Wiegold: Zagrożone gatunki, własność prywatna i bizon amerykański

27 sierpnia 2014 Ekonomia środowiskowa komentarze: 1

Autor: Benjamin M. Wiegold
Źródło: mises.org
Tłumaczenie: Klaudia Dmowska
Wersja PDF

bizonDebata polityczna na temat tego, co należy zrobić z zagrożonymi gatunkami, wydaje się nie mieć końca. W tym roku pojawiają się głosy za umieszczeniem na liście gatunków zagrożonych mnóstwa zwierząt, między innymi pingwina cesarskiego, ropuchy z Arizony, lwa afrykańskiego i wielu innych.

Obecnie lista zagrożonych gatunków roślin i zwierząt zawiera ponad 9000 pozycji. Stanowi to o wiele więcej niż 78 różnych gatunków wymienionych w pierwszej amerykańskiej ustawie o ochronie gatunków zagrożonych z 1966 r. Około 50 lat później na liście pozostało 72 z 78 gatunków, przy czym dwa wróciły do normy, trzy wyginęły, a jeden usunięto z powodu błędu w danych.

Odkąd Richard Nixon podpisał pełną ustawę o gatunkach zagrożonych z 1973 r., mającą „zatrzymać i odwrócić wymieranie gatunków za wszelką cenę” (podkreślenie autora), jedynie 30 z tych 9000 gatunków wróciło do normy, natomiast 10 wyginęło. Ustawie wprowadzonej w życie przez Służbę Połowu i Dzikiej Przyrody Stanów Zjednoczonych (FWS) i Amerykańską Narodową Służbę Oceaniczną i Meteorologiczną (NOAA) daje to okropną skuteczność (mniej niż 1 proc.), mimo przeciętnego budżetu rocznego w wysokości ok. 2 miliardów dolarów.

W 1973 r. 80 rządów różnych krajów podpisało również konwencję CITES opracowaną w celu „zapewnienia, że międzynarodowy handel okazami dzikich zwierząt i roślin nie będzie zagrażał ich przetrwaniu”. Przykład stanowi nielegalny obrót rogami nosorożca i kłami słonia.

Ku zaskoczeniu wielu miłośników zwierząt na całym świecie, rząd RPA zamierza zwrócić się do wspólnoty międzynarodowej z prośbą o zalegalizowanie handlu rogami nosorożca, co miałoby posłużyć ochronie zwierząt i zwalczaniu kłusownictwa.

Uzasadnienie tego jest proste: zakaz sprzedaży rogów, a więc spowodowanie, że są mniej dostępne sprawił, że ich ceny poszły niesamowicie w górę, stwarzając niezwykłe zachęty finansowe dla kłusowników. Tymczasem nosorożce zostały pozbawione głównego źródła swojej wartości na legalnym rynku, przez co ich prywatni właściciele podają w wątpliwość opłacalność  ochrony tych zwierząt.

Takie zjawisko ma miejsce w odniesieniu do całej listy zagrożonych gatunków, ponieważ sam status „zagrożonych” niemalże uniemożliwia uzyskanie z nich jakiegokolwiek zysku.

Choć niektórzy zwolennicy ochrony zwierząt niewątpliwie czują odrazę względem zarabiania na zwierzętach, uznanie takich zysków za niezgodne z prawem z pewnością w żaden sposób nie przyczyniło się do ochrony zagrożonych gatunków, ponieważ okazuje się, że prawie żadne z nich nigdy nie zostaną wycofane z listy. Bardziej prawdopodobne, że jedynym sposobem ich ocalenia jest wolny rynek i prywatyzacja, jak było w przypadku bizona amerykańskiego, zwanego również żubrem amerykańskim.

Bizon amerykański

Jedną z głównych przyczyn dramatycznego zmniejszenia populacji bizonów (żubrów) z dziesiątek milionów, które żyły w 1800 r., do jedynie kilkuset w 1880 r. jest zjawisko, które ekonomiści nazywają tragedią wspólnego pastwiska.

W przypadku własności prywatnej istnieją bodźce do oszczędzania i ochrony zasobów, ze względu na możliwość, że w przyszłości nastąpi dogodniejszy moment na ich użycie. Ponieważ te zasoby generują dochód, ich właściciele zachowają je na przewidywalną przyszłość. Innymi słowy osoba, która zarabia na życie sprzedając wyroby z bizonów, będzie w dramatycznej sytuacji finansowej, jeżeli cała populacja bizonów wyginie.

Tragedia wspólnego pastwiska pojawia się tam, gdzie jest wspólny (publiczny) dostęp do własności. W takich warunkach ochrona zasobów wiąże się z ogromnymi kosztami — ponieważ jeżeli my ich nie wykorzystamy, w końcu użyje ich ktoś inny. Dramatyczny aspekt wspólnej własności jest taki, że zasoby są nadmiernie wykorzystywane na niedającym się utrzymać poziomie, podobnie jak było w przypadku bezpańskiego (dzikiego) bizona.

Przez setki lat rdzenni Amerykanie polowali na bizony w celu zdobycia pożywienia i zasobów, lecz ludzka populacja była w tym czasie tak mała, że nie zagrażało to gatunkowi.

Wszystko zmieniło się wraz z rewolucją przemysłową, podczas której nie tylko ogromnie wzrosła populacja Ameryki, lecz również zwiększyło się zapotrzebowanie na produkty z bizona. Oczywiście większość równin, na których żyły bizony, była położona wystarczająco daleko na zachód, na terenach, które nie należały do białych, co powodowało bezmyślną rzeź; jedynie w latach 1872 i 1873 zabito ponad 3 miliony bizonów.

Poza tym w tej zagładzie pomagała również kolej, ponieważ stada bizonów były w pewnym momencie tak wielkie, że całymi dniami opóźniały pociągi. To stanowi kolejny przykład problemu wspólnoty — podobnie jak upowszechnienie „polowania dla sportu” — gdyby bizony były własnością prywatną, zakłócanie pracy kolei byłoby naruszeniem prawa, czego właściciele bizonów by unikali.

Drugim powodem bliskiego wyginięcia bizonów był teren kontrolowany przez państwo i wszystkie towarzyszące mu zagrożenia natury moralnej.

Pogorszenie sytuacji bizonów przyśpieszyła również oficjalna polityka rządu federalnego. Oprócz ogromnych obszarów niezasiedlonych terenów, istniały wielkie populacje rdzennych Amerykanów, które nazywały ten region domem. Rząd USA natomiast chciał te ziemie dla siebie i zaczął siłą przesiedlać miejscowych do tak zwanych rezerwatów. Oczywiście wybuchła wojna z amerykańską armią. Wojsko USA pod wodzą żądnego rozlewu krwi generała Williama Shermana przyjęło taktykę spalonej ziemi, która zawierała próby wytępienia bizonów na równinach.

Lecz nawet pomijając ludzi działających w złej wierze, ci członkowie rządu, którzy naprawdę chcieli ochronić bizony, również nie odnieśli sukcesu.

Choć Idaho, Teksas, Nowy Meksyk i wiele innych stanów przyjęło ustawy podobne do tej o gatunkach zagrożonych, we właściwym czasie nie podjęto odpowiednich działań, a bizony w tych miejscach wyginęły. W 1872 r. powstał park narodowy Yellowstone pełniący funkcję bezpiecznej przystani, lecz kłusownictwo nadal pozostało znaczącym problemem. Henry Yount, swojego czasu znany jako pierwszy strażnik parku Yellowstone, zrezygnował ze swojej pracy po zaledwie 14 miesiącach, ponieważ wiedział, że wysiłki tylko jednej osoby były bezsensowne.

Na szczęście dla bizona Charles Goodnight, James McKay, William i Charles Alloway oraz mnóstwo innych właścicieli prywatnych rancz, w latach 60. i 70. XIX wieku zaczęło przygarniać dzikie bizony. Od 1884 do 1902 r. populacja bizonów w Yellowstone faktycznie zmalała z 25 do 23, lecz przed 1902 r. ok. 700 było w rękach prywatnych. Ta tendencja trwała przez ponad wiek, tak aby przed 1990 rokiem liczba bizonów w publicznym posiadaniu wyniosła 25 000, a w rękach prywatnych 250 000.

Podsumowanie

Jeśli chodzi o działania rządu RPA, FWS, NOAA, czy też rządu USA, ciągłe niepowodzenia w ochronie zagrożonych gatunków  są spowodowane problemem alokacji.

Podczas gdy prywatni właściciele stosują podstawowe zasady rachunkowości, aby stwierdzić czy odnoszą zysk czy ponoszą stratę, działania rządu nie podlegają takim ograniczeniom, ponieważ państwo jest w stanie przenieść swoje koszty na innych przez podatki. Prywatne firmy, które doświadczyłyby takiej serii nieprzerwanych porażek, zakończyłyby swoją działalność lata temu.

Doświadczenia związane z bizonem pokazują, że rząd nie tylko jest często odpowiedzialny za narażenie wielu gatunków na niebezpieczeństwo, lecz również, że jego wysiłki dotyczące ochrony gatunków nie mogą równać się z sukcesem prywatnych właścicieli.

 

Podobał Ci się artykuł?

Wesprzyj nas
Avatar

O Autorze:

Benjamin Wiegold

Pozostałe wpisy autora:

Komentarz “Wiegold: Zagrożone gatunki, własność prywatna i bizon amerykański

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Nasi darczyńcy