kto w danej społeczności łamał regułę (np. zabił kogoś na „jego” terytorium) był karany przez członków swojej społeczności, bo narażał produktywną równowagę na kompletne załamanie (tj. na wojnę plemienną).

    Sam fakt pierwotnego zawłaszczenia nie łamie żadnej z tych spontanicznie wyłaniających się konwencji (czyli sprawiedliwości). Łamie je natomiast zawłaszczenie zasobów należących już do kogoś. „Mandat społeczeństwa” do posiadania własności to urojenie. Nie ma czegoś takiego. Społeczeństwo nie wydaje nam „pozwolenia” na posiadanie własności. Nasza własność jest w sposób prawowity nasza, jeśli weszliśmy w jej posiadanie nie gwałcąc sprawiedliwości (tj. reguł ustanawiających behawioralny stan równowagi).

    Jeśli tytuł własności kogoś jest nieważny (ktoś wszedł w jej posiadanie łamiąc reguły sprawiedliwości), to musi tę nieważność udowodnić ten, kto zarzuca komuś to zarzuca. Na gruncie logiki nie da się sfalsyfikować negatywnej asercji, a więc zawsze ciężar dowodu spada na tych, którzy atakują własność (zarówno jako instytucję, jak i konkretne tytuły własności konkretnych osób). Z urzędu zatem powinniśmy traktować własność każdego, jako prawowitą dopóty, dopóki nie udowodni mu się winy. Logika przemawia za przesłanką (domniemaniem) ważnego tytułu własności (a także przesłanki wolności, przesłanki niewinności i przesłanki status quo). Własność jest nasza i nie potrzebujemy się przed nikim tłumaczyć – nie ważne czy zostało tyle samo dla innych, czy związaliśmy ją z naszą pracą, czy też była równo czy nierówno podzielona. Majaki Locke’a do legitymizacji własności nie są nam potrzebne.

    1. Sprawiedliwość i moralność to indywidualnie budowane pojęcia. Dla mnie jest sprawiedliwie gdy ktoś zabiera 50% wydajnie pracującemu i oddaje mnie. To bardzo sprawiedliwe rozwiązanie i moralne postępowanie. Bo głodnych i spragnionych trzeba zaspokoić, a ja jestem zawsze głodny i spragniony. Nie mam czasu na pracę bo czytam blogi.
      Dla Ciebie to sprawiedliwe i moralne?
      Opowiadanie o tym co się działo miedzy ludźmi kilkaset tysięcy lat temu bez żadnych dowodów na taki przebieg zdarzeń to indywidualnie snute bajki.

      1. Ależ badania antropologiczne, np. dotyczące plemion indiańskich, dowodzą tego, że reguły wyłaniają się w toku wzajemnego dostosowania. To są fakty historyczne i antropologiczne. Oczywiście równowagi te mają wpływ na kształtowanie się naszych odczuć i zapewne nasze odczucia mają też wpływ na powodzenie ustanowienia takiej równowagi, ale to bynajmniej nie oznacza, że sprawiedliwość to nasze „widzimisię”.

        1. Zresztą skąd by się wzięły zasady „finders, keepers” i „possession is nine-tenths of the law”, gdyby nie spontanicznie wyłonienie się konwencji własności? Ktoś siedział na kamieniu i je wymyślił? A potem powiedział wszystkim, że jak będą się stosować do tych reguł, to będzie mniej konfliktów społecznych? Ludzka natura i rzadkość dóbr predestynują człowieka do ustanowienia własności.

          1. Dokładnie, co nie znaczy, że spontaniczne wyłanianie się reguł nie może być przyspieszone przez „siedzącego na kamieniu” 😉 W końcu po to są ekonomiści.

  3. Nie twierdzę, że nie. Ale to nie dowód, że tak. To tylko hipoteza. Jestem wstanie sobie wyobrazić, że ludzkie relacje mocno się zmieniają w zależności od zaludnienia. Inaczej ludzie się zachowywali względem siebie gdy żyło ich na ziemi 700 tys a inaczej gdy 7 mld. Nie wiem czy tak jest ale z doświadczenia mojego wynika, że nie jest bez w pływu na moje zachowanie czy jestem w tramwaju z 5 pasażerami czy jest tłok i nie można oddychać. Miernictwo to taka nauka o mierzeniu. Jedną z prawd, które odkryła to taka, że pomiar nigdy nie jest bez wpływu na parametr, który się mierzy. Powstaje uchyb pomiaru. Czyli błąd mierzenia powstały na skutek samego faktu mierzenia. O interpretacji wyników pomiarów nie wspomnę. Nie ma żadnych źródeł o zachowaniu ludzi przed tysiącami lat. Opowiadanie o ich zachowaniu to tylko projekcje doświadczeń opowiadającego na jego wyobrażenie o tamtym środowisku. Nic zresztą nie wnosi do sprawy.
    Z doświadczenia i z logiki wiemy, że niewolnictwo jest mniej wydajne od wolności. To jest sedno. Bez znaczenia jest co ludzie robili razem czy osobno 5 min po tym jak zeszli z drzew. Żyjemy tu i teraz

  4. W tym tekście jest postawiona jedna bardzo istotna sprawa, który wszyscy, dosłownie wszyscy mylą: różnica między uprawnieniem (prawem do) a wolnością (wolnością od). Ścisłe trzymanie się pojąć i definicji już samo w sobie ustanawia grunt pod przewagę liberalizmu. Jednym z najważniejszych narzędzi przeciwników wolności w obecnych czasach jest zmienianie sensu słów. Fałszywe założenia (np. umowa społeczna) i zmiana sensu słów (np. sprawiedliwość społeczna) to podstawowy oręż egalitaryzmu. Żeby skutecznie odpierać te ataki, trzeba konsekwentnie wykazywać te nielogiczność i fałszywość, trzeba zawsze mieć na uwadze co takie słowa jak „wolność” i „sprawiedliwość” dokładnie znaczą.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Nasi darczyńcy