Richman: Regulacja – prawda i manipulacja

15 kwietnia 2014 Interwencjonizm komentarze: 0

Autor: Sheldon Richman
Źródło: fee.org
Tłumaczenie: Piotr Toboła-Pertkiewicz
Wersja PDF

Artykuł przetłumaczony i opublikowany pierwotnie

na pafere.org oraz liberalis.pl

 

Thornton_skandaliczniregulatorzyDlaczego nie istnieje coś takiego jak nieregulowany rynek
Ogromna większość ludzi uważa, że obowiązkiem rządu jest regulacja rynku. Jedyną alternatywą dla rynku w ten sposób kontrolowanego, jak twierdzą, jest bowiem rynek, którego nie dotykają żadne prawidła ani regulacje. Na pierwszy rzut oka dychotomia ta wydaje się rozsądna: albo się rynek reguluje, albo nie.

Idąc za powszechną opinią, iż coś, co jest całkowicie puszczone na żywioł, a więc nieuregulowane musi być ex definitione złe, zwolennicy kontroli rządu nad gospodarką dowodzą, że totalnie wolny rynek należy natychmiast zlikwidować. Ten punkt widzenia dobrze ilustrują bliźniacze rzeźby znajdujące się przed frontonem siedziby Federalnej Komisji Handlu w Waszyngtonie, jedna od strony Constitution Avenue, druga od Pennsylvania. Dzieła te, które nawiasem mówiąc zwyciężyły w ogłoszonym przez rząd w latach New Dealu konkursie, przedstawiają człowieka w momencie dramatycznej walki, z użyciem wszystkich sił, o to, by okiełznać dzikiego konia i nie pozwolić mu narobić szkód w tym szale.

Ponieważ tak naprawdę porównanie handlu do narowistego konia jest błędne — handel jest czymś zupełnie przeciwnym: dobrowolną i spokojną wymianą dóbr i usług z korzyścią dla wszystkich stron transakcji — cel, jaki przyświecał administracji Roosevelta staje się nad wyraz jasny.

Niestety, wykuty tytuł rzeźby jest mylący, gdyż głosi, iż przedstawia ona „Człowieka kontrolującego handel”. Byłoby o wiele bardziej wskazane, żeby na cokołach wspomnianych pomników umieścić napisy „Rząd kontrolujący ludzi”. Na to jednak, ze względu na autorytarną wymowę, nie można sobie było pozwolić, nawet w latach New Dealu i stąd spętanego obywatela zastąpiono bardziej metaforycznym koniem.

Wydaje się, że tym, co często umyka uwadze ludzi — w sposób świadomy lub czysto przypadkowy — jest fakt, że alternatywą dla gospodarki w całości kontrolowanej przez rząd wcale nie jest rynek totalnie nieregulowany. Co więcej: wyrażenie „niekontrolowana gospodarka” zawiera według mnie taką samą sprzeczność logiczną, jak chociażby „kwadratowe koło”. Jeśli coś jest naprawdę nie poddane żadnym regułom, nie jest ekonomią, a jeśli jakiś system jest ekonomiczny, zawsze jakimś prawom podlega. Określenie „wolny rynek” nie oznacza bowiem nieistnienia reguł; oznacza wolność od wpływów i wtrącania rządu.

Zarówno Ludwig von Mises, jak i Friedrich von Hayek już wiele lat temu zauważyli, że podstawowym problemem w odniesieniu do kwestii planowania w gospodarce nie jest znalezienie odpowiedzi na hamletyczne „planować, czy nie planować?”, lecz raczej: kto planować powinien — centralni urzędnicy państwa czy prywatni, działający na rynku przedsiębiorcy?

Analogicznie, w omawianym przypadku nie należy pytać, czy rynek regulować; o wiele ważniejszą sprawą jest, kto (lub co) tej regulacji dokonuje?

Wszystkie rynki na świecie są regulowane. Doskonale wiemy, co by się na wolnym rynku stało, gdyby ktoś zażądał za, dajmy na to, jabłko, stu dolarów. Kilka mógłby sprzedać, ale zaraz znalazłby się konkurent, który zaoferowałby ten sam towar po niższej cenie, lub liczący, że klienci wybiorą coś innego. A zatem „rynek” nie dałby szansy na sukces temu, który chciał kasować po sto dolarów od jabłka.

Na tej samej zasadzie, w warunkach wolnego rynku, pracodawcy nie znaleźliby pracowników chętnych pracować za dolara, a ci ostatni nie wymusiliby stawki dwudziestu dolarów za godzinę w przypadku zajęcia, które warte jest dolarów dziesięć. Z obu stron próba taka zakończyłaby się fiaskiem. Nie udałoby się również przedsiębiorcy, który zatrudnia ludzi do pracy w niebezpiecznych warunkach, utrzymać ich w firmie bez odpowiedniej rekompensaty za narażanie się — z pewnością odeszliby do konkurencji.

Siły sterujące rynkiem
Jaka siła odpowiedzialna jest za zachowanie opisanych ludzi? Jest to siła rynku (mam tu oczywiście na myśli wolny rynek, ponieważ w wypadku gospodarki centralnie zarządzanej, siły te są albo osłabione, albo w ogóle zawieszone). Z punktu widzenia ekonomii zatem, na wolnym rynku ludzie wcale nie mogą robić co dusza zapragnie, ponieważ muszą liczyć się z faktem, iż wszyscy pozostali mają prawo do tego, by ich ofertę przebić. To, że rząd nie zabrania sprzedawania jabłek po sto dolarów nie oznacza wcale, iż uda się je za tyle sprzedać. Siła rynku reguluje bowiem postępowanie sprzedawcy o wiele bardziej skutecznie, niż mógłby to zrobić najbardziej wytrawny biurokrata i… uczciwiej, bo prawideł rynku nie da się przekupić ani skorumpować. Nawet jeśli ktoś chciałby przestać podlegać prawom popytu i podaży, nie bardzo komu jest za taki przywilej zapłacić…

Kwestią o podstawowym znaczeniu jest tu rozróżnienie, czy za regulacją stoi aparat państwa, czy są to niezależne siły rynku. Biurokraci, którzy z konieczności mają ograniczoną wiedzę i raczej przewrotne intencje, narzucają swój model regulacji siłą. Wolny rynek, dla kontrastu, działa bez stosowania przemocy, operując nie siłą, ale pokojowymi działaniami milionów jego uczestników, z których każdy dysponuje niezbędną wiedzą dotyczącą konkretnych okoliczności i w nią wyposażony poszukuje możliwości polepszenia swego losu. Sterowanie gospodarką przez biurokratów jest zazwyczaj oderwane od rzeczywistości i nie odpowiada potrzebom ludzi. Zupełnie odwrotnie jest w przypadku, gdy działają siły rynku.

Jeśli powyższe założenia są poprawne, można stwierdzić, że nie istnieje rynek nieuregulowany. Pojęcie to jednak odnosimy do takiego modelu gospodarki, w którym rząd nie wtrąca się do ekonomicznych działań ludzi. Dopóki o tym pamiętamy, powyższe stwierdzenie jest prawdziwe.

Nie każdy jednak wie, o co nam chodzi. Komuś kompletnie nie obeznanemu z naturalnymi, spontanicznymi prawami rządzącymi wolnym rynkiem, sama idea nieuregulowanej przez władze gospodarki musi się wydać straszna. Dlatego w interesie obrońców rynku leży, by tłumaczyć ludziom, iż wolność ekonomiczna oznacza — by użyć świetnego określenia Adama Fergusona — że istniejący w tej mierze porządek jest rezultatem ludzkiego działania, a nie planowania. Ponieważ dla większości wydaje się to sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem, trzeba być gotowym na to, iż potrzeba nam sporo cierpliwości.

Porządek bierze się z działania sił rynkowych. Skąd jednak biorą się te abstrakcyjne, pozaludzkie prawidła? Są one konsekwencją istoty ludzkich działań. Jednostki wyznaczają sobie cele i przystępują do ich realizacji, z użyciem określonych metod. Ponieważ nakłady są ograniczone, a osiągnięcie celu oznacza zysk, każdy działa w ten sposób, by osiągnąć więcej niż mniej, i to jak najmniejszym kosztem. Podobnie, w zależności od indywidualnego punktu widzenia, ludzie szukają okazji, by wymienić coś, co jest mniej dla nich warte na coś, co ma wartość większą; nigdy odwrotnie. Z uwagi na fakt, iż nie da się w wolnej wymianie handlowej uniknąć kompromisu między stronami, każdy szuka najlepszej okazji, która da szansę rozwoju, a nie straty. W konsekwencji istnienia takich, a nie innych cech właściwych człowiekowi, na całym świecie występują i działają siły, które są niczym innym, jak siłami rynku. Jednak ich podstawowym źródłem są racjonalne ludzkie działania.

Naturalny porządek społeczny w ogromnym stopniu zajmował Frederica Bastiata, dziewiętnastowiecznego francuskiego ekonomistę i liberała. W swoich Harmoniach ekonomicznych dokonuje on analizy takiego systemu, natomiast zauważmy, że nie czuje potrzeby, by udowadniać jego istnienie — wystarcza mu wskazanie jego cech: „Takie są właśnie zjawiska społeczne, pośród których żyjemy i poruszamy się. Przyzwyczajenie do tego stopnia oswoiło nas z nimi, że prawie nie zwracamy na nie uwagi, chyba że uderzają nas czymś wyjątkowym i niezwykłym” — pisze Bastiat. I dalej zauważa: „(…) Potrzeba więc, aby ustrój społeczny był bardzo potężny i rozumnie obmyślany, skoro prowadzi do tego szczególnego rezultatu, że każdy człowiek, którego los postawi nawet na najniższym szczeblu, odbiera więcej z a s p o k o j e ń jednym w dniu, niżby sam w ciągu wieków wyprodukował (…) Trzeba być ślepym, by nie widzieć jasno, że społeczeństwo przedstawiające tyle zawikłanych kombinacji, w których prawa cywilne i karne tak małą grają rolę, nie mogło się utrzymać żadnym sposobem, gdyby nie ulegało mechanizmowi dziwnie cudownemu, a który właśnie jest przedmiotem badań E k o n o m i i p o l i t y c z n e j (…) W istocie, czyż mogłyby się tak nadzwyczajne zjawiska w społeczeństwie dokonywać, gdyby nie było naturalnej i rozumnej organizacji działającej, że tak powiemy, pomimo naszej wiedzy”.

Jest to dokładnie ta sama lekcja, którą odczytujemy z kart Ołówka Leonarda Reada, założyciela FEE.

Prawie wszyscy doceniamy zalety porządku. Chaos jest postrzegany jako wróg rozwoju człowieka. Ludzie, którzy nie potrafią dostrzec — podobnie jak współczesny Bastiatowi Proudhon — że wolność nie jest córką, ale matką porządku społecznego, zawsze będą ciążyć w stronę systemu, w którym to państwo odgórnie wszystko narzuca. Szkoda tylko, że właśnie nic innego jak państwo jest największym znanym kreatorem chaosu. Ci z nas, którzy zrozumieli i stali się uczniami Bastiata, powinni uświadomić sobie, jak ważne jest, by dzielić się tą wiedzą z innymi i pomagać im w jej pojęciu.

Podobał Ci się artykuł?

Wesprzyj nas
Avatar

O Autorze:

Sheldon Richman

Pozostałe wpisy autora:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Nasi darczyńcy