Sroczyński: Pieniądz w perspektywie etycznej

2 października 2014 Etyka komentarze: 3

Autor: Olgierd Sroczyński
Wersja PDF
pieniądz w perspektywie etycznej

Wstęp

Śledząc uważnie publicystykę społeczno-ekonomiczną, zwłaszcza tę z okresu po 2008 roku, można bardzo często dojść do wniosku, iż nauka ekonomii nie cieszy się zbytnią renomą. Renomą — i tu również chodzi przede wszystkim o okres po 2008 roku — wydają się natomiast cieszyć poszczególni ekonomiści, którzy po ujawnieniu katastrofalnej kondycji amerykańskiego i światowego systemu finansowego, z marszu zaczęli deklarować własną przynależność do opozycji wobec „głównego nurtu ekonomii”; opozycji, która od dawna posiadała recepty mogące nie tyle załagodzić skutki załamania, ale wręcz temu załamaniu zapobiec, jeżeli odpowiednio wcześnie jej recepty zrealizować. Anegdotycznym jest, że za sprawą swoich żyjących zwolenników, takich jak Paul Krugman, Robert Skidelsky czy Joseph Stiglitz, w opozycji tej znalazł się również J. M. Keynes, którego nauki — jak twierdzą luminarze keynesowskiej ekonomii współczesnej — zostały całkowicie zapomniane i wyparte przez „ideologię neoliberalizmu”, przez którą zazwyczaj rozumie się monetaryzm Miltona Friedmana czy też okres „reaganomiki” i „thatcheryzmu” w polityce gospodarczej Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii[1].

Można byłoby w tym miejscu zadać żartobliwe, chociaż nie pozbawione uzasadnienia pytanie, czy skoro J.M. Keynes znajduje się poza głównym nurtem refleksji ekonomicznej, to czy do owego głównego nurtu możemy zaliczyć jakiegokolwiek ekonomistę: nie tylko bowiem myśl ekonomiczna i rozumienie procesów gospodarczych Anglika tkwiły bardzo mocno w neoklasycznym paradygmacie metodologicznym (i pod tym względem w bardzo niewielkim stopniu różniły się choćby właśnie od Friedmanowskiego monetaryzmu), ale również popularność Keynesa tak w programach ekonomii akademickiej, jak i w praktyce polityki gospodarczej, nigdy w sposób widoczny nie osłabła.

Zostawiając jednak na boku rozważania z zakresu historii myśli ekonomicznej, należałoby najpierw przyjrzeć się zarzutom, jakie stawiane są zarówno nauce ekonomii, jak i współczesnej formie kapitalistycznego systemu organizacji gospodarczej. Te zaś, niezależnie od tego, czy formułowane są z pozycji konserwatywnych, czy lewicowych, mają mocne zabarwienie etyczne (moralne), zrzucając na ekonomię i kapitalizm winę za, kolejno, kryzysy finansowe, konsumpcjonizm, upadek wartości i spójności struktury społecznej, nierówności i niesprawiedliwość oraz degradację środowiska naturalnego. Co istotne, wszystkie te zarzuty sprowadzić można zasadniczo do jednego, podstawowego zarzutu, obecnego w krytyce kapitalizmu — w tym również w jej literackich formach[2] — od czasów pojawienia się jego najwcześniejszych form: twierdzenia, że kapitalizm jest ustrojem, w którym rządzi pieniądz, a zasadą tego panowania, na wzór typologii ustrojów Monteskiusza, jest chciwość. Pieniądzowi zostają poddane wszystkie relacje społeczne, wartości i dobra naturalne; pieniądz sprowadza je wszystkie do wspólnego mianownika, wobec czego wygrywają te, które przynoszą więcej korzyści pieniężnej, bez znaczenia na ich „wewnętrzną” czy „obiektywną” wartość. Chciwość i chęć posiadania pieniędzy są zaś destrukcyjne w skutkach, ponieważ przesłaniają ludziom nimi opanowanym inne wartości, takie jak kultura, sztuka, rodzina czy środowisko naturalne. Z takiego ujęcia wynikają coraz częściej pojawiające się w niektórych miastach (w tym również polskich) „reformatorskie” lub „rewolucyjne” inicjatywy odrzucenia pieniądza i powrotu do wymiany barterowej, które miałyby stanowić alternatywę dla skorumpowanej wymiany pieniężnej i w jakiś sposób „uzdrowić” społeczeństwo spod zgubnej władzy pieniądza.

Tego rodzaju krytyka kapitalizmu przyjmuje nie tylko (często emocjonalnie nacechowane) formy publicystyczne czy aktywistyczne, ale również objawia się w postaci prób budowania wyrafinowanych teorii etycznych. Konieczne więc staje się uporządkowanie pojęć i omówienie moralnego wymiaru pieniądza jako nieodłącznego elementu działań gospodarczych. Naszym zamierzeniem w tym artykule będzie jednak nie tylko odparcie „antykapitalistycznej” krytyki. Należy przyjąć, że tego rodzaju krytyczne argumenty są w dużej mierze prawidłowe jeżeli chodzi o samą treść, ale przy założeniu, że skierowane byłyby pod inny adres niż są obecnie. Za błąd ten ponoszą winę wspomniani wcześniej „ekonomiści głównego nurtu”, a więc w większości ci, którzy posługują się metodologią neoklasyczną (a więc również, jeżeli nie przede wszystkim, J.M. Keynes). Opisywanie życia gospodarczego przez ten pryzmat natomiast rzeczywiście prowadzi do wykreowania takiego, a nie innego obrazu kapitalizmu, który to — obraz, nie kapitalizm — stanowi właściwy przedmiot takiej krytyki.

Natura pieniądza

„Przeklinam pieniądze dlatego właśnie, że je biorą za jedno z bogactwem, jakeś to ty uczynił, i że z tego pomieszania płyną niezliczone błędy i nieszczęścia. Przeklinam je, gdyż ich zadanie w społeczeństwie jest źle zrozumiane, a bardzo trudne do wytłumaczenia. Przeklinam je bo są powodem pogmatwania pojęć, brania środka za cel, skutku za przyczynę, alfę za omegę; bo ich istnienie samo z siebie dobroczynne, sprowadziło jednak zgubne pojęcia, przewrotną teorię, która w rozlicznych swych kształtach zubożyła ludzi i krwią świat cały zbroczyła”[3]. Litania zarzutów pod adresem pieniędzy autorstwa błyskotliwego francuskiego pisarza ekonomicznego Fryderyka Bastiata, który za pomocą pióra walczył z ekonomicznymi mitami w XIX-wiecznej Francji, nie bez powodu otwiera rozdział dotyczący natury pieniądza. Źródłem wspomnianej we wstępie krytyki jest bowiem niezrozumienie funkcji i istoty pieniądza, które Ryszard Szewczyk nazywa słusznie „fundamentalnym błędem teorii ekonomii”, mającym swój początek jeszcze w Etyce nikomachejskiej Arystotelesa[4]. Stagiryta rozróżnił tam bowiem cztery możliwe, jego zdaniem, typy wymiany gospodarczej: 1) towar za towar, 2) towar za pieniądz za towar, 3) pieniądz za towar za większą ilość pieniądza, oraz 4) pieniądz za większą ilość pieniądza. Typy 1) i 2) są dość oczywiste, a Arystoteles uznaje je za naturalne i kwalifikuje jako część οίκονομία, a więc sztuki zarządzania gospodarstwem (ekonomiki). Wyjaśnienia wymagają typy 3) i 4): są to, odpowiednio, kupiectwo i bankowość (lichwa). Według Arystotelesa typy te nie przynależą do ekonomiki, ale do χρηματιστική, sztuki zdobywania pieniędzy, która jest ekonomiki wynaturzeniem. Nienaturalny charakter tej sztuki polega na tym, że jej celem nie są dobra (towary) niezbędne człowiekowi do życia (czy też zaspokojenie potrzeb), ale pomnażanie zasobów pieniężnych.

Ów Arystotelesowski błąd, który został przyjęty tak przez głównonurtową makroekonomię, jak i przez lewicowych przeciwników „wolnego rynku”, można dość łatwo zrozumieć, jeżeli wziąć pod uwagę choćby obrazy najbardziej rozpowszechnionego pieniądza towarowego — złota — jakie pojawiają się w literaturze i przekazach kulturowych co najmniej od czasu powstania mitu o królu Midasie. Złoto pojawia się w literaturze w większości przypadków jako obiekt pożądania per se. Nie mamy tutaj do czynienia z porządkiem metaforycznym, ale z metonimicznym — złoto nie jest symbolem czy też reprezentantem bogactwa i  dobrobytu, ale bogactwem samym w sobie. Już sam blask złota korumpuje, sprowadzając na ludzi nie tylko występek, ale często również szaleństwo[5].

W rzeczywistości jednak nigdy nie mamy do czynienia z wymianami, na końcu których stoi pieniądz, niezależnie od formy jaką ten przyjmuje. Pieniądz sam w sobie, nawet w przypadku pieniądza towarowego, nie jest ani pierwszym, ani ostatecznym celem działań gospodarczych, ponieważ jest on wyłącznie środkiem do celu, jakim jest zaspokojenie potrzeb za pomocą pewnych dóbr[6]. Aby daną rzecz nazwać dobrem, muszą zostać spełnione cztery warunki: musi zaistnieć pewna ludzka potrzeba, dana rzecz musi posiadać właściwości, które pomagają tę potrzebę zaspokoić, człowiek musi posiadać wiedzę o tych właściwościach oraz musi móc daną rzeczą dysponować[7]. Jedyna istotna różnica pomiędzy pieniądzem a innymi towarami rynkowymi polega na tym, iż — jak ujmował to już Artur Schopenhauer — każde dobro, każdy towar i usługa, ma swoje zastosowanie w konkretnym miejscu i czasie, odnosząc się do konkretnej potrzeby. Pieniądz zaś jest dobrem w tym sensie absolutnym, że nie odpowiada konkretnej potrzebie, ale odnosi się do wszystkich potrzeb in abstracto:

Często czyni się ludziom zarzut, że kierują swe pragnienia przede wszystkim w stronę pieniądza i kochają go ponad wszelką miarę. Lecz miłość do czegoś, co jak nieznużony Proteusz w każdej chwili gotowe jest przekształcić się w aktualny przedmiot naszych zmiennych życzeń i różnorodnych potrzeb, jest rzeczą naturalną, a zapewne nawet nieuniknioną.[8]

Z tej uniwersalności jego zastosowania wywodzona jest często również teza o braku progu nasycenia w odniesieniu do pieniądza. W przypadku każdego dobra rynkowego istnieje bowiem granica, poza którą każda następna jednostka zaczyna stanowić dla nas mniejszą użyteczność. Na przykład żywność — niezależnie od tego, czy potrzebą w tym przypadku będzie zaspokojenie głodu czy też doświadczenie przyjemności jedzenia — traci swoją użyteczność w momencie zaspokojenia danej potrzeby, a kolejne jednostki jedzenia nie będą w danej chwili już tak, jeżeli w ogóle, pożądane i cenione. Inaczej w takim ujęciu byłoby w przypadku pieniądza: gromadzenie go, jeżeli samo w sobie nie jest problematyczne (np. magazynowanie dużych ilości kruszcu), nie ma teoretycznie swojej granicy, ponieważ pozwala on zaspokoić każdą potrzebę, niezależnie od czasu, w której się ona ujawni[9].

Tymczasem również indywidualny popyt na pieniądz sterowany jest prawami malejącej użyteczności krańcowej. Jako nieodłączny element wymiany rynkowej, pieniądz czerpie swoją wartość wyłącznie z możliwości odbicia w nim wszystkich innych dóbr rynkowych. Innymi słowy, pieniądz oderwany od innych dóbr traci swoje znaczenie[10]. Ale działa to w obie strony: ów wspomniany wyżej brak granicy nasycenia miałby znaczenie wyłącznie w abstrakcji od procesu pozyskiwania go przez człowieka. Nie ma rzecz jasna wątpliwości, że jeżeli nie każdy człowiek, to przytłaczająca większość ludzi z radością przywitałaby każdą dodatkową sumę pieniędzy, np. wygraną na loterii, która zasiliłaby bez wysiłku z ich strony ich portfele i konta. W normalnym procesie wymiany jednak indywidualny popyt na pieniądz jest naturalnie ograniczany użytecznością krańcową innych dóbr, które należałoby za te pieniądze wymienić — na przykład poprzez wyższą wycenę dodatkowej godziny czasu wolnego spędzonego z rodziną i odpowiednio niższe wartościowanie większej ilości pieniędzy za dodatkowe godziny pracy.

Dochodzimy więc tym samym do najważniejszej, obok środka wymiany, funkcji pieniądza: narzędzia ekonomicznej kalkulacji i planowania. Ceny wyrażone w pieniądzu pozwalają  ludziom działającym na rynku porównywać ze sobą jakościowo różne dobra ekonomiczne, w tym towary i usługi[11]. Informacje zawarte w cenach, wskutek niezliczonej ilości wymian międzyludzkich odbywających się każdego dnia, pozwalają na ocenę, czy dane dobro jest pożądane przez innych czy nie (a więc, na przykład, czy opłaca się poświęcać kolejną godzinę czasu wolnego na pracę, aby zdobyć kolejną jednostkę pieniędzy). I chociaż to stanowi jeden z głównych powodów kierowanej pod adresem pieniądza krytyki („ekonomizacja życia”, „władza pieniądza”), to właśnie ta funkcja pieniądza czyni z niego narzędzie ograniczające aktywność gospodarczą, dostosowując ją tak do ludzkich potrzeb, jak i do istniejącej podaży zasobów naturalnych.

Chciwość i materializm

W 1987 roku na ekrany kin wszedł film w reżyserii Oliviera Stone’a p.t. Wall Street, który w zamierzeniu reżysera miał pokazywać w możliwie najbardziej negatywnym świetle nowojorski świat finansów w okresie poreaganowskim. Jednak kreowana przez Michaela Douglasa postać Gordona Gekko, uzasadniającego bez ogródek pożyteczny charakter ludzkiej chciwości, zamiast wzbudzić odrazę jako uosobienie wszelkich negatywnych cech (co było zamierzeniem nastawionego krytycznie wobec kapitalizmu reżysera), przyjęła się jako swego rodzaju role-model dla wielu finansistów i ekonomistów przez kilka pokoleń — począwszy od ubioru (charakterystyczna koszula z białym kołnierzykiem, która do dziś nosi w slangu maklerów nazwę „gekko”), a skończywszy na „etyce chciwości” właśnie. Co jest w tym miejscu ważne, to fakt, że wizja chciwych, podstępnych i właściwie pozbawionych zwykłych ludzkich uczuć bankierów, maklerów i innych postaci świata finansowego do dzisiaj funkcjonuje nie tylko w popkulturze, ale również w środowisku akademickim, jako wytłumaczenie występowania kryzysów gospodarczych[12].

Tradycyjnie chciwość kojarzona jest z żądzą posiadania dóbr (przede wszystkim, oczywiście, pieniędzy), ale niekoniecznie z chęcią ich używania. Chciwy człowiek może być zarówno skąpy, jak i rozrzutny — to, co zrobi ze zgromadzonymi pieniędzmi, należy już do innego porządku, do czego wrócimy zaraz. Istotne w tym miejscu jest to, że chciwość pojmowana jest w kategoriach przede wszystkim materialnych. Wartości (dobra) materialne są natomiast przez filozofów zazwyczaj traktowane jako dobra niższego, wręcz najniższego rzędu w hierarchii wartości, ponieważ są rzeczami zewnętrznymi wobec człowieka jako takiego. Oprócz kilku jedynie prądów filozoficznych (atomizm Demokryta, epikureizm, hedonizm Arystypa z Cyreny), które w starożytności głosiły pewne przywiązanie do materii i cielesności[13] — zarówno pod względem epistemologicznym, jak i etycznym — większość myślicieli raczej zgodnie uznawała, że materia, a szczególnie słabe ludzkie ciało, jeżeli już nie powinny zostać całkowicie odrzucone, to stanowią zasadniczą przeszkodę bądź to w poznaniu Prawdy, bądź też w etycznym i duchowym doskonaleniu; obie rzeczy zresztą były ze sobą nierozerwalnie związane. Ciało, jak miał powiedzieć Pitagoras, jest wręcz naszym więzieniem: το μέν σώμά έστιν ήμίν σήμα. Chciwość i pożądanie rzeczy materialnych mają w tej perspektywie ten szkodliwy wymiar, że ciało człowieka nigdy nie osiągnie pełnego nasycenia nimi, a człowiek uzależniając się od nich, traci swoją autonomię i siłę, w gruncie rzeczy przestając być sobą. Ponadto są to rzeczy przemijające i dające przelotne, nietrwałe przyjemności, więc tak naprawdę tworząc więź z nimi, człowiek skazuje się na pustkę w momencie, kiedy nie będzie w stanie (wskutek braku ich samych lub braku możliwości cieszenia się nimi) z nich skorzystać.

Niechęć do cielesności i materialności obecna była również we wczesnym chrześcijaństwie, chociaż wynikało to przede wszystkim z wpływów gnostyckich i manichejskich. W tych ostatnich nurtach bowiem świat materialny i duchowy pozostawały w odwiecznym konflikcie, w związku z czym każda aktywność na tym świecie była postrzegana jako odwrócenie się od Dobrego Boga, stwórcy duszy i świata duchowego, ku planowi złego Demiurga, stwórcy świata materialnego. Chrześcijaństwo jako takie jednak nigdy nie odrzucało materii, która również została stworzona przez Jedynego Boga, a więc nie mogła być zła per se — co akcentowane było najwyraźniej w biblijnym opisie siedmiu dni stworzenia, w którym każda rzecz z osobna jest przez Boga oceniana jako dobra (Gen 1, 131). Owszem, świat ziemski jest tylko przystankiem w drodze, czy też samą drogą do Królestwa Niebieskiego, które jest prawdziwe i — w przeciwieństwie do rzeczy materialnych — jako jedyne godne pożądania. Pisał św. Paweł:

Mówię, bracia, czas jest krótki. Trzeba więc, aby ci, którzy mają żony, tak żyli, jakby byli nieżonaci, a ci, którzy płaczą, tak jakby nie płakali, ci zaś, co się radują, tak jakby się nie radowali; ci, którzy nabywają, jak gdyby nie posiadali; ci, którzy używają tego świata, tak jakby z niego nie korzystali. Przemija bowiem postać tego świata[14].

Niemniej to nie sam stan obiektywny, w tym także stan posiadania czy miejsce w społecznej hierarchii, są problemem, ale indywidualny stosunek człowieka do ziemskich dóbr. W ewangelicznym stwierdzeniu, że „nie można jednocześnie służyć Bogu i Mamonie” (Mt 6, 24) kluczowe jest słowo służba, a więc oddanie, co wskazuje na relację człowieka do rzeczy. I tak również człowiek majętny może być człowiekiem ubogim w duchu i zostać zbawiony, jak też biedak może być mocno przywiązany do ziemskich wartości (np. poprzez zazdrość) i tym samym być duchowo bogaczem[15]. Jałmużna, stanowiąca jeden z najbardziej wyrazistych elementów nauki Chrystusa w kontekście relacji międzyludzkich, pełni więc tutaj zewnętrzny wyraz własnego braku przywiązania do ziemskich bogactw, w imię miłości bliźniego, będącej najważniejszym z przykazań (Mt 22, 37-40).

Co więcej, w perspektywie chrześcijańskiej moralności nie tylko materialne dobra nie zostają odrzucone, ale również jako zagrożenia dla duszy postrzegane mogą być rzeczy, które z materializmem nie mają — lub też nie chcą mieć oficjalnie — nic wspólnego. Pycha czy zazdrość, jako grzechy główne, dotyczyć mogą również sfery pozamaterialnej. Demonstracyjne wyrzucenie przez filozofa cynickiego Kratesa całego majątku do morza, stawiane często jako przykład radykalnej postawy antykonsumpcyjnej i antymaterialistycznej, może być równie dobrze wyrazem pychy i nie mieć nic wspólnego z duchowym ubóstwem. Chrystus odnosi się krytycznie do hipokryzji faryzeuszy, którzy modlą się i rozdają jałmużnę na pokaz, jedynie dla poklasku ze strony innych (Mt 6, 1-6). Dla krytyków kapitalizmu, zarówno akademickich filozofów jak i różnej proweniencji aktywistów[16], utożsamienie chciwości z pogonią za materialnymi dobrami jest tymczasem niezwykle wygodne, gdyż stawia ich samych, dokonujących innych wyborów życiowych niż krytykowani przez nich „bankierzy”, „finansiści”, „lichwiarze” czy „kupcy”, poza obszarem podejrzenia. Czy jednak możemy powiedzieć, że samo deklaratywne przywiązanie do wartości wyższych — duchowych, estetycznych, humanistycznych, czysto naukowych — rozwiązuje problem? Fizyk pragnący otrzymać za swoje osiągnięcia naukowe Nagrodę Nobla zapewne nie pożąda jedynie sumy pieniędzy, jaka zostałaby mu wraz z nagrodą przyznana, jednak niewątpliwie renoma wybitnego naukowca, która spłynęłaby nań w momencie uhonorowania go tym zaszczytem, stanowiłaby dla niego rzecz godną pożądania. Romantyczny poeta czy malarz mógł gardzić „tłumem” i tym, co gustom „tłumu” schlebia (wyzłośliwiając się często przy okazji na „handlarską” czy też „filisterską” mentalność i pogoń za pieniędzmi), ale też dążył do osiągnięcia czegoś, co utrwaliłoby jego imię i tym samym wyróżniło spośród innych. Młodopolski artysta, który w pogoni za wielkim dziełem staczał się w przepaść alkoholowo-narkotycznego transu i lekceważył całą resztę własnego życia osobistego i społecznych więzi[17], w żaden sposób nie był „lepszy” moralnie od szalonego króla Midasa, który z powodu chciwości chciał wszystko przemienić w złoto, co okazało się zgubą dla niego i dla jego bliskich.

Czy finansista, makler lub bankier, dąży w swojej pracy wyłącznie do tego, żeby posiadać jak najwięcej pieniędzy? Jak powiedzieliśmy wyżej, pieniądze nie są ostatecznym celem niczyich działań, chociaż i ta odpowiedź nie wyczerpuje w pełni problemu. Inwestorzy giełdowi, maklerzy czy bankierzy inwestycyjni nie muszą wcale w ciągu pracy mieć przed sobą wizji jedynie coraz to większych sum spływających na ich prywatne konta, jak chcieliby to postrzegać ich akademiccy krytycy. Jest oczywiście możliwe, że tylko to ich zajmuje, chociaż jest to mało prawdopodobne: większość uczestników krytykowanego w ten sposób świata finansów zarabia rocznie sumy, które trudno często wydać w ciągu całego życia. Można więc pokusić się o stwierdzenie, że o swoich własnych wydatkach konsumpcyjnych w perspektywie pracy zawodowej myśli częściej osoba, która zarabia na życie na przykład sprzątając ulice czy myjąc naczynia w restauracji, a której często nie wystarcza „do pierwszego”, niż hedge fund manager z Wall Street, który za już posiadane pieniądze mógłby żyć w luksusie przez wiele lat. Większe jest prawdopodobieństwo, że to ta pierwsza osoba będzie skupiona przede wszystkim na liczeniu pieniędzy, a ta druga będzie wobec pieniędzy bardziej obojętna, w czasie wolnym zajmując się kultywowaniem wartości wyższych — kolekcjonując dzieła sztuki, bywając w operze i teatrze czy też parając się czymkolwiek, co do tej właśnie kategorii zaliczymy. Przyjęcie, że zajmowanie się finansami, a więc samym rdzeniem gospodarki kapitalistycznej, wymaga odrzucenia wszystkiego, co charakteryzuje naturę ludzką, byłoby więc niedorzeczne[18].

Kapitalizm i konsumpcja

Konsumpcjonizm, podobnie jak chciwość, gra w dzisiejszym dyskursie akademickim i publicznym rolę słowa-klucza, który używany jest przez autorów krytycznie nastawionych wobec kapitalizmu i wolnego rynku w sposób nadzwyczaj dowolny, jako pojęcie niewymagające dalszego tłumaczenia i głębszej analizy. W ten sposób niezmiernie łatwo następuje zawłaszczenie tych pojęć przez krytykę kapitalizmu (będącego notabene kolejnym dość frywolnie stosowanym słowem-kluczem), stąd też każdy apologeta tego systemu organizacji gospodarczej stawiany jest od razu — zwłaszcza przez autorów marksistowskich i postmarksistowskich — na niewygodnej pozycji obrońcy chciwców i materialistów, nastawionych na coraz większą konsumpcję i powiększanie zasobów pieniężnych.

W tym ostatnim, postmarksistowskim ujęciu, wynika to z przyczyn fundamentalnych, a więc z teorii własności prywatnej i podziału pracy, które legły u podstaw krytyki kapitalizmu przeprowadzonej przez Karola Marksa. Kapitalistyczny  proces produkcji ma tu być więc konfliktem pomiędzy posiadaczami środków produkcji, a pracownikami najemnymi, którzy „wyprzedają siebie po kawałku” sprzedając kapitalistom swoją siłę roboczą, ale nie mając już żadnego bezpośredniego związku z wyprodukowanym towarem[19]. Kapitalista płaci robotnikowi płacę roboczą opartą na ilości pracy włożonej w wyprodukowanie towaru, ale cena towaru sprzedawanego konsumentowi jest już oddzielona od tejże pracy, powodując alienację robotnika od wytworów jego pracy. Kapitalistyczny system organizacji produkcji jest więc systemem z gruntu niesprawiedliwym, opartym na wyzysku i chciwości, zatem z tak złego drzewa mogą narodzić się jedynie zepsute owoce. Świat kapitalistyczny jest w efekcie wręcz odhumanizowany. I tak Erich Fromm, jeden z najbardziej wpływowych kontynuatorów etycznej myśli Marksa, stawia twarde rozróżnienie pomiędzy „mieć” i „być”, stwierdzając jednocześnie, że kapitalizm to system, gdzie ludzie bardziej „mają” niż „są”[20].

Nie można wątpić w to, że dzięki produkcji kapitalistycznej konsumujemy dużo więcej niż nasi przodkowie w średniowieczu czy nawet w XIX wieku. Jest to wynikiem wzrostu efektywności produkcji, jaki był możliwy dzięki procesowi kapitalistycznemu: nie tylko produkowane towary stawały się — w miarę zwiększania ich podaży — coraz tańsze, ale jednocześnie wbrew „żelaznemu prawu płac” Ricarda, jakie przyjmował Marks w swojej teorii, realne płace robotników nie tylko nie malały, ale systematycznie wzrastały, nawet mimo czterokrotnego przyrostu ludności[21]. Dzięki temu w XIX wieku nastąpiło skokowe polepszenie warunków życia społeczeństw w ogóle, w tym przede wszystkim — klasy robotniczej, jako tej położonej najniżej w hierarchii społecznej. Jak pisał Joseph Schumpeter:

To właśnie tania odzież, tania bawełna i sztuczny jedwab, buty, samochody itd. są typowymi osiągnięciami produkcji kapitalistycznej, i nie są to z reguły ulepszenia, które by wiele znaczyły dla ludzi bogatych. Królowa Elżbieta miała jedwabne pończochy. Nie jest typowym osiągnięciem kapitalizmu dostarczanie większej ilości jedwabnych pończoch królowym, lecz umożliwienie dostępu do tego dobra robotnicom fabrycznym, dostępu opłacanego coraz mniejszym wysiłkiem.[22]

Niezmiernie trudno byłoby twierdzić, że systematyczny wzrost materialnego dobrobytu, jaki obserwowalny był od początku rewolucji przemysłowej, stanowił negatywne zjawisko w historii społeczeństwa. Inspirowane tezami Rousseau o mitycznym szczęśliwym stanie natury twierdzenie Fromma, że „(…) posiadanie i konsumpcja powodują cierpienie i nieszczęście”[23], nie jest nawet zabawne, ale wręcz okrutne w kontekście sytuacji ludzi przed epoką przemysłową. Prawo własności, podział pracy i przewaga komparatywna, wreszcie — akumulacja kapitału, która umożliwiła zwiększenie efektywności produkcji przemysłowej i rolnej, w istocie oddzieliły człowieka od natury, jak chciał tego Rousseau, ale również (czy też przede wszystkim) w tym pozytywnym sensie. W gospodarce rolniczej człowiek skazany był na łaskę i niełaskę przyrody. Klęska nieurodzaju skutkowała niemal automatycznie klęską głodu, a zapasy nawet w dobrych latach nie wystarczały bardzo często na wyżywienie chłopów do czasu nowych zbiorów. Nie bardzo wiadomo, jak z takiej perspektywy udowadniać, że wzrost konsumpcji — będący widoczną oznaką powiększenia materialnego dobrobytu społeczeństw — jest rzeczą dla człowieka szkodliwą.

Istotnie, z punktu widzenia etycznego nie można nie zgodzić się ze stwierdzeniem, że pogoń wyłącznie za rzeczami materialnymi nie tylko nie przyczynia się do szczęścia, ale również na drodze do tego szczęścia stoi na przeszkodzie. Jednak brak dostępnych dóbr materialnych wcale nie zbliża nas do tego, aby osiągnąć szczęście. „Życie natomiast upływające na zdobywaniu majątku — pisze Arystoteles — jest poniekąd życiem pod przymusem, a bogactwo oczywiście nie jest tym dobrem, którego szukamy; wszak jest ono czymś tylko pożytecznym i jest środkiem do celu”[24].  Ćwiczenie swojej woli i uniezależnianie się od dóbr materialnych ma sens wówczas, kiedy jest wynikiem wolnego wyboru, a nie konieczności zewnętrznej. Współczesny robotnik fabryczny, który wskutek przemian gospodarczych, wzrostu efektywności produkcji i akumulacji kapitału — a nie, jak chcieliby niektórzy krytycy kapitalizmu, wskutek działalności związków zawodowych — może dzisiaj pracować krócej, jadać lepiej, dysponować czasem wolnym, a także poświęcać się rozmaitym hobbies, ma zdecydowanie mocniejsze podstawy do tego, żeby prowadzić „dobre życie” w sensie Arystotelesowskim niż rolnik w epoce przedprzemysłowej.

Oczywiście współcześni krytycy kapitalizmu skupiają się na „nadmiernej” czy też „ostentacyjnej” (conspicuous) konsumpcji, która ma rzekomo charakteryzować społeczeństwa rozwinięte, nie zaś na konsumowaniu jako takim. Według większości współczesnych kontynuatorów Fromma kapitalizm opiera się na „kreacji potrzeb”, a więc zorganizowanej machinie wmawiania ludziom, że owoce produkcji, rynkowe towary, dadzą im szczęście. Konsumpcjonizm ma stawać się ideologią, czy też wręcz religią sankcjonującą kapitalizm[25]. Czy jednak możemy rozgraniczyć pomiędzy rzeczywiście „naturalnymi” potrzebami, a tymi, które rzekomo zostały nam „wmówione” przez przemysł marketingowy? Jeżeli obserwujemy fanów marki Apple, którzy płacą relatywnie całkiem duże sumy pieniędzy za produkt, który nie różni się zasadniczo np. od tańszych produktów Samsunga (prowadzącego zresztą dla Apple outsourcing produkcji niektórych elementów), to często nie mamy wątpliwości, że chodzi tutaj przede wszystkim o chęć zamanifestowania otoczeniu czegoś, co jest z tą marką (rzekomo) związane — pewnego zestawu wartości, przynależności do pewnej grupy społecznej itp. Podobnie, jeżeli bogaty biznesmen kupuje bardzo drogi zegarek (nawet za kilkadziesiąt tysięcy dolarów) czy też drogi samochód (kilka milionów), to również nie potrafimy znaleźć na to innego wytłumaczenia, jak właśnie ostentacyjne afiszowanie się ze swoją „zdolnością do konsumpcji”[26]. Ale poruszając się w dół zarówno po skali cenowej, jak i skali wyznaczającej ilość konsumowanych dóbr, nie jesteśmy tak naprawdę w stanie wyznaczyć granicy, w której kończy się „konsumpcjonizm”, a zaczyna się „zrównoważona”, umotywowana wyłącznie naturalnymi potrzebami konsumpcja.

Na podstawie wyłącznie poziomu konsumpcji nie mamy możliwości stwierdzić, że współcześnie ludzie są w większym stopniu zainteresowani konsumpcją niż w epokach przedkapitalistycznych. Ludzie obecnie na pewno dążą do tego, aby zapewnić sobie materialny dobrobyt, i w większości byliby zadowoleni, gdyby mogli ze swojej pracy czerpać jeszcze większe korzyści. Ale czy kiedykolwiek w ludzkiej historii było inaczej? Czy możemy powiedzieć, że praca rzemieślnika lub rolnika w XI czy XII wieku była wykonywana w celu innym niż wydanie zarobionych środków na konsumpcję? Duża część socjologów i antropologów kulturowych niezwykle śmiało przypisuje społeczeństwom epok minionych cechy diametralnie różne od społeczeństwa nowoczesnego[27]. Tymczasem nie mamy żadnych przesłanek ku twierdzeniu, że pod tym względem ludzka mentalność uległa zmianie na przestrzeni historii. To, że obecnie mamy do wyboru więcej dóbr i nie jesteśmy zmuszeni do zaspokajania swoich potrzeb wyłącznie ograniczonym asortymentem towarów rynkowych, nie powoduje w żaden sposób, że nasze cele jako istot ludzkich diametralnie się przez ten czas zmieniły. Średniowieczny kupiec nie był mniej „chciwy” od współczesnego bankiera, a średniowieczny rycerz — mniej przyzwyczajony do obfitych zasobów żywności niż współczesna gospodyni domowa. W każdej epoce historycznej znajdą się ci, którzy ukojenie znajdują w obfitości dóbr materialnych, ci realizujący Arystotelesowski ideał szczęścia jako kontemplacji teoretycznej, jak i tacy, którzy wybierają drogę radykalnej ascezy motywowanej duchowym samodoskonaleniem. Podaż dostępnych w danym momencie dla jednostki dóbr ekonomicznych nie ma na to większego wpływu.

Pieniądz i rozwój gospodarczy

Wspominane na początku zarzuty wobec kapitalizmu, opierające się na twierdzeniach o nadmiernej konsumpcji i kreacji potrzeb, zbudowane są na założeniu — popularnym również wśród ekonomistów głównego nurtu — że to konsumpcja jest motorem napędowym gospodarki. Innymi słowy, masowa produkcja potrzebuje masowej konsumpcji, więc cały proces ekonomiczny służy przede wszystkim interesom producentów (kapitalistów). Im więcej ludzie wydają na konsumpcję, tym lepszy stan gospodarki, a ściślej — tym większe zyski kapitalistów, którzy nie baczą m.in. na degradację środowiska naturalnego i wyczerpanie zasobów naturalnych, które mają się wiązać z coraz to większą konsumpcją. Niektórzy chrześcijańscy teologowie i filozofowie dokładają zaś do tej krytyki swoją cegiełkę, oskarżając producentów, ekonomistów i (rzekomo działających pod dyktando dwóch pierwszych grup) polityków nie tylko o wyniszczanie środowiska, ale również indyferentyzm religijny i moralny, który prowadzi do stawiania znaku równości pomiędzy pożądaniem rzeczy moralnych i niemoralnych (z których wygrywać mają przeważnie, oczywiście, te drugie)[28].

Aby odpowiedzieć na te zarzuty, wypada wrócić do początku naszych rozważań na temat natury pieniądza. Powiedzieliśmy, że jako uniwersalny środek wymiany pieniądz sprowadza do wspólnego mianownika szeroką gamę nieporównywalnych ze sobą w inny sposób dóbr ekonomicznych, towarów i usług. Wbrew temu, co sądzą powszechnie na ten temat krytycy gospodarki kapitalistycznej — zarówno konserwatywni, jak i lewicowi — nie czyni to z pieniądza narzędzia degradującego naturę człowieka i prowadzącego do wyniszczenia rzeczy, których rzekomo nie sposób sprowadzić do cen pieniężnych. Pieniądz i ekonomiczna kalkulacja na podstawie cen stanowią narzędzie ograniczania aktywności gospodarczej w sferach, gdzie rzeczywiście byłaby ona bez nich destrukcyjna.

Weźmy przykład podaży drewna (niezależnie czy używane będzie ono do opału, do produkcji papieru czy przez przemysł meblarski), stanowiący jeden z głównych przedmiotów dyskusji nad rzekomym wyniszczaniem środowiska przez przemysł. Wskutek kurczenia się zasobów drewna, których odnawianie jest czasochłonne, stopniowo jego cena wzrasta. Nie jest więc tak, jak chcą utrzymywać ekolodzy, że obecna konsumpcja drewna doprowadzi do całkowitego wylesienia planety, gdyż popyt na drewno zmieniał się będzie w czasie wraz z jego ceną. Jeżeli więc nadal będzie trwało wycinanie lasów, drewno — wskutek coraz większej trudności pozyskiwania nowej podaży — osiągnie w pewnym momencie cenę, która spowoduje, że dalsza oparta na nim produkcja meblarska czy papiernicza dla finalnego konsumenta stanie się nieopłacalna. Podobnie sprawa wygląda z paliwami kopalnymi — zmniejszenie zasobów gazu, ropy naftowej czy węgla będzie systematycznie wpływało na cenę paliw, windując ją do poziomu, w którym rzeczywiście opłacalne stanie się stosowanie (w dużej mierze nieopłacalnych dzisiaj) alternatywnych źródeł energii. Dzisiejszy stan nauki i techniki pozwala na rozwiązanie niemal każdego problemu związanego z produkcją żywności, energii czy oczyszczaniem wody i powietrza. Jedyną obecnie przeszkodą ich zastosowania jest nieopłacalność implementacji tych metod na masową skalę. Można jednak przypuszczać, że w obliczu braku tańszych alternatyw znalezione i zastosowane zostaną rozwiązania pozwalające na pokonanie problemu wyczerpywania się zasobów naturalnych czy zanieczyszczenia środowiska[29].

Fundamentalnym nieporozumieniem jest przyjmowane przez krytyków kapitalizmu wspomniane wyżej twierdzenie, że „gospodarka” potrzebuje konsumpcjonizmu, ponieważ ciągła, nieprzerwana konsumpcja społeczeństwa niezbędna jest do utrzymania na niezmienionym poziomie przychodów producentów, a zatem również — zatrudnienia. Po raz kolejny wypada stwierdzić, że nie sposób dziwić się, iż argumenty takie wytaczają krytycznie nastawieni socjologowie, filozofowie i etycy, którzy z teorią ekonomii nie mają zazwyczaj nic wspólnego, skoro mit taki rzeczywiście obecny jest w akademickich dyskusjach i publicystycznych wypowiedziach najbardziej znanych postaci ekonomii głównego nurtu. Wystarczy podać przykład Lawrence’a Summersa, który po uderzeniu Japonii przez tsunami w 2011 roku stwierdził w jednym z telewizyjnych komentarzy, iż katastrofa może spowodować pozytywny skutek w postaci krótkotrwałego wzrostu PKB (zwiększona konsumpcja spowodowana stratami), czy też cytowanego już noblisty Paula Krugmana, który w 2012 roku na konferencji „Take Back American Dream” argumentował, że sposobem na wyjście z ekonomicznego kryzysu mogłyby być masowe wydatki zbrojeniowe zjednoczonych rządów światowych, na przykład w obliczu zagrożenia inwazją militarną ze strony Obcych. Wypowiedzi Summersa czy Krugmana są anegdotyczne, ale są logiczną konsekwencją teorii makroekonomicznych, wśród których specjalne miejsce zajmuje „od zawsze” teoria J.M. Keynesa[30].

Relacja pomiędzy konsumpcją a dobrobytem rzeczywiście istnieje, jak wyjaśnialiśmy w poprzednim rozdziale. Zależność przebiega jednak nie w kolejności: najpierw wyższa konsumpcja, a dzięki niej — wyższy dobrobyt, ale w kolejności odwrotnej. Gdyby społeczeństwo średniowiecznej Europy konsumowało więcej, w żaden sposób nie przyczyniłoby się to do podniesienia poziomu cywilizacyjnego, m.in. ulepszenia i wdrożenia skuteczniejszych metod produkcji rolnej. To, co zostanie skonsumowane (zużyte) musi najpierw zostać wyprodukowane, co wymaga nakładu kapitału i pracy. Innymi słowy, producenci najpierw muszą poczynić pewne inwestycje, aby wyprodukować dobro, z którego sprzedaży otrzymają zwrot. Żeby zaś zainwestować — i jest to jeden z podstawowych błędów teorii keynesowskiej[31] — konieczne są oszczędności, a więc uprzednio zebrana nadwyżka produkcji nad bieżącą konsumpcją. Oszczędności pozwalają na wydłużenie procesu produkcji (od wydobycia do dobra konsumpcyjnego), a więc jednocześnie wzrost jej skuteczności i efektywności. To efektywniejsza produkcja powoduje, że ludzie mogą konsumować więcej, gdyż wskutek wzrostu podaży ceny dóbr spadają, a zarazem wzrost efektywności produkcji pociąga za sobą wzrost realnych płac roboczych.

Oczywiście producenci nie produkują „dla siebie”, ponieważ dobra nie są przeznaczone do niczego innego, jak do konsumpcji właśnie. Przedsiębiorca-producent planuje zresztą produkcję, zakładając przewidywany popyt na jego towar. Absurdalne jest jednak założenie, obecne nie tylko w cytowanych wypowiedziach Summersa czy Krugmana, ale również w pojawiających się w mediach cyklicznie komentarzach gospodarczych, że wyższa konsumpcja może „przysłużyć się gospodarce” (zwłaszcza przy okazji przerw świątecznych, istotnie będących dzisiaj festiwalem konsumpcji). Gospodarka nie jest odrębnym, ponadjednostkowym bytem, który niczym Rousseau’owska wola powszechna ma swoje cele, które mogą być odmienne od sumy celów ludzi. Nie jest więc również tak, że kapitalizm lub logika dobrobytu „wymagają” masowej konsumpcji.  Wyższy popyt leży w interesie poszczególnych przedsiębiorstw, ale dotyczy to wyższej konsumpcji na ich konkretne towary i usługi. Jeżeli ludzie przestaliby odżywiać się np. w restauracjach McDonald’s, w efekcie zapotrzebowanie na pracę w McDonald’s niewątpliwie spadłoby. Czy źle przysłużyłoby się to „gospodarce”? Pieniądze, które nie zostałyby wykorzystane na jedzenie w sieci restauracji, nie zniknęłyby magicznie z rynku, ale zostałyby spożytkowane w inny sposób, nie tylko „tu i teraz” na inne dobra i usługi, ale również — jeżeli zostałyby zaoszczędzone, nawet odłożone w przysłowiowej „skarpecie” — na konsumpcję przyszłą, tym samym odpowiednio wpływając na cenę pieniądza (siłę nabywczą) w czasie teraźniejszym.

W gospodarce z pieniądzem naturalnym nie mamy do czynienia z problemem nadmiernej i niedostatecznej konsumpcji, ponieważ wszystkie działania — produkcja, konsumpcja, oszczędności — koordynowane są przez zmiany w poziomie stopy procentowej, a zatem społecznej zagregowanej stopy preferencji czasowej[32]. Niska stopa procentowa, a więc niższe premiowanie oszczędności, sygnalizuje, że społeczeństwo zgromadziło pewien zapas, który pozwoli na podejmowanie bardziej ryzykownych przedsięwzięć, jak inwestycje w wydłużenie procesu produkcji. Stopa wzrasta, jeżeli suma zgromadzonych oszczędności jest niewielka. Ludzie skłonni są wydawać mniej, w związku z czym wzrasta popyt na pieniądz, a ceny towarów w nim wyrażone spadają. Mając do dyspozycji pewien zasób środków pieniężnych, wszystkie zaangażowane w proces gospodarczy osoby muszą zdecydować — w oparciu o te właśnie informacje — w jaki sposób pieniądze spożytkować.

Etyczne źródła kryzysu gospodarczego

W tym miejscu pojawia się kwestia wpływu bankowości na proces gospodarczy. Patrząc historycznie, banki spełniały dwie podstawowe funkcje — depozytariusza środków pieniężnych (w systemie pieniądza towarowego) oraz kredytodawcy. Obie funkcje narodziły się i mogły istnieć oddzielnie, jednak dla nas istotniejsze będą konsekwencje ich połączenia. Kredyt pozwala na zrealizowanie w danym czasie pewnego celu za pomocą środków, które przez kredytobiorcę dopiero zostaną wypracowane w przyszłości (a przynajmniej zakłada tak kredytodawca). We wczesnej bankowości kredytowej, pożyczki udzielane były z zaoszczędzonych przez kredytodawcę środków pieniężnych  Kredyt pozwalał więc na przesunięcie popytu w czasie — kredytobiorca zgłaszał na pewne dobra i usługi popyt wcześniej, natomiast kredytodawca — później. Oprocentowanie kredytu jest więc z jednej strony wynagrodzeniem płaconym przez kredytobiorcę kredytodawcy za jego powstrzymanie się od konsumpcji w czasie teraźniejszym, z drugiej — wynagrodzeniem za ponoszone przez niego ryzyko.

Sytuacja zmieniła się w momencie, gdy banki połączyły w sobie obie funkcje — depozytariusza środków pieniężnych i kredytodawcy — oraz w miarę rozpowszechnienia się pieniądza bankowego (noty bankowej, a więc banknotu) w wymianie rynkowej. Aby pieniądz bankowy mógł funkcjonować w obrocie rynkowym, konieczne było zaufanie, jakim uczestnicy wymiany darzyli bank. Innymi słowy, banknot opiewający na konkretną ilość pieniądza towarowego miał wartość jako pieniądz o tyle, o ile ludzie ufali bankowi, że posiada tę ilość gotową do wypłaty w złocie lub srebrze. Stawało się problematyczne, jeżeli bank tego zaufania nadużywał. Pieniądz towarowy pełnił rolę gwaranta banknotów ponieważ jako towar podlegał również normalnym zasadom rynkowym. Można zwiększyć ilość towaru na rynku — w tym np. złota — ale jedynie przez normalny proces produkcyjny, więc uprzednie zaangażowanie pracy, ziemi (zasobów naturalnych) i kapitału. Nagłe pojawienie się ogromnej ilości złota na rynku nie wchodziło więc — w przeważającej części przypadków[33] — w grę, stąd też wyrażane w nim ceny innych towarów były stabilną podstawą dla prowadzenia ekonomicznej kalkulacji. W przypadku  pieniądza bankowego, wyrażonego przecież w jednostkach złota (lub innego towaru), w momencie wygenerowania przez bank większej ilości pieniądza w postaci banknotów, wprowadzał on uczestników rynkowej wymiany w błąd, co de facto było fałszerstwem[34].

Rozważając wewnętrzny rozkład systemu kapitalistycznego w XX wieku, Daniel Bell podkreślał zmianę, jaka zaszła w krajach protestanckich (postrzeganych tradycyjnie za Maxem Weberem jako kolebki kapitalizmu) w pojmowaniu instytucji kredytu. Protestancka etyka pracy i ascezy — powstrzymywania się od nadmiernego folgowania cielesnym zachciankom — nie akceptowała „życia na kredyt”, a więc pokrywania wydatków konsumpcyjnych z przyszłych dochodów[35]. Kredyt uznawany był za narzędzie dla przedsiębiorców, do zasilania inwestycji. Dopiero po I wojnie światowej pojawiły się w USA pierwsze oferty kredytów konsumpcyjnych skierowane do klientów indywidualnych. Takie rozszerzenie oferty banków komercyjnych nie byłoby możliwe bez zasadniczej zmiany, jaka zaszła w systemie bankowym po powstaniu w 1913 roku Banku Rezerw Federalnych (Fed). Rezerwa Federalna, czy też ogólnie — instytucja banku centralnego — umożliwia utrzymywanie systemu rezerwy cząstkowej. Banki prywatne w systemie wolnej bankowości (np. w Stanach Zjednoczonych w XIX wieku) mogły istotnie kreować pieniądz, poprzez wydawanie kwitów o nominalnej wartości przewyższającej ilość posiadanego realnie złota, ale była to działalność ryzykowna. Przy wysokim zaufaniu do instytucji bankowych problem nie musiał nawet wyjść na jaw. Jednak często wystarczała plotka dotycząca uczciwości danego bankiera, wieść dotycząca strat na inwestycjach zasilonych przez bank czy kradzieży — wówczas deponenci zaczynali niepokoić się o swój kruszec. Istnienie banku centralnego, jako „pożyczkodawcy ostatniej instancji” gotowego uratować każdy komercyjny bank przed bankructwem, diametralnie tę sytuację zmieniło.

Kreacja pieniądza w ogóle (czy to będzie pieniądz pusty, fiat money, czy też kredyt bankowy), może spowodować w dłuższej perspektywie inflację, czyli spadek siły nabywczej pieniądza. Ważniejsze jest jednak wpływanie przez wykreowany pieniądz na strukturę produkcji w czasie. Inflacja nie jest „wzrostem ogólnego poziomu cen”, gdyż wzrost cen jest obserwowalny na różnych etapach produkcji w różnym czasie. „Ogólny poziom cen” podnosi się dopiero w momencie, kiedy rynek finalnie dostosuje się do nowej podaży pieniądza. Problem z kreacją pustych zasobów pieniężnych polega przede wszystkim na tym, że zmieniając w czasie ceny różnych dóbr, utrudnia kalkulację ekonomiczną i planowanie. Przedsiębiorcy otrzymują z rynku fałszywe sygnały (np. obserwując „optymizm konsumencki”) i na tej podstawie podejmują decyzje, które nie byłyby podjęte bez dostępu do nowych środków. Następuje przeinwestowanie (malinvestment), a więc przesunięcie środków do etapów produkcji, które przy wcześniejszej podaży pieniądza nie byłyby rozbudowywane. W taki sam sposób wpływa to na zachowania konsumenckie. Kredyt konsumpcyjny umożliwia podjęcie decyzji zakupowych, które przy normalnym dochodzie nie zostałyby zrealizowane, lub też musiałyby zostać przełożone w czasie do momentu oszczędzenia z nadwyżki pożądanej sumy. Oszczędność, a więc przekładanie konsumpcji na przyszłość, czyni te decyzje bardziej przemyślanymi. Przy kredycie — odwrotnie — decyzje zakupowe podejmowane są bardziej impulsywnie, ponieważ ciężar ich spłaty nie jest jeszcze odczuwalny[36].

Polityka pieniężna, a więc kontrolowanie podaży pieniądza w skali makroekonomicznej, a także wpływanie na cenę kredytu (regulowanie stóp procentowych), pełni fundamentalną rolę w kreowaniu takich a nie innych postaw konsumpcyjnych. Bank centralny, obniżając lub podwyższając stopy procentowe, w zamierzeniu ma „stymulować” lub „chłodzić” gospodarkę, pobudzając konsumpcję i inwestycje. Co jednak najważniejsze, będąc gwarantem pożyczek udzielonych „z niczego” w systemie bankowym — jako lender of the last resort — obniża właściwie do zera ryzyko poniesienia odpowiedzialności za błędne decyzje, jaką w systemie rynkowym jest bankructwo. W instytucji banku centralnego i systemu rezerwy cząstkowej łączą się zatem dwa główne wątki obecne w próbach moralnej krytyki pieniądza i systemu kapitalistycznego: z jednej strony to właśnie dzięki systemowi kreacji pieniądza możliwe jest zaistnienie następujących po sobie okresów nadmiernej i niedostatecznej konsumpcji, z drugiej zaś — poprzez pozbawienie całego systemu elementu odpowiedzialności (w ostatecznym rozrachunku przeniesionej zawsze na podatników, vide tzw. plan Paulsona wdrożony jesienią 2008 roku dla „ratowania systemu bankowego”) sprawia, że wszelkie zasady, które legły u jego podstaw, zostają również zniesione.

Nie ulega wątpliwości, że zarówno paradygmat ekonomiczny, jak i współczesna polityka gospodarcza wymagają gruntownej reformy. Niepokojącym jest jednak fakt, że najbardziej popularne dzisiaj propozycje reformy nie tylko w żaden sposób nie uderzają w podstawy rzeczywistego problemu, ale w problemie tym upatrują rozwiązania. Powrót do etycznych fundamentów kapitalizmu, a więc prawa własności, zaufania i personalnej odpowiedzialności nie tylko za sukcesy, ale również za porażki, stanowiłby najbardziej radykalną zmianę w stosunku do obecnego, państwowo-korporacyjnego systemu finansowego i gospodarczego.

Teksty publikowane jako working papers wyrażają poglądy ich Autorów – nie są oficjalnym stanowiskiem Instytutu Misesa.

 

Bibliografia

Arystoteles , Etyka nikomachejska, tłum. D. Gromska.

Bartula P. (2012), Liberalizm u kresu historii — z perspektywy filozofii uczestniczącej, Kraków.

Bastiat F. (1865), Przeklęty pieniądz, Warszawa (edycja elektroniczna tego tłumaczenia: Fundacja Instytut Ludwiga von Misesa 2006, http://mises.pl/pliki/upload/przeklety.pdf).

Cavanaugh W.T. (2008), Pożarci. Gospodarka a powołanie chrześcijańskie, tłum. K. Jasiński, Warszawa.

Filek J. (2010), „Czy finansista jest człowiekiem (moralnym)?”, Prakseologia, nr 150.

Guczalska K. (2012), „Być czy mieć? Pochwała posiadania i własności”, Zeszyty Naukowe UEK, 887/2012.

Hoppe H.H.(2004), Misesowskie argumenty przeciw Keynesowi, tłum. W. Falkowski [w:] Jak zrujnować gospodarkę, czyli Keynes wiecznie żywy, praca zbiorowa, Fijorr Publishing, Warszawa, s. 115-162.

Hörisch J. (2010), Orzeł czy reszka. Poezja pieniądza, tłum. J. Kita-Huber, S. Huber, Kraków.

Huerta de Soto J. (2009), Pieniądz, kredyt bankowy i cykle koniunkturalne, tłum. G. Łuczkiewicz, Warszawa.

Hülsmann J.G. (2014), Etyka produkcji pieniądza, Instytut Misesa.

Juruś D. (2008), „Własność a sprawiedliwość”, [w:] Czy sprawiedliwość jest możliwa?, red. D. Probucka, Kraków.

Karłowicz D. (2004), Koniec snu Konstantyna, Kraków.

Krugman P. (2009),  How Did Economists Get It So Wrong, „New York Times”.

Kuźniarz B. (2006), Pieniądz i system. O diable w gospodarce, Kraków.

Mises L. von (1953), The Theory of Money and Credit, New Haven: Yale University Press.

Mises L. von (2008), Ludzkie działanie. Traktat o ekonomii, tłum. W. Falkowski, Warszawa.

Morawski W. (2003), Kronika kryzysów gospodarczych, Warszawa.

Rothbard M.N. (2004), Złoto, banki, ludzie — krótka historia pieniądza, tłum. W. Falkowski, Warszawa.

Selgin G., White L.H. (1996),In Defense of Fiduciary Media”, Review of Austrian Economics, Vol. 9, No.2

Simmel G. (1997), Filozofia pieniądza, tłum. A. Przyłębski, Poznań.

Skousen M. (1990), The Structure of Production, New York.

Sroczyński O. (2013), „Konsumpcjonizm i kultura zadłużenia. Etyczne aspekty polityki gospodarczej i cyklu koniunkturalnego”[w:] Etyczny wymiar odpowiedzialnego biznesu i konsumeryzmu na początku XXI wieku, red. L. Karczewski, H. Kretek, Racibórz.

Szewczyk R. (2005), Manowce keynesizmu, Bochnia.

Szewczyk R. (2010), „W sprawie fundamentu teorii finansów”, [w:] Ku nowemu paradygmatowi nauk o finansach, red. W. Frąckowiak, J. Szambelańczyk, Poznań.

Szewczyk R. (2011), Pieniądz w banki w procesach rynkowych — ujęcie personalistyczne, „Państwo i Społeczeństwo”, nr 2/2011.

Wojciechowski M. (2008), Moralna wyższość wolnej gospodarki, Warszawa.

Zięba M. (2002), Chrześcijanie, ekonomia, polityka, Warszawa.

 

[1] Por. m.in. J. Stiglitz, The Triumphant Return of John Maynard Keynes, Project-Syndicate.org, (5.12.2008), oraz: P. Krugman, How Did Economists Get It So Wrong, „New York Times” (2.09.2009). W tym miejscu warto poczynić uwagę, że chociaż w istocie istnieją drobne (można wręcz powiedzieć — kosmetyczne) różnice pomiędzy niektórymi neoklasykami a keynesistami w pojmowaniu roli państwa, jak chce tego Krugman, to właściwie w całej literaturze głównego nurtu ekonomii niezachwiany zachował się mit New Deal jako modelu polityki gospodarczej, która pozwoliła Ameryce na pokonanie wielkiego kryzysu i przez to w sytuacjach kryzysowych pożądanej. Trudno więc w rzeczywistości dostrzec, gdzie i kiedy dokonało się owo „zapomnienie” Keynesa.

[2] J. Hörisch, Orzeł czy reszka. Poezja pieniądza, tłum. J. Kita-Huber, S. Huber, Kraków 2010.

[3] F. Bastiat, Przeklęty pieniądz, Warszawa 1865 (pisownia tłumaczenia uwspółcześniona — przyp. O.S.)

[4] R. Szewczyk, W sprawie fundamentu teorii finansów, [w:] Ku nowemu paradygmatowi nauk o finansach, red. W. Frąckowiak, J. Szambelańczyk, Poznań 2010.

[5] J. Hörisch, Orzeł czy reszka, op. cit., s. 56 i nn.

[6] Dotyczy to również sytuacji, w której możemy użyć funkcjonującego pieniądza towarowego bezpośrednio do jakiegoś celu (np. użyć soli do zakonserwowania mięsa). Pieniądz towarowy występuje bowiem na rynku w podwójnej roli: z jednej strony posiada wartość jako dobro konsumpcyjne (res primo usu consumptibilis), z drugiej natomiast — reprezentuje (poprzez ceny wyrażone w jego jednostkach) wartość wymienną innych towarów. W wypadku bezpośredniego zużycia fizycznego pieniądza, znikała po prostu jego funkcja płatnicza, która stanowiła swoistą „legitymację” jego właściciela w kierunku do dostawców innych dóbr. Por. R. Szewczyk,  Pieniądz a dochód,  „Zeszyty naukowe Wyższej Szkoły Ekonomicznej w Bochni” nr 3/2005, s. 96-97.

[7] C. Menger, Principles of Economics, New York 1994, s. 52. Por. D. Juruś, Subiektywistyczna czy relacjonistyczna koncepcja wartości Carla Mengera, [w:] Libertarianizm: teoria, praktyka, interpretacje, red. W. Bulira, W. Gogłoza, Lublin 2010.

[8] A. Schopenhauer,  Parerga i paralipomena, tłum. J. Garewicz, Warszawa 2002,  t. I, s. 435.

[9] R. Szewczyk, Pieniądz a dochód, op. cit., s. 94.

[10] L. von Mises, The Theory of Money and Credit, New Haven 1953, s. 97 i nn.

[11] Idem, Ludzkie działanie. Traktat o ekonomii, tłum. W. Falkowski, Warszawa 2008, s. 181. Por. M. Rothbard, Złoto, banki, ludzie — krótka historia pieniądza, Warszawa 2004, s. 37.

[12] Jako przykład akademickiej wersji tak zorientowanej krytyki kapitalizmu przytoczyć można tekst Janiny Filek, w którym autorka konstatuje, iż klasyczny model homo oeconomicus jest niewystarczający do wyjaśnienia współczesnych problemów etyki gospodarczej. Zamiast tego krakowska etyk proponuje stworzenie modelu zupełnie nowego — homo pecuniosus, „człowieka pieniężnego” — który wedle autorki miałby się charakteryzować m.in. nieograniczoną chęcią posiadania pieniędzy, skłonnością do liczenia, niezdolnością do liczenia czy też przesadną skłonnością do liczenia. Zob: J. Filek, Czy finansista jest człowiekiem (moralnym)?, „Prakseologia” nr 150/2010, s. 71-86.

[13] Należy poczynić tutaj zastrzeżenie, że w przypadku epikureizmu ów materializm i przypisywanie przyjemnościom zmysłowym wartości nie wyglądało tak, jak powszechnie się mniema. „W tym uproszczonym ujęciu — pisze Piotr Bartula — hedonizm miałby polegać na grubiańskiej konsumpcji oraz maksymalnej, dostępnej w danej chwili eksploatacji własnej zmysłowości. A przecież w swoim zasadniczym, epikurejskim nurcie hedonizm polegał na ćwiczeniu umiejętności obiektywnej oceny skutków postępowania. Każda przyjemność jest dobra z natury, powie hedonista, ale nie każda godna wyboru, ponieważ przewidywalny skutek, przykry bądź przyjemny, musi być wpisany w decyzję o pozyskaniu przyjemności dostępnej hic et nunc.” Zob. P. Bartula, Liberalizm u kresu historii, Kraków 2012, s. 50, oraz dalej: s. 71 i nn.

[14] 1 Kor 70, 29-31. (W tłumaczeniu Biblii Tysiąclecia).

[15] Por. M. Zięba, Chrześcijanie, ekonomia, polityka, Kraków 2002, s. 9-10. Taką interpretację przyjmował jeszcze w II w. n.e. — idąc w dużej mierze za stoickim ujęciem tego wątku — myśliciel aleksandryjski Klemens, dla którego walka z wątkami manichejskimi i gnostyckimi stanowiła jeden z ważniejszych punktów apologii chrześcijaństwa. Na ten temat zob.: H. Chadwick, Liberalny purytanin [w:] Idem, Myśl wczesnochrześcijańska a tradycja klasyczna, tłum. P. Siejkowski, Poznań 2000, s. 41-63. Dla polskiego czytelnika dostępny jest również przekład pisma Klemensa z Aleksandrii traktującego o tym zagadnieniu: Który człowiek bogaty może być zbawiony?, tłum. J. Czuj, Kraków 2002.

[16] Warto w tym miejscu zwrócić uwagę na fakt, że filozofia cynicka miała wiele wspólnego z XX-wiecznym ruchem hipisowskim: ostentacyjnie demonstrowała swoją krytykę społeczeństwa, głosiła radykalny egalitaryzm, odrzucenie chciwości i hierarchii, piętnowała społeczny ostracyzm i rzekomo sztuczne podziały, kreowane przez społeczeństwo polityczne. Zob: J. Xenakis, Hippies and Cynics, „Inquiry” nr 16/1973, s. 115.

[17] „Nie pomoże alkohol, to pomoże morfina, opium, szalej, wszystko mi jedno, ale muszę coś stworzyć, coś tak wielkiego, tak niesłychanego…” — mówił ustami swojego literackiego wcielenia Stanisław Przybyszewski, jeden z najwybitniejszych przedstawicieli krakowskiej cyganerii. Zob: S. Przybyszewski, Synowie ziemi, Lwów- Warszawa 1904, s. 33.

[18] Cytowana wyżej krakowska filozof twierdzi na przykład, że „(…) aby być dobrym finansistą, a dokładniej, aby przynależeć do «liczącej się» grupy finansjery, należy każdą z cech charakteryzującą człowieka jako istotę społeczną odrzucić jako ckliwy sentymentalizm, a rozwinąć jedynie te wywodzące się lub związane z umiejętnością liczenia i nadto rozwinąć je w stopniu maksymalnym, tak, aby w całości «wypełniły» naturę człowieka”. Zob. J. Filek, Czy finansista jest człowiekiem (moralnym)?, op. cit., s. 85.

[19] K. Marks, Praca najemna i kapitał, [w:] Marks i Engels. Dzieła wybrane, Warszawa 1949, t. I, s. 77. Zob. także: L. Kołakowski, Główne nurty marksizmu, Warszawa 2009, t. I., s. 276 i nn. Taki pogląd na naturę kapitalistycznej produkcji nieobcy jest również autorom chrześcijańskim, piszącym krytycznie o gospodarce kapitalistycznej i procesach globalizacji. Zob. m.in.: W.T. Cavanaugh, Pożarci. Gospodarka a powołanie chrześcijańskie, tłum. K. Jasiński, Warszawa 2008, s. 69-70.

[20] E. Fromm, Mieć czy być?, tłum. J. Karłowski, Poznań 2007. Na temat etycznego uzasadnienia własności prywatnej zob: D. Juruś, Własność a sprawiedliwość, [w:] Czy sprawiedliwość jest możliwa?, red. D. Probucka, Kraków 2008, a także: K. Guczalska, Być czy mieć? Pochwała posiadania i własności, „Zeszyty Naukowe UEK” 887/2012. „ Niesłuszna jest jednostronna afirmacja «być» w przeciwstawieniu do «mieć» — pisze Guczalska — tak samo jak jednostronna jest afirmacja «mieć» w przeciwstawieniu do «być». W ogóle nie należy antagonizować i przeciwstawiać sobie słów «być» i «mieć». Jest to groźne, ponieważ rozdziela to, co jest jednością, i daje błędne wyobrażenia na temat funkcjonowania społeczeństwa i życia ludzkiego”.

[21] K. Marks, Praca najemna i kapitał, op. cit., s. 92 i nn. Por. P.H. Lindert, J. G. Williamson, English Workers’ Living Standards During the Industrial Revolution: A New Look, “The Economic History Review”, vol. XXXVI, No. I/1983.

[22] J. Schumpeter, Kapitalizm, socjalizm, demokracja, tłum. M. Rusiński, Warszawa 1995.

[23] E. Fromm, Mieć czy być?, op. cit., s. 167.

[24] Arystoteles, Etyka nikomachejska, tłum. D. Gromska, 1096 a7- 1096 a8.

[25] W.T. Cavanaugh, Pożarci, op. cit., s. 84 i nn; B. Kuźniarz, Pieniądz i system. O diable w gospodarce, Kraków 2006, s. 145-179.

[26] J. Baudrillard, Społeczeństwo konsumpcyjne. Jego mity i struktury, tłum. S. Karolak, Warszawa 2006, s. 40.

[27] Na przykład polski socjolog Piotr Sztompka opisując współczesnych ludzi stwierdza kategorycznie, że „[w]iększość ich życia upływa w kręgu ekonomii, na produkcji i konsumpcji. Wątkiem głównym — przedmiotem aspiracji, tematem konwersacji, obiektem interakcji transakcji — są towary i pieniądze. Oczywiście nie było tak zawsze. W społeczeństwach tradycyjnych dominowały inne wątki: życie rodzinne, życie religijne, życie wojownicze czy rycerskie. Tak mocny akcent na ekonomię jest niewątpliwą osobliwością społeczeństwa nowoczesnego.” (P. Sztompka, Socjologia — analiza społeczeństwa, Kraków 2002, s. 564). Niezmiernie trudno wyobrazić sobie w jaki sposób można byłoby bez wątpliwości orzec, z jednej strony, że średniowieczni chłopi czy mieszczanie w swoich codziennych rozmowach i aspiracjach nie skupiali się na produkcji i konsumpcji poszczególnych towarów, zaś z drugiej — że dzisiejsze życie skupione jest wyłącznie na pieniądzu i ekonomicznej wymianie. Podobną tezę, chociaż z pozycji entuzjasty, lansował również amerykański politolog Francis Fukuyama w głośnej pracy The End of History and the Last Man (1992), chcąc udowodnić, że wszelkie instynkty ludzkie po zwycięstwie liberalnej demokracji i kapitalizmu w starciu z ostatnim poważnym wrogiem — komunizmem —  będą odtąd znajdowały swoje ujście jedynie w środowisku ekonomicznej wymiany, co pociągnie za sobą bezużyteczność wielkich projektów ideologicznych. Oba ujęcia kłócą się jednak zarówno z naszym codziennym doświadczeniem — wypełnionym w dalszym ciągu rodziną czy religią — jak i z historią polityczną (Fukuyama zresztą ze swojego proroctwa się wycofał).

[28] D. Karłowicz, Koniec snu Konstantyna, Kraków 2004, s. 43 i nn.; W.T. Cavanaugh, Pożarci, op. cit., passim.

[29] Warto nadmienić, iż słowo „wyczerpanie” w stosunku do materialnych zasobów planety jest sporym nadużyciem, gdyż od momentu Wielkiego Wybuchu we wszechświecie obecna jest ta sama ilość materii, która przez miliardy lat przyjmowała na poziomie subatomowym różne formy. Również to, co nazywamy dzisiaj „przyrodą”, a więc pewien kształt fauny i flory, nie istniał wiecznie, ale był wynikiem wielu biologicznych procesów na przestrzeni milionów lat, natomiast życie biologiczne na Ziemi było wiele razy niszczone nawet w  80% w okresach wymierań, spowodowanych przez przyczyny „czysto naturalne”. Argumenty dotyczące „kalkulacyjnego” rozwiązania problemu zasobów naturalnych nie dotykają oczywiście kwestii zachowania obecnego kształtu środowiska naturalnego. Współcześni ekolodzy natomiast traktują ten właśnie kształt za pewne obiektywne dobro, które nie powinno zostać zmieniane przez człowieka — wobec czego argumentacja udowadniająca, że gospodarka sama z siebie nie doprowadzi do wyginięcia ludzi zapewne nie będzie dla nich przekonująca. W tym artykule przyjmujemy jednak, że rozważania etyczne dotyczą ludzi i przetrwania gatunku ludzkiego, nie zaś fauny i flory, a zachowanie ich w obecnym kształcie niekoniecznie musi (chociaż oczywiście może) być traktowane jako wartość dla człowieka. Na temat współczesnych filozoficznych tendencji w prawie ochrony środowiska zob: S. Chrupczalski, Ekonomiczna analiza prawa własności w ujęciu szkoły austriackiej, Fundacja Instytut Ludwiga von Misesa 2008, s. 99 i nn. (praca dostępna online: http://mises.pl/wp-content/uploads/2009/09/ekonomiczna-analiza-prawa.pdf).

[30] Keynes zresztą explicite wyraził dokładnie tę samą myśl co jego współcześni kontynuatorzy pisząc, że „budowanie piramid, trzęsienia Ziemi, a nawet wojny mogą przysłużyć się wzrostowi dobrobytu”. Por. M. Skousen, The Structure of Production, New York 1990, s. 244-245.

[31] Ibidem, s. 250-255. Por. także: H.H. Hoppe, Misesowskie argumenty przeciw Keynesowi, tłum. W. Falkowski [w:] Jak zrujnować gospodarkę, czyli Keynes wiecznie żywy, Warszawa 2004, s. 144 i nn.

[32] Ibidem, s. 129. Szerzej ekonomiczną funkcję stopy procentowej w kontekście konsumpcjonizmu i kryzysów gospodarczych omawiam w artykule Konsumpcjonizm i kultura zadłużenia. Etyczne aspekty polityki gospodarczej i cyklu koniunkturalnego, [w:] Etyczny wymiar odpowiedzialnego biznesu i konsumeryzmu na początku XXI wieku, red. L. Karczewski, H. Kretek, Racibórz 2013, s. 347-356.

[33] W historii mogliśmy wszelako zaobserwować przypadki, w których pojawienie się podaży nowego pieniądza towarowego, zdobytego w trakcie wojen lub podbojów, uderzało nagle w jego siłę nabywczą, gdyż znajdowało się poza procesem gospodarczym (tzw. outside money). Jednym z takich zdarzeń był napływ dużych zasobów relatywnie taniego w pozyskaniu srebra z Ameryki Płd. do Hiszpanii, który doprowadził do „cenowej rewolucji”, a tym samym do pogorszenia sytuacji gospodarczej kraju, poprzez zmniejszenie opłacalności eksportu produkowanych w Hiszpanii towarów. Por. W. Morawski, Kronika kryzysów gospodarczych, Warszawa 2003, s. 20.

[34] Myli się więc R. Szewczyk twierdząc, że traktowanie rezerwy cząstkowej jako oszustwa wynika z niezrozumienia istoty pieniądza (Idem, Pieniądz w banki w procesach rynkowych — ujęcie personalistyczne, „Państwo i Społeczeństwo”, nr 2/2011), ponieważ twierdzenia zwolenników stuprocentowej rezerwy bankowej — m.in. M. Rothbarda, J. Huerty de Soto, W. Blocka, H.H. Hoppego, J.G. Hülsmanna — opierają się właśnie na uznaniu roli zaufania w całym procesie kreacji pieniądza i nadużycia tegoż zaufania poprzez wydawanie kwitów bez pokrycia. Banknoty uprawniały do konkretnej ilości kruszcu, w której należność miała zostać wypłacona. Zaufanie do bankiera było zaufaniem co do tego, że mówi on prawdę, wypisując na pozbawionym autotelicznej wartości kawałku papieru, że dany papier uprawnia do konkretnej ilości złota, pożądanego powszechnie jako środek płatniczy. Nie do końca ma znaczenie, czy złoto to miało pochodzić z rezerw banku, czy też z majątku bankiera. Dla krytyków rezerwy cząstkowej istotny jest fakt naruszenia prawa własności w kontrakcie, w którym jedna ze stron nie miała dostatecznej wiedzy na temat rzeczywistych zasobów, których ten kontrakt dotyczył. Por. także: G. Selgin, L.H. White, In Defense of Fiduciary Media, „Review of Austrian Economics”, Vol. 9, No.2/1996.

[35] D. Bell, Kulturowe sprzeczności kapitalizmu, tłum. S. Amsterdamski, Warszawa 1998.

[36] Chodzi tutaj przede wszystkim o trwałe dobra konsumpcyjne, czyli tzw. kapitał konsumenta, gdyż na konsumpcję bieżącą przeznaczona jest stosunkowo niewielka ilość kredytu. Por. J. Huerta de Soto, Pieniądz, kredyt bankowy i cykle koniunkturalne, tłum. G. Łuczkiewicz, Warszawa 2009, s. 238.

Podobał Ci się artykuł?

Wesprzyj nas
Avatar

O Autorze:

Olgierd Sroczyński

Pozostałe wpisy autora:

3 Komentarze “Sroczyński: Pieniądz w perspektywie etycznej

  1. Bardzo dobra praca. Mimo wszystko zastanawia mnie jak długo obecna sytuacja w makroekonomii, wyznawana przez wielu tzw. ekonomistów, i innych im podobnych naukowców, potrwa. Wydaje mi się, ze stan rozwoju społeczeństw zapoczątkowany przez rozwój kapitalizmu, a następnie stopniowo ograniczany, przez ograniczanie wolności tychże społeczeństw, trwa już blisko 100 lat , a społeczeństwa wciąż się rozwijają. Może to swiadczyc , ze mimo prob wpływania na ludzi straszenia ich wszystkim czy się da to ludzkość w swej makro mądrości sama się obroni , przed tego typu ideologią wmawiana nam tj. ludzkości przez wszelkiego autoramentu pseudonaukowców i i ich popleczników. Tyle, ze ta obrona może nas kosztowasztować i kosztowała utratą zycia w sposób gwałtowny w wyniku wprowadzania teorii sprzecznych z wolnoscia , równością i sprawiedliwością. Teorie Keynes’a zw. mimo ich niejasności w porównaniu chociażby z Misesem, uzyskaly aprobatę ludzi trzymających władzę, stworzono swietny marketing, sprzedano i sprzedaje się ten produkt jako jedyne lekarstwo na wszystkie bolączki. Wszelkie próby wprowadzenia ekonomi austryjackiej palą się na panewce, przykładem jest reforma śp. Wilczka zniszczona w przeciągu kilku lat w Polsce, która mogła by być motorem postępu, a czym jest sami wiemy. Może jako tzw. „wyznawcy” Ludwika von Misesa, powinnismy pozostać w swoim swiecie i gronie i dac sobie spokój z uświadamianiem setek milionow ludzi, czekając na dalszy rozwój wypadkow, na które i tak nie mamy większego wpływu, a po wszystkim majac wiedze, która sami zdobyliśmy probowac forsować „idee” Ludwika von Misesa, Carla Mengera, czy chociażby F. Bastiata. Tylko pytanie jest czy i kiedy to nastąpi. Może lepiej jest zyc jak ” niewolnik” o, którego troszczy się pan zapewniając mu jedzenie, dach nad głowa, jako takie rozrywki konsumpcyjno quazi duchowe, który zyjac w strachu ze może to stracic odda temu panu cała swoja wolność, w zamian za to , ze nie będzie musiał walczyc o życie.

  2. „Relacja pomiędzy konsumpcją a dobrobytem rzeczywiście istnieje, jak wyjaśnialiśmy w poprzednim rozdziale. Zależność przebiega jednak nie w kolejności: najpierw wyższa konsumpcja, a dzięki niej — wyższy dobrobyt, ale w kolejności odwrotnej. Gdyby społeczeństwo średniowiecznej Europy konsumowało więcej, w żaden sposób nie przyczyniłoby się to do podniesienia poziomu cywilizacyjnego, m.in. ulepszenia i wdrożenia skuteczniejszych metod produkcji rolnej. To, co zostanie skonsumowane (zużyte) musi najpierw zostać wyprodukowane, co wymaga nakładu kapitału i pracy. Innymi słowy, producenci najpierw muszą poczynić pewne inwestycje, aby wyprodukować dobro, z którego sprzedaży otrzymają zwrot. Żeby zaś zainwestować — i jest to jeden z podstawowych błędów teorii keynesowskiej[31] — konieczne są oszczędności, a więc uprzednio zebrana nadwyżka produkcji nad bieżącą konsumpcją. Oszczędności pozwalają na wydłużenie procesu produkcji (od wydobycia do dobra konsumpcyjnego), a więc jednocześnie wzrost jej skuteczności i efektywności. To efektywniejsza produkcja powoduje, że ludzie mogą konsumować więcej, gdyż wskutek wzrostu podaży ceny dóbr spadają, a zarazem wzrost efektywności produkcji pociąga za sobą wzrost realnych płac roboczych.” Porównywanie średniowiecza i współczesności w zakresie konsumpcji jest o tyle niefortunne, że wtedy nie występowały wolne moce produkcyjne jak w dzisiejszych gospodarkach i autor ma rację, że wtedy nie podniosłoby to dobrobytu, jednak w dzisiejszej gospodarce, gdy większość przedsiębiorstw może zwiększyć produkcję w każdej chwili. Wzrost zagregowanego popytu w istocie prowadzi dziś do zmniejszenia bezrobocia oraz wzrostu gospodarczego. Bardzo dobrze opisują to m.in. równania Kaleckiego.
    Natomiast w kwestii wojen to sądzę, że JMK chodziło o same wydatki na wojnę, a nie zniszczenia, których żaden szanujący się ekonomista nie powinnien popierać.
    Spójrzmy co UE zrobiła w czasie kryzysu, czy zwiększyła wydatki budżetowe w celu stymulacji, co postulował Keynes?
    Otóż nie, bo Traktat z Maastricht ogranicza dopuszczalne deficyty do 3% PKB, a polityka monetarna jest według nich bardzo wątpliwym sposobem walki z kryzysem, głównie przez to, że stopa procentowa nie może spaść poniżej zera, jak przez pułapkę płynności.
    Następna kwestia to neutralność pieniądza, pozwolę sobie tu przytoczyć cytat z bloga postkeynesowskiego
    „W obu cytowanych interpretacjach, klasycznej i post-keynesowskiej, pieniądz jest środkiem wymiany – „smarem dla gospodarki”; z tym że, wg neoklasyków, na tym jego rola w procesach gospodarczych się kończy – ergo pieniądz jest czynnikiem neutralnym. W rzeczywistości jednak motorem działalności gospodarczej jest osiągnięcie nadwyżki finansowej wyrażonej w pieniądzu – każde działanie biznesowe jest uwarunkowane oczekiwaną stopą zwrotu. W konsekwencji – raz – niedostateczny poziom dostępnego finansowania ogranicza skalę aktywności gospodarczej i zwiększa bezrobocie; dwa – brak popytu, spowodowany obsesją kontroli nad ilością pieniądza, obniża potencjalne oczekiwane wolumeny sprzedaży, co ogranicza inwestycje i zwiększa bezrobocie. Trudno więc na poważnie traktować koncept „neutralności” pieniądza.”
    Na koniec jeszcze zauważyłem, że według autora ceny są perfekcyjnie elastyczne, podczas gdy jest dużo przesłanek wskazujących na sztywność cen http://cenapieniadza.pl/2013/07/30/sztywne-ceny/

  3. „polityka monetarna jest według nich bardzo wątpliwym sposobem walki z kryzysem, głównie przez to, że stopa procentowa nie może spaść poniżej zera, jak przez pułapkę płynności.” Chodziło mi o opinię Keynesistów nt. polityki monetarnej, niestety źle sformuowałem zdanie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Nasi darczyńcy