Hollenbeck: Klęski żywiołowe nie sprzyjają wzrostowi gospodarczemu

7 października 2014 Kapitał komentarze: 0

Autor: Frank Hollenbeck
Źródło: mises.org
Tłumaczenie: Marta Skoneczna
Wersja PDF

Tekst z 27 maja 2014

Lada dzień rozpocznie się pora huraganów. Gdy tylko nawałnice zaczynają siać spustoszenie, komentatorzy telewizyjni i radiowi oraz niedoszli ekonomiści ochoczo ogłaszają korzystne dla wzrostu gospodarczego konsekwencje, jakie niesie ze sobą zmienność towarzysząca przyrodzie. Jeśli rzeczywiście mają rację, po co czekać na kolejny kataklizm? Rozpętajmy go sami, zrównując z ziemią Nowy Jork i podziwiajmy powstałe w ten sposób inicjatywy ożywiające gospodarkę. Wyburzenie mieszkań i budynków czy niszczenie ich wyposażenia bez wątpienia pomoże części sektora budowlanego i być może lokalnym gospodarkom, jednak błędne jest twierdzenie, że wesprze ogólny wzrost.

Ten popularny mit jest co roku powtarzany do znudzenia, mimo że już w 1848 r. został obalony przez Frédérica Bastiata za pomocą metafory zbitej szyby. Załóżmy, że stłukła się nam szyba. Wzywamy więc szklarza i płacimy mu 100 dolarów za naprawę. Ktoś obserwujący z boku, powie, że to dobra inwestycja. Co stałoby się ze szklarzem, gdyby nikt nie potrzebował nowych szyb? Poza tym szklarz może przeznaczyć zarobione 100 dolarów na inne towary i usługi, które będą stanowiły źródło dochodu kolejnych osób. Mamy tu do czynienia z „tym, co widać”.

Gdyby jednak szyba się nie potłukła, za 100 dolarów moglibyśmy kupić parę nowych butów. Byłby to zysk dla szewca, który mógłby wydać pieniądze w inny sposób. Wówczas mówimy o „tym, czego nie widać”.

Dla społeczeństwa (w naszym przypadku ― dla jego trzech członków) korzystniejsza jest sytuacja, gdy szyba nie zostaje zbita, ponieważ zamiast samej szyby mamy i całą szybę, i parę butów. Kataklizmy nie przyczyniają się do wzrostu liczby towarów czy usług i nie sprzyjają rozwojowi. Taką okoliczność należy zawczasu przewidzieć.

Jedną z pierwszych prób oszacowania gospodarczych skutków katastrof naturalnych stanowiła publikacja z 1969 roku pt. The Economics of Natural Disasters, autorstwaHowarda Kunreuthera i Douglasa Dacy’ego. Przeanalizowali oni przypadek trzęsienia ziemi na Alasce, które miało miejsce w 1964 r. i było najsilniejszym wstrząsem odnotowanym w Ameryce Północnej. Jak można się było spodziewać, autorzy uznali, że nieszczęście wyszło mieszkańcom Alaski na dobre za sprawą kapitału płynącego z prywatnych źródeł, hojnych darowizn oraz pożyczek rządowych. Ponownie był to przykład „tego, co widać”.

Pomimo zysków, jakie firmy budowlane odnotowują, naprawiając skutki katastrof, należy zastanowić się nad kwestią źródła, z którego płyną fundusze. Jeśli jest nim Federalna Agencja Zarządzania Kryzysowego lub Narodowy Program Ubezpieczenia Powodziowego, oznacza to, że rząd musi te pieniądze opodatkować, pożyczyć lub dodrukować, a to z kolei uderza po kieszeni podatnika, który ma mniej środków do wykorzystania na inne cele.

Ekonomiczne skutki kataklizmów nadal nie cieszą się dużym zainteresowaniem ze strony badaczy. Istnieje ograniczona liczba badań empirycznych analizujących związek między wzrostem gospodarczym a klęskami żywiołowymi. Można je podzielić na badania krótko- i długoterminowego wpływu katastrof. Większość badań krótkoterminowych wykazała negatywny związek między katastrofami a wzrostem, natomiast mniejsza liczba badań długoterminowych przyniosła niejednoznaczne wyniki.

Najczęściej cytowanym opracowaniem na temat długoterminowego wpływu katastrof jest artykuł pt. Do Natural Disaters Promote Long-run Growth? Marka Skidmore’a i Hidekiego Toy’i, w którym autorzy postanowili zbadać, jak ma się częstotliwość występowania kataklizmów w 89 krajach do ich stopy wzrostu gospodarczego na przestrzeni 30 lat. By wyniki badań były wiarygodne, naukowcy wzięli pod uwagę takie czynniki jak: wielkość terytorium państwa, wielkość administracji rządowej, odległość od równika oraz stosunek do handlu. Rezultaty potwierdziły pozytywny stosunek między klęskami żywiołowymi (np. huragany, cyklony) a wzrostem. W celu wyjaśnienia tych wyników autorzy odwołali się do wpływu, jaki Matka Natura ma na to, co ekonomista Joseph Shumpeter nazwał „twórczą destrukcją” kapitalizmu. Poprzez niszczenie starych fabryk, dróg, lotnisk czy mostów kataklizmy przyczyniają się do powstawania nowszej i efektywniejszej infrastruktury, zmuszając do budowania bardziej sprawnej i wydajnej gospodarki. Z ekonomicznego punktu widzenia, katastrofy naturalne pomagają pozbyć się przestarzałych elementów infrastruktury i zastąpić je bardziej produktywnymi odpowiednikami.

W tego typu empirycznych badaniach doszukać się można trzech głównych problemów. Pierwszy dotyczy alternatywy. Nie da się sprawdzić, jak duży byłby wzrost, gdyby nie doszło do kataklizmu. Drugi problem dotyczy związku i przyczyny. Trudno określić, czy wzrost nastąpił za sprawą katastrofy, czy jedynie jej towarzyszył.

Trzeci problem dotyczy zasady zwanej w ekonomii „ceteris paribus”. Nie można założyć niezmienności pozostałych czynników i badać jedynie wpływu kataklizmu na wzrost gospodarczy. Nie istnieją laboratoria, w których można by przetestować makroekonomiczne koncepcje. Podobne ograniczenia dotyczą pracy Rogoffa i Reinhart na temat wzrostu gospodarczego i zadłużenia oraz wielu innych stosunków dwustronnych w ekonomii. Analizując dane historyczne z początku XX w., badacze zauważyli, że wraz ze wzrostem cen pszenicy, zwiększyło się też jej spożycie. Z dumą ogłosili, że krzywa popytu była wznosząca. Oczywiście stosunek ten nie określa krzywej popytu, ale punkty przecięcia się podaży i popytu. Została tu naruszona zasada „założenia niezmienności pozostałych czynników”. W ekonomii empiryczne dane mogą wesprzeć argumentację teoretyczną, lecz nie mogą jej potwierdzić ani obalić.

A więc co zrobić w sytuacji, gdy badania empiryczne napotykają na poważne ograniczenia? Należy wrócić do teorii. Wiemy, że krzywa popytu jest opadająca na podstawie efektu substytucyjnego i dochodowego. Wal-Mart nie organizuje wyprzedaży, aby sprzedać mniej towarów! W teorii katastrofy naturalne ograniczają wzrost (tj. im większe zniszczenia kapitału, tym bardziej negatywnie wpływa to na wzrost).

Większy kapitał oznacza wyższy wzrost. Robinson Crusoe złapie więcej ryb, jeśli czas, który zajmowało mu łowienie rękami, poświęci na plecenie sieci. A teraz przypuśćmy, że jego wyspę nawiedził huragan i wszystkie sieci zostały zniszczone. Robinson mógłby powrócić do łowienia gołymi rękami, jednak wówczas ilość złapanych ryb uległaby trwałemu zmniejszeniu. Gdyby postanowił upleść nowe sieci, złowiłby ich jeszcze mniej. Teoria Skidmore’a i Toyi nakazuje mu zastosować nowe metody i techniki, w celu stworzenia jeszcze lepszych sieci, aby móc łowić więcej niż przed huraganem. Można oczywiście zapytać, dlaczego Robinson od razu nie sporządził lepszych sieci, skoro posiadał tę wiedzę? W tym miejscu upada argumentacja Skidmore’a i Toy’i. Robinson nie zbudował mocniejszych sieci przed przyjściem huraganu, bo nie było to wówczas optymalne rozwiązanie.

Jeśli przedsiębiorstwo decyduje się zamienić stare urządzenie na nowe, najpierw pod uwagę brana jest wstępna cena nowej maszyny, stopa procentowa oraz redukcja rocznych kosztów eksploatacji. Analiza wartości bieżącej netto pozwala firmie wybrać optymalny moment na dokonanie zamiany (opcja realna). Huragan wymusił jej dokonanie znacznie wcześniej i tym samym nie pozwolił na wybór najkorzystniej chwili pod względem ceny i zysku. A zatem huragan stworzył inną ścieżkę wzrostu. Twórcza destrukcja mogłaby się pojawić, ale na innej, bardziej optymalnej osi czasu.

Te same wnioski można wyciągnąć, analizując katastrofy spowodowane działaniem człowieka. Wbrew temu, co próbują nam wmawiać keynesiści, Stanów Zjednoczonych nie wyciągnęła z wielkiego kryzysu druga wojna światowa, lecz kapitalizm!

Podobał Ci się artykuł?

Wesprzyj nas
Avatar

O Autorze:

Frank Hollenbeck

Pozostałe wpisy autora:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Nasi darczyńcy